Bretonia

„Zawiodłem cię pani…” Sir Tristan d’Alembert klęczał przed kobiecą postacią w powłóczystej sukni w kwiatowe wzory. Jej długie blond włosy wyglądały jakby falowały na wietrze, choć drzewa otaczające leśną polanę, na której się znajdowali, wydawały się być spokojne. Jesienne słońce znikało już za wierzchołkami drzew, a cykady zaczynały już swój wieczorny śpiew. Na obliczu kobiety pojawił się tajemniczy uśmiech.

„Nie zdobyliśmy klucza, nie mamy tarczy,” bretoński rycerz kontynuował swoją samoosarżycielską litanię. „Gdyby nie te przeklęte…”

„Wystarczy,” przerwała mu kobieta kładąc dłoń na jego opuszczonej w dół, kędzierzawej głowie. „Spisałeś się dobrze.”

„Nie rozumiem, pani,” ośmielony ciepłem jej dłoni sir Tristan zdobył się na to, by podnieść lekko wzrok, który natrafił na dwie splecione łodygi polnych kwiatów zwieńczone różnobarwnymi kielichami na jej szacie. „Przecież zawiedliśmy.”

Kobieta podniosła dłonie, a jej ciało uniosło się lekko w górę. Wydawało się, że klęczący przed nią rycerz z każdą chwilą stawał się coraz mniejszy.

„Byłeś tam, gdzie miałeś być, wtedy, kiedy miałeś tam być,” jej głos, do tej pory łagodny i cichy, zagrzmiał teraz z wysokości. „Dokładnie tak, jak powinno być.”

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *