Imperium i Krasnoludy

„W górę tego strumienia jest Varn Drazh. A na jego drugim brzegu Zhufbar,” stary krasnolud rozmarzył się na samo wspomnienie tej nazwy. „Nic, co zbudowano do tej pory w waszej Szkole Inżynierów nie może się równać z cudami techniki, jakie powstają w tej twierdzy.”

Tą uwagę książę skwitował łagodnym uśmiechem, nie chcąc burzyć dobrego samopoczucia sojusznika, wiadomo wszak, że w niektórych kwestiach nic, co kiedykolwiek zbudują „człeczyny”, nie może się równać z osiągnięciami krasnoludzkiej inżynierii. Książę nie urodził się wczoraj i wiedział, że pewnych dyskusji nie warto nawet zaczynać.

„Ale dziś nie zmierzamy do Zhufbar, prawda?” Taktycznie zmienił temat rozmowy.

„Niestety nie,” odpowiedział stary krasnolud stawiając ciężki but na kolejnym kamieniu. Obaj wspinali się po zarośniętej ścieżce wijącej się dość stromo pomiędzy skałami. W dole, po lewej stronie, płynęła porywista rzeka, o której przed chwilą wspominał krasnolud. Przed nimi, w odległości zaledwie kilku metrów, ścieżka znikała za granią. „Ale nasi zwiadowcy twierdzą, że to tutaj. Znaleźliśmy nawet stary szyb.”

Krasnolud zatrzymał się na szczycie. Chwilę później dołączył do niego lekko zasapany książę, który oparł się ręką o skałę. Jego oczom ukazała się misa krateru otoczona zębami ośnieżonych górskich szczytów. Na jego dnie znajdowało się niewielki jezioro, a jego porośnięte kosodrzewiną zbocza poprzecinane były ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę.

„Dokładnie tak, jak mówili norsmeńscy jeńcy,” stwierdził książę.

„Aha,” mruknął stary krasnolud przeciągając samogłoski. „A niedaleko stąd jest wejście do kopalni.”

Prace trwały kilka dni, ale teraz wiedzieli czego warto tu szukać. W przeciwieństwie do krasnoludów, które lata temu miały nadzieję, że w niewielkim kraterze uderzeniowym znajdą wartościowe metale. Metali nie było dużo, nikt też nie był zainteresowany specyficznymi, jakby geometrycznymi żyłkami, jakie przecinały tutejsze skały, więc kamieniołomu tu nie otworzono. Sprzymierzeni wiedzieli już jednak, że nie był to przypadek, a wszystkie te żyłki oplatają krater jak pajęczyna, do której centrum muszą dotrzeć. W końcu droga stanęła otworem, a dwóch dowódców mogło jako pierwsi, z pochodniami w dłoniach, ruszyć w stronę komory, do jakiej dotarli robotnicy.

Droga do niej była kręta, w dużej części prowadziła przez stare tunele kopalni. Nowe przejścia były wąskie, a w niektórych miejscach zarówno książę, jak i stary krasnolud, musieli się przeciskać. Ale dotarli w końcu do wysoko sklepionej komory.

Na jej środku znajdował się graniasty kryształ o idealnie równych bokach. Jego przejrzyste boki rozszczepiały symetrycznie padające na niego światło pochodni, sprawiając, że sklepienie ożyło tysiącami małych płomyków. Kryształ unosił się kilka cali nad powierzchnią. Obok niego znajdowało się jakieś nadpalone truchło zwinięte w kłębek.

Spojrzenia sojuszników skrzyżowały się.

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *