Zwierzoludzie i Norska

Od strony płonącego nieopodal dużego ogniska dochodziły odgłosy śpiewów odbijające się echem od ciemnej ściany lasu. Większość wojowników zajęta była świętowaniem dzisiejszego zwycięstwa, ale pewna ich część od picia wolała bardziej krwawe rozrywki. Ci zebrani byli na skraju lasu, z którego po południu wyłonili się niespodziewani sojusznicy. Połączyli ich wspólni bogowie i wspólny wróg.

Obecnie trwały próby nawiązania szerszego porozumienia. Środkiem do tego był z początku miód pitny, jakim norsemani podzielili się ze zwierzoludźmi. Później jeden z wojowników postanowił zmierzyć się w zapasach z jednym z kozionogich, którzy przybyli wraz z szamanem. Choć wydawać by się mogło, że próby wytłumaczenia, o co mu chodzi, skazane są na porażkę, szybko okazało się, że obie strony wiedzą doskonale, czym jest rytualny pojedynek. Pierwotne instynkty są silniejsze niż ograniczenia koślawego reikspielu czy nawet mrocznej mowy. Po zapasach norsemani przyprowadzili kilku jeńców, których schwytali dziś rano w obozie Bretończyków. Ich krew i krzyki stały się kolejnym spoiwem niecodziennego sojuszu.

Jarl stał na uboczu, upajając się widokiem jeńców torturowanych przez jego ludzi oraz rogate półdemony z lasu. W świetle ogniska i pochodni trudno było odróżnić jednych od drugich. Obok niego, opierając się na powykrzywianej lasce zakończonej zwierzęcą czaszką, stał szaman. Górował nad jarlem o głowę, nie licząc nawet trzech rogów ozdobionych świecidełkami odbijającymi teraz słabe promienie światła rzucane przez ogniska i pochodnie. Jego zmierzwione futro śmierdziało starą posoką, gnojem i spalenizną. Szaman prychnął i warknął potrząsając głową na boki, co zwróciło uwagę jarla.

„Ja czekać z tym na teraz,” powiedział szaman, który z wszystkich przybyłych zwierzoludzi posługiwał się najlepiej reikspielem. „My przynieść asur, my aksho ksy azyr’y, my razem kharsha, on zdradzić akhshami.”

Jarl spojrzał z zaciekawieniem na szamana i uśmiechnął się lekko. Nie znał płynnie mrocznej mowy, ale fragment o torturowaniu elfa zrozumiał doskonale.

Szaman uderzył swoją laską w ziemię, a na ten znak kilku zwierzoludzi, którzy do tej pory trzymali się na uboczu, wniosło skrępowanego i ogłuszonego elfa i rzuciło go do stóp szamana.

„No proszę, proszę… Co my tu mamy,” powiedział jarl przyklękając, aby przyjrzeć się lepiej jeńcowi. Był spętany, zakneblowany i nieprzytomny. Ubrany był w ubrudzone spodnie, a jego tors pokryty był błotem, spod którego w niektórych miejscach wyzierały tatuaże o skomplikowanych wzorach. „Coś tak czuję, że czeka nas bardzo interesująca noc.” Jarl zwrócił się do szamana. „Ej, wy tam, przynieście liny, przywiązać go pomiędzy tymi dwoma drzewami,” rozkazał swoim ludziom.

Kiedy pierwsze promienie słoneczne oświetliły polanę, jarl siedział na pieńku z zakrwawionymi rękoma. Był zmęczony. Obserwował jak szaman z wprawą kończy patroszyć elfa, którego tuż przed świtem ostatecznie poświęcili Lanshor. Zadziwiające, że nóż w tak zniekształconych rękach może być aż tak sprawny. Kiedy szaman skończył, odwrócił się i opierając się na kosturze podszedł powoli do dużego kamienia, na którym w nocy wyrysował krwią elfa nieznane jarlowi symbole. Do rana zdążyły już wyschnąć i stać się praktycznie czarne. Kiedy dwóch kozionogich przyniosło za szamanem misę, w której ten zebrał część wnętrzności nożouchego, jarl wstał i zbliżył się do kamienia. Szaman chrząkał, charczał i potrząsał rytmicznie swoim rogatym łbem rozpoczynając swój rytuał. Po chwili sięgnął do misy, nabierając z niej garść krwawej, parującej w porannym przymrozku breji, którą rzucił na powierzchnię kamienia.

Pomimo zmęczenia jarl przyglądał się temu z zaciekawieniem.

„Dowiedzmy się w końcu, gdzie znajdziemy ten klucz, o którym tyle mówił.”

Powrót