Zwierzoludzie

Stado wyło. Ich rogate pyski wznosiły się ku gwieździstemu niebu oświetlane od spodu przez kilka ognisk rozpalonych wokół strzelistego kamienia, którego sylwetka odcinała się na tle gwiazd. Skowyt wydobywający się z ich gardzieli musiał nieść się na co najmniej kilka mil. Polana, na której stał ciemny menhir, przeorana była kopytami istot, które zdawały się rytmicznie krążyć wokół niego.

Ze swojego miejsca Jonas miał świetny widok na ich wewnętrzny szereg. Ale nie widok był najgorszy. Podobno człowiek przyzwyczaja się do zapachów już po kilku minutach. Podobno. Do fetoru tych stworzeń Jonas nie przyzwyczaił się od czasu, gdy został przez nie schwytany, czyli już dobre trzy dni temu. W tym czasie mniejsze z rogatych stworzeń, choć cały czas związany był mocnym postronkiem, co jakiś czas przynosiły mu wodę i jakąś obrzydliwą maź, którą próbowały go nakarmić. Początkowo starał się opierać, ale drugiego dnia się złamał. Zapadł po tym w dziwny sen. Błąkał się w nim po przeklętym lesie, w którym czaszki i kości zwisały z gałęzi czarnych drzew, a leżące wszędzie resztki szkieletów poprzerastane były przez ich korzenie. Początkowo wydawało mu się, że las nie miał końca, ale po dłuższej wędrówce Jonas dotarł na jego skraj, do spowitego mgłą pobojowiska, na którym okaleczone ciała umierających wiły się jak warstwy robaków. Na horyzoncie majaczyła potężna, nienaturalnie wysoka twierdza z czarnego kamienia.

Potem obudził się tutaj. Z krzykiem. Leżąc związany pod tym ciemnym kamieniem. W sumie to wcale nie musi być jego trzeci dzień w niewoli.

Szeregi zwierzoludzi rozstąpiły się powoli, tworząc korytarz, którym bez pośpiechu kroczył w jego stronę stwór, jakiego Jonas do tej pory jeszcze nie widział. Był wyraźnie większy od pozostałych, opierał się na powykrzywianym drągu zwieńczonym rogatą czaszką. Sam miał dwie pary rogów, choć jeden z nich był ułamany. Końcówki pozostałych trzech przyozdobione były świecidełkami, które odbijając światło ognisk sprawiały, że przy każdym ruchu jego głowy krwistoczerwone cętki poruszały się chaotycznie po jego wydłużonym pysku. W swoich myślach Jonas ochrzcił go Kulawym.

Kulawy powoli podszedł do podwyższenia, na którym znajdował się więzień, po czym odwrócił się do niego tyłem. Stado ucichło, podczas gdy Kulawy, potrząsając co jakiś czas swoją laską, zaczął wydawać z siebie modulowane chrząknięcia, charknięcia i skowyty. Stado co jakiś czas reagowało entuzjastycznie na charczenie Kulawego.

Jonas nie miał sił modlić się o ratunek. O niego modlił się gdy go złapali. Później o szybką śmierć. Teraz ze zdziwieniem odkrył, że nawet już się nie boi. Zamiast tego wyobrażał sobie siebie jako zewnętrznego obserwatora wydarzeń, który spokojnie obserwuje ich rozwój, starając się dowiedzieć jak najwięcej. Kulawy był z pewnością ich przywódcą albo jakimś szamanem. W końcu nie zabili Jonasa od razu, tylko trzymali go na specjalną okazję. Która bez wątpienia właśnie nadeszła. Tylko dlaczego teraz? Dlaczego tutaj? Przecież do tej pory w okolicy nigdy nie grasowały tak duże stada zwierzoludzi. Zdarzały się małe grupy, ale nie aż takie. Co je tutaj zwabiło?

Kulawy stanął nad Jonasem trzymając w łapie czarne ostrze.

Odpowiedzi na swoje pytania Jonas już nie poznał.

Powrót