Zwierzoludzie

Stado poszło w rozsypkę. Młody byk pędził przez las, jak najdalej od cierpkiego zapachu strachu. Gałęzie smagały jego wydłużony pysk, zaczepiając się o rogi. Biegł długo, prąc całym ciałem w górę przez gęste zarośla, roztrącając je na boki, jak dziób okrętu rozdzierający taflę wody. Nie zważał na to, czy i jakie zostawi za sobą ślady, w tej chwili najważniejszy był instynkt przetrwania, który pompował adrenalinę w zmęczone nogi.

Znajdzie nowe stado, znajdzie nowych przywódców. Będą nowe obrzędy, nowe szlaki, nowe obeliski i totemy. Nowe tereny łowieckie i nowe ofiary. Teraz najważniejsze, to nie dać się dogonić.

Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy przyzwyczajone do wysiłku ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Oparł się o pień dysząc ciężko, płuca płonęły.

Z niewielkiej polany, na której się znajdował, miał widok na całą dolinę. W oddali, spomiędzy zasłony ciężkich, stalowoszarych chmur, majaczyły górskie szczyty. Pusta przestrzeń dzieliła go od ściany lasu, którą w każdej chwili mogła przebić pogoń.

Oddychał ciężko, ale coraz wolniej, kłucie w boku ustępowało. Zebrał się w sobie i wciągnął powietrze w nozdrza. Pachniało żywicą, wilgocią i liśćmi. Wiatr nie przyniósł zapachu spoconych ludzi, przed którymi uciekał. Udało się.

Byk wstał, zaczął ocierać się bokiem i plecami o pień, znacząc go swoimi zapachem. Ruszył przed siebie, tym razem już spokojniej. Czas znaleźć nowe stado.

Z pomiędzy dalekich szczytów wystrzelił w górę złoty promień.

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *