„Wystarczy powiedzieć nie” – Cyberpunk

Pamiętasz, w którym momencie udało ci się nieodwracalnie spieprzyć swoje życie? Chodzi mi o konkretną chwilę odpowiedzialna za kaskadę wydarzeń, z których każde zarzuca ci pętlę na szyję, aby w odpowiednim momencie się na niej zacisnąć i wtedy już wiesz. To koniec, jestem w ciemnej dupie.

W moim przypadku, podobnie jak i w wielu innych, wystarczyło powiedzieć niewłaściwej osobie “Tak”.

– Przypomnij mi, po jakiego diabła brodzimy w tym syfie? – muskularny mężczyzna, wyraźnie daleki od zachwytu, bezskutecznie starał się skurczyć swoją imponującą sylwetkę tak, aby nie zabrudzić neonowej kurtki przeciskając się ciasnym przejściem.

– Przechodząc ścieżkami duchów poszukujemy zapomnianej prawdy, cierpliwości Craig – nabożnym tonem odpowiedziała ciemnoskóra kobieta, a białe wzory tatuaży zalśniły metalicznym blaskiem wokół niemal niewidocznych w mroku oczu.

– Całe szczęście. Przez chwilę bałem się, że to kolejna robota dla pewnego fixera, który uwielbia wpuszczać nas w gówno po same uszy – zarechotał Irlandczyk, już od dawna nie dawał się podpuścić mówiącej o duchach Maffi. Ta w odpowiedzi wyszczerzyła bielutkie zęby w uśmiechu, co wraz z tatuażami nadało jej twarzy wglądu czaszki.

Cholera wie, czy to opowiadanie o duchach to tylko część jej stylówy – podobnie jak tatuaże i naszyjniki z kości, czy naprawdę w to wierzy. Ale powaga, z jaką potrafiła o nich wspomnieć w najmniej oczekiwanym momencie, zwykle wybijała z rytmu każdego, kto jej nie znał.

– W zasadzie to co spodziewa się znaleźć tak głęboko? – Splunął Craig nieustannie zadając to samo pytanie w nieco innej formie, co stawało się już naprawdę upierdliwe. Z drugiej strony, jeżeli przypadkiem kogoś tu spotkamy, to sam widok ogromnego boostera powinien zniechęcić do stawania nam na drodze.

– Dyski, bazy danych, deki. Jakiekolwiek informacje, które mogły zachować się po katastrofie. Jesteśmy niemal pod samym city center. – Padła moja odpowiedź.

– Pięknie, kurwa pięknie! Dobrze, że nie wziąłem latarki, zaraz sam zacznę świecić. – Olbrzym znalazł kolejny powód do niezadowolenia, jakby zszedł tutaj właśnie w poszukiwaniu nieszczęść i trafił złotą żyłę pretekstów do trucia dupy. Na ratunek, zresztą jak zawsze, przyszła Maffi.

– Latarki? Cybergały pewnie sobie wszczepiłeś zanim na dobre oderwałeś się od cycka. Zresztą promieniowanie tła jest w normie, więcej radów wciągasz jak serwujesz sobie ten gówniany Insta-Keebs. Tysiące eddies w chromie, a żre gorzej niż szczur na bagnach… – Nie pozwolił jej dokończyć.

– Odwal się od najostrzejszego smaku w tym cholernym mieście – warknął niby zezłoszczony – Wy na odludziu pewnie zabijaliście się o kawałek nadpalonej opony na kolację, ale tutaj, w kolebce cywilizacji, ludzie mają dużo bardziej dystyngowany…

– Cisza, jesteśmy na miejscu! – jak uroczym rozproszeniem by to nie było, to przerzucanie się uszczypliwościami odciągało ich od zadania, a przecież oficjalnie, a w zasadzie nieoficjalnie, byliśmy w pracy.

Korytarz zaprowadził nas do stalowych drzwi, nie pierwszych, które już odnaleźliśmy. Za nimi znajduje się kolejne pomieszczenie serwisowe, a w nim jeszcze więcej bezwartościowych śmieci. Po wojnie całe centrum, a w zasadzie to, co z niego zostało, zabetonowano i postawiono od nowa. Nowe miasto na grobowcu starego. Niby wszyscy o tym wiedzieli, lecz mało kogo to obchodziło. W końcu cóż ciekawego mogło się znajdować w ruinach metra i kanalizacji?

Najwyraźniej byli jednak tacy, którzy byli na tyle ciekawscy lub znudzeni, aby poznać odpowiedź na to pytanie. Cholera wie, ile czasu i pieniędzy już poświęcono: sprawdzenie starych planów zagospodarowania, przeglądanie projektów budowy sarkofagu po „katastrofie” – jak lubiano nazywać detonację ładunku nuklearnego w samym centrum miasta – przeprowadzenie geologicznych analiz, symulacji.I wszystko po to, aby ostatecznie nasza trójka stanęła przed rdzewiejącymi, stalowymi drzwiami, za którymi zapewne i tak nie będzie nic ciekawego.

Co gorsza, akurat te drzwi nie zostały wyposażone w żaden terminal, czytnik biometryczny, lub cokolwiek, co umożliwiałoby ich normalne otwarcie. To udało mi się ustalić przez bezskutecznie ostukiwanie ich samych, jak i wszystkiego wokół.

– Odsuń się, tutaj wskazana jest odrobina polotu i finezji – Uśmiechnął się Craig, widząc moje beznadziejne zmagania z, wydawałoby się, całkowicie bezużytecznymi drzwiami.

Stanął pośrodku przejścia na szeroko rozstawionych nogach, wziął głęboki wdech i wbił palce z metalicznym trzaskiem w pionową szczelinę pośrodku stalowej przeszkody. Ryknął głośno wyrzucając powietrze z płuc, jakby to pracowały jego własne mięśnie, podczas gdy chromowane pokrycie dłoni i przedramion rozszczepiło się zwiększając możliwości chłodzenia tłoków, wreszcie głośny huk odpowiedział jego wysiłkowi i prawe skrzydło zaczęło się chować w ścianie. Irlandczyk naparł teraz całym ciałem na prawe skrzydło, które poddawało się milimetr po milimetrze jego nadludzkiemu wysiłkowi. Wreszcie, gdy utworzył przejście na tyle szerokie, że i on sam się w nim zmieści, oparł się plecami o drugą część automatycznych drzwi łapiąc oddech i posyłając porozumiewawcze spojrzenie:

– Łatwizna – Zaśmiał się zdyszany.

– Trzy i pół calowe stalowe drzwi? – gwizdnęła Maffi – Tym razem chyba rzeczywiście znaleźliśmy coś godnego uwagi. Wchodzimy?

Wystarczyło odpowiedzieć “nie”. Lecz szansę na to odebrało nagłe wycie syreny alarmowej i towarzyszące jej błyski czerwonych świateł.

– Skąd tu kurwa jest zasilanie? – Jęknął Craig.

– Zapasowy generator? Aktywował się pewnie po twoim finezyjnym otwarciu drzwi? – Nie było jednak czasu na wypominanie błędów. Po wewnętrznej stronie znajdował się terminal ostrzegawczo błyskający żółtymi i czerwonymi diodami, jakby starając się dodać pilności i tak wyraźnie niecierpiącej zwłoki sprawie.

Teraz ja. Wystarczyło na szybko wyciąć przedni panel, wpiąć deck w gniazdo, sprzęg do deku i…

– Jestem… – Nim słowo ostatecznie padło z moich ust, do uszu nie dobiegał już dźwięk, a raczej dobiegał, ale nie tylko do uszu. Szesnaście mikrofonów po dwa w każdym rogu i pośrodku ścian, tyle samo kamer, wszystkie wciąż sprawne dostarczały obraz i dźwięk. Programy z deku ruszyły w sieć niemal samoistnie; Płaszczka ułożyła się pod moimi stopami, podczas gdy Demony z młotami bojowymi rozbijały mury fortecy, równie przestarzałej jak te wizualizacje. Stworzona w innej epoce, jako część większej całości, teraz niczym odcięta kończyna nie była w stanie opierać się atakom współczesnego softu. Nagła cisza wdarła się w miejsce uporczywego wycia syren, podobnie czerwony blask alarmów ustąpił ciepłemu, żółtemu światłu wypełniającemu przestrzeń.

Zaskakująco duża i wysoka sala z pewnością nie była kolejnym pomieszczeniem kontrolnym: ściany z mlecznobiałego papieru wsparte na ażurowych stelażach przepuszczały promienie dziennego światła, aby oświetlić całe wnętrze. Grube kolumny, ciosane z ciemnego drewna, którym były też pokryte nieprześwitujące części ścian i podłoga, środek której wyłożono jasnymi matami. Całości wystroju dopełniał posąg samuraja i rozwieszone na ścianach zwoje, przyozdobione azjatyckim pismem. Iluzja była niemal perfekcyjna, można było zapomnieć, że to nie braindance historycznej Japonii, a zapomniana piwnica gdzieś pod miastem.

Pomimo mojej chwili zadumy nad tym, kto chciał to wszystko tu umieścić, i po jaką cholerę, programy w tle nie przestawały działać, cierpliwie przeczesując bazy danych i dawno zapomniane dyski w poszukiwaniu czegokolwiek wartościowego.

Otworzyć kolekcję? – Komunikat pojawił się w mojej świadomości – Tak.

Panele mlecznobiałych ścian bezszelestnie przesunęły się w górę, odsłaniając dumnie prężące się rzędy broni: od pistoletów i rewolwerów, przez lekkie karabiny, po broń ciężką dedykowaną pod borgi, oraz cały asortyment noży, shirukenów, monokatan i cholera wie czego jeszcze, rozmieszczonych pieczołowicie w ściennych uchwytach.

– Jasna cholera! Trafiliśmy jakąś zbrojownię, to musi być coś warte – Grzmiał podekscytowany Craig, niemal podskakując z radości pośród jasnych mat podłogi.

– To nie jest zbrojownia, to… – Ledwie chwilę po tym, gdy słowa Maffi dobiegły do mikrofonów, aby sygnałem pognać do sieci przez deck i wreszcie do mojej świadomości, posąg samuraja już dusił w morderczym uścisku Irlandczyka. Niedokończone zdanie Maffi zmieniało się w krzyk wściekłości, podczas gdy moje myśli pędziły prosto do płaszczki. Ostrzegawczy komunikat zabłysnął czerwienią: Czy na pewno chcesz teraz aktywować protokół? Teraz, tak, tak, TAK! Jeżeli mamy wyjść z tego żywi, to teraz!

I zadziałało, przynajmniej na tyle, na ile to możliwe na lokalnej sieci. Soft działał jak powinien, podobnie Sandevistan wykonał swoją działkę i czas się zatrzymał – prawie. Zostawiam mięso z tyłu i lecę. Linie kodu układają się w mojej świadomości, ale potrzebuję przestrzeni i punktu odniesienia, przywołuję więc salę. Obraz z kamer wystarczy, aby stworzyć symulację – wystarczy to mało powiedziane, dopiero teraz widzę to miejsce naprawdę: każdy słój na drewnie, każde pociągnięcie pędzla na papierze, wszystko ostre i wyraźne, nie rozmyte jak w zwykłej rzeczywistości…

Skup się. Ja. Gdzie jestem? Ja, moje ciało – wpięte przez deck do terminala, kręgosłup już zaczął się wyginać w spazmie będącym efektem całego syfu wpuszczonego do krwiobiegu przez Sandevistana. Niebawem upadnie, jednak niebawem jest względnie, póki co stoi, nie wiedząc jeszcze, że upadnie. Jednak to nie ja, to tylko mięso, JA natomiast jestem wszędzie, gdzie zwrócę oko swej jaźni.

Widzę Maffi w połowie drogi między moim ciałem, a nim. Z obnażonymi w krzyku dziąsłami, świetlne tatuaże tworzą wzór przerażającej maski pragnącej ofiary z krwi, podczas gdy dłonie wznoszą strzelbę, która złoży tę ofiarę.

Craig pośrodku sali, ze zmiażdżona tchawicą i ramionami wyrzuconymi w przód. To one, nowe chromowane ramiona Irlandczyka cisnęły nieoczekiwanym gościem honorowym, czy raczej gospodarzem o ścianę, w stronę której wciąż zmierza.

To właśnie po nim widać, że czas tak naprawdę się nie zatrzymał, gdy powoli leci na spotkanie ze ścianą. Czarna, matowa zbroja, nie chce się nawet dobrze renderować w symulacji, szczelnie zakrywa niemal całe ciało, skóra widoczna jest jedynie wokół oczu, resztę twarzy skrywa maska z czarnej tkaniny – Czyli jednak został w tobie kawałek człowieka skurwysynu? – Chcę wrzeszczeć w twarz samuraja, nie mając jednak czym wrzeszczeć.

Potrzebuję siebie, aby móc się na niego wydrzeć, a symulowany worek krwi i mięsa upadający pod drzwiami nie oddaje mnie wystarczająco dobrze, więc tworzę swojego awatara, filtrując cały input sensoryczny tak, aby dochodził do jego, a teraz moich: oczu i uszu. W ten sposób moje JA znajduje zakotwiczenie w tej nieprawdziwej rzeczywistości.

Podchodzę do ożywionego pomnika, już niemal roztrzaskuje się o stojak z bronią i znajdującą się za nim ścianę. Zaraz przebije się przez mlecznobiały niby papier i zapewne cholernie boleśnie uderzy w zbrojony żelbeton tuż za nim.

– Zdechniesz tutaj skurwysynu! – Wrzeszczę ile sił w wirtualnych płucach prosto w twarz symulacji samuraja. – Tak lepiej. Teraz trzeba ustalić ramy czasowe. Przywołuję wyświetlacz w lewym dolnym rogu mojego pola widzenia, diagnostyka zaleca odłączenie po trzech sekundach. Tlenu w organizmie wystarczy na dodatkowe pięć minut, jednak mózg nie może pracować na takich obrotach bez poważnych i zwykle ostatecznych skutków ubocznych. Takie są ograniczenia, jak stawiasz rig na białku, zamiast na krzemie. Trzy sekundy. Zatem cała wieczność rozpościera się przede mną.

Pragnę tylko jednego – dostać się do tego ekranowanego, zadrutowanego pod sam sufit skurwysyna i zwyczajnie go wypłaszczyć. W międzyczasie sieć odpala w tle symulację: Po uderzeniu o betonową ścianę będzie potrzebował chwili, aby zebrać dane, zapewne ruszy w kierunku jakiejś broni palnej, aby choć odrobinę zniwelować naszą przewagę liczebną, w tym czasie Maffi powinna zdążyć go ustrzelić, a Craig jeszcze go dobije. Prawdopodobieństwo prognozy: 89.72%

Zresztą, nawet jeżeli coś pójdzie nie tak, to moje programy powinny dobrać się do niego, zanim zdąży wyrządzić komuś prawdziwą krzywdę, Craig oddycha przez dodatkowy zestaw płuc i skrzeli od kilku lat, cała zadyszka była jedynie popisówką.

Jednak samuraj postanawia nie słuchać się symulacji i zamiast uderzyć o ścianę z pełnym impetem jedynie jego stopy przebijają się przez mlecznobiały papier ażurowych dekoracji, na której to niemal kuca i sprężyście odbija jednocześnie ręką sięgając… – Nie! Skurwysyn, nie został rzucony! On to zaplanował! – … jego dłoń, niby bezwiednie, chwyta rękojeść katany, już w odbiciu pędząc na spotkanie maty, płynnym ruchem nadgarstka zrzuca pochwę, przewrót przez plecy…

Ogromna dłoń Craiga pędzi na wprost miejsca gdzie za chwilę pojawi się jego głowa, jednak samuraj się nie podnosi. Jego dłoń za plecami w odwróconym chwycie trzyma rękojeść katany, której ostrze wyrastające za łukiem pleców wbija się w otwarte usta Irlandczyka, przez podniebienie, do mózgu i wychodzi z drugiej strony czaszki w fontannie szkarłatu.

– Jak kurwa! Jak to jest możliwe, że po kilkudziesięciu latach w tym grobowcu to może działać? – Drę się do siebie, czując słony smak łez spływających po policzkach do ust. – Ale łzy nie zdążyłyby jeszcze spłynąć, to nie jest prawda, a tylko wrażenie, symulacja, konflikt sensoryczny, może trzy sekundy to zbyt szczodra prognoza jak na moje możliwości, może wypalę się, nim upłynie jej pół?

Ale najpierw ty skurwysynu, zdechniesz tutaj przede mną – Demony starają się szarpać, jednak pomimo połączenia z siecią, czarny samuraj siedzi za grubą warstwą LODu, która łatwo się nie poddaje, nawet kiedy w jego kierunku mknie dziewiętnaście ostrych jak brzytwy i cieniutkich niby igły pocisków ze strzelby Maffi, które zrobiłyby szatkowany pre-pak z każdego śmiecia z kanałów. Teraz jedynie niegroźnie wbijają się w pancerz.

– Nosz kurwa mać! – Odpalam wszystkie funkcje alarmowe podziemnego kompleksu, ale nic nie może mi pomóc w powstrzymaniu tego pieprzonego mordercy; wentylacja, systemy podtrzymywania życia, zraszacze przeciwpożarowe, włazy zewnętrzne, czujniki ruchu, ale gdzie automatyczna ochrona, wieżyczki, drony… – Dlaczego nic tu kurwa nie ma, żeby zatrzymać tego potwora?

W tym czasie on już biegnie w moim kierunku ignorując kolejny wystrzał Maffi, przebiegając obok, niby od niechcenia, szerokim cięciem rozcina jej tętnicę udową, która zrasza wszystko wokół czerwienią.

Ile sekund życia jej zostało? Zapewne więcej niż mnie, do mojego ciała dobiegnie w siedem dziesiątych. Siedem dziesiątych sekundy życia mi zostało. Siadam bezradnie w pół drogi między moim upadającym ciałem a nadbiegającą śmiercią. Przebiega przeze mnie niczym duch i muszę się upomnieć, że w tym zestawieniu to ja jestem duchem, pomimo że to on tkwił tu nie wiadomo jak długo, pogrzebany żywcem.

Teraz przynajmniej patrzę na Maffi, ostatnia rzecz jaką zobaczę to ona, nie jak umiera, ale jak walczy, nie pozwoliłaby mi inaczej odejść. Leży na matach barwiących się szkarłatem, jej wzniesiona dłoń celuje w plecy biegnącej śmierci. Tym razem nie ze strzelby – ta leży obok – lecz z leciwego Arno. Wielkiego, tłustego rewolweru, którego kurek właśnie opada, aby lufa mogła wybuchnąć pociskiem niesionym szczerą nienawiścią płonącą w oczach Maffi.

Kula przelatuje przeze mnie, podobnie jak przed chwilą zrobił to samuraj do którego jest adresowana. Symulacja nawet pokusiła się o dźwięk powiadomienia, gdy dosięgnął celu. Co i tak nic nie zmieni, jest za późno i wtedy do mnie dociera: Powiadomienie – Demon – LÓD – Tak! – Podrywam się na równe nogi i widzę wyrwę w zbroi samuraja, który stracił równowagę i leci do przodu. Nie wiem, co to było Rey: przeciwpancerny, IEM, czy jakieś poświęcone przez szamana cholerstwo które nomadzi trzymają w zanadrzu na spotkanie z takimi zadrutowanymi skurwysynami jak on, ale za to też cię kocham.

Dobra, koniec opieprzania się. Demon przeszedł przez pierwszą warstwę LODu, ale milisekundy biegną nieubłaganie, nawet jak druciarz się nie podniesie, to moja czacha i tak wyparuje i tyle z tego będzie. Dobra, pokaż mały, do czego się wgryzłeś pod LODem. Nic tylko podstawowa funkcjonalność, pieprzone gajery wiedziały co robią, nie pozwolą, aby ktoś im zabrał zabawkę mając w garści jedynie odrobinę szczęścia i deck. Mogę mu odpalić alarm. Pięknie, tylko co mi z tego, że kontrolki mu zamigotają na wyświetlaczu, zdechnę w tej cholernej dziurze zalewanej wodą koloru gówna z cholernych zraszaczy przeciwpożarowych, które nie chcą się wyłączyć.

Zraszacze… Alarmy… Woda… Syreny… Tak! Mam cię gnoju – wybucham opętańczym śmiechem, a w dłoni pojawia się awatar papierosa, którym zaciągam się do dna nieistniejących płuc.
O, jak ja cię mam. Jak głęboko w gównie jesteś, nawet nie zdajesz sobie sprawy, zakuty łbie. – Podświadomie posyłam instrukcje przez demona, okrążając klęczącego samuraja i szczerząc zęby. Jego dłoń to otwiera, to zamyka się na rękojeści miecza. A ja się śmieję i tańczę, ponieważ każdy program tak naprawdę jest tylko dodatkiem do tego, co było przed nim, każda kolejna generacja sprzętu to tylko kolejna odsłona tego, co już znamy, tego co było już wcześniej, ale poprawione, ot kilka linijek kodu tutaj, dodatkowy pancerz tam, inny system celowniczy, ale ostatecznie to wciąż to samo.

Idę o każdy zakład, że gdzieś na ważnym spotkaniu korpo-szczurów z wojskowymi, nieważne czy w Pentagonie, czy w Tokio ktoś powiedział, że borg to taki czołg, czy myśliwiec, tylko który się nosi. Albo inny podobny bezsens. Tylko że to prawda, ponieważ tak nad tym pracowali technicy, inżynierowie i cała reszta. Człowiek był dla nich pilotem, a wszczepy dodatkiem, bo odpowiednie dyrektywy, polityka, czy wreszcie zwykłe przyzwyczajenie.

A teraz, jak ubabrany jesteś w tej śmierdzącej wodzie i mój Demon wchodzi ci w BIOS, to widzisz tylko jedną komunikat, która drze się: Tonę! Tonę! Tonę! Aktywować Procedurę Awaryjną! I tak zdradza cię twoje sztuczne ciało. Ponieważ sprzęt ma za zadanie ratować pilota, a cały ten pancerny sprzęt z tworzywa, jakim cię zadrutowano, zwyczajnie nie unosi się na wodzie. I teraz, starając się uratować twoje nędzne życie, wszystko wypina się jedno po drugim, abyś mógł wypłynąć na powierzchnię, abyś miał szansę przetrwać. Ale ty nie toniesz, tylko leżysz na mokrej podłodze bez nóg i rąk, bezsilny jak niemowlę, nawet nie widząc kto cię pokonał i kurwa obiecuję ci, że tak właśnie zdechniesz.

I wtedy gasną światła. Znika on, znika sala, znika wszystko, jest tylko ciemność i moja świadomość unosząca się w… No właśnie w czym? Chyba za długo mi zeszło. Czy Lazarus zadziała, wstrzyknie adrenalinę i wstanę? A może ten przeklęty drań jakoś do mnie podpełzł i właśnie przegryza moje gardło, i to jest ostatni z majaków pozbawionego tlenu, przeciążonego mózgu?

I wtedy zewsząd rozlega się pytanie, zadane miękkim, przyjemnym głosem: – To ty Johnny?

I co w takiej sytuacji mogę odpowiedzieć? Co muszę odpowiedzieć, aby przetrwać?