Akt I – Nadchodząca Ciemność

Rację mają świątobliwi żebracy biczami na skórze swych pleców wypisujący modlitwy do Sigmara i swym cierpieniem prosząc o litość dla nas wszystkich.

Tak, koniec jest bliski!
Tak, ciemność nadchodzi!

Wiem, widziałem ją jak w świetle księżyców lekko stąpającą po ścieżce popiołu…

Jej jasna skóra odcina się na tle gęstwiny czarnego lasu, a suknia zwiewnie unosi z każdym krokiem, a każdy z kroków roznosi się z przyprawiającym o ciarki chrzęstem.

I chrzęst odpowiada z naprzeciwka, z początku cichy rytmiczny szybko jednak przybiera na sile, a towarzyszy mu tętent kopyt miażdżących i ścierających wszystko na pył. Potem wraz z lodowym wiatrem dołączają okrzyki i wrzaski niosąc się tą leśną drogą, tak jak niosły się nią przez stulecia.

Ciała ofiar, więźniów i najsłabszych ze stada trafiały na ścieżkę, a kopyta miażdżyły: czaszki, żebra i piszczele łamiąc je z trzaskiem na mniejsze i mniejsze kawałki, aż wreszcie ścierając wszystko na pył. Przez niezliczone lata, cierpliwie niczym cukiernik tworzący tort na pałacowy bal, kolejna warstwa trucheł dodawana była na wierzch i pod ciężarem kopyt niosących owłosione ciała tworzyła drogę niby-popiołu pośród gęstwiny lasu. Teraz niemal już biegnąc stado z dzikim skowytem dorzuca kolejne ciała, które staną się pyłem na ścieżce.

Największy z nich, o ogromnym porożu biegnie pierwszy zanosząc się dzikim skowytem. Mięśnie napinają się pod pokrytą sierścią skórą noszącą jeszcze ślady zabliźniających się ran. U szyi zaś zawieszony na puklu srebrzystych niczym Mannslieb włosów, podskakuje błyszczący kryształ.

Z potwornego gardła dobiega ryk gdy dostrzega stojącą w oddali postać w tańczącej na wietrze sukni. Niczym w baśni potwór w lesie gotów jest pożreć dziewczę w mrocznym lesie. Dziewczę jednak nie okazuje strachu. Pomimo chłodu jej oddech nie maluje się mgłą przed twarzą. Jednym ruchem zrzuca z ramienia tarczę – czaszka na niej podzielona między czerń i biel. Dziewczę rozchyla karmazynowe wargi w uśmiechu, a ścieżka z chrzęstem kości zaczyna się poruszać…

…wbrew mojej woli kręgosłup się wygina, a powieki otwierają. Jestem w sypialni, kryształ uspokajającym ciężarem spoczywa w mojej dłoni. Widok za oknem przypomina, że dzień już minął. Wspomnienie leśnej ścieżki biegnącej nad brzeg czarnej wody niknie gdzieś w podświadomości.

Czas wziąć się do pracy. Spiralnymi schodami przechodzę na szczyt wieży do obserwatorium, muszę przygotować teleskop i tablice, ręce drżą z ekscytacji dostrajam przyrządy i spoglądam w gwizdy…

Radość udziela się wszystkim, gdy toporek z trzaskiem wbija się w ścianę kilka cali od głowy przywiązanej do niej kobiety. Zapach miodu, piwa i spoconych ciał na dobre wypełnił domostwo, wraz z pieśniami i śmiechem którym najgłośniej zanosi się młody Leif, który to właśnie ściął siódmy warkocz z rzędu.

Sam wódz wstaje wznosząc zakrzywiony róg w toaście mającym zwiastować przychylność bogów. Jego potężna sylwetka wspiera się drugą dłonią o wyjątkowy topór: wyglądający niczym paszcza potwora z wielkim zębiskami potrafiącymi się nagle zatrzasnąć niczym stalowa pułapka na niedźwiedzie odcinając głowy, pożerając dusze i dodając siły swojemu właścicielowi.

Leif sam wznosi puchar w braterskim geście zastanawiając się czy już jest gotów rzucić wyzwanie i przejąć to co mu się należy: klan, topór, właścicielki siedmiu ściętych warkoczy i wszystko inne, po co zdecyduje się sięgnąć.

Miód spływa mu w dół gardła podczas gdy myśli krążące wokół wszystkiego, co powinno być jego, odbite są idealnie w lustrze innej jaźni. Obcej, sprytnej i równie nieustępliwej.

Dużo inteligentniejszej i obdarzonej nadzwyczajnym talentem. Tak-tak. Wyjątkowo błyskotliwej i potężnej. Jedynej takiej na świecie, z której żadna nie może się równać. Tak-tak. Tym bardziej jakiegoś bezwłosego powierzchniowca. Tak-tak. Jaźni o pięknym białym futrze i ogonie dłuższym niż przeciętna. Tak-tak.

Tunele są przygotowane. Starczy dać rozkaz i wszystko zawali się pod powierzchnię. Zobaczymy jak walczą bez swoich długich łodzi, otoczeni ze wszystkich stron. Zobaczymy jak smakują. Tak-tak.

Tak, tak. Tak jak przypuszczałem. Pojawiła się na niebie wedle moich przewidywań. Niebawem zapewne i inni ją dostrzegą. Ale czy zrozumieją, czy będą wiedzieli co oznacza, czy ponownie zanurzą się w przesądach i zabobonach? Czy zdadzą sobie sprawę z tego co nadchodzi? Czy też nie zważając na rozsądek i wszystkie znaki, sprowadzą na nas koniec unosząc się własną, pustą dumą?

Duma. Honor. Tradycja…

Bycie lepszym od innych jest darem, niczym szczeniak wręczany chłopcu w dzień postrzyżyn. Lecz nie jest to tylko dar radości jaką dziecko czerpie z nowego towarzysza, ale nauka odpowiedzialności. Ponieważ bycie lepszym jest zwyczajnie brzemieniem odpowiedzialności składanym przez Panią na barki jedynie tych gotowych je udźwignąć.

Odpowiedzialności za słabszych, mniejszych i zwyczajnie gorszych. A odpowiedzialność nakazuje opiekę, nakazuje nakarmić głodne zwierze, nakazuje miłość i oddanie, ale nakazuje też wychowanie, tresurę i karcenie za nieposłuszeństwo. Nakazuje też dobić zwierze zbyt chore, aby mogło być przydatne dla właściciela.

Czy czuł się lepszy – dosiadając swojego bojowego rumaka – od brodatych zastępów kulących się w strachu za rzędami tarcz z nadzieją, że plujące ogniem machiny wygrają za nie bitwę? Tak, czuł się lepszy, ale ze smutkiem tego kto wie jak ciężkie jest to brzemię.

Duma. Honor. Tradycja…

Przez niemal trzy tysiące lat każdy chcący skorzystać z przeprawy i bezpieczeństwa przełęczy zapewnianego przez klan musiał tylko opłacić przejazd i poświęcić trzy dni na kontemplację dokonań przodków.

Czymże są trzy dni i odrobina złota, aby oddać hołd za stulecia trzymania straży? Twierdza klanu niczym skała obmywana była przez morze armii: zielonoskórych, przeklętych mutantów, morderców, najemników i przodkowie wiedzą kogo jeszcze.

Tysiące lat pięknej tradycji, a oni nie potrafią nawet poświęcić marnych trzech dni, aby podziękować za wytrwałość, ochronę i za to że klan zawsze trwa na straży.

Borsch Długobrody nie myślał z radością o nadchodzącej bitwie. Szkoda mu było życia prostych ludzi, ale niechaj góry same zawalą wszystkie tunele jego klanu, a piwo skiśnie w gardłach wszystkich jego potomków! Nie pozwoli na to aby trzy tysiące lat tradycji poszło na marne z powodu śmierdzącego końskim łajnem człeczyny!

…smród wwierca się do mózgu, końskie łajno? Obawiam się, że nie. Odzyskuję przytomność w zaułku. Poranny deszcz sprowadzony łaską bogów nieudolnie próbuje oczyścić te paskudne rynsztoki ulic.

Panika wzbiera w sercu i z gardła niemal dobiega rozpaczliwy krzyk, ale dłoń zaciska się na znajomym kształcie. Zawiniątko, a w nim niewielkie, ołowiane puzderko. Wizje nadchodzą teraz częściej, czasem niespodziewanie, niemal bezwiednie je wywołuję. Czy jest jeszcze czas?

Czy jeszcze jest czas? Czy zdążymy? – Ponure myśli kłębiły się w głowie dowódcy przechodzącego się po obozie, w którym gwar nie cichł cały dzień. Kłębiąc się niczym pszczoły, żołnierze rozstawiali namioty, rozładowywali sprzęty, przygotowywali jadło i usypywali fortyfikacje.

Rytmiczne uderzenia toporów zwalały kolejne drzewa aby oczyścić przedpole, zapewnić opał oraz pozwolić na zabezpieczanie bagnistych strumieni – żartobliwie nazywanych drogami – aby nadawały się do przejazdu wozów z zaopatrzeniem.

W całym tym harmidrze słońce zdecydowanie zbyt szybko pędziło po nieboskłonie na spotkanie z horyzontem, jednak skłębiona ludzka masa kierowana wolą doświadczonych dowódców, potrafi dokonać cudów w zaledwie parę godzin. Jeśli tylko Sigmar będzie łaskawy, wyszeptał pod nosem setnik…

Las umierał. Nie naturalną śmiercią pojedynczych drzew, robiących miejsce do życia nowym korzeniom i dostęp do światła dopiero wznoszącym się koronom. Nie, las umierał od choroby chcącej pożreć od razu całe jego połacie, nie pozostawiwszy za sobą nic poza suchą ziemią.

Nawet pożar ma swoje miejsce w wiecznej pieśni odrodzenia, gdy stare staje się nawozem dla nowego, pozwalając lasowi odrodzić się jeszcze silniejszym. Lecz ci ludzie przybyli tutaj tylko zabierać i nie zostawić nic w zamian.

Duchy szepczą w szeleście liści, w blasku strumienia, w zapachu świeżej żywicy i domagają się zapłaty za zniszczenia. Domagają się zemsty za kradzież, domagają się śmierci, aby las mógł się odrodzić…

Śmierć i odrodzenie. Początek i koniec. Mówiłem do siebie – to teraz do siebie mówię? – przesypując czarny pył mieniący się zielonkawym światłem w ołowianym puzderku. Tak, tego potrzebowałem, z pewnością wzmacnia moje wizje. Zaczynam wiedzieć, zaczynam rozumieć. Ale aby jej pomóc, muszę udać się bliżej, muszę udać się do samego źródła, aby móc ocalić nas wszystkich.

Czas opuścić Altdorf.

Powrót

Prolog – Spojrzenie wieczności

Rżenie koni i trzask ociężałych łodzi lądujących na kamienistej plaży roznosi się wzdłuż fiordu, wraz z nawoływaniami załogi. Flota rozprasza się w zatoce, niezliczone dłonie sięgają: sznurów, opuszczają kotwice i chwytają za wiosła.

Skryty pod świeżym puchem uważnie nasłuchuje otoczenia. Bretończycy przybyli o świcie. Do wieczora rozbiją obóz, rozłożą się w namiotach, i wtedy nadejdzie ich koniec – myśli muskularnego wojownika leżącego pod śnieżną pokrywą zdają się płynąć w nurcie mych własnych. Mocniej zaciskając dłonie na rękojeści przeklętego topora jego usta składają nieme podziękowanie bluźnierczym bogom.

Lodowaty wicher kąsa ciało, rycerz prowadzony światłem Pani zeskakuje z łodzi na brzeg. Kamienie chrzęszczą pod ciężarem opancerzonej sylwetki, do której dołączają kolejne zbrojne postaci w barwach de Vendome.

Spojrzenie młodzieńca dumnie prześlizguje się po otaczających go szczytach i dolinach: teren nieprzystępny dla kawalerii, lecz cóż mogą jego wspaniałej armii uczynić ci niemal nadzy barbarzyńcy?

Oddalam twarz od kryształu. Nawet tutaj, wysoko w wieży Kolegium, dociera smród miasta niesiony nocną bryzą znad Reiku. Powściągam obrzydzenie. Przynajmniej moje myśli znów są tylko moje. Księżyce za oknami wznoszą się wysoko na niebie. Tak. To jeden z tych momentów. Teraz? Kiedyś? W przyszłości? Zdają się być zawieszone w czasie, lecz kiedy? Połączone ze sobą, ale jak?

Krok do przodu, spoglądam w kryształ.

Smród! To jest dopiero smród! Futro, piski i gorąc ściśniętych ze sobą ciał. Poruszamy się w ciemności, niemal pełznąc po ścianach i podłogach szorstkich tuneli plącząc ogony. Nic nie widzę, ale wiem. Wiem co należy wyrwać z martwych dłoni brodacza, wiem że nagroda mnie nie minie. Tak, tak. Wgryzam się w cuchnące sierścią gardło, a gorąca krew spływa mi do wnętrza. Jednego słabego mniej. Ja jestem silny, tutaj w plątaninie poruszających się w głąb ciał, jestem najsilniejszy.

Grube palce przekładają lśniące srebrzyście karty ogromnej księgi, druga dłoń w zadumie gładzi sędziwą brodę. Odrobina pyłu opada z ledwie dostrzegalnym odgłosem, na misterną mozaikę skarbca ułożoną z drogocennych kamieni. Źrenice wiekowego krasnoluda rozszerzają się, światło pojedynczej lampy odbija się od niezliczonych złotych skarbów, które go otaczają. Zdecydowanym ruchem zatrzaskuje księgę, i sięga po róg w który dmie z całych sił. Po chwili odpowiadają mu kolejne. Już czas. Karak staje do walki.

Rozłożony na czworaka dyszę ciężko łapiąc tchu jakbym to ja dął na alarm. Zimny pot spływa mi po plecach, łzy spadają na posadzkę. Kolejny z momentów taki sam lecz inny. Gdzie one prowadzą? Skąd? Wszystkie powodowane tą samą wolą w jednym tylko celu, lecz czyją? Muszę znaleźć odpowiedzi.

Spoglądam w kryształ

Bębny i piszczałki utrzymują tempo marszu żołnierzy w barwnych mundurach. Nad nami łopoczą sztandary domów: Guderian i Haupt-Anderssen, a uszu dobiegają modlitwy wznoszę przez żołdaków. Te poświęcone Sigmarowi stają się jednak coraz rzadsze. Na ich miejsce wznoszone są pieśni ku czci Morra – pana umarłych i wtedy już wiem gdzie zmierzamy.

Nieruchoma postać stoi na blankach wiekowych, poczerniałych murów. Pod spowitym gęstymi, szarymi chmurami niebem zaczynają leniwie zataczać kołować padlinożercy, węszący rychły posiłek.

Na jego prawym ramieniu zawisła tarcza ozdobiona czaszką. Biel z czernią, życie i śmierć. Widok nadchodzących armii wywołuje uśmiech na przeklętej twarzy. A wraz z jego ustami, otwiera się ziemia uwalniająca nieumarłe ciała, podczas gdy on zanosi się śmiechem. W jego oczach tańczy radość, jej radość…

Spoglądam w dół. Miejskie ulice wirują za oknem w szalonym tańcu, niby dziecięca zabawka spuszczona ze sznurka. Opróżniam wnętrzności, krzycząc w nienawiści do błogosławionych niewiedzą prostaczków.

To spojrzenie, czy mogę je odnaleźć w innych momentach?

Kryształ.

Tkwią głęboko w ziemi, potężne i dostojne z koronami niemal sięgającymi nieba. Pośród nich i w nich płynie życie, duchy i magia. Przemykają bezszelestne i niezauważone pośród lasu, a ja wraz z nimi.

Lecz nagle las cichnie. Zastyga w bezruchu.

Dłonie naciągają cięciwy.

Ryk!

Tratują życie kopytami w ślepej szarży. Pazury i kły szarpią ciała. Skowyt z dzikich gardeł świdruje uszy. Nadciągają na zwierzęcych nogach z pianą na wściekłych pyskach. Nienawiść i gniew. Tylko to widać w ich dziwnych, nienaturalnych oczach.

Jej oczach…

Powrót