Krasnoludy

Wzloty, upadki, namiętności i tragedie

Stary krasnolud szedł powoli, każdy kolejny krok ciążył mu jak sumienie. Delikatny podmuch chłodził jego świeżo podgoloną głowę, którą zdobił imponujący czub. Podmuch ten niósł ze sobą zapach ziemi i butwiejących roślin mieszający się z zapachem wołowego łoju, jakim usztywniono pozostałe na głowie krasnoluda włosy. Do tego drugiego niebawem się przyzwyczai.

Punkty odniesienia pozwalające zapomnieć o prawdziwej skali istnienia

Krasnolud szedł korytarzem wykutym w skale, w jednej ręce niosąc pochodnię, druga spoczywała na medalionie zwisającym z jego szyi na solidnym, złotym łańcuchu. Płomienie pochodni odbijały się od śliskich ścian tunelu znacząc krwistymi śladami drogę Dawi, na którego czekało jeszcze kilka zakrętów. Medalion w jego ręku drżał lekko.

Złudzenia zbudowane by ukryć się przed rzeczywistością

Podmuch przyniósł coś jeszcze. Krasnolud zmarszczył szeroki nos, wciągając powietrze. Kwiaty? W podziemiach? Dawi ruszył powoli w stronę kolejnego załomu, medalion w jego dłoni drżał teraz rytmicznie.

Tylko czas jest stały

Za kolejnym zakrętem delikatna poświata oświetla jedną ze ścian chodnika. Pochodnia spada na ziemię, stary krasnolud stawia kolejne kroki. Dłoń zaciśnięta na amulecie. Do celu już niedaleko. Jeszcze tylko kilka kroków.

Przyjdź do mnie

Jego oczom ukazuje się kryształowy sarkofag umieszczony na kamiennym katafalku. Poświata pulsuje, krasnolud mruży oczy. W kryształowym więzieniu zamknięta młoda kobieta, usta na wpół otwarte, szata delikatnie faluje na piersi.

Wiem, że tego chcesz

Komnatę zalewa złote światło.

Już czas

Powrót

Skaveni

„Szybciej, szybciej,” pisk szarego proroka odbijał się echem od ścian szerokiego korytarza skąpanego w zielonkawej rzucanej przez porozwieszane w nim latarnie, mieszając się ze szczękiem oręża i skrzypieniem ekwipunku. Ze swojego miejsca na tronie niesionym przez czterech potężnych ochroniarzy, Skreerikk widział czoło kolumny, które właśnie znikało za najbliższym zakrętem.

„Szybciej, tak, tak, już blisko,” pazury szczuroczłeka zaciskały się na zdobionym oparciu fotela, a on sam wychylony był do przodu, jakby to on pierwszy chciał zobaczyć cel wyprawy. Stado czuło woń ekscytacji. I wojny.

„Przeklęte brodate-rzeczy. Nie być pierwsi-pierwsi. Nie zabrać mi to, co jest moje, moje!” Skreerikk sięgnął po pleciony skórzany bat, który do tej pory zwinięty leżał u jego stóp. „Przeklęte, przeklęte brodate mięso.”

Powietrze przeciął trzask bata, który strzelił nad ostatnim szeregiem wojowników sunących przed jego lektyką. Szereg ten rzeczywiście nieznacznie przyspieszył, na tyle by nie wpaść na wojowników idących przed nimi. Skreerikk, dla pewności, strzelił z bata jeszcze raz.

Tym razem jednak trzask uderzenia nie urwał się tak szybko, jak się rozpoczął. Zawisł w powietrzu lekkim basowym drżeniem, narastającym stopniowo, ale stale. Kiedy lektyka minęła zakręt Skreerikk był już pewien, że dźwięk ten niesie się korytarzem i podejrzewał, że może mieć swoje źródło u celu ich wyprawy.

„Nie, nie, przeklęte brodacze rzeczy! Szybciej, szybciej!” Szary prorok ciskał przekleństwa, ale gubiły się one w ogólnym pisku i zamieszaniu, jakie opanowało pierwsze szeregi. Dźwięk przybierał na sile, powietrze drżało. Jedna z drewnianych belek zabezpieczających korytarz pękła, ze sklepienia oderwał się fragment skały przygniatając kilku wojowników. Pozostali zaczęli w nieładzie cofać się, dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Kiedy spadły kolejne głazy, część szczuroludzi rzuciła się do ucieczki ignorując uderzenia bata, którymi Skreerikk starał się utrzymać szyk, ale po chwili fala uciekających przed skałami szczuroludzi zabrała również jego lektykę.

„Za późno, późno! Przeklęte brodate rzeczy być pierwsze! To jeszcze nie koniec, koniec!”

Krzyk szarego proroka gubił się w ogólnym zamieszaniu.

Powrót

Norska

Zdobione wizerunkami mitycznych stworzeń długie łodzie stały wyciągnięte na brzeg przy zakolu rzeki. Pilnowało ich tylko kilku pechowych norsmenów, którzy z utęsknieniem patrzyli w kierunku nieodległego wzgórza, na którego szczycie płonęło potężne ognisko. Cienie powbijanych wokół niego na pale łbów zwierzoludzi układały się na trawie wokół ognia jak szprychy wokół piasty.

Przy ognisku zebrała się reszta pozostałych przy życiu wojowników. Bogato zdobiony bretoński puchar, któremu brakowało już jednak kilku szmaragdów, krążył pomiędzy zebranymi. Wielu zginęło, ale łup był godny. Obciążone longskipy wyruszą w długą drogę powrotną na północ wraz z porannym przypływem.

Kielich nieubłaganie zbliżał się do siedzącego na podwyższeniu jarla. Zgodnie ze zwyczajem to on napełniał go po brzegi, wznosił toast i jako pierwszy wypijał haust piekącego szczęścia. Później naczynie krążyło wśród ludzi i miało wrócić do niego. Jarl już pięciokrotnie dawał zadość tradycji. Za każdym razem południowe brandy smakowało mu mniej. Podczas gdy jego ludzie świętowali bawiąc się, pijąc i grając w kości o łupy, jego duszę ogarniało poczucie beznadziejnej pustki. Pustki, którą czuł już wcześniej, ale nigdy jeszcze nie była tak głęboka. Nie zapełniły jej łupy. Nie zapełniła jej przelana krew ani trupy przeciwników. Nie zapełni jej też zdobyczne brandy ani świętowanie przy ognisku. Nie przepłynął połowy świata, by świętować. Zrobił to z powodu przepowiedni, która miała zapełnić tę pustkę. Przepowiedni, która paliła go teraz swoim brakiem.

Kielich wrócił do jarla, który bez entuzjazmu napełnił go po raz kolejny. Nie chcąc dać po sobie niczego poznać wstał i zmusił się do tego, by się uśmiechnąć.

„Za tą wyprawę i za powodzenie kolejnych!” Jarl uniósł kielich, po czym pociągnął z niego długi łyk.

Brandy nie miało smaku.

Powrót

Bretonia

„Zawiodłem cię pani…” Sir Tristan d’Alembert klęczał przed kobiecą postacią w powłóczystej sukni w kwiatowe wzory. Jej długie blond włosy wyglądały jakby falowały na wietrze, choć drzewa otaczające leśną polanę, na której się znajdowali, wydawały się być spokojne. Jesienne słońce znikało już za wierzchołkami drzew, a cykady zaczynały już swój wieczorny śpiew. Na obliczu kobiety pojawił się tajemniczy uśmiech.

„Nie zdobyliśmy klucza, nie mamy tarczy,” bretoński rycerz kontynuował swoją samoosarżycielską litanię. „Gdyby nie te przeklęte…”

„Wystarczy,” przerwała mu kobieta kładąc dłoń na jego opuszczonej w dół, kędzierzawej głowie. „Spisałeś się dobrze.”

„Nie rozumiem, pani,” ośmielony ciepłem jej dłoni sir Tristan zdobył się na to, by podnieść lekko wzrok, który natrafił na dwie splecione łodygi polnych kwiatów zwieńczone różnobarwnymi kielichami na jej szacie. „Przecież zawiedliśmy.”

Kobieta podniosła dłonie, a jej ciało uniosło się lekko w górę. Wydawało się, że klęczący przed nią rycerz z każdą chwilą stawał się coraz mniejszy.

„Byłeś tam, gdzie miałeś być, wtedy, kiedy miałeś tam być,” jej głos, do tej pory łagodny i cichy, zagrzmiał teraz z wysokości. „Dokładnie tak, jak powinno być.”

Powrót

Imperium

„Przeklęci zdrajcy!” ryknął książę rzucając zgnieciony raport w kąt namiotu dowodzenia. Zebrani w nim doradcy zadrżeli. „Czemu nikt tego nie przewidział?”

„Mój panie,” na odwagę zebrał się stary pułkownik z ręką na temblaku, który przywiózł wieści o zdradzie. „Tego nikt nie mógł się spodziewać.”

Książę oparł się obiema dłońmi o stół. Jego wzrok spoczął na mapach sztabowych, na których porozstawiane były figurki reprezentujące jego wojska.

„A jednak mogliśmy wziąć pod uwagę również taką ewentualność,” wzrok księcia zaczął krążyć po zebranych w namiocie notablach. Zatrzymał się na Dietriechu Wanke, koncepiście drugiego stopnia książęcej kancelarii, który stał z pochyloną głową przesłaniany częściowo przez masywny lichtarz, w którym osadzone były świece oświetlające wnętrze namiotu. „Ty. Podejdź bliżej.”

Dietriech nie lubił publicznych wystąpień. Nie był też przekonany do pomysłu, by jechać z armią do Księstw Granicznych. Wolał swoje książki i dokumenty. Ale pan każe, sługa musi. Teraz niemrawo wyszedł przed wszystkich oficerów i dygnitarzy, którzy zebrani byli w namiocie dowodzenia.

„Ostrzegałeś, żeby nie ufać nikomu,” zwrócił się do niego książę.

„Mój panie, jestem tylko koncepistą, nie strategiem,” odpowiedział zmieszany Dietriech. „Nie znam się na woj…”

„Ale miałeś rację,” bezceremonialnie przerwał mu władca. „Tak jak miałeś rację w przypadku klucza,” książę wbił w niego swój sokoli wzrok. „Co według ciebie stanie się teraz?”

„Mój panie, podczas wyprawy udało się zdobyć wiele nowych informacji, jednak końcówki szyfru Van Leeuwena, nie udało mi się złamać. Nie jestem nawet pewien, czy jest to szyfr. Nie wiem, co…”

„Nie pytam o pisma. Pytam o to, co uważasz, że wydarzy się po tym, jak wydarto nam klucz.”

Pytanie zawisło w powietrzu. Dietriech przełknął ślinę.

„Będą próbowali ją uwolnić. Skutki mogą być katastrofalne.”

„Musimy się więc przegrupować,” powiedział książę. „W jakimś bezpiecznym miejscu.”

Władca powolnym ruchem ręki przewrócił połowę figurek stojących na stole.

Powrót

Wampiry

Do posterunku granicznego położonego poniżej przełączy podjechał konno stary mężczyzna. Za sobą zostawiał krętą ścieżką, Mroczny Las i niewygody, jakie musiał znosić w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Kiedy opuszczał Sylvanię, łany żyta i pszenicy pod Vanhaldenhofem dopiero wschodziły. Teraz pierwsze liście spadały już z drzew.

W srebrzystej poświacie Morrslieba widać było małe ognisko, przy którym grzało się trzech żołnierzy rozmawiając cicho. Usłyszawszy powolny stukot końskich kopyt, jeden z nich wstał opierając się na halabardzie i podszedł do szlabanu, który zastawiał drogę podróżnym chcącym dotrzeć do siodła przełęczy.

„Wer da?” Krzyknął w stronę starego mężczyzny, który w tym czasie zdążył już zbliżyć się do szlabanu na odległość kilku metrów.

„Moje prawo pytać, twoje odpowiadać! Kto wy?”

„Żołnierze,” odpowiedział skonfundowany trochę postawą podróżnego żołnierz. Jego dwaj towarzysze wstali przysłuchując się tej wymianie zdań.

„Jacy żołnierze?” spytał stary mężczyzna, po czym nie czekając na odpowiedź zeskoczył z siodła z młodzieńczą zwinnością.

„Mytnicy.”

„Skąd?” zapytał mężczyzna, podchodząc powoli do żołnierza i rozchylając prawą ręką poły czarnego, bogato zdobionego płaszcza, odsłaniając przy tym przypasaną sakiewkę.

„Z Akendorfu. Władyka Niegosz ustanowił latem myto za przejście przełęczy. Na utrzymanie dróg i walkę z bandytami i hultajstwem,” jego wzrok spoczął na sakiewce podróżnego.

„Walka z bandytami? Ile na ten zbożny cel?” Palce starego mężczyzny zaczęły rozplątywać rzemyk krępujący sakiewkę. Mytnik uśmiechnął się półgębkiem.

„Szylinga od nogi.”

„Tanio,” powiedział stary mężczyzna, a jego otwarta dłoń błyskawicznie znalazła się przy szyi żołnierza, który zacharczał żałośnie krztusząc się własną krwią. Szpikulec, ukryty do tej pory w rękawie płaszcza, wykwitł z szyi żołnierza by schować się w niej ponownie, kiedy mężczyzna cofnął lewą rękę. Żołnierz upadł. „Ale ja wezmę sobie za darmo. Was też,” powiedział cicho w kierunku dwóch żołnierzy, którzy rzucili się na pomoc towarzyszowi.

Kilka minut później cztery cienie przekroczyły siodło przełęczy. Jedna postać na koniu i trzy postacie ludzkie niezgrabnie powłóczące nogami.

Powrót

Leśne Elfy

Posępny korowód niegdyś barwnych postaci ciągnął się powoli przez las, na którym jesień odbijała już swoje nieuchronne piętno. Potężne niegdyś rumaki, jeszcze niedawno przyozdabiane girlandami kwiatów i liści, człapały niemrawo z zapadniętymi bokami. Popołudniowy wiatr wiał lekko od gór niosąc ze sobą coraz więcej wilgoci.

Elessa prowadziła jednego z nich za jeden z rzemieni, którym przewiązana była jego szyja. Koń szedł stępa kulejąc lekko na przednią nogę, miękka ściółka amortyzowała jego chód.

„Zawiedliśmy mistrzu,” odezwała się do Dolwena Ceyldri idącego obok niej z opuszczoną głową. „Nie mamy sił, żeby im już teraz przeszkodzić.”

„Możliwe,” wyrwany z rozmyślań Dolwen podniósł głowę i spojrzał uważnie na swoją uczennicę, która odwróciła się na chwilę by uspokoić prowadzone zwierze, jakby chciałą uciec przed jego wzrokiem. „Ale to jeszcze nie znaczy, że ostatecznie dostaną to, czego chcieli,” koniuszek ust starego maga uniósł się lekko.

„To znaczy?” Elessa spojrzała na nauczyciela z zainteresowaniem.

„To znaczy, że czeka nas długa droga.”

„Nie wracamy do domu?” Zapytała Elessa wyraźnie już zaintrygowana.

„Na chwilę tak, ale nasza ścieżka prowadzi dalej, dużo dalej,” Dolwen stawiał swoje kroki ostrożnie, by nie zostawiać niepotrzebnych śladów. „Obawiam się, że będziemy musieli udać się za morze, by naszym zaślepionym kuzynom otworzyć oczy na prawdę, o której od wieków próbują zapomnieć. A to może być trudniejsze, niż dotychczasowe bitwy.”

Elessa zatrzymała się na chwilę. Dereszowaty koń, którego prowadziła, zarżał cicho i zarzucił gniadą grzywą. Dolwen przeszedł kilka kroków po czym odwrócił się do niej.

„Są zadufani w sobie, to prawda. Ale potrzebujemy wsparcia.”

Elessa przytaknęła i ruszyła w dalszą drogę.

Z gór zeszła mgła, w której zniknął orszak Asrai.

Powrót

Zwierzoludzie

Stado poszło w rozsypkę. Młody byk pędził przez las, jak najdalej od cierpkiego zapachu strachu. Gałęzie smagały jego wydłużony pysk, zaczepiając się o rogi. Biegł długo, prąc całym ciałem w górę przez gęste zarośla, roztrącając je na boki, jak dziób okrętu rozdzierający taflę wody. Nie zważał na to, czy i jakie zostawi za sobą ślady, w tej chwili najważniejszy był instynkt przetrwania, który pompował adrenalinę w zmęczone nogi.

Znajdzie nowe stado, znajdzie nowych przywódców. Będą nowe obrzędy, nowe szlaki, nowe obeliski i totemy. Nowe tereny łowieckie i nowe ofiary. Teraz najważniejsze, to nie dać się dogonić.

Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy przyzwyczajone do wysiłku ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Oparł się o pień dysząc ciężko, płuca płonęły.

Z niewielkiej polany, na której się znajdował, miał widok na całą dolinę. W oddali, spomiędzy zasłony ciężkich, stalowoszarych chmur, majaczyły górskie szczyty. Pusta przestrzeń dzieliła go od ściany lasu, którą w każdej chwili mogła przebić pogoń.

Oddychał ciężko, ale coraz wolniej, kłucie w boku ustępowało. Zebrał się w sobie i wciągnął powietrze w nozdrza. Pachniało żywicą, wilgocią i liśćmi. Wiatr nie przyniósł zapachu spoconych ludzi, przed którymi uciekał. Udało się.

Byk wstał, zaczął ocierać się bokiem i plecami o pień, znacząc go swoimi zapachem. Ruszył przed siebie, tym razem już spokojniej. Czas znaleźć nowe stado.

Z pomiędzy dalekich szczytów wystrzelił w górę złoty promień.

Powrót

Imperium i Krasnoludy

„W górę tego strumienia jest Varn Drazh. A na jego drugim brzegu Zhufbar,” stary krasnolud rozmarzył się na samo wspomnienie tej nazwy. „Nic, co zbudowano do tej pory w waszej Szkole Inżynierów nie może się równać z cudami techniki, jakie powstają w tej twierdzy.”

Tą uwagę książę skwitował łagodnym uśmiechem, nie chcąc burzyć dobrego samopoczucia sojusznika, wiadomo wszak, że w niektórych kwestiach nic, co kiedykolwiek zbudują „człeczyny”, nie może się równać z osiągnięciami krasnoludzkiej inżynierii. Książę nie urodził się wczoraj i wiedział, że pewnych dyskusji nie warto nawet zaczynać.

„Ale dziś nie zmierzamy do Zhufbar, prawda?” Taktycznie zmienił temat rozmowy.

„Niestety nie,” odpowiedział stary krasnolud stawiając ciężki but na kolejnym kamieniu. Obaj wspinali się po zarośniętej ścieżce wijącej się dość stromo pomiędzy skałami. W dole, po lewej stronie, płynęła porywista rzeka, o której przed chwilą wspominał krasnolud. Przed nimi, w odległości zaledwie kilku metrów, ścieżka znikała za granią. „Ale nasi zwiadowcy twierdzą, że to tutaj. Znaleźliśmy nawet stary szyb.”

Krasnolud zatrzymał się na szczycie. Chwilę później dołączył do niego lekko zasapany książę, który oparł się ręką o skałę. Jego oczom ukazała się misa krateru otoczona zębami ośnieżonych górskich szczytów. Na jego dnie znajdowało się niewielki jezioro, a jego porośnięte kosodrzewiną zbocza poprzecinane były ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę.

„Dokładnie tak, jak mówili norsmeńscy jeńcy,” stwierdził książę.

„Aha,” mruknął stary krasnolud przeciągając samogłoski. „A niedaleko stąd jest wejście do kopalni.”

Prace trwały kilka dni, ale teraz wiedzieli czego warto tu szukać. W przeciwieństwie do krasnoludów, które lata temu miały nadzieję, że w niewielkim kraterze uderzeniowym znajdą wartościowe metale. Metali nie było dużo, nikt też nie był zainteresowany specyficznymi, jakby geometrycznymi żyłkami, jakie przecinały tutejsze skały, więc kamieniołomu tu nie otworzono. Sprzymierzeni wiedzieli już jednak, że nie był to przypadek, a wszystkie te żyłki oplatają krater jak pajęczyna, do której centrum muszą dotrzeć. W końcu droga stanęła otworem, a dwóch dowódców mogło jako pierwsi, z pochodniami w dłoniach, ruszyć w stronę komory, do jakiej dotarli robotnicy.

Droga do niej była kręta, w dużej części prowadziła przez stare tunele kopalni. Nowe przejścia były wąskie, a w niektórych miejscach zarówno książę, jak i stary krasnolud, musieli się przeciskać. Ale dotarli w końcu do wysoko sklepionej komory.

Na jej środku znajdował się graniasty kryształ o idealnie równych bokach. Jego przejrzyste boki rozszczepiały symetrycznie padające na niego światło pochodni, sprawiając, że sklepienie ożyło tysiącami małych płomyków. Kryształ unosił się kilka cali nad powierzchnią. Obok niego znajdowało się jakieś nadpalone truchło zwinięte w kłębek.

Spojrzenia sojuszników skrzyżowały się.

Powrót

Bretonia i Leśne Elfy

Wokół Tristana szalała bitwa. Zwarte prostokąty piechoty i majestatyczne formacje jazdy rozsypały się już jakiś czas temu i teraz los każdego zależał od refleksu i szczęścia. Zwłaszcza szczęścia.

Szedł powoli pomiędzy zbrojnymi, którzy w błocie walczyli o swoje życie z nieumarłymi. Szybkim, mechanicznym ruchem miecza ściął głowę szkieletowi, który pobrzękując rynsztunkiem próbował zaatakować go z prawej. To nie był przeciwnik wart jego uwagi. Sir Tristan szukał rycerza w czerwonej zbroi, który przed kilkoma momentami wysadził go z siodła.

Znalazł go po chwili, wyraźna sylwetka na tle zębów górskich szczytów okraszonych burzowym niebem. Zawrócił upiornego wierzchowca, który dyszał nienaturalną mgłą.

Pomimo zamkniętej przyłbicy przeciwnika, sir Tristan wiedział, że ich spojrzenia się skrzyżowały. Czerwony rycerz ukuł ostrogami swojego konia i w nienaturalnej ciszy ruszył w stronę Bretończyka opuszczając kopię.

Tristan wiedział, że najmniejszy błąd, jeden fałszywy krok, czy choćby przypadkowe popchnięcie przez jednego z walczących obok, będzie kosztować go życie. Przystawił lewą rękę do rękojeści długiego miecza chwytając go za głowicę, by zwiększyć siłę swojego uderzenia i stanął w pozycji z klingą skierowaną w stronę szarżującego wampira.

„Co święte zachowam, co wzniosłe ochronię, co zagraża pokonam…” Czekając na swoją szansę sir Tristan powtarzał słowa przysięgi, którą tak bardzo chciał kiedyś uroczyście złożyć, a które już tyle razy dodawały mu otuchy. Ostry grot kopii zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim odgłosy uderzeń kopyt, których rytm chciał wyłowić spośród odgłosów walki. Zamknął oczy i zdał się na tą, którą powierzyła mu tę misję.

Pomiędzy dwoma uderzeniami serca Tristan odbił mieczem zbliżające się drzewce, wywinął bronią młynka nad głową, zrobił unik schodząc z trasy jeźdźca i z całych sił ciął w lewo mając nadzieję, że jego miecz dosięgnie źródła tętentu.

Za sobą usłyszał odgłos upadającego wierzchowca. Kiedy odwrócił się i otworzył oczy zobaczył, że nieumarły koń próbuje wstać bez przednich nóg odciętych na wysokości nadpęcia. Wampirzy rycerz stał kilka metrów obok z mieczem w dłoni. Wskazał nim na Tristana i ruszył biegiem w jego kierunku.

Starli się w ciszy. Szybkość, z jaką wymieniali ciosy sprawiała, że dla postronnych mogli wydawać się epicentrum szalejącej dookoła bitewnej zawieruchy, ale dla siebie samych w tym zmaganiu byli bardziej jak w oku cyklonu. Wyćwiczony cios, garda, finta. Zablokowane, sprawdzić inną sztuczkę. Wreszcie Tristanowi udało się przełamać obronę wampira i trafić w odsłoniętą na chwilę lukę pomiędzy hełmem a obojczykiem. Tak jak uczył go ojciec.

Wampir padł na kolana, z hełmu dało się usłyszeć bulgot i syczenie, po czym upadł w błoto. Nieumarły koń przestał próbować wstać i znieruchomiał.

Sir Tristan ciężko dysząc oparł się na mieczu. Za jego plecami pojawił się kolejny rycerz w czerwonej zbroi, który z mieczem w ręku zbliżał się powoli do Bretończyka.

Przez zgiełk bitwy przedarł się dziki krzyk zbliżający się w stronę Tristana, który odwrócił się by ujrzeć zarówno kolejnego wroga, jak i rycerza, którego barw nie rozpoznawał. Pęd wiatru plątał długie, siwe włosy jeźdźca oraz jego zmierzwioną brodę, a jego otoczone zmarszczkami i bliznami oczy utkwione były w wampirze. Rycerz galopował kierując koniem nogami, pancerz jego lewej ręki obijał się bezwładnie o jego bok, w prawej zaś trzymał imponujący topór. Wampir odwrócił się, ale był zbyt wolny. Błyskawica rozdarła niebo, a rycerz uderzył toporem w hełm nieumarłego. Sir Tristan przysiągłby, że w tej chwili topór wyglądał jakby stał się zębatą paszczą osadzoną na pokaźnych rozmiarów kości udowej. Topór bez najmniejszego problemu odgryzł głowę wampirowi. Stary rycerz zawrócił konia i podjechał do Tristana.

„W końcu was dogoniłem.”

Kolejna błyskawica rozświetliła niebo.

Zaklęcie Elessy rozerwało ogromnego szczura, który przewodził atakowi na prawej flance. Spodziewała się, że po nim nastąpi wyładowanie, które od kilku chwil splatał jej mistrz. Ten jednak cofnął się o krok i chwycił za głowę, pozwalając aethyrowi wypłynąć z rąk.

„Mistrzu? To jeden z tych szarych?” Zapytała kładąc Dolwenowi rękę na ramieniu.

„Gorzej. Bretończycy mają topór, widziałem to.”

Powrót