Prolog – Spojrzenie wieczności

Rżenie koni i trzask ociężałych łodzi lądujących na kamienistej plaży roznosi się wzdłuż fiordu, wraz z nawoływaniami załogi. Flota rozprasza się w zatoce, niezliczone dłonie sięgają: sznurów, opuszczają kotwice i chwytają za wiosła.

Skryty pod świeżym puchem uważnie nasłuchuje otoczenia. Bretończycy przybyli o świcie. Do wieczora rozbiją obóz, rozłożą się w namiotach, i wtedy nadejdzie ich koniec – myśli muskularnego wojownika leżącego pod śnieżną pokrywą zdają się płynąć w nurcie mych własnych. Mocniej zaciskając dłonie na rękojeści przeklętego topora jego usta składają nieme podziękowanie bluźnierczym bogom.

Lodowaty wicher kąsa ciało, rycerz prowadzony światłem Pani zeskakuje z łodzi na brzeg. Kamienie chrzęszczą pod ciężarem opancerzonej sylwetki, do której dołączają kolejne zbrojne postaci w barwach de Vendome.

Spojrzenie młodzieńca dumnie prześlizguje się po otaczających go szczytach i dolinach: teren nieprzystępny dla kawalerii, lecz cóż mogą jego wspaniałej armii uczynić ci niemal nadzy barbarzyńcy?

Oddalam twarz od kryształu. Nawet tutaj, wysoko w wieży Kolegium, dociera smród miasta niesiony nocną bryzą znad Reiku. Powściągam obrzydzenie. Przynajmniej moje myśli znów są tylko moje. Księżyce za oknami wznoszą się wysoko na niebie. Tak. To jeden z tych momentów. Teraz? Kiedyś? W przyszłości? Zdają się być zawieszone w czasie, lecz kiedy? Połączone ze sobą, ale jak?

Krok do przodu, spoglądam w kryształ.

Smród! To jest dopiero smród! Futro, piski i gorąc ściśniętych ze sobą ciał. Poruszamy się w ciemności, niemal pełznąc po ścianach i podłogach szorstkich tuneli plącząc ogony. Nic nie widzę, ale wiem. Wiem co należy wyrwać z martwych dłoni brodacza, wiem że nagroda mnie nie minie. Tak, tak. Wgryzam się w cuchnące sierścią gardło, a gorąca krew spływa mi do wnętrza. Jednego słabego mniej. Ja jestem silny, tutaj w plątaninie poruszających się w głąb ciał, jestem najsilniejszy.

Grube palce przekładają lśniące srebrzyście karty ogromnej księgi, druga dłoń w zadumie gładzi sędziwą brodę. Odrobina pyłu opada z ledwie dostrzegalnym odgłosem, na misterną mozaikę skarbca ułożoną z drogocennych kamieni. Źrenice wiekowego krasnoluda rozszerzają się, światło pojedynczej lampy odbija się od niezliczonych złotych skarbów, które go otaczają. Zdecydowanym ruchem zatrzaskuje księgę, i sięga po róg w który dmie z całych sił. Po chwili odpowiadają mu kolejne. Już czas. Karak staje do walki.

Rozłożony na czworaka dyszę ciężko łapiąc tchu jakbym to ja dął na alarm. Zimny pot spływa mi po plecach, łzy spadają na posadzkę. Kolejny z momentów taki sam lecz inny. Gdzie one prowadzą? Skąd? Wszystkie powodowane tą samą wolą w jednym tylko celu, lecz czyją? Muszę znaleźć odpowiedzi.

Spoglądam w kryształ

Bębny i piszczałki utrzymują tempo marszu żołnierzy w barwnych mundurach. Nad nami łopoczą sztandary domów: Guderian i Haupt-Anderssen, a uszu dobiegają modlitwy wznoszę przez żołdaków. Te poświęcone Sigmarowi stają się jednak coraz rzadsze. Na ich miejsce wznoszone są pieśni ku czci Morra – pana umarłych i wtedy już wiem gdzie zmierzamy.

Nieruchoma postać stoi na blankach wiekowych, poczerniałych murów. Pod spowitym gęstymi, szarymi chmurami niebem zaczynają leniwie zataczać kołować padlinożercy, węszący rychły posiłek.

Na jego prawym ramieniu zawisła tarcza ozdobiona czaszką. Biel z czernią, życie i śmierć. Widok nadchodzących armii wywołuje uśmiech na przeklętej twarzy. A wraz z jego ustami, otwiera się ziemia uwalniająca nieumarłe ciała, podczas gdy on zanosi się śmiechem. W jego oczach tańczy radość, jej radość…

Spoglądam w dół. Miejskie ulice wirują za oknem w szalonym tańcu, niby dziecięca zabawka spuszczona ze sznurka. Opróżniam wnętrzności, krzycząc w nienawiści do błogosławionych niewiedzą prostaczków.

To spojrzenie, czy mogę je odnaleźć w innych momentach?

Kryształ.

Tkwią głęboko w ziemi, potężne i dostojne z koronami niemal sięgającymi nieba. Pośród nich i w nich płynie życie, duchy i magia. Przemykają bezszelestne i niezauważone pośród lasu, a ja wraz z nimi.

Lecz nagle las cichnie. Zastyga w bezruchu.

Dłonie naciągają cięciwy.

Ryk!

Tratują życie kopytami w ślepej szarży. Pazury i kły szarpią ciała. Skowyt z dzikich gardeł świdruje uszy. Nadciągają na zwierzęcych nogach z pianą na wściekłych pyskach. Nienawiść i gniew. Tylko to widać w ich dziwnych, nienaturalnych oczach.

Jej oczach…

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *