3. Pierwsza nocka

01.03.2511

Karząca ręka prawa sięgnęła po naszych bohaterów i zamknęła ich w żelaznym uścisku kajdan. Na nic zdały się zwyczajowe tłumaczenia i zapewnienia o dobrej woli, czy pojawieniu się w wyjątkowo niefortunnym miejscu oraz czasie.

Nawet oburzenie i powoływanie się na błękitną krew Sigfriedy, czy status Sigmunda jako absolwenta Altdorfskich Kolegiów Magii nie powstrzymały służbistów ze straży wykonujących z werwą swoje obowiązki pod czujnym spojrzeniem rudowłosej pani kapitan.

Ostatecznie, tak jak i wielu innych pechowców, którym nie udało się w porę zbiec, całą czwórkę odprowadzono – wraz z nieodłącznym już czworonogiem – do miejscowego aresztu znajdującej się w piwnicach koszar Straży Miejskiej Miasta Wusterburg.

Stłoczeni w brudnej i śmierdzącej celi bohaterowie z topniejącą nadzieją i rosnącą niecierpliwością oczekiwali pojawienia się kogoś, kto wstawi się za nimi, zapewniając o powstałej pomyłce, w wyniku czego miejscy oficjele zapewne przeproszą za wszelkiego rodzaju kłopoty jakie spotkały tak niesprawiedliwie pomówionych i całkowicie niewinnych podróżnych. Nikt taki jednak nie nadchodził.

Zrezygnowani, odliczając kolejne, nieśpiesznie mijające godziny, świeżo upieczeni pensjonariusze aresztu, zwrócili swoją uwagę pozostałym towarzyszom niedoli, którzy skutecznie pomagali ściśle wypełnić niezbyt rozległy metraż lochu.

Okazali się nimi być cyrkowcy z trupy „Marienburgscy Korsarze”, którzy również brali czynny udział w całym jarmarcznym zamieszaniu. Podobnie jak członkowie drużyny, także i cyrkowcy wykazali się optymistycznym usposobieniem, nakazującym wszelakie niejasności wyjaśnić z przedstawicielami władz – co leżało w jawnej opozycji do miejscowego zwyczaju brania nóg za pas na dźwięk nadchodzącego patrolu straży.

Umalowanej i poprzebieranej w najrozmaitsze kostiumy grupie przewodziła Geri – niziołkini przebrana za krasnoluda, z włosami misternie zaplecionymi i podwiązanymi tak, aby udawały brodę dumnego, górskiego ludu. Nastrój kuglarzy był wyjątkowo smętny i paskudny, nawet jak na kogoś, komu właśnie odebrano wolność i wtrącono do lochu, aby tam mógł w spokoju kontemplować nadchodzącą wiosenną równonoc.

Ponad cichymi pomrukami niezadowolenia i dobiegającymi z kątów celi stłumionymi szlochami wznosił się piskliwy głos rudowłosej niziołkini, która niewybrednymi żartami i karczemnymi historiami starała się wprowadzić odrobinę radości w cuchnący i wilgotny mrok podziemia, jednak bez większych sukcesów.

Zdecydowanie lepszy wpływ na morale więźniów miał Henroth – przebrany za mutanta, rosły Nordlandczyk ze skrywającą ramię macką stworzoną z przewiązanych rzemieniami barwionych skór, w której wnętrzu skrywała się rozsądnych rozmiarów flaszka przedniego samogonu.

„To tylko atrapa, ale strażnicy i tak wolą jej nie dotykać,” – mrugnął porozumiewawczo, pozwalając butelczynie ruszyć w podróż po celi, aby mogła pokrzepić zarówno serca, jak i ciała mimowolnie zebranych.

Korzystając z gościnności kuglarzy i dzieląc się swoimi historiami, drużyna dowiedziała się, że przyczyną podłego nastroju cyrkowców była śmierć jednego z najważniejszych członków trupy. Ogniomistrz Fosten, którego bezskutecznie próbowała ocalić Eike, zapewne przeszedł już przez portal Pana Snów.

Wśród ścisku, barwnych cyrkowych kreacji i makijażu, bezczelnych szczurów, brudnych sienników, oraz wygłodniałych pluskiew, wszyscy w końcu poddali się zmęczeniu i zapadli w sen.

***

Następnego dnia od samego świtu przed celą pojawiali się strażnicy, ochryple wykrzykując imiona poszczególnych więźniów i wyprowadzając ich w celu złożenia wyjaśnień. Czasem pojedynczo, czasem w niewielkich grupach odeskortowano kolejnych zatrzymanych, uszczuplając populację pustoszejącej celi. Wreszcie jeden ze strażników odczytał imiona bohaterów, na powrót umieszczając ich dłonie w okowach oraz wyprowadzając ich zarówno z celi, jak i samego aresztu.

Słońce stało już wysoko na niebie, a gwar miejski dobiegał z rynku, na który byli prowadzeni tą samą drogą, którą poprzedniego dnia prowadzono ich do aresztu. I tym razem towarzyszył im patrol straży, prowadząc ich do stojącego przy rynku ratusza, będącego jednocześnie budynkiem sądu.

Imponująca budowla z początku ubiegłego wieku ozdobiona była herbem samego miasta, jak i co znamienitszych rodów z jego historii. U jej szczytu znajdował się pomnik Vereny – bogini z zasłoniętymi oczami w jednej dłoni dzierżyła miecz, w drugiej zaś szalę, na której ważyła los i serca śmiertelników.

Sigfrieda zmówiła pod nosem krótką modlitwę do swej patronki i dumnym krokiem ruszyła do pałacu sprawiedliwości z takim zdecydowaniem, że prowadzący ją strażnicy musieli przyśpieszyć, aby dotrzymać jej kroku.

Widząc to Sigmund również dumnie wyprężył pierś i starał się zrównać ze szlachcianką. Wszak jest Imperialnym Czarodziejem, a nie jakimś chłopem, którego bezkarnie można zamknąć na noc w śmierdzącej budzie niczym znaleźnego kundla, w myślach już zaczął układać przemowę, która nie tylko zapewni mu wolność, ale jednocześnie poskutkuje tym, że cała straż gorzko pożałuje, że ośmieliła się podnieść na niego rękę.

Prowadzeni po kamiennej posadzce przestronnych korytarzy zbliżali się do szerokich, drewnianych drzwi. Jeden ze strażników już naciskał klamkę, by otworzyć drzwi, czarodziej jednak ruszył do przodu i zamaszyście przekroczył próg, a na ustach już gościły mu pierwsze słowa słusznej skargi kierowanej do wysokiego sądu… Niestety salka okazała się niewielka i pusta, jeśli nie liczyć drewnianego stołu otoczonego kilkoma równie pustymi krzesłami. Słowa zamarły na ustach Sigmunda.

– Zaczekacie tutaj. Wprowadzimy was na salę gdy rozpocznie się rozprawa – strażnik beznamiętnie spojrzał w przygasające oczy alchemika.

Całe lata, miesiące, czy ledwie godziny? Nie sposób powiedzieć, jak długo trwali w wyłożonej drewnem sali, pozostawieni sami sobie. Już dawno ucichły się miarowe kroki i rytmiczne stukanie palcami o blat, dzięki którym starali się walczyć z nudą. Nieustanne napięcie ostatecznie samo się rozmyło, pozostawiając jedynie miejsce dla bezsilnej rezygnacji.

Wreszcie drugie z drzwi izby otworzyły się, ukazując rozległą salę rozpraw, a głos strażnika nakazał im wstać i zająć wskazane na niej miejsca. Całą czwórką usiedli za długą, dębową ławą, za plecami mając pęczniejące zgromadzenie miejscowych, co raz wyzywające ich od rabusiów, przestępców i bezbożników. Nad tymi wznoszącymi się okrzykami zapanować starał się wiekowy mężczyzna w sędziowskiej todze, nieustannie nawołujący o spokój i z zaciekłością godną samego Sigmara walący drewnianym młotkiem o blat, nakazując raz po raz wyprowadzać z sali co głośniejszych widzów rozprawy.

Gdy udało się wreszcie zagwarantować względną ciszę i powagę wymaganą przez instytucję, oskarżyciel z ramienia rady miasta rozpoczął swą przemowę. I chociaż język, jakim się posługiwał, był powszechnie znany, o tyle większość zebranych (w tym sama drużyna) nie była w stanie odnaleźć sensu w rozwlekłej przemowie, która zdawała się ciągiem niby przypadkowych zdań, przerywanych zarówno Tileańskimi, Bretońskimi, jak i Khazaalidzkimi wtrąceniami.

Słowa oskarżyciela wiły się niczym plątanina jadowitych węży – nie sposób było określić, gdzie zaczynał się jeden, a kończył drugi, i który z nich wreszcie zdecyduje się zaatakować i odsłonić groźne kły. Dopiero pod sam koniec, gdy ton głosu oskarżyciela się zmienił, a zarówno słowa, jak i zdania przybrały bardziej znaną, choć zdecydowanie nieprzyjazną formę, Werner zdał sobie sprawę, że to właśnie są jadowite kły, zwiastujące nieuchronny koniec:

…zarzuca się: zniszczenie własności prywatnej i publicznej, zakłócanie porządku, podburzanie w celu wywołania zamieszek, sianie rozpusty, defetyzmu, fermentu, generalnej krotochwili, oraz – co najważniejsze – mordu z premedytacją! – przeciągłe „Aaaach!” rozeszło się przez salę, pozostawiając ją w nieprzeniknionej ciszy przerywanej tylko skrzypieniem drewna.

W tym momencie do oskarżonych dotarło, że o ile niewzruszona dłoń prawa złapała ich za karki i cisnęła o bruk, o tyle jej siostra reprezentująca sprawiedliwość dopiero teraz zaciśnie się na ich gardłach i pozbawi przyszłości, planów, nadziei, a najpewniej i życia. Oddech zamarł, a ciarki przeszły całej czwórce po plecach. Nie tak miało być.

– Stać! – Czysty, lecz mocny głos dobiegł od drzwi z końca sali, a za nim podążał odgłos obcasów stukających po marmurowej posadzce. Wzrok całej sali zwrócił się w kierunku zbliżającej się pośpiesznie przed oblicze Sądu szczupłej blondynki w prawniczej todze, która mijając bohaterów posłała im perlisty uśmiech i skierowała twarz w stronę sędziego.

Witam, Wysoki Sądzie, prosiłabym o krótką przerwę, abym mogła skonsultować się z moimi klientami, zanim zdążą powiedzieć coś, czego będą żałować, – z pełnym gracji, delikatnym ukłonem oznajmiła nowo przybyła.

– Osano Winandus, czyż to kolejna z beznadziejnych spraw, dla której postanowiłaś marnować zarówno swój, jak i co gorsza mój czas? – Niemal wyrecytowane z pamięci słowa dobitnie świadczyły, iż nie padają one z ust sędziego po raz pierwszy.

– Każde z nas służy Pani Prawa i Sprawiedliwości najlepiej jak potrafi, Wysoki Sądzie, – niewinnie odparła blondynka, co wprawiło w ponowny ruch drewniany młoteczek.

– Zarządzam przerwę, wznowimy rozprawę po drugim dzwonie, – padły słowa z wokandy, o dziwo nie niosąc ze sobą irytacji, lecz nutę rozbawienia i sympatii.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

2. Jarmark

Mitterfruhl 2511, Wusterburg

Niczym kamień tworzący okręgi fal rozchodzące się od miejsca, w którym przebił spokojne lustro wody, podobnie rymarska pięść wybijająca się w lico Wernera zaburzyła normalny harmider targowiska.

Podświadomie, niczym jeden organizm, cała zebrana tłuszcza w lot pojęła, że właśnie zaczęła się rozróba. Kolejne pięści szukały nosów, którym ochoczo wybiegły na spotkanie. Stopy wbijały się w golenie, zęby kąsały tłamszące je dłonie, a paznokcie celowały w odsłonięte połacie skóry. Jednocześnie co bystrzejsi starli się uciec przed przebiegającą przez tłum falą chęci odreagowania stresów dnia powszedniego.

Sigmund, który już w trakcie pobierania nauk w Altdorfie zrozumiał dobrze jarmarczne tradycje, bezceremonialnie zaczął odganiać się od zebranych swą podróżna lagą, bez kozery tłukąc głowy, kolana oraz tyłki, starając się jednocześnie wybić w tłumie odrobinę wolnego miejsca nie ogarniętego bojową zawieruchą.

Eike z wdzięcznym krzykiem schroniła się pod jednym ze straganów, dostrzegając z przerażeniem jednego z cyrkowców, który zionął ogniem niczym legendarne smoki.

Tymczasem Sigfrieda sadziła kuksańce opancerzonymi dłońmi, zacietrzewieniem nadrabiając niedostatki postury i ze zdziwieniem obserwując niezwykle wysokiego jegomościa w płaszczu, który krótkimi dłońmi bił wszystko w około. Co ciekawe, dłoni miał trzy pary, a dolne dwie wydobywały się spod płaszczą rażąc zarówno wrogów jak i przyjaciół. Zupełnie jakby odzienie skrywało trzech niziołków stojących jeden na drugim, spragnionych zemsty za setki lat tradycji polegającej na robieniu sobie niewybrednych żartów kosztem niewielkiego lecz jakże bitnego ludu.

Całości dopełniała skoczna muzyka rozlewająca się po placu targowym z zadaszenia jednego z solidniejszych straganów, na które wdrapał się wyraźnie zachwycony całą sytuacja grajek. Skoczna melodia akompaniująca uderzeniom, plasknięciom i przekleństwom nie zagłuszyła jednak krzyku przerażenia młodego dziewczęcia, a krzyk nie uszedł uwadze Wernera.

Gdy pobliskie stoisko z ciastkami zostało pospiesznie przekształcone w magazyn amunicji, a ciastka wszelkich smaków i kolorów zaroiły się w powietrzu z zagęszczeniem i celnością mogąca wzbudzić podziw nawet u wykładowców Imperialnej Szkoły Artyleryjskiej w Nuln, Werner porzucił myśl o zemście na rymarzu i skwapliwie poszukiwał wzrokiem wciąż krzyczącej damy w opałach. Wreszcie dojrzał ją pośród splątanych cukierniczymi wyrobami ciał: młoda, piękna i zapewne bogata, wraz z że służką cofała się ze strachem przed trzema bandytami w długich płaszczach z błyszczącymi w dłoniach sztyletami.

Okrzyk bojowy towarzyszący szarży Wernera zapewne zmroziłby strachem serca wrogów, jednak utonął we wszechobecnym hałasie bójki podsycanej skoczną melodią. Co oczywiście nie powstrzymało mytnika przed kontynuowaniem natarcia. Z impetem przebił się przez półokrąg napastników, niemal nokautując jednego uderzeniem w głowę rękojeścią wiernego messera i zasłaniając ich niedoszłą zdobycz z odsłonięta bronią niczym rycerz z bretońskich legend, wspierany przez radośnie poszczekujące i niemal groźnie warczące szczenię.

W tym samym momencie, chociaż kilkanaście jardów dalej, dziki kwik przedarł się przez tłum, i coś zaczęło rozrzucać walczących niczym szmaciane lalki. Uwolniona maciora pokaźnych rozmiarów pędziła naprzód, za nic mając sobie stojące na jej drodze przeszkody. Sigfrieda ledwie zdołała uskoczyć z jej drogi, jednak alchemik, który z taką wprawą radził sobie z mieszczanami, padł powalony wielkim cielskiem.

Czy to z powodu niespodziewanej siły uderzenia zadanego cielskiem miejskiej bestii, czy też za sprawą samego Rynku, który nagle postanowił stanąć dęba i uderzyć go w potylicę, ciemność osnuła świat i zmysły czarodzieja.

Eike już chciała rzucić się na ratunek, lecz w tym momencie gardło ziejącego ogniem cyrkowca przebite zostało bełtem, i zamiast ognia trysnęła zeń fontanna krwi. Młoda medyczka zachowała jednak przytomność umysłu i ostrożnie wychyliła się spod straganu, aby dojrzeć miejsce, z którego mógł nadlecieć śmiertelny pocisk.

Na jednym z dachów spostrzegła siwowłosego mężczyznę z usianą mozaiką blizn twarzą i okiem pokrytym bielmem, właśnie zarzucającego na plecy ciężka kuszę i zeskakującego w pobliski zaułek. Wiedząc, że nie da rady dosięgnąć go z łuku w ściśniętym bojową zawieruchą tłumie, czym prędzej rzuciła się na pomoc krwawiącemu ogniomistrzowi.

W tym samym momencie Sigfrieda, widząc szaleńczą szarżę Wernera i doskonale zdając sobie sprawę, iż może on sobie nie poradzić z trójką napastników, przytomnie skoczyła mu z pomocą, przy okazji zgrabnie unikając wciąż nadlatujących zewsząd ciastek i smakołyków. Migocząc ostrzem rapiera błyskawicznie i ostatecznie przechyliła szale zwycięstwa na korzyść swoją oraz dzielnego mytnika.

Tak jak w pradawnych legendach: z ciemności wyłoniła się światłość, a przed czarodziejem objawił się najpiękniejszy świński pysk, jaki dane mu było podziwiać. Usadowione za nim ogromne ciało radośnie sobie chrumkało, mokrym nosem wciskając mu się w twarz. W przypływie świadomości, lub właśnie jej braku, objął zwierzę z czułością, przez pęknięte wargi wznosząc okrzyk:

– Kocham cię, Helga!

Starania lekarki nie zdołały tym razem opóźnić nadejścia Morra – pomimo opatrunków i ucisku życiodajna krew opuściła ciało, a zaraz za nią podążyła dusza cyrkowca. Smutek nie zdołał jednak sprać zaciętości z twarzy młodej dziewczyny, świadomej, że chociaż jej kunszt medyczny wciąż wymaga pracy, to jednak zrobiła wszystko co było w ludzkiej mocy, aby ocalić to życie. Reszta pozostała w rękach bogów, którzy jak zwykle pozostali niewzruszeni.

Werner natomiast był wyraźnie z siebie zadowolony, nie tylko przepędził złoczyńców z niezbędną – bądź jak sam wolał myśleć, niewielką – pomocą Sigfriedy, lecz również ocalił szlachetnie urodzoną. Nim jeszcze krew w jego żyłach przestała wrzeć po stoczonej walce, myśli już wybiegły na spotkanie niewyobrażalnych nagród, podziękowań i zaszczytów, jakie spadną na jego głowę za sprawą młodej szlachcianki, której wdzięczność niekoniecznie pragnąłby odmierzać w złocie.

Jednak odgłos zarówno wszechobecnej bijatyki, jak i towarzyszącej jej melodii ucichł nagle, brutalnie zdeptany miarowym krokiem wojskowych buciorów. Ze wszystkich otaczających rynek uliczek wylali się jednolicie umundurowani i uzbrojeni przedstawiciele straży miejskiej. Na czele pojawiła się pani kapitan ze stanowczą twarzą otoczoną burzą rudych loków i zwieńczoną wielkim kapeluszem, która donośnym głosem z wyraźnym Nulńskim akcentem oznajmiła:

Wszyscy jesteście aresztowani!

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

1. Kuglarze

Mitterfruhl 2511, Wusterburg

Rozpoczynał się piękny dzień poprzedzający wiosenną równonoc. Słońce przyjemnie prażyło, osuszając miejskie uliczki z kałuż pozostałych po wiosennej burzy szalejącej jeszcze poprzedniego wieczora. Świeże powietrze wpychało się w nozdrza, rozcieńczając miejskie aromaty i niosąc ze sobą dźwięki jarmarku.

Na dziś przypadał najważniejszy dzień handlowy w Wusterburgu. Rynek, na którym dumnie prężyła się statua Magnusa Pobożnego, przepełniony był przelewającymi się przezeń falami mieszkańców. Miejscowe przekupki i rzemieślnicy wystawiali swe towary, donośnymi okrzykami zachęcając potencjalnych klientów. Pojawiły się też pierwsze wozy karawan kupieckich z odległych krain, które ledwie co przekroczyły górskie trakty przesiąknięte wodą z wolno topniejących śniegów. Söll natomiast przyniósł miastu pękate barki, na przekór nurtowi mozolnie wspinające się w górę wielkiej rzeki. Barki owe przepełnione były dobrami z wielkich miast Imperium: prochem i stalą wyprodukowaną w Nuln, Reiklandzkimi napitkami, Marienburgskimi śledziami oraz mnóstwem innych specjałów. Wszystkie one dotarły na ten rynek na ludzkich barkach, pakach wozów, plecach zwierząt, czy wreszcie pokładach rozmaitych łodzi, aby pod czujnym okiem Imperatora znaleźć nowych właścicieli.

Ściski i hałas były niemożliwe do opisania, za każdą postacią tłoczyło się dziesięć kolejnych, w każdej wyrwie między ciasno ustawionymi straganami piętrzyła się ludzka masa przetykana gdzieniegdzie krasnoludzką brodą, śpiewem trubadura, gonitwą dziatwy i wszechobecnymi pytaniami o cenę, jakość i pochodzenie towaru. Nawet słynny Schaffenfest z Bögenhafen z całą pewnością nie zdołałby przyćmić tego wielkiego wydarzenia.

Nasi bohaterowie parli niestrudzenie naprzód, przeciskając się przez szalejący nurt ludzkich ciał. Bez skrupułów posiłkowali się wbijaniem łokci pod żebra co bardziej ospałych przechodniów, dając dowód swojej znajomości najstarszych, jarmarcznych tradycji. Sami zresztą nie pozostali głusi na syrenie nawoływania kupców. Chociaż przybyli tu w celu spieniężenia złotych medalionów odnalezionych pod starożytnym obeliskiem, ich trzosy i tak już pęczniały od wypełniających je monet, więc wydanie kilku z nich wydawało się co najmniej uzasadnione.

Werner dwie złote korony zamienił na wyrośniętego, szaroburego szczeniaka. Wilczarz Elficki – ponoć z takiej rasy wywodziła się bestia, którą z szerokim uśmiechem prowadził teraz na smyczy. Po części uważał, że taki towarzysz zawsze może okazać się przydatny na bezdrożach, a po części, że swoim szczenięcym urokiem pomoże mu zjednać sobie towarzystwo innego zgoła rodzaju.

Tymczasem przeciskając się od straganu do straganu, Eike posyłała rozbrajająco urocze uśmiechy kupcom, targując się o kompletowane medykamenty. Do skórzanej torby niemal same z siebie wskakiwały: kolejne zwoje bandaży, niewielkie buteleczki z tajemniczymi płynami, rozmaite nożyce, nożyczki, szczypce, szczypczyki, igły, nici, słoiki na pijawki, fiolki rtęci, opaski, zatrzaski, przepaski i niewielkie ostrza o równie rozmaitych kształtach co przeznaczeniach.

Za nią w swoim wyblakłym płaszczu podążał Sigmund, do własnej torby upychając a to kolejne młotki, obcęgi, gwoździe, a to chwytaki – z jakże rzadko rozpromienioną twarzą i głębokim postanowieniem skompletowania równocześnie przenośnej i wszechstronnej kuźni.

Całość pochodu zamykała Sigfrieda. W nowej, misternie wykonanej kolczudze spoglądała na wystawiony przez zbrojmistrzów oręż. Jednak jej wzroku nie przykuło nic, co błyszczącym uśmiechem stali oświadczyłoby: „Witaj. Chcę być twoja” – jak miewało to miejsce w przypadku śnionych przez Wernera karczemnych dziewek.

Humor dopisywał jednak wszystkim. Posiadanie monet, które można wydać i jednocześnie nie martwić się o to, gdzie przyjdzie spędzić kolejną noc i czy będzie czym napełnić brzuch, było wystarczającym powodem do radości. A bezchmurne niebo i ciepłe promienie słońca skutecznie odgoniły wspomnienia podróży po imperialnych szlakach i czyhających tam niebezpieczeństwach.

Jednak i ta sielanka musiała kiedyś dobiec końca. Przyczyn było wiele, albowiem wyczyny naszych bohaterów odcisnęły piętno na tym świecie, świat zaś postanowił odpowiedzieć – twardo i dobitnie. Przyczyny te póki co pozostawały dla nich tajemnicą, w przeciwieństwie do całkiem oczywistej pięści, która z impetem właśnie usadawiła się w twarzy poborcy myta i nowego właściciela szczekającego czworonoga wabiącego się Maks.

Wspomniana pięść, kierowana wolą miejscowego rymarza, nie wywiązała się jednak z wyznaczonego jej zadania. To nie twarz Wernera była celem, który miała osiągnąć. Jej zadaniem było dosięgnąć głowy kuglarza z Marienburgskiej trupy cyrkowej, która jednakowoż w przeciwieństwie do przystojnego lica mytnika błyskawicznie się przed pięścią uchyliła, co wywołało zrozumiałe wzburzenie właściciela pieści, który wszak poszukiwał zadośćuczynienia za bolącą stopę, na którą rzeczony kuglarz mu nadepnął.

Sam kuglarz był niezmiernie zdziwiony nagłą i nieuzasadnioną agresją rymarza, ponieważ to nie on odpowiadał za ból rymarskiej stopy. Winną była zaś młoda córka młynarza, która w pośpiechu przeciskała się w drewnianych chodakach między ludźmi, z resztkami ciasta jagodowego na twarzy płonącej ze wstydu czerwonym rumieńcem, jakże uroczo komplementowanym leśnymi jagodami. Rumieniec wykwitł na ułamek chwili przed tym, gdy jej twarz w rzeczonym ciastku wylądowała, albowiem chcąc przyjrzeć się bliżej przysmakowi została otwartą dłonią uderzona w miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, z impetem powodującym znalezienie się jej twarzy w rzeczonym ciastku.

Natomiast właścicielem dłoni był niejaki Helmut, jeden z miejscowych wyrostków, aktualnie bogatszy o garść miedziaków, za które zobowiązał się wywołać jakieś zamieszanie na jarmarku, z polecenia człowieka, którego listy gończe rozwieszane w przydrożnych karczmach określały mianem Einaug Spaltman.

Oczywiście wytyczne Spaltmana też miały swoją przyczynę. Była nią chciwość właściciela miejscowego teatru, Benedicta Gurkenfelda, który nie zamierzał się dzielić z przejezdnymi trupami – żerującymi na jego gościnności – zyskiem jaki miało zapewnić to ważne dla całego miasta święto. Postanowił zatem zdusić problem w zarodku. Gdyby tylko wtedy wiedział, że jego decyzja przyczyni się nie do zwykłego obrzucania cyrkowców zgniłymi pomidorami, ale do kolejno: morderstwa, eksplozji głowy, ucieczki skazanego mordercy, a ostatecznie nawet do upadku całego miasta, to może by się zawahał.

Jednak bogowie poskąpili mu daru spoglądania w przyszłość, w efekcie czego Werner dostał w ryj.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”