Bretonia i Leśne Elfy

Wokół Tristana szalała bitwa. Zwarte prostokąty piechoty i majestatyczne formacje jazdy rozsypały się już jakiś czas temu i teraz los każdego zależał od refleksu i szczęścia. Zwłaszcza szczęścia.

Szedł powoli pomiędzy zbrojnymi, którzy w błocie walczyli o swoje życie z nieumarłymi. Szybkim, mechanicznym ruchem miecza ściął głowę szkieletowi, który pobrzękując rynsztunkiem próbował zaatakować go z prawej. To nie był przeciwnik wart jego uwagi. Sir Tristan szukał rycerza w czerwonej zbroi, który przed kilkoma momentami wysadził go z siodła.

Znalazł go po chwili, wyraźna sylwetka na tle zębów górskich szczytów okraszonych burzowym niebem. Zawrócił upiornego wierzchowca, który dyszał nienaturalną mgłą.

Pomimo zamkniętej przyłbicy przeciwnika, sir Tristan wiedział, że ich spojrzenia się skrzyżowały. Czerwony rycerz ukuł ostrogami swojego konia i w nienaturalnej ciszy ruszył w stronę Bretończyka opuszczając kopię.

Tristan wiedział, że najmniejszy błąd, jeden fałszywy krok, czy choćby przypadkowe popchnięcie przez jednego z walczących obok, będzie kosztować go życie. Przystawił lewą rękę do rękojeści długiego miecza chwytając go za głowicę, by zwiększyć siłę swojego uderzenia i stanął w pozycji z klingą skierowaną w stronę szarżującego wampira.

„Co święte zachowam, co wzniosłe ochronię, co zagraża pokonam…” Czekając na swoją szansę sir Tristan powtarzał słowa przysięgi, którą tak bardzo chciał kiedyś uroczyście złożyć, a które już tyle razy dodawały mu otuchy. Ostry grot kopii zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim odgłosy uderzeń kopyt, których rytm chciał wyłowić spośród odgłosów walki. Zamknął oczy i zdał się na tą, którą powierzyła mu tę misję.

Pomiędzy dwoma uderzeniami serca Tristan odbił mieczem zbliżające się drzewce, wywinął bronią młynka nad głową, zrobił unik schodząc z trasy jeźdźca i z całych sił ciął w lewo mając nadzieję, że jego miecz dosięgnie źródła tętentu.

Za sobą usłyszał odgłos upadającego wierzchowca. Kiedy odwrócił się i otworzył oczy zobaczył, że nieumarły koń próbuje wstać bez przednich nóg odciętych na wysokości nadpęcia. Wampirzy rycerz stał kilka metrów obok z mieczem w dłoni. Wskazał nim na Tristana i ruszył biegiem w jego kierunku.

Starli się w ciszy. Szybkość, z jaką wymieniali ciosy sprawiała, że dla postronnych mogli wydawać się epicentrum szalejącej dookoła bitewnej zawieruchy, ale dla siebie samych w tym zmaganiu byli bardziej jak w oku cyklonu. Wyćwiczony cios, garda, finta. Zablokowane, sprawdzić inną sztuczkę. Wreszcie Tristanowi udało się przełamać obronę wampira i trafić w odsłoniętą na chwilę lukę pomiędzy hełmem a obojczykiem. Tak jak uczył go ojciec.

Wampir padł na kolana, z hełmu dało się usłyszeć bulgot i syczenie, po czym upadł w błoto. Nieumarły koń przestał próbować wstać i znieruchomiał.

Sir Tristan ciężko dysząc oparł się na mieczu. Za jego plecami pojawił się kolejny rycerz w czerwonej zbroi, który z mieczem w ręku zbliżał się powoli do Bretończyka.

Przez zgiełk bitwy przedarł się dziki krzyk zbliżający się w stronę Tristana, który odwrócił się by ujrzeć zarówno kolejnego wroga, jak i rycerza, którego barw nie rozpoznawał. Pęd wiatru plątał długie, siwe włosy jeźdźca oraz jego zmierzwioną brodę, a jego otoczone zmarszczkami i bliznami oczy utkwione były w wampirze. Rycerz galopował kierując koniem nogami, pancerz jego lewej ręki obijał się bezwładnie o jego bok, w prawej zaś trzymał imponujący topór. Wampir odwrócił się, ale był zbyt wolny. Błyskawica rozdarła niebo, a rycerz uderzył toporem w hełm nieumarłego. Sir Tristan przysiągłby, że w tej chwili topór wyglądał jakby stał się zębatą paszczą osadzoną na pokaźnych rozmiarów kości udowej. Topór bez najmniejszego problemu odgryzł głowę wampirowi. Stary rycerz zawrócił konia i podjechał do Tristana.

„W końcu was dogoniłem.”

Kolejna błyskawica rozświetliła niebo.

Zaklęcie Elessy rozerwało ogromnego szczura, który przewodził atakowi na prawej flance. Spodziewała się, że po nim nastąpi wyładowanie, które od kilku chwil splatał jej mistrz. Ten jednak cofnął się o krok i chwycił za głowę, pozwalając aethyrowi wypłynąć z rąk.

„Mistrzu? To jeden z tych szarych?” Zapytała kładąc Dolwenowi rękę na ramieniu.

„Gorzej. Bretończycy mają topór, widziałem to.”

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *