Zwierzoludzie i Norska

Aż po najdalszy skraj Mrocznego Lasu wszelka zwierzyna ukryła się w swych jaskiniach, gniazdach i norach. Było południe, ale w wierzchołkach olbrzymich, pradawnych drzew, których królestwo wciśnięte było pomiędzy Góry Czarne, a Góry Krańca Świata, huczał wicher. Pnie niezwykłej grubości trzeszczały i skrzypiały.

Sklepienie gęstego lasu otwierało się jedynie w kilku miejscach, ustępując tylko kilku rzekom przecinającym ten region oraz szerokiej drodze wyrąbanej wieki temu przez krasnoludy, którą od lat poruszały się uzbrojone po zęby karawany do Indu i Cathay’u. Teraz jednak otwarła się w nim nowa rana, wyrąbana wspólnie przez ludzi i krasnoludy, prowadząca w górę, w stronę zębów górskich szczytów. Rana krwawiła.

Po bokach przecinki rozłożyste korzenie sterczały nienaturalnie w niebo wyrwane z brunatnej gleby przez krasnoludzkie maszyny parowe, które zostawiły w błocie głębokie ślady po swoich wielkich, szerokich kołach. Maszyny karmione tymi samymi drzewami, które wyrywały z ziemi. Pomiędzy pniakami wykarczowanymi przez sprzymierzonych, by zrobić miejsce dla wozów zaopatrzenia, leżały poskręcane ciała zwierzoludzi, których posoka mieszała się z błotem.

Jarl oparł stopę o jeden ze ściętych pni, pochylił się i włożył dwa palce w kałużę krwi, jaka zebrała się pod jednym z kozionogich, którego przeszyte strzałami ciało leżało oparte o powalone drzewo. Jeszcze ciepła, nie mogli być daleko.

Jarl przykucnął i ruchem ręki nakazał swojemu oddziałowi ostrożność.

„Podejrzewasz zasadzkę?” Jeden z wojowników, którzy towarzyszyli jarlowi w drodze przez las przysunął się do dowódcy.

„Ja bym ją zastawił, gdybym się zorientował, że po piętach depczą mi zwierzoludzie. Zwłaszcza, że oni chyba wiedzą o tym, że klucz jest już niedaleko,” odparł jarl.

„To co robimy?”

„Gisli, weź dwudziestu ludzi, przejdźcie na drugą stronę i zajdźcie ich od lewej,” Jarl wydawał swoje polecenia szeptem. „My ściągniemy ich uwagę, a wy zaatakujecie z boku na nasz znak.”

Wojownik skinął głową i zaczął na migi wybierać ludzi, którzy mieli pójść za nim. Po kilku chwilach korowód lekkozbrojnych norsemanów z okrągłymi tarczami zniknął w podszycie lasu. O ich istnieniu świadczyły tylko drobne ruchy poszczególnych roślin, które niewprawne oko uznałoby za wiatr czy zwierzęta.

Ze swojej pozycji jarl obserwował te ruchy wychylony lekko ponad pień ściętego drzewa. Po pewnym czasie pierwszy zbrojny zajął miejsce po tej stronie przecinki, wychylił się i zgięty w pół przebiegł przez błotnistą drogę na drugą stronę. Chwilę po nim taki sam manewr wykonał drugi. Jarl uśmiechnął lekko się obserwując, jak trzeci z jego ludzi przebiega ten dystans. W tym momencie dosięgnęła go strzała, a biegnący upadł twarzą w błoto.

Nie było czasu miotać przekleństw.

„Mur tarcz!” Krzyknął jarl do swoich wojowników.

Powót

Wampiry i Skaveni

Ze swojego miejsca w rogu pomieszczenia, Skreerikk obserwował uważnie jego wnętrze. Ściany z drewnianych bali przyozdobione były wypchanymi głowami zwierząt, portretami nieżyjących już właścicieli czy malowanymi porcelanowymi talerzami. Światło padające z otwartego kominka sprawiało, że pomieszczenie wyglądało niemal przytulnie, ale Szary Prorok czuł w powietrzu zagrożenie. Nie bez powodu zabrał ze sobą na spotkanie dwóch ochroniarzy, którzy nie odstępowali go ani na krok.

„Jak mogliście do tego dopuścić?”

Stukot wahadła bogato zdobionego ściennego zegara sprawiał, że cisza, jaka zapadła po zadaniu tego pytania, przedłużała się w nieskończoność. Okna położonego w lesie dworku myśliwskiego wypełnione były ciemnością nocy.

„Słucham. Ktoś ma coś do powiedzenia?” Siedząca na zdobionym fotelu baronowa wbiła wzrok w starszego mężczyznę, który stał przy drzwiach z opuszczoną głową. „Nic? Jak mogliście się tak dać podejść?”

„Moja pani, szczury miały przecież zatruć zapasy ich wody, nie mogliśmy spodziewać się, że uderzą z całą…”

„Mieliście to sprawdzić!” Karmazynowe usta wykrzywiły się w grymasie złości. „Czy wszystko muszę robić sama?” Nie czekając na odpowiedź, której raczej się nie spodziewała, przeniosła swój piorunujący wzrok na Skreerikka.

„A wy? Masz pojęcie ilu straciliśmy przez to, że nie dotrzymaliście swojej części umowy?”

„Elfy spowolnić nas, tak, tak,” Skreerikk zmarszczył pysk odsłaniając jeszcze bardziej potężne siekacze. „Oni mieć potężnego maga, przechwycić naszych agentów, agentów.”

„Tak?” Baronowa przeciągnęła sylabę akcentując pytanie. „Z tego co udało mi się ustalić, nie wyglądacie, jakby spotkanie z nim odbiło się w jakiś znaczący sposób na waszych siłach.”

„Ty nic nie widzieć, o naszych stratach, tak, tak.” Wysyczał Skreerikk.

„I właśnie to jest problemem.” Powiedziała baronowa kładąc lewą dłoń na tarczy, która cały czas stała oparta o jej fotel. Padające z kominka światło odbijało się tylko w połowie tarczy przypominającej czaszkę. „Bo zaczynam podejrzewać, że chodziło wam o to, aby nas osłabić i samemu zdobyć klucz.”

„Baronowa,” Skreerikk pochylił się w jej stronę dając gestem łapy znać obu zakapturzonym wojownikom, by byli przygotowani do ataku. „Czy to nie ja, ja, ostrzec was jeszcze w Imperium? Czy to nie ja pokazać ile warta tarcza rzecz? Razem możemy więcej, tak, tak.”

„Możliwe,” wycedziła baronowa. „Ale jeśli tak, to proponuję, aby to twoje siły poprowadziły główne uderzenie pod Czarną Wodą. A tarcza na razie zostanie ze mną.”

Powrót

Zwierzoludzie i Norska

Uderzenie w wydłużony hełm sprawiło, że czerwona posoka zalała mu oczy. Zanim zdążył zetrzeć krew z pyska, poczuł kilka razów spadających na jego prawy bok. Nie przebiły się jednak przez grube futro, albo przynajmniej nie poczuł ich pod wpływem krążącej w jego żyłach adrenaliny. Napędzany przez nią oraz przez złość ryknął potężnie zamachując się ciężkim toporem, który z trzaskiem rozbił kilka czaszek, dzięki czemu miał czas wytrzeć krew o przedramię.

Rozejrzał się dysząc. Gorąca para wypływała z nozdrzy kłębiastymi kaskadami w chłodnym, nocnym powietrzu. Wokół niego leżało kilka szkieletów, których pozbawił głów, ale nie był bezpieczny, gdyż wyrąbał sobie w ich szeregach jedynie trochę miejsca, które następne były już gotowe zająć. Wokół niego leżały roztrzaskane kości i kilka trupów jego potężnych, kozionogich braci, ale kilku z nich cały czas walczyło po jego bokach.

Spojrzał w lewo. Tam, pod ścianą wąwozu oddział Norsemanów powstrzymywał murem tarcz zbliżające się zombie. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu, powtórzyć. Ich dowódca wydawał rozkazy donośnym głosem.

Uderzenie broni kolejnego szkieletu było zakończeniem tej krótkiej chwili spokoju. Bestigor odwinął się toporem roztrzaskując kolejny szkielet.

„Slaa’ghyran!” Z ogromnej gardzieli dał się słyszeć pierwotny ryk. „Akhamshy’y!”

Pozostali przy życiu zwierzoludzie odpowiedzieli tym samym i ruszyli za wznoszącym okrzyk bojowy samcem, rozbijając rogami i toporami szeregi szkieletów. Kierowali się w stronę Norsemanów, by nie dopuścić do ich okrążenia.

Ciemność nocy przecięły purpurowe wstęgi płynące nad głowami szkieletów. Kątem oka alfa zdążył zobaczyć, jak jedna z nich dotknęła jego towarzysza, którego sierść w ułamku sekundy poszarzała, a on sam padł na ziemię. Chwilę po tym poczuł znajome ciepło rozlewające się po ciele, a wokół jego kończyn zamrugały bursztynowe iskry. To szaman przyzwał duchy opiekuńcze.

Rozpędzeni wpadli we flankę nieumarłych, roztrzaskując z impetem kilku z nich. Zza muru tarcz posypały się ciosy. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu.

„Mocniej! Chcecie żyć wiecznie?” Krzyczał dowódca. „Przebijemy się przez te kupy nieumarłego gówna i wyrwiemy tym fircykom z tyłu to, co nasze!”

Uderzenie. Tym razem była to czarna strzała, która utkwiła w lewym przedramieniu bestigora, który rozejrzał się w poszukiwaniu łucznika, który ją wypuścił. Zamiast niego zauważył, że na lekkim wzniesieniu w górze wąwozu stoi kilku jeźdźców odcinających się ostro na tle purpurowej poświaty za nimi.

„Dalej, bo sam poobcinam wam ręce!” Norsmen motywował swoich podwładnych do walki.

Na wzgórzu jeźdźcy zawrócili konie i spokojnie zniknęli za wzniesieniem. Purpurowa poświata popłynęła w dół na walczących.

Powrót

Wampiry i Skaveni

Kropla zielonej cieczy spłynęła powoli po szyjce retorty i z cichym pluskiem wpadła do znajdującego się pod nią naczynia.

„Tego szukałeś?” Karmazynowe usta baronowej wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu znad tarczy, którą trzymała obecnie w lewej ręce zasłaniając korpus.

„Tak, tak,” wydłużony pysk szczura zadrżał z podniecenia. „Tarcza rzecz, pomoże ją zdobyć,” rogaty szczuroczłek, wyraźnie zafascynowany przedmiotem, wyciągnął lekko w jego stronę swoją łapę. Widząc ten gest baronowa odsunęła tarczę od niego.

„Nie tak szybko. Ja dotrzymałam swojej części umowy, teraz twoja kolej.”

Szary szczur odwrócił się z zadziwiającą prędkością i już po chwili stał za naprędce skleconym stołem zastawionym różnej maści naczyniami, fiolkami i retortami. Pod największą z nich płonął palnik alkoholowy smagając czarnymi smugami naczynie, w którym bulgotała brunatna maź. Znajdowali się w niewielkim laboratorium. Sądząc po nieładzie, jaki w nim panował, oraz po nieotwartych skrzyniach, jakie się w nim znajdowały, podwładni rogatego szczuroczłeka zorganizowali je dla swojego pana w Księstwach Granicznych dopiero niedawno. Najwyraźniej nie podróżował bez swoich zabawek. A może to tylko pozory, a w rzeczywistości to laboratorium zawsze tak wygląda, a on jest na własnym terenie?

Kolejna kropla skondensowała się i skapnęła do fiolki.

Szczuroczłek przekrzywił głowę i wbił wzrok w tarczę. Nie miała ona typowego kształtu, zwężała się co prawda ku dołowi, ale zakończona była czterema zębami. W pole wyraźnie wpisany był zarys czaszki, a metalowe zęby na dole stanowiły jej górną szczękę. Czaszka była podzielona pionowo na pół, a w świetle lamp i palników wyraźnie widać było, że tylko jej połowa odbija światło. Druga połowa była czarna jak smoła.

„Po co ci ten stary rupieć?” Zapytała baronowa. „Wyduś to w końcu.”

Szary zmarszczył nos wciągając w płuca opary znad retorty. Kiedy je wypuścił, widać było, że z jego nozdrzy wypływają strużki dymu.

„Tarcza rzecz ważna ważna,” powiedział jakby wolniej niż zwykle. „Należeć kiedyś do wielki wojownik, który przelać dużo akhash. Dużo krwi. Naszej krwi krwi i innej też, tak, tak. Wielki wojownik, wielki przeciwnik, tak, tak. On polować na wiernych sługów, zabijać wiernych sługów. Ale sam służyć Odrzuconemu, tak, tak. Ogień ogniem, ogień ogniem.”

W miarę jak wypowiadał te słowa, szczuroczłek ruszył zza stołu by zbliżyć się do tarczy.

„Tak, tak. Potężny. Ale później zaginąć, na wieki wieki.”

„Ale co to ma wspólnego z naszymi poszukiwaniami?” Zapytała wyraźnie już poirytowana baronowa.

„Początek jest końcem, a koniec początkiem. Tak, tak. Jego los jest spleciony z jej losem.”

Zielona kropla wpadła do naczynia.

Powrót

Bretonia i Leśne Elfy

Na osłoniętą przed wiatrem polanę wszedł smutny korowód prowadzony przez pieszego rycerza. Idący za nim ludzie nieśli na noszach kilkudziesięciu rannych. Prowadzący pochód podszedł do oczekującej go pośrodku polany postaci, a jego towarzysze zaczęli delikatnie kłaść rannych wokół nich.

„Zrobimy co w naszej mocy. Ale sami mamy wielu rannych,” powiedziała smukła elfka przełamując ciszę, jaka wyrosła pomiędzy nią, a młodym rycerzem.

„Doceniam,” odpowiedział sir Tristan. „To pierwsza grupa. Nasi felczerzy rozłożyli ręce. Bez waszej pomocy zapewne niebawem przekroczą bramy Morra.”

„Nie do końca tak miało to wyglądać, prawda?” Zwrócił się do rycerza elf, który praktycznie bezgłośnie podszedł do zajmującej centralne miejsce pary.

„Pani wszystkich nas poddaje próbie, przejdą ją tylko najwytrwalsi,” odpowiedział sir Tristan skłaniając lekko głowę. „Na mnie już czas, wrócimy po południu z drugą grupą.”

Nie czekając na odpowiedź rycerz odwrócił się i ruszył w kierunku, z którego przyszedł, pobrzękując poobijaną zbroją. Za nim ruszyli zmęczeni tragarze. Ostatni z nich, zanim zniknął w lesie, odwrócił się na chwilę i wykonał w powietrzu gest, jakby chciał odpędzić złe duchy. Nie wiadomo, czy od rannych towarzyszy, czy był on przeznaczony dla fae.

„Myślisz, że się domyślają mistrzu?” Zapytała Elessa zwracając się do stojącego obok niej Dolwena.

„Nie wiem,” odpowiedział elf odprowadzając wzrokiem uzdrowicieli, którzy weszli na polanę niosąc zioła i napary. „Ale wiem, że mamy coraz mniej czasu. I coraz mniej sił. A mrok się zbiera, ty też to widzisz.”

„Tak. Na wschodzie, linie się splatają, gęstnieją i zaciskają wokół nas. Czuję jak aethyr gęstnieje, spływa i zbiera się u podnóży gór. Shyish i ghur,” przerwała na chwilę jakby bojąc się wypowiedzieć następne słowo. „I Dhar.”

„Tak, tego się właśnie obawiałem. Jest w tej grze więcej sił niż zakładaliśmy. I wszystkie dążą do jednego.” Mag przyglądał się temu, jak jeden z uzdrowicieli przykłada krawędź niewielkiej czarki do popękanych z gorączki ust rannego. „Co gorsza, mają nad nami przewagę. Mają już tarczę i obawiam się, że niebawem zdobędą też klucz.”

„Co w takim razie zrobimy?” Zapytała Elessa.

„Pójdziemy za nimi, w ślad za gęstniejącym aethyrem. Wprost w paszczę lwa.” Odpowiedział Dolwen obserwując człowieka, który zapadał w spokojny sen, bez gorączki i bólu. „Ale nie pójdziemy sami.”

Powrót

Imperium i Krasnoludy

Z małego placu przed głównym wejściem do twierdzy rozciągał się widok na całą dolinę. Jej środkiem meandrowała rzeka, która wlewała się do niej imponującym wodospadem, by później w kilku miejscach rozlać się w szerokie baseny i kaskadami popłynąć dalej w stronę Czarnej Zatoki. Z góry wyglądała jak zielonkawa wstęga przecinająca dolinę na pół, nad którą tylko w kilku miejscach przysiadły małe wioski. Od wieży o kwadratowej podstawie niosły się w dół doliny odgłosy uderzeń ciężkich, krasnoludzkich młotów i siekier, zagłuszając delikatny stukot końskich kopyt na ścieżce prowadzącej do twierdzy.

„Ściągnąłeś mnie tutaj, żeby popodziwiać widoki?” Spytał książę zeskakując z konia. „Mamy na dole trochę inne zmartwienia.

Stary krasnolud, który nadzorował do tej pory pracę robotników fortyfikujących pozycję, odwrócił się w stronę księcia. Na jego brodatej twarzy zagościł lekki uśmiech.

„Nic z tych rzeczy,” odparł krasnolud dając ręką znak by przy nadzorowaniu pracy zastąpił go ktoś inny. „Nasi mistrzowie wiedzy dokonali pewnego przełomu. Proszę za mną książę, pokażę.”

Krasnolud ruszył przez półokrągłą bramę, a za nim podążył książę, po tym jak podał bogato zdobione lejce jednemu ze swoich ludzi, którzy wdrapali się na górę razem z nim. Weszli na dziedziniec, na którym kilkunastu rzemieślników dokonywało niezbędnych napraw.

„Dach nad tym skrzydłem był w strasznym stanie,” krasnolud wskazał ręką na ekipę kilku młodych dawi bez koszul, którzy naprawiali właśnie więźbę. „Najchętniej przebudowalibyśmy ten budynek, ale na to czasu nie mamy. Bez urazy, ale wy człeczyny, nie umiecie budować,” Thane zwrócił się do księcia, który lekko się uśmiechnął. „To tymczasowe rozwiązanie, ale konieczne, zważywszy na to, że będzie to nasza baza wypadowa.”

„Baza wypadowa?” Spytał zdziwiony książę. „Mieliśmy przecież ruszać jak najszybciej w stronę Barak Varr.”

„To prawda, tak sugerowała tamta koślawa mapa. Ale właśnie dlatego posłałem po księcia. A ufortyfikowana baza, z której będziemy mogli dostarczać zaopatrzenie, a której nie splądruje żaden zbłąkany Bretończyk ani nożouchy, bardzo się nam przyda.” Dotarli do ciężkich drewnianych drzwi, które otwarły się ze zgrzytem, gdy stary krasnolud pchnął je mocno do środka. „Zapraszam.”

Krasnolud przepuścił gościa i wszedł za nim w głąb korytarza oświetlonego latarniami.

„Zakładam, że ma to coś wspólnego z przełomem, o którym wspominałeś mości dawi.”

„Dokładnie książę. Proszę za mną,” krasnolud ruszył w głąb korytarza, a książę za nim. „Udało nam się przetłumaczyć część materiałów, jakie zdobyliśmy wcześniej,” idący z drugiej strony krasnolud z wiadrem skłonił się Thane’owi i ustąpił im drogi. „Nie było to łatwe, bo znaki tych przerośniętych szczurów nie muszą mieć jednego znaczenia, ale wysłaliśmy kopie do najlepszego specjalisty od ich plugawego języka z Karak Kaferkammaz, który w tym pomógł.” Stary krasnolud wszedł do niewielkiego pomieszczenia w głębi twierdzy, które najwyraźniej służyło za biuro. Pewnym krokiem podszedł do sekretarzyka i podniósł z niego księgę, którą przełożył na stół, otworzył i zaczął wertować jej strony. „Wygląda na to, że to rzeczywiście łączy się ze sprawą Van Leeuwena. A przynajmniej szczuroludzie pisali o jakimś amulecie, który Van Leeuwen miał wieźć na południe z Kislevu.” Palce krasnoluda zatrzymały się na karcie ewidencyjnej, w którą odręcznym pismem runicznym wpisany był meldunek. „Najwyraźniej go nie dowiózł, a przynajmniej oni stracili go z oczu. Ale wiemy za to, że, cytuję,” Thane pochylił się nad księgą. „Po tym jak nie znaleziono niczego w okolicach Barak Varr, rozesłano zwiadowców, by szukali w okolicach Czarnej Wody.”

„I chcesz mości dawi właśnie tam ruszyć?”

„Dokładnie tak. I dlatego potrzebna nam była baza wypadowa.”

Powrót

Mandala, czyli o psychologii elfów w Warhammerze

Nazwijcie mnie dziwakiem, ale jakoś nigdy nie potrafiłem zrozumieć, czym właściwie elfie bóstwa miałyby różnić się od panteonu wyznawanego przez ludzi w Starym Świecie. Gorzej nawet – nie dość, że w zasadzie od samego początku elficcy bogowie opisywani byli jako „zupełnie inni” od ludzkich, a sposób, w jaki elfy miałyby oddawać im cześć i do nich podchodzić miał być „zupełnie inny” od tego, w jaki sposób robią to ludzie, to wszystkie przykłady na to, jakich dostarczały wcześniejsze edycje, absolutnie temu przeczyły.

Bo czym w zasadzie taki Liadriel różni się od odpowiednika Bachusa, a Adamnan-na-Brioncha od Marsa z irokezem?

Mijały lata, pojawiały się kolejne edycje, a GW chyba też nie do końca zadowolone było z tego, jak przedstawiana jest duchowość elfów, bo co edycję pojawiały się nowe bóstwa, o innych zapominano i ostatecznie dopiero w ósmej edycji bitewniaka pojawiła się koncepcja mandali bogów. Innej, dodajmy, dla każdej z trzech elfich kultur.

Żeby zauważyć to, że wyglądająca z daleka dokładnie tak samo mandala, ma trzy zupełnie inne układy bóstw w zależności od tego, do której z elfickich kultur się odnosi, trzeba zaopatrzyć się w trzy podręczniki do ósmej edycji WFB. Jednak nie jest to moim zdaniem próba wyciągnięcia z graczy dodatkowych pieniędzy, a próba uporządkowania kwestii związanych z panteonem elfów. Próba, moim zdaniem, bardzo udana. Już tłumaczę dlaczego.

Samo słowo mandala pochodzi z sanskrytu, a przez twórców Warhammera użyte zostało zapewne w tym kontekście nie tylko po to, by orientalizować elfickie wierzenia. Jej symbolika, wielogodzinne tworzenie jej, by w tym czasie medytować nad układem jej elementów składowych, po to, by na koniec ją zniszczyć, jest bardzo logiczna – chodzi o transformację osoby tworzącej mandalę poprzez medytację w trakcie usypywania jej. W kulturze europejskiej (ale nie tylko, przykłady występują na całym świecie) już od starożytności znamy podobny symbol. Jest to labirynt, który utożsamiany jest z rytuałem przejścia, śmiercią i odrodzeniem. Mit o Tezeuszu wchodzącym do labiryntu, by z pomocą Ariadny zabić Minotaura, nie wziął się z niczego. Labirynt nie tylko wygląda podobnie, ale podróż przez niego, która kończy się konfrontacją z zamieszkującym go potworem ma podobny cel – jest nim zmiana herosa, który podjął się wejścia do labiryntu. Co ciekawe, mandala jest też jednym z archetypów, jakie pojawiają się w procesie indywiduacji opisanym przez Carla Gustawa Junga.

W bardzo dużym uproszczeniu proces ten polega na konfrontacji z ukrytymi składnikami własnej podświadomości po to, by lepiej poznać siebie i te cechy swojej natury, które wcześniej były ukryte. Zmieniona przez niego osoba może później wykorzystać nabytą wiedzę dla dobra ogółu. Jeśli proces ten zachodzi, to zwykle na późniejszym etapie życia, wtedy, gdy problemy dnia codziennego nie zaprzątają już większości czasu. Oprócz Mandali pozostałymi archetypami, jakie według Junga wiążą się z tym procesem, są Cień, Anima (Animus), Stary Mędrzec i Wielka Matka. I prawie wszystkie te elementy można znaleźć w kulturze Asrai.

Nie twierdzę, że elfy z Athel Loren przeszły zbiorowo proces indywiduacji. Nie tylko nie jest to możliwe (już sama nazwa wskazuje, że odbywa się on na poziomie jednostek), ale przebiega on w inny sposób dla kobiet i dla mężczyzn. Ale można zauważyć bardzo duże podobieństwa pomiędzy archetypami, jakimi posługuje się Jung, a tym, w jaki sposób różne kultury elfów podchodzą do życia i swojej duchowości. Podobny jest też efekt końcowy.

Mamy więc Asurów, najbardziej cywilizowany i kulturalny lud świata Warhammera. A im więcej ograniczeń, zakazów i nakazów, wynikających z kultury, tym silniejszy staje się konflikt pomiędzy tym, co dozwolone, a tym, czego się pragnie, ale spycha w głębiny podświadomości. Co więcej, oficjalnie na Ulthuanie wyznaje się tylko bogów z panteonu Cadai udając w ten sposób niejako, że mroczne aspekty psychiki elfów nie istnieją. Nic dziwnego, że po pewnym czasie pojawiły się Druchii, Mroczne Elfy, które są w zasadzie drugą stroną tej samej monety – odrzucają bogów Cadai przyjmując za swoich i stawiając na piedestale bogów Cytharai, czyli tych, o których Ulthuan oficjalnie wolałby zapomnieć. W tym kontekście Druchii podobni są do jungowskiego archetypu Cienia, wszak ich kultura opiera się na przyjęciu wszystkich zakazanych i wypartych przez Asurów aspektów elfiej natury. Co więcej, Asurowie próbowali nawet przez jakiś czas ukryć przed światem istnienie swoich mrocznych braci, co skończyło się katastrofą w postaci Wojny o brodę, a teraz i tak nie mają wystarczająco sił by ich zniszczyć. Mogą jedynie cyklicznie spychać swój cień do Naggaroth nie zdając sobie sprawy z tego, że nie chodzi wcale o to, by cień zniszczyć.

Zupełnie inaczej, niejako z konieczności, podchodzą do tego zagadnienia Asrai. Po tym, jak kolonie w Elthin Arvan zostały opuszczone przez wojska Ulthuanu, mieszkańcy, którzy pomimo tego zdecydowali się jednak pozostać w swoich domach, weszli w labirynt magicznego lasu-mandali, w którego centrum znajduje się Dąb Wieków, drzewo życia przynoszące odrodzenie. Musieli skonfrontować się z własnymi lękami, ale też odrzucili w dużej części skostniałą kulturę Ulthuanu, która nie przystawała do ich sytuacji. Stali się bardziej dzicy, ale jednocześnie dużo bardziej wolni. Pojawiają się tu także kolejne elementy zbieżne z jungowskimi archetypami związanymi z procesem indywiduacji – Wielka Matka i Stary Mędrzec.

Nie jest trudno je zauważyć. Obecność Ariel, staroświatowego awatara bogini Ishy jest bezpośrednim znakiem obecności w Athel Loren matki wszystkich elfów, archetypu Wielkiej Matki. Choć starożytne duchy lasu, takie jak Adanhu czy Durthu są mądre, to jednak na płaszczyźnie symbolicznej trudno im konkurować z Orionem, awatarem Kurnousa, ojca wszystkich elfów. Wszak to figura ojca reprezentuje prawo, zasady i mądrość.

Mandala Asrai (po kliknięciu tutaj lepsza rozdzielczość)

Zmiana w duchowości elfów, rozumiana jako integracja ciemnych aspektów ich psychiki, nie mogła wydarzyć się na Ulthuanie. Nie tylko nie podejmuje się tam takich prób, ale nawet nie ma tam ku temu warunków, ponieważ brakuje elementów Wielkiej Matki i Starego Mędrca, którzy mogliby pełnić funkcje przewodników w tej wyprawie. Funkcjonuje tam co prawda tradycja Everqueen, która jest zbliżona do Ishy, ale to jednak w Athel Loren pojawiają się Orion i Ariel, ziemskie awatary Kurnousa i Ishy, ojca i matki wszystkich elfów. Tymczasem Asuryan, władca bogów, twórca wiecznego płomienia i centrum duchowości Asurów, wyniośle milczy i nikogo donikąd nie prowadzi.

I rzeczywiście, jeśli spojrzymy na mandalę Asrai różni się ona znacznie od tych, z jakich korzystają zarówno Asurowie, jak i Druchii. U Leśnych Elfów w takim samym układzie dwudziestu dwóch pól znajdujemy występujących obok siebie zarówno „jasnych” bogów Cadai jak i „mrocznych” bogów Cytharai. A w jej centralnym punkcie znajdują się Kurnous i Isha.

Jeśli połączymy to z założeniem, że elfy w Warhammerze rzeczywiście podchodzą inaczej do swoich bogów i traktują ich trochę bardziej jako aspekty własnej psychiki, a trochę mniej jako mityczne bóstwa, paralela z procesem indywiduacji staje się jeszcze bardziej wyraźna. I to właśnie kultura Asrai dąży do tego, by w konstruktywny sposób zintegrować te mroczne aspekty elfickiej duszy, okiełznać je w ten sposób i spożytkować je dla dobra ogółu.

Zdaję sobie sprawę z tego, że wniosek ten jest zbieżny z wnioskiem, jaki można wyciągnąć po nawet pobieżnym porównaniu mandali tych trzech elfich kultur, ale tekst ten powstał nie po to, by stwierdzać oczywiste, ale podkreślić fakt, że ósmoedycyjne (w numeracji WFB) ujęcie duchowości elfów jest moim zdaniem bardzo udane i zaskakująco głębokie. A dzięki temu może stanowić interesujący przyczynek do psychologii elfów w Warhammerze. A to już można wykorzystać na własnych sesjach.

Ilustracja: Flickr/Thomas James Caldwell

#46 Astronomia i Astrologia, czyli o obrotach sfer niebieskich [+Kartografia Niepraktyczna]

Gwiazdy i inne ciała niebieskie nie tylko towarzyszą wędrowcom od zarania dziejów, ale i same mają ogromny wpływ na to, co się dzieje na świecie. Z tego też powodu astromancerzy i szarlatani spoglądają w niebo, by poznać sekrety przyszłości lub zwyczajnie wysępić kilka srebrników od naiwnych.

Dziś i my spoglądamy w niebo chcąc poznać jego sekrety, a abyście nie zarzucili nam szarlataństwa, sprowadziliśmy szacownego gościa, którym jest sam Dieter Mathias Steinau, czyli Kartografia Niepraktyczna – twórca wielu map do Warhammera i innych uniwersów.

Prace Kartografa możecie pobrać za darmo na DeviantArt.

Oczywiście warto również odwiedzić FanPage Kartografii Najpraktyczniej.

Niebo nad Altdorfem, czyli astronomia Warhammera

Czasami można odnieść wrażenie, że świat Warhammera jest w zasadzie jak Ziemia, z tą różnicą, że zamieszkuje go wiele inteligentnych ras, a magia jest czymś rzeczywistym. Tych różnic jest jednak znacznie więcej i są one równie znaczące. No bo w końcu jak często widzicie za oknem nocny krajobraz opromieniony zielonkawym światłem?

I właśnie o tym, jak wygląda nocne niebo nad Starym Światem będzie niniejszy wpis.

Źródła na temat tego, jak wygląda układ słoneczny świata Warhammera są nad wyraz skąpe. Niemniej, pomimo tego, można kilka rzeczy na ten temat powiedzieć. Przede wszystkim, wbrew twierdzeniom tileańskich podróżników o imionach Ricco i Robbio, świat nie jest płaski. Jest kulisty i krąży wokół słońca (czasem można znaleźć nazwę Soll), a pełny obrót wokół niego zajmuje mu równo 400 dni. Wiemy też, że planeta jest przechylona w stosunku do płaszczyzny orbity, co na wyższych szerokościach geograficznych skutkuje odczuwalnym cyklem czterech pór roku, przesileniami (zimowymi i letnimi) oraz równonocami (wiosennymi i jesiennymi).

Księżyce

Kulisty jest również Mannslieb, naturalny satelita planety, który okrąża ją co 25 dni. Nie znamy źródeł, które twierdziłyby inaczej, więc można spokojnie założyć, że Mannslieb jest w rotacji synchronicznej z planetą, tak jak nasz Księżyc (to znaczy, czy obraca się wokół własnej osi w taki sposób, że z powierzchni planety widać w zasadzie tylko jego jedną stronę), tak samo jak zresztą wszystkie duże, kuliste księżyce w prawdziwym Układzie Słonecznym. Wiemy natomiast, że ponieważ może on zostać zaćmiony przez drugi z księżyców, Morrslieba, musi więc znajdować się dalej od planety niż on.

Morrslieb to mniejszy księżyc, który według przekazów miał pojawić się wraz z upadkiem starożytnych bram Przedwiecznych i od tego czasu wprawia on w zdumienie uczonych wszelkich ras i sieje popłoch wśród prostych mieszkańców. A to z tego powodu, że jego chaotycznej orbity w zasadzie nie da się dokładnie przewidzieć, a z jego niezdrowym, zielonkawym blaskiem, mieszkańcy łączą w zasadzie większość swoich nieszczęść. Są jednak dwie noce w roku, podczas których można liczyć na to, że Ukochany Morra będzie w pełni i tych nocy pobożny mieszkaniec Imperium wolałby raczej nie spędzać w jego trupim blasku. Te noce to Hexensnacht i Geheimnisnacht (spotkać można się też z nazwami Hexenstag i Geheimnistag). O ile Hexensnacht zdarza się co roku o tej samej porze, w środku zimy, pomiędzy ostatnim dniem miesiąca Vorhexen a pierwszym dniem Nachhexen, wyznaczając tym samym początek nowego roku, noc Geheimnisnacht jest wydarzeniem ruchomym, wyznaczanym przez jednoczesną pełnię Morrslieba i Mannslieba.

Chyba najbardziej znane wyobrażenie obu księżyców w pełni. Na późniejszych ilustracjach (na przykład okładka do czwartoedycyjnego Death on the Reik) różnica w rozmiarze pomiędzy Mannsliebem a Morrsliebem nie jest aż tak duża.

Planety

Planeta, na której znajduje się kontynent zwany Starym Światem, nie jest jedyną planeta, o której istnieniu wiedzą astromancerzy. Jest za to jedyną, która nie posiada własnej nazwy. Kanonicznym źródłem na temat układu słonecznego świata Warhammera jest powieść The burning shore autorstwa Roberta Earla, w której bohaterowie wyruszają do Lustrii w poszukiwaniu bogactwa i wiedzy. W rozdziale dziesiątym natrafiają oni na starożytny model układu słonecznego, dzięki czemu wiemy, że składa się on z planet, kolejno, Charyb, Deiamol, Tigris, świata Warhammera, Verdry, Lokratii oraz Obscurii. Ponadto The burning shore dostarcza nam jeszcze skrótowych opisów wyglądu niektórych z tych planet oraz informacji o tym, że układ ten znajduje się w galaktyce spiralnej.

Dzięki temu wiemy, że Deiamol to „płonący świat” koloru czerwonego przykryty zapewne gęstymi chmurami, Verdra ma być zielona, a na jej powierzchni widoczne mają być poszczególne kontynenty natomiast Lokratia jest szara jak popiół, a jej powierzchnia poprzecinana jest pomarańczowymi liniami i naznaczona kraterami uderzeniowymi. Najdalsza planeta, Obscuria, ma być generalnie biała od lodu, ale na jej powierzchni widać kilka ciemniejszych plam.

Półkanonicznym źródłem na temat planet jest nigdy nie opublikowany fragment Księgi Zbawienia, którym Andy Law pochwalił się dawno, dawno temu na jednym z forów internetowych, kiedy trwały jeszcze prace nad tą publikacją. Wprowadził w nim dziesięć planet oraz podał dane na temat okresów orbitalnych każdej z nich, które były albo wielokrotnością 400 dni, albo jakąś częścią tej wartości (połowa, jedna trzecia, jedna piąta). Nazwy i kolejność siedmiu planet pokrywają się z tym, co pisał Robert Earl, dodatkowe planety, umieszczone na pozycji, kolejno, siódmej, ósmej i dziewiątej od słońca, to Isharna, Loekia i Voelia, których nazwy nawiązują do panteonu elfickich bóstw (Isha, Loec, możliwe, że trzecia to odniesienie do Vaula), a pięć najbliższych słońcu planet miało być określanych jako „Dzieci Asuryana”. Co prawda nie jest to kanon, ale te informacje mogą wzbogacić wasze sesje.

Niekanoniczne przedstawienie układu świata Warhammera (gdyby ktoś miał problem z wyświetleniem, źródło tutaj)

Gwiazdy

W WFRP Companion do 2 edycji znaleźć można opisy znaków zodiaku, jest ich 20, a to, jak na niebie wyglądają niektóre z nich, mogliśmy zobaczyć na przykład niedawno przy okazji zapowiedzi Total War Warhammer 3. Ale to tylko zodiak, czyli pas w sferze niebieskiej w płaszczyźnie ekliptyki, zawierający pewne gwiazdozbiory, w których znajduje się widoczne z powierzchni planety słońce w ciągu całego roku. Wszystkich gwiazdozbiorów musi być znacznie więcej, niestety źródła na ten temat są dość skąpe. Z tego co mi udało się znaleźć, William King w Zabójcy Bestii wprowadził gwiazdozbiór o nazwie Kieł wilka oraz Gwiazdę Polarną. Która zapewne nie nazywałaby się w ten sposób, gdyby za jej pomocną nie można byłoby wyznaczyć północy.

We wspomnianym już wcześniej The Burning Shore, jeden z pochodzących z Bretonii bohaterów wspomina, że w Lustrii nie widzi gwiazdozbiorów „The Mill”, „The Griffin” oraz „The Lady’s Veil”, co może oznaczać, że są to trzy dodatkowe gwiazdozbiory nieba północnego, ale może to też oznaczać, że są to trzy bretońskie nazwy na gwiazdozbiory już znane nam z innych źródeł. Ta sama postać wskazuje też na widoczny nad Lustrią fragment gwiazdozbioru o nazwie „Serpent”, ale tutaj również nie wiemy, czy jest to bretońska nazwa jednego ze znanych już gwiazdozbiorów, czy zupełnie inna konstelacja. Podobnie pewności nie ma w przypadku gwiazdozbioru o nazwie „Aenarion’s Swordbelt” znanego z książki Sword of Caledor Williama Kinga oraz w przypadku wszystkich konstelacji znanych Skavenom, które pojawiają się w The Black Plague: Dead Winter C.L. Wernera.

Rzeczą natomiast pewną, ale wydedukować trzeba ją na podstawie innych posiadanych już informacji, jest to, że nocne niebo nad Starym Światem musi być przecięte przez jaśniejszy pas gwiazd, odpowiadający galaktyce spiralnej widzianej z jednego z jej ramion, przypominający znaną nam Drogę Mleczną.

Co z tego wynika?

Cóż, odpowiedź na to pytanie zależy od tego, czego oczekujecie na własnych sesjach. Dodatkowe informacje na temat różnic pomiędzy światem Warhammera mogą przydać się nie tylko do pogłębienia immersji waszych rozgrywek, ale też będą nieocenioną pomocą dla wszystkich postaci, które wpatrują się w gwiazdy częściej niż inne. I mam tu na myśli nie tylko żeglarzy, nawigatorów, uczonych i magów niebios ale też wszelkiej maści szarlatanów, szamanów czy wiedźm.

Jeżeli chcielibyście, aby sfery niebieskie miały jakiś wpływ na graczy podczas sesji, rzućcie okiem na materiały opublikowane swego czasu przez Liber Fanatica. Przygotowywane były one z myślą o drugiej edycji, ale można je zaadaptować do edycji czwartej.

Ilustracja: Flickr/Biblioteca Rector Machado y Nuñez

#40 Marienburg, czyli największy port Starego Świata

Znajdujący się w Jałowej Krainie Marienburg jest bez wątpienia największym miastem portowym na jakie można trafić w Starym Świecie, zawierającym w sobie ogrom Warhammerowego uniwersum znajdziemy tu: Wysokie Elfy, Norsmenów, Krasnoludy, Kitajskich kupców, Niziołki, oraz wiele więcej. Wszystko w mieście gdzie szlachta nie ma nic do powiedzenia, a rządzi głos ludu i pieniądze – niekoniecznie w tej kolejności 😉