8. Dar Morra

22.10.2511, kasztel von Leoric

– Dum, dum! Dum, dum! – skąpany w zielonym blasku Morrslieba kasztel zdawał się drżeć w rytm uderzeń bębnów, podczas gdy okrzyki zielonoskórych nieuchronnie przybliżały się ze wszystkich stron, niesione mroźnym wiatrem.

Agatha pewnym ruchem zrzuciła z siebie płaszcz, odsłaniając skrywaną pod nim kolczugę. W nieco bardziej sprzyjających okolicznościach drużyna byłaby mocno zdziwiona i napewno nie pozostawiłaby sytuacji bez zadania mnóstwa pytań. Nie tym razem jednak. Agatha zdjęła lampion z zawsze towarzyszącego jej kostura podróżnego, sam kostur zaś odrzuciła na bok, niczym niepotrzebną już zabawkę.

– Weźcie to! – wyjęła świecę i zdarła pergamin z lampionu, który okazał się być niczym innym, jak kolejnym krasnoludzkim kluczem! Bliźniaczo podobnym do dwóch znalezionych przez bohaterów w powypadkowych resztkach dyliżansu. Następnie uklękła przy swoim worku podróżnym, i ku dalszemu zdziwieniu wszystkich obecnych (gdyby mieli czas i sposobność, by czemuś się dziwić) wyciągnęła z worka całkiem pokaźnych rozmiarów młot bojowy.

Kobieta, która mogłaby być nawet nie matką, ale zapewne babką bohaterów, stojąc teraz w pełni wyprostowana, w lśniącej zbroi i z bronią w rękach, bynajmniej nie przywodziła na myśl słabej i wymagającej pomocy staruszki. Zgoła odwrotnie, siła i zdecydowanie bijące od kapłanki zdawały się promieniować wokół i dodawać otuchy struchlałym w sercu.

– Szybciej! Do kopalni! – krzyknęła tonem wyraźnie nawykłym do wydawania rozkazów. Nie sposób było nie usłuchać. Nogi same niosły. Nikt nie chciał zostać na dziedzińcu. Porwali ze sobą to, co mieli pod ręką.

Biegli, każde z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na broni. Strach powoli przeradzał się w panikę, którą usilnie starali się przegonić, biegnąc coraz szybciej. Zostawili za sobą rozświetlony blaskiem mniejszego księżyca dziedziniec, ruszyli w głąb kopalni. Przy świetle pochodni gorączkowo odnajdywali drogę, poganiani coraz głośniejszymi krzykami zielonoskórych. Tylko modlitwa o wstawiennictwo Sigmara, powtarzana niestrudzenie przez Agathę, zdawała się blokować paniczny strach i zatrzymywać czarne myśli o nadchodzącej i nieuchronnej śmierci.

– Agatha! Ten proch krasnoludzki, o którym mówiłaś, jest tu gdzieś jeszcze? – olśniło Sigmunda. Starał się przekrzyczeć swoją zadyszkę, obładowany pakunkami, w tym oczywiście najcenniejszym z nich: magicznym Grymuarem.

– W dole, w korytarzu. Tam był skład narzędzi – wskazała kapłanka, gdy dobiegli do basenu. W miejscu gdzie jeszcze niedawno stała woda, teraz otwierał się kolejny, prowadzący w głąb podziemi korytarz.

– Zdążymy? – Werner nerwowo spoglądał w górę tunelu. Widział sylwetki ścigających ich goblinów. Złowrogo błyszczące w mroku ślepia zbliżały się zastraszająco szybko.

– Zdążycie. Jeżeli dokończycie to, co wtedy zaczęłam, uciekajcie dalej w dół kopalni. Nie czekajcie. – Agatha odwróciła się do nich plecami, uspokoiła oddech i rozpoczęła:

– Sigmarze, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom chaosu bądź naszą obroną. Oby go mój młot pogromić raczył, pokornie o to proszę, a Ty, Wodzu Imperialnych zastępów, demony i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą swoją strąć do otchłani z której wylęgły! – Dźwięczny głos Agathy odbijał się od skał.

Z płonącym młotem w dłoni i ogniem prawdziwej wiary w sercu, wojowniczka Sigmara ruszyła w górę, na spotkanie nadciągającej hordzie.

***

– Szybciej, szybciej! – krzyczał Werner, gdy zbiegali korytarzem. Z góry dochodziły ich odgłosy walki i przerażone krzyki goblinów. Wszystko wzmocnione wielokrotnym echem odbijającym się od ścian podziemi. Zdawało się, jakby to sam Sigmar zstąpił na ziemię i upomniał się o należne mu ciała znienawidzonych wrogów.

– Tutaj! – rzuciła Sigfrieda, wskazując na przegniłe i rozpadające się drzwi po prawej stronie korytarza.

W małym pomieszczeniu, błyskawicznie przegrzebując wszystkie zgromadzone tu rupiecie, znaleźli kilkanaście beczk wielkości dorodnej dyni. Wszystkie opieczętowane były dobrze znanymi Sigmundowi krasnoludzkimi runami oznaczającymi czarny proch.

– Fachowa robota. Patrzcie! Zawinięte w pergamin i zalane woskiem. Proch wciąż może być suchy! – zdumiał się alchemik i niemal zapatrzył, a rzemieślink w nim wyraźnie pragnął poświęcić chwilę na kontemplację tak rzetelnego podejścia do sprawy. Szybko się jednak zreflektował. – Każdy po jednej i lecimy!

Tak też zrobili. Obładowani kolejnym ciężarem biegli dalej w dół. Wypluwali resztki oddechu, opadali z sił z każdym krokiem. Chwilowy przypływ energii napędzony widokiem hordy goblinów wyraźnie był na wyczerpaniu. W głowach kołatały się myśli: „Nie wypuść beczki z rąk”, „Nie przewróć się”, „Byle w dół”.

Odgłosy walki z góry korytarza stopniowo przycichały, ustępując miejsca ponurej ciszy podziemi. Nie byli pewni, czy są już tak daleko, czy też walka dobiegła końca. Nie mieli wątpliwości, że mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Pojedynczy człowiek nie pokona hordy. Pełni niepokoju o to, co przed nimi, i to, co za nimi, parli do przodu.

W końcu przed nimi pochodnia oświetliła wrota do okrągłej komnaty. Nie wydawała się szersza niż dwa imperialne trakty. Zewnętrzne ściany przyozdobione były tysiącem znaków runicznych, które mieniły się bladym światłem, a przed wejściem w posadzce znajdował się znajomy już kształt sześciokątnego wycięcia.

– Wrócić i tak nie możemy. – Sigfrieda głośno wyraziła to, co wszystkim chodziło po głowie. W stronę Wernera, który z kluczem w dłoni klęczał na posadzce z pytającym spojrzeniem, rzuciła: – Teraz albo nigdy!

Werner przekręcił klucz.

Wrota niemal natychmiast wsunęły się w mechanizm ukryty w podłodze, a głośny huk obwieścił wszem i wobec, że są otwarte. Powietrze, zamknięte od dziesięcioleci w sarkofagu, wdarło się w nozdrza zapachem zgnilizny. Lecz nie samo powietrze wydostało się z wnętrza – Dhar niemal wylewał się, niby skwaśniałe piwo z pękniętej beczki. Spoglądając na tracące blask starożytne runy Sigmund zdał sobie sprawę, że cała komnata stworzona została, aby zatrzymać sączącą się ze środka magię zepsucia. Oni natomiast właśnie dali jej ujście na świat.

– Pięknie, kurwa. – pomyślał rzeczowo alchemik. A może powiedział?

Jakby tego było mało, dopiero zaczynali dostrzegać detale wnętrza sali. Na skalnej podłodze leżały szkielety obleczone w pozostałości zbroi i przegniłe strażnicze mundury. Pomiędzy nimi zobaczyli zwłoki byłego władcy tej kopalni i kasztelu, z którego pleców wciąż sterczały sztylety zdrajców. Na samym środku pomieszczenia tkwiła wielka, przynajmniej metrowej średnicy, idealnie okrągła kula. I chociaż zdawała się być całkowicie czarna, to każdy jej fragment pozostający poza centrum pola widzenia błyskał kotłującą się zielenią przechodzącą w zgniłą żółć. Złowrogi blask, dostrzegalny jedynie kątem oka, układał się w bezsensowne wzory. Przywodziły one na myśl ludzkie twarze, które jednak w swej groteskowości nie mogłyby być twarzami, a tym bardziej na pewno nie ludzkimi.

Pochylony nad nią, niby pomnik, wartę pełnił mężczyzna. Odziany w powłóczyste i bogato zdobione, ale rozpadające się szaty, wsparty na kosturze zdobionym w gwiazdy i półksiężyce. Z zamkniętymi oczyma, o skórze białej i cienkiej jak najdelikatniejszy pergamin. Od dziesiątek lat trzymany przy życiu jedynie swoją szaloną ambicją i niegasnącym uporem, czerpiąc siły ze źródła czarnej magii, która zgodnie z zamysłem nie miała nigdy opuścić granic tego pomieszczenia. Lazarus, bo nie mógł to być nikt inny, powoli zaczął wybudzać się ze swojego półwiecznego stuporu. Powoli uniósł powieki, które skrywały jadowitą zieleń spaczeni, sączącą się z jego oczu.

Groza lodowatymi dłońmi ścisnęła serca bohaterów, zamarli w bezruchu. Nie byli wstanie wykonać nawet najdrobniejszego gestu. Ich oddechy zamarły, a krew w żyłach zastygła, rozlewając chłód śmierci po całym ciele. Świat przestał mieć znaczenie. Sparaliżowani, w niezmiennej rzeczywistości przerażenia rozciągającej się przez niezliczone eony, stali. Zamarli obok czasu przelewającego się rwącą rzeką przez cały świat. Zbyt przerażeni, aby móc nawet pomyśleć o ucieczce. Tkwili tak sekundę, minutę, wieczność?

– Agrhhhh!!! – Wydarł wreszcie ze swojego gardła Sigmund, starając się cisnąć jakąś klątwę na ogarniającą go bezsilność. Drżącą ręką rozdarł papier z dna przytaszczonej beczułki i odsłonił zawinięty lont. Wreszcie odpalił go od pochodni, zatkniętej w zastygłej dłoni Eike, i wrzucił do pomieszczenia.

– Dawaj następną! – krzyknął do Wernera, któremu bezpośredni rozkaz pomógł wreszcie otrząsnąć się z paraliżującego przerażenia.

Kolejna beczka poszybowała w głąb komnaty, ciągnąc za sobą strugę błyszczących iskier niby kometa. Za nią podążyły dwie następne i wtedy Werner ponownie przekręcił klucz. Drzwi drgnęły i powoli zaczęły podnosić się z posadzki, przesłaniając zalegające ciała. Był to ostatni moment, gdyż owe ciała niezgrabnie i z trudnością zaczynały poruszać się, jakby ktoś tchnął w nie nowe życie.

– Nie mogę go wyciągnąć! – Krzyczał przyszły strażnik dróg, mocując się z kluczem.

– Zostaw w cholerę i spieprzamy! – Odkrzyknął alchemik, już w biegu, pokazujący wszystkim podeszwy swych butów.

Pozostali bez specjalnego dywagowania poszli w jego ślady, zostawiając za plecami domykającą się komnatę. Na jej ścianach runiczne pismo krasnoludów ponownie zaczynało jarzyć się bladym blaskiem. Zgodnie z ostatnią wskazówką Agaty biegli cały czas w dół, z nadzieją na odnalezienie wyjścia, podczas gdy podziemiami wstrząsały kolejne uderzenia. To same gwiazdy spadały na kasztel, strącone z firmamentu wolą Lazarusa, który pragnął uwolnić się ze swojego więzienia.

***

Po kolejnej szalonej gonitwie skalnymi tunelami bohaterom udało się dotrzeć do jednego z wyjść z kopalni. Nad brzegiem jeziora odnaleźli porzuconą lodź, która z nurtem rzeki zaniosła ich do Hëuten. W zabitej dechami wiosce znaleźli schronienie i upragniony odpoczynek. Jak się okazało, Rupert zdążył już wrócić do rodzinnego domu.

Noc, podczas której przybyli do wioski, przez miejscowych nazwana została Nocą spadających gwiazd. Co starsi wieśniacy pamiętali opowieści o podobnym wydarzeniu kilkadziesiąt lat temu. Rada wioski zgodnie uznała, że jest to zły omen i do starego kasztelu nie lza łazić, bo nic dobrego to nie przyniesie. Decyzja ta świadczy o głębokim rozsądku i sile instynktu zachowawczego wśród mieszkańców. 

Niedługo później drużyna ruszyła w dalszą drogę prowadzącą do miasta Sonnefurtr, pozostawiające wszystkie te wydarzenia za sobą i tylko Sigmund czasami nie mógł oprzeć się dziwnemu przeczuciu jakby cały czas był przez kogoś obserwowany.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa goodfon

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *