Krasnoludy

Wzloty, upadki, namiętności i tragedie

Stary krasnolud szedł powoli, każdy kolejny krok ciążył mu jak sumienie. Delikatny podmuch chłodził jego świeżo podgoloną głowę, którą zdobił imponujący czub. Podmuch ten niósł ze sobą zapach ziemi i butwiejących roślin mieszający się z zapachem wołowego łoju, jakim usztywniono pozostałe na głowie krasnoluda włosy. Do tego drugiego niebawem się przyzwyczai.

Punkty odniesienia pozwalające zapomnieć o prawdziwej skali istnienia

Krasnolud szedł korytarzem wykutym w skale, w jednej ręce niosąc pochodnię, druga spoczywała na medalionie zwisającym z jego szyi na solidnym, złotym łańcuchu. Płomienie pochodni odbijały się od śliskich ścian tunelu znacząc krwistymi śladami drogę Dawi, na którego czekało jeszcze kilka zakrętów. Medalion w jego ręku drżał lekko.

Złudzenia zbudowane by ukryć się przed rzeczywistością

Podmuch przyniósł coś jeszcze. Krasnolud zmarszczył szeroki nos, wciągając powietrze. Kwiaty? W podziemiach? Dawi ruszył powoli w stronę kolejnego załomu, medalion w jego dłoni drżał teraz rytmicznie.

Tylko czas jest stały

Za kolejnym zakrętem delikatna poświata oświetla jedną ze ścian chodnika. Pochodnia spada na ziemię, stary krasnolud stawia kolejne kroki. Dłoń zaciśnięta na amulecie. Do celu już niedaleko. Jeszcze tylko kilka kroków.

Przyjdź do mnie

Jego oczom ukazuje się kryształowy sarkofag umieszczony na kamiennym katafalku. Poświata pulsuje, krasnolud mruży oczy. W kryształowym więzieniu zamknięta młoda kobieta, usta na wpół otwarte, szata delikatnie faluje na piersi.

Wiem, że tego chcesz

Komnatę zalewa złote światło.

Już czas

Powrót

Skaveni

„Szybciej, szybciej,” pisk szarego proroka odbijał się echem od ścian szerokiego korytarza skąpanego w zielonkawej rzucanej przez porozwieszane w nim latarnie, mieszając się ze szczękiem oręża i skrzypieniem ekwipunku. Ze swojego miejsca na tronie niesionym przez czterech potężnych ochroniarzy, Skreerikk widział czoło kolumny, które właśnie znikało za najbliższym zakrętem.

„Szybciej, tak, tak, już blisko,” pazury szczuroczłeka zaciskały się na zdobionym oparciu fotela, a on sam wychylony był do przodu, jakby to on pierwszy chciał zobaczyć cel wyprawy. Stado czuło woń ekscytacji. I wojny.

„Przeklęte brodate-rzeczy. Nie być pierwsi-pierwsi. Nie zabrać mi to, co jest moje, moje!” Skreerikk sięgnął po pleciony skórzany bat, który do tej pory zwinięty leżał u jego stóp. „Przeklęte, przeklęte brodate mięso.”

Powietrze przeciął trzask bata, który strzelił nad ostatnim szeregiem wojowników sunących przed jego lektyką. Szereg ten rzeczywiście nieznacznie przyspieszył, na tyle by nie wpaść na wojowników idących przed nimi. Skreerikk, dla pewności, strzelił z bata jeszcze raz.

Tym razem jednak trzask uderzenia nie urwał się tak szybko, jak się rozpoczął. Zawisł w powietrzu lekkim basowym drżeniem, narastającym stopniowo, ale stale. Kiedy lektyka minęła zakręt Skreerikk był już pewien, że dźwięk ten niesie się korytarzem i podejrzewał, że może mieć swoje źródło u celu ich wyprawy.

„Nie, nie, przeklęte brodacze rzeczy! Szybciej, szybciej!” Szary prorok ciskał przekleństwa, ale gubiły się one w ogólnym pisku i zamieszaniu, jakie opanowało pierwsze szeregi. Dźwięk przybierał na sile, powietrze drżało. Jedna z drewnianych belek zabezpieczających korytarz pękła, ze sklepienia oderwał się fragment skały przygniatając kilku wojowników. Pozostali zaczęli w nieładzie cofać się, dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Kiedy spadły kolejne głazy, część szczuroludzi rzuciła się do ucieczki ignorując uderzenia bata, którymi Skreerikk starał się utrzymać szyk, ale po chwili fala uciekających przed skałami szczuroludzi zabrała również jego lektykę.

„Za późno, późno! Przeklęte brodate rzeczy być pierwsze! To jeszcze nie koniec, koniec!”

Krzyk szarego proroka gubił się w ogólnym zamieszaniu.

Powrót

Norska

Zdobione wizerunkami mitycznych stworzeń długie łodzie stały wyciągnięte na brzeg przy zakolu rzeki. Pilnowało ich tylko kilku pechowych norsmenów, którzy z utęsknieniem patrzyli w kierunku nieodległego wzgórza, na którego szczycie płonęło potężne ognisko. Cienie powbijanych wokół niego na pale łbów zwierzoludzi układały się na trawie wokół ognia jak szprychy wokół piasty.

Przy ognisku zebrała się reszta pozostałych przy życiu wojowników. Bogato zdobiony bretoński puchar, któremu brakowało już jednak kilku szmaragdów, krążył pomiędzy zebranymi. Wielu zginęło, ale łup był godny. Obciążone longskipy wyruszą w długą drogę powrotną na północ wraz z porannym przypływem.

Kielich nieubłaganie zbliżał się do siedzącego na podwyższeniu jarla. Zgodnie ze zwyczajem to on napełniał go po brzegi, wznosił toast i jako pierwszy wypijał haust piekącego szczęścia. Później naczynie krążyło wśród ludzi i miało wrócić do niego. Jarl już pięciokrotnie dawał zadość tradycji. Za każdym razem południowe brandy smakowało mu mniej. Podczas gdy jego ludzie świętowali bawiąc się, pijąc i grając w kości o łupy, jego duszę ogarniało poczucie beznadziejnej pustki. Pustki, którą czuł już wcześniej, ale nigdy jeszcze nie była tak głęboka. Nie zapełniły jej łupy. Nie zapełniła jej przelana krew ani trupy przeciwników. Nie zapełni jej też zdobyczne brandy ani świętowanie przy ognisku. Nie przepłynął połowy świata, by świętować. Zrobił to z powodu przepowiedni, która miała zapełnić tę pustkę. Przepowiedni, która paliła go teraz swoim brakiem.

Kielich wrócił do jarla, który bez entuzjazmu napełnił go po raz kolejny. Nie chcąc dać po sobie niczego poznać wstał i zmusił się do tego, by się uśmiechnąć.

„Za tą wyprawę i za powodzenie kolejnych!” Jarl uniósł kielich, po czym pociągnął z niego długi łyk.

Brandy nie miało smaku.

Powrót

Bretonia

„Zawiodłem cię pani…” Sir Tristan d’Alembert klęczał przed kobiecą postacią w powłóczystej sukni w kwiatowe wzory. Jej długie blond włosy wyglądały jakby falowały na wietrze, choć drzewa otaczające leśną polanę, na której się znajdowali, wydawały się być spokojne. Jesienne słońce znikało już za wierzchołkami drzew, a cykady zaczynały już swój wieczorny śpiew. Na obliczu kobiety pojawił się tajemniczy uśmiech.

„Nie zdobyliśmy klucza, nie mamy tarczy,” bretoński rycerz kontynuował swoją samoosarżycielską litanię. „Gdyby nie te przeklęte…”

„Wystarczy,” przerwała mu kobieta kładąc dłoń na jego opuszczonej w dół, kędzierzawej głowie. „Spisałeś się dobrze.”

„Nie rozumiem, pani,” ośmielony ciepłem jej dłoni sir Tristan zdobył się na to, by podnieść lekko wzrok, który natrafił na dwie splecione łodygi polnych kwiatów zwieńczone różnobarwnymi kielichami na jej szacie. „Przecież zawiedliśmy.”

Kobieta podniosła dłonie, a jej ciało uniosło się lekko w górę. Wydawało się, że klęczący przed nią rycerz z każdą chwilą stawał się coraz mniejszy.

„Byłeś tam, gdzie miałeś być, wtedy, kiedy miałeś tam być,” jej głos, do tej pory łagodny i cichy, zagrzmiał teraz z wysokości. „Dokładnie tak, jak powinno być.”

Powrót

Imperium

„Przeklęci zdrajcy!” ryknął książę rzucając zgnieciony raport w kąt namiotu dowodzenia. Zebrani w nim doradcy zadrżeli. „Czemu nikt tego nie przewidział?”

„Mój panie,” na odwagę zebrał się stary pułkownik z ręką na temblaku, który przywiózł wieści o zdradzie. „Tego nikt nie mógł się spodziewać.”

Książę oparł się obiema dłońmi o stół. Jego wzrok spoczął na mapach sztabowych, na których porozstawiane były figurki reprezentujące jego wojska.

„A jednak mogliśmy wziąć pod uwagę również taką ewentualność,” wzrok księcia zaczął krążyć po zebranych w namiocie notablach. Zatrzymał się na Dietriechu Wanke, koncepiście drugiego stopnia książęcej kancelarii, który stał z pochyloną głową przesłaniany częściowo przez masywny lichtarz, w którym osadzone były świece oświetlające wnętrze namiotu. „Ty. Podejdź bliżej.”

Dietriech nie lubił publicznych wystąpień. Nie był też przekonany do pomysłu, by jechać z armią do Księstw Granicznych. Wolał swoje książki i dokumenty. Ale pan każe, sługa musi. Teraz niemrawo wyszedł przed wszystkich oficerów i dygnitarzy, którzy zebrani byli w namiocie dowodzenia.

„Ostrzegałeś, żeby nie ufać nikomu,” zwrócił się do niego książę.

„Mój panie, jestem tylko koncepistą, nie strategiem,” odpowiedział zmieszany Dietriech. „Nie znam się na woj…”

„Ale miałeś rację,” bezceremonialnie przerwał mu władca. „Tak jak miałeś rację w przypadku klucza,” książę wbił w niego swój sokoli wzrok. „Co według ciebie stanie się teraz?”

„Mój panie, podczas wyprawy udało się zdobyć wiele nowych informacji, jednak końcówki szyfru Van Leeuwena, nie udało mi się złamać. Nie jestem nawet pewien, czy jest to szyfr. Nie wiem, co…”

„Nie pytam o pisma. Pytam o to, co uważasz, że wydarzy się po tym, jak wydarto nam klucz.”

Pytanie zawisło w powietrzu. Dietriech przełknął ślinę.

„Będą próbowali ją uwolnić. Skutki mogą być katastrofalne.”

„Musimy się więc przegrupować,” powiedział książę. „W jakimś bezpiecznym miejscu.”

Władca powolnym ruchem ręki przewrócił połowę figurek stojących na stole.

Powrót

Wampiry

Do posterunku granicznego położonego poniżej przełączy podjechał konno stary mężczyzna. Za sobą zostawiał krętą ścieżką, Mroczny Las i niewygody, jakie musiał znosić w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Kiedy opuszczał Sylvanię, łany żyta i pszenicy pod Vanhaldenhofem dopiero wschodziły. Teraz pierwsze liście spadały już z drzew.

W srebrzystej poświacie Morrslieba widać było małe ognisko, przy którym grzało się trzech żołnierzy rozmawiając cicho. Usłyszawszy powolny stukot końskich kopyt, jeden z nich wstał opierając się na halabardzie i podszedł do szlabanu, który zastawiał drogę podróżnym chcącym dotrzeć do siodła przełęczy.

„Wer da?” Krzyknął w stronę starego mężczyzny, który w tym czasie zdążył już zbliżyć się do szlabanu na odległość kilku metrów.

„Moje prawo pytać, twoje odpowiadać! Kto wy?”

„Żołnierze,” odpowiedział skonfundowany trochę postawą podróżnego żołnierz. Jego dwaj towarzysze wstali przysłuchując się tej wymianie zdań.

„Jacy żołnierze?” spytał stary mężczyzna, po czym nie czekając na odpowiedź zeskoczył z siodła z młodzieńczą zwinnością.

„Mytnicy.”

„Skąd?” zapytał mężczyzna, podchodząc powoli do żołnierza i rozchylając prawą ręką poły czarnego, bogato zdobionego płaszcza, odsłaniając przy tym przypasaną sakiewkę.

„Z Akendorfu. Władyka Niegosz ustanowił latem myto za przejście przełęczy. Na utrzymanie dróg i walkę z bandytami i hultajstwem,” jego wzrok spoczął na sakiewce podróżnego.

„Walka z bandytami? Ile na ten zbożny cel?” Palce starego mężczyzny zaczęły rozplątywać rzemyk krępujący sakiewkę. Mytnik uśmiechnął się półgębkiem.

„Szylinga od nogi.”

„Tanio,” powiedział stary mężczyzna, a jego otwarta dłoń błyskawicznie znalazła się przy szyi żołnierza, który zacharczał żałośnie krztusząc się własną krwią. Szpikulec, ukryty do tej pory w rękawie płaszcza, wykwitł z szyi żołnierza by schować się w niej ponownie, kiedy mężczyzna cofnął lewą rękę. Żołnierz upadł. „Ale ja wezmę sobie za darmo. Was też,” powiedział cicho w kierunku dwóch żołnierzy, którzy rzucili się na pomoc towarzyszowi.

Kilka minut później cztery cienie przekroczyły siodło przełęczy. Jedna postać na koniu i trzy postacie ludzkie niezgrabnie powłóczące nogami.

Powrót

Leśne Elfy

Posępny korowód niegdyś barwnych postaci ciągnął się powoli przez las, na którym jesień odbijała już swoje nieuchronne piętno. Potężne niegdyś rumaki, jeszcze niedawno przyozdabiane girlandami kwiatów i liści, człapały niemrawo z zapadniętymi bokami. Popołudniowy wiatr wiał lekko od gór niosąc ze sobą coraz więcej wilgoci.

Elessa prowadziła jednego z nich za jeden z rzemieni, którym przewiązana była jego szyja. Koń szedł stępa kulejąc lekko na przednią nogę, miękka ściółka amortyzowała jego chód.

„Zawiedliśmy mistrzu,” odezwała się do Dolwena Ceyldri idącego obok niej z opuszczoną głową. „Nie mamy sił, żeby im już teraz przeszkodzić.”

„Możliwe,” wyrwany z rozmyślań Dolwen podniósł głowę i spojrzał uważnie na swoją uczennicę, która odwróciła się na chwilę by uspokoić prowadzone zwierze, jakby chciałą uciec przed jego wzrokiem. „Ale to jeszcze nie znaczy, że ostatecznie dostaną to, czego chcieli,” koniuszek ust starego maga uniósł się lekko.

„To znaczy?” Elessa spojrzała na nauczyciela z zainteresowaniem.

„To znaczy, że czeka nas długa droga.”

„Nie wracamy do domu?” Zapytała Elessa wyraźnie już zaintrygowana.

„Na chwilę tak, ale nasza ścieżka prowadzi dalej, dużo dalej,” Dolwen stawiał swoje kroki ostrożnie, by nie zostawiać niepotrzebnych śladów. „Obawiam się, że będziemy musieli udać się za morze, by naszym zaślepionym kuzynom otworzyć oczy na prawdę, o której od wieków próbują zapomnieć. A to może być trudniejsze, niż dotychczasowe bitwy.”

Elessa zatrzymała się na chwilę. Dereszowaty koń, którego prowadziła, zarżał cicho i zarzucił gniadą grzywą. Dolwen przeszedł kilka kroków po czym odwrócił się do niej.

„Są zadufani w sobie, to prawda. Ale potrzebujemy wsparcia.”

Elessa przytaknęła i ruszyła w dalszą drogę.

Z gór zeszła mgła, w której zniknął orszak Asrai.

Powrót

Zwierzoludzie

Stado poszło w rozsypkę. Młody byk pędził przez las, jak najdalej od cierpkiego zapachu strachu. Gałęzie smagały jego wydłużony pysk, zaczepiając się o rogi. Biegł długo, prąc całym ciałem w górę przez gęste zarośla, roztrącając je na boki, jak dziób okrętu rozdzierający taflę wody. Nie zważał na to, czy i jakie zostawi za sobą ślady, w tej chwili najważniejszy był instynkt przetrwania, który pompował adrenalinę w zmęczone nogi.

Znajdzie nowe stado, znajdzie nowych przywódców. Będą nowe obrzędy, nowe szlaki, nowe obeliski i totemy. Nowe tereny łowieckie i nowe ofiary. Teraz najważniejsze, to nie dać się dogonić.

Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy przyzwyczajone do wysiłku ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Oparł się o pień dysząc ciężko, płuca płonęły.

Z niewielkiej polany, na której się znajdował, miał widok na całą dolinę. W oddali, spomiędzy zasłony ciężkich, stalowoszarych chmur, majaczyły górskie szczyty. Pusta przestrzeń dzieliła go od ściany lasu, którą w każdej chwili mogła przebić pogoń.

Oddychał ciężko, ale coraz wolniej, kłucie w boku ustępowało. Zebrał się w sobie i wciągnął powietrze w nozdrza. Pachniało żywicą, wilgocią i liśćmi. Wiatr nie przyniósł zapachu spoconych ludzi, przed którymi uciekał. Udało się.

Byk wstał, zaczął ocierać się bokiem i plecami o pień, znacząc go swoimi zapachem. Ruszył przed siebie, tym razem już spokojniej. Czas znaleźć nowe stado.

Z pomiędzy dalekich szczytów wystrzelił w górę złoty promień.

Powrót

Epilog – Wybrańcy

Wreszcie ociężała karawana schodzi z przełęczy wijącą się ścieżką. Dalej w dole tafla czarnej wody czeka naszego przybycia. W jej lustrze spoglądają w naszą stronę odbicie gwiazd i komety. Teraz tak bliskiej jakby miała zaraz zostać schwycona i kowalskimi szczypcami i zahartowana w mrocznej toni. Dość mam tej mordęgi w ślamazarnej wędrówce. Zeskakuję z muła i biegnę w dół kamienistej ścieżki nad brzeg. Pozostawiając za sobą karawanę, dysząc i ściskając kryształ w dłoniach…

…opancerzonej rękawicy, wisior spleciony ze srebrzystych włosów leśnego ludu. Czy dlatego ich zaatakowali w tym obcym kraju, aby zdobyć utracony artefakt? Czy cała krucjata istniała po to aby odzyskać od sług ciemności starą tarczę i świecidełko? – Takie wątpliwości pojawiały się w jego głowie ostatnimi dniami, a na pytania jakie stawiały nie potrafił odnaleźć odpowiedzi.

Wiedział jednak, że dowiódł swego męstwa stając naprzeciw wrogom, a gdy powrócą do ojczyzny służki Pani z pewnością pomogą obrać im właściwą drogę i wskażą cel. Tymczasem załogi już szykowały statki do podróży, czas wracać do domu…

…po śmierć ze starości i zgryzoty? – Przekrzykiwał szalejący wiatr podczas gdy Głowa Liefa podrywa się z lewa na prawą w rytm uderzających o kadłub fal, co raz to uderzając o szamańskie rogi. – Wrogowie za życia, kochankowie po śmierci! – kontynuował ze śmiechem młodzieniec patrząc na łby zawieszone na maszcie.

Wiosłujcie, pot i odciski są jednymi z wielu czekających was nagród. Wasze podniebienia czekają na smaki najsłodszych Tileańskich win, nozdrza na woń przypraw Arabii, cierpnąca skóra na ukąszenia Estalijskich szpad, a głodne lędźwie na przysmaki Imperialnych brzegów…

…warkocze odbijające się w falach, jak jej włosy skryte za kryształem. Nieme odbicie zastygłe w wiecznym śnie poza czasem. Gdy biegnę kalecząc stopy na kamieniach, jej pierś się nie podnosi, choć moje płuca płoną żywym ogniem, jednak jej oddech nie rozgrzewa ust…

…karmazynowych i wygiętych w ostatnim już uśmiech wystających kłów obracających się w proch, tak jak powinny były to zrobić wieki temu. Tak-tak. Zaskrzeczał prorok, odwracając się do księgi. Amulet niepotrzebny, wiemy gdzie spoczywa sarkofag. Tak-tak. Wcześniej klucze wszystkie zebrać musisz. Tak-tak.

Zabójca odwrócił się bez słowa i wyszedł. Wyprostowany, powoli i głośno stawiając kroki szczurzymi stopami, tak aby prorok wyraźnie widział i słyszał go. Niech wie, że pozwala mu się dostrzec. Tym razem – brzmiała niewypowiedziana groźba…

…tego, że przybędę zbyt późno, ale nie! Jestem! Zdążyłem! Brzeg już bliski, chociaż w mroku nocy nie potrafię dostrzec krateru. A gdzie armie? Czyżbym jednak dotarł za późno? Nie słychać żołnierzy, nigdzie nie widać namiotów…

…rozłożonych nad brzegiem. Inżynierowie zdali raport z wykopalisk. Amulet znaleziono w kraterze. Zamknięty w pękniętym krysztale czekał na nich zapewne od wieków. Zadanie wykonane. Jednak nie to zaprzątało jego myśli gdy wsłuchany był w szorstki dźwięk brzytwy przesuwającej się po skórze. Myślał o wszystkich mogiłach jakie musieli wykopać. O tarczach zdobionych w gryfy, wieńce i młoty. Myślał o swojej dumie, honorze i tradycji klanu.

Jego ciało wciąż było obolałe od setek maleńkich ran, lecz dzięki temu chłodny wiatr z gór tulący się do nagiego torsu przynosił ulgę gdy opuścił namiot. Praca w obozie wrzała pomimo wczesnej godziny. Każdy miał coś do zrobienia, każdy miał jakieś ważne zadanie. Nikt nie poświęcił mu nawet spojrzenia. Nikt się nie odważył.
Borsh Długobrody ogarnął obozowisko wzrokiem i spoglądając na krzątających się wojowników, inżynierów i resztę armii i po raz ostatni w swoim życiu poczuł dumę.

Przeniósł wzrok na ośnieżone szczy gór. Wielkie i potężne wzywały go obietnicą godnej śmierci. Bosymi stopami ruszył im na spotkanie wzdłuż brzegu…

…nad którym staję łapczywie łapiąc oddech. Padam na kolana oszukany i zdradzony. Nie ma krateru, nie ma kresu mej wędrówki. Zęby górskich szczytów szczerzą się prześmiewczo, tym samym uśmiechem który tyle razy już widziałem w swoich wizjach.

Przewodnicy karawany rozbijają obóz niemo mamrocząc przekleństwa pod moim adresem. Tak jak mówiono nie ma tu nic. Żadnej armii, żadnego krateru, w którym miałem odnaleźć boginię zamkniętą w krysztale.

Jedynie wysoko nade mną na gwiaździstym niebie płonie kometa, która przez tygodnie wędrówki była mi towarzyszką. Tak jak w moich wizjach, płonie hen w niebiosach, odbijając się w tafli czarnej wody, otoczona górskimi szczytami.

I wtedy wreszcie rozumiem swoje zadanie. Rozumiem, o co mnie prosiłaś. Dotarłem do celu. Wiem, że nie jestem wybranym, ale jednym z wielu potrzebnych, aby cię uwolnić. Miejsce jest właściwe, tylko odpowiedni czas jeszcze nie nastał.

Wydobywam z mieszka resztki sproszkowanego, zielonego kamienia, rozcierając je w dłoniach. Słowa mocy wypływają z popękanych ust, czuję w sobie moc i płynące przez świat wiatry magii. Chaos próbuje mnie dotknąć, splugawić duszę i zniszczyć umysł, lecz ja jasno widzę swój cel.

Nie ma strachu w moim sercu i wątpliwości w moich myślach.

Spoglądam na jarzący się na niebie blask w którym jaśnieje jej twarz, gdy dłońmi Azyru staram się ją schwycić i przyciągnąć do siebie, aby wybiegła na spotkanie mych warg. Już czuję gorąc jej ciała na mej skórze. Azyr przepływa przeze mnie unosząc w powietrze i zbliżając do niej coraz szybciej i szybciej. Pędzi mi na spotkanie uśmiechnięta i szczęśliwa z jasnym ogonem włosów radośnie trzepoczącym na wietrze.

Ostatni już raz przyciskam kryształ dłonią do serca, czekając na Moment Upadku.

Powrót