#20 Magnus Pobożny

To już nasz dwudziesty odcinek, a to dobra okazja aby zająć się wyjątkowym tematem, dlatego postanowiliśmy porozmawiać o jednym z najważniejszych przywódców w historii Imperium, Magnusie von Bidhofen z Nuln.

#19 Zabójcy Trolli, czyli honor i przysięga

Samobójcy, awanturnicy, pozbawieni honoru, zapomniani, czyli kim tak naprawdę są Krasnoludzcy Zabójcy Trolli? W tym odcinku staramy się podzielić naszymi spostrzeżeniami na temat jednej z najbardziej rozpoznawalnych, Warhammerowych profesji i brodaczy, którzy złożyli Przysięgę.

3. Pierwsza nocka

01.03.2511

Karząca ręka prawa sięgnęła po naszych bohaterów i zamknęła ich w żelaznym uścisku kajdan. Na nic zdały się zwyczajowe tłumaczenia i zapewnienia o dobrej woli, czy pojawieniu się w wyjątkowo niefortunnym miejscu oraz czasie.

Nawet oburzenie i powoływanie się na błękitną krew Sigfriedy, czy status Sigmunda jako absolwenta Altdorfskich Kolegiów Magii nie powstrzymały służbistów ze straży wykonujących z werwą swoje obowiązki pod czujnym spojrzeniem rudowłosej pani kapitan.

Ostatecznie, tak jak i wielu innych pechowców, którym nie udało się w porę zbiec, całą czwórkę odprowadzono – wraz z nieodłącznym już czworonogiem – do miejscowego aresztu znajdującej się w piwnicach koszar Straży Miejskiej Miasta Wusterburg.

Stłoczeni w brudnej i śmierdzącej celi bohaterowie z topniejącą nadzieją i rosnącą niecierpliwością oczekiwali pojawienia się kogoś, kto wstawi się za nimi, zapewniając o powstałej pomyłce, w wyniku czego miejscy oficjele zapewne przeproszą za wszelkiego rodzaju kłopoty jakie spotkały tak niesprawiedliwie pomówionych i całkowicie niewinnych podróżnych. Nikt taki jednak nie nadchodził.

Zrezygnowani, odliczając kolejne, nieśpiesznie mijające godziny, świeżo upieczeni pensjonariusze aresztu, zwrócili swoją uwagę pozostałym towarzyszom niedoli, którzy skutecznie pomagali ściśle wypełnić niezbyt rozległy metraż lochu.

Okazali się nimi być cyrkowcy z trupy „Marienburgscy Korsarze”, którzy również brali czynny udział w całym jarmarcznym zamieszaniu. Podobnie jak członkowie drużyny, także i cyrkowcy wykazali się optymistycznym usposobieniem, nakazującym wszelakie niejasności wyjaśnić z przedstawicielami władz – co leżało w jawnej opozycji do miejscowego zwyczaju brania nóg za pas na dźwięk nadchodzącego patrolu straży.

Umalowanej i poprzebieranej w najrozmaitsze kostiumy grupie przewodziła Geri – niziołkini przebrana za krasnoluda, z włosami misternie zaplecionymi i podwiązanymi tak, aby udawały brodę dumnego, górskiego ludu. Nastrój kuglarzy był wyjątkowo smętny i paskudny, nawet jak na kogoś, komu właśnie odebrano wolność i wtrącono do lochu, aby tam mógł w spokoju kontemplować nadchodzącą wiosenną równonoc.

Ponad cichymi pomrukami niezadowolenia i dobiegającymi z kątów celi stłumionymi szlochami wznosił się piskliwy głos rudowłosej niziołkini, która niewybrednymi żartami i karczemnymi historiami starała się wprowadzić odrobinę radości w cuchnący i wilgotny mrok podziemia, jednak bez większych sukcesów.

Zdecydowanie lepszy wpływ na morale więźniów miał Henroth – przebrany za mutanta, rosły Nordlandczyk ze skrywającą ramię macką stworzoną z przewiązanych rzemieniami barwionych skór, w której wnętrzu skrywała się rozsądnych rozmiarów flaszka przedniego samogonu.

„To tylko atrapa, ale strażnicy i tak wolą jej nie dotykać,” – mrugnął porozumiewawczo, pozwalając butelczynie ruszyć w podróż po celi, aby mogła pokrzepić zarówno serca, jak i ciała mimowolnie zebranych.

Korzystając z gościnności kuglarzy i dzieląc się swoimi historiami, drużyna dowiedziała się, że przyczyną podłego nastroju cyrkowców była śmierć jednego z najważniejszych członków trupy. Ogniomistrz Fosten, którego bezskutecznie próbowała ocalić Eike, zapewne przeszedł już przez portal Pana Snów.

Wśród ścisku, barwnych cyrkowych kreacji i makijażu, bezczelnych szczurów, brudnych sienników, oraz wygłodniałych pluskiew, wszyscy w końcu poddali się zmęczeniu i zapadli w sen.

***

Następnego dnia od samego świtu przed celą pojawiali się strażnicy, ochryple wykrzykując imiona poszczególnych więźniów i wyprowadzając ich w celu złożenia wyjaśnień. Czasem pojedynczo, czasem w niewielkich grupach odeskortowano kolejnych zatrzymanych, uszczuplając populację pustoszejącej celi. Wreszcie jeden ze strażników odczytał imiona bohaterów, na powrót umieszczając ich dłonie w okowach oraz wyprowadzając ich zarówno z celi, jak i samego aresztu.

Słońce stało już wysoko na niebie, a gwar miejski dobiegał z rynku, na który byli prowadzeni tą samą drogą, którą poprzedniego dnia prowadzono ich do aresztu. I tym razem towarzyszył im patrol straży, prowadząc ich do stojącego przy rynku ratusza, będącego jednocześnie budynkiem sądu.

Imponująca budowla z początku ubiegłego wieku ozdobiona była herbem samego miasta, jak i co znamienitszych rodów z jego historii. U jej szczytu znajdował się pomnik Vereny – bogini z zasłoniętymi oczami w jednej dłoni dzierżyła miecz, w drugiej zaś szalę, na której ważyła los i serca śmiertelników.

Sigfrieda zmówiła pod nosem krótką modlitwę do swej patronki i dumnym krokiem ruszyła do pałacu sprawiedliwości z takim zdecydowaniem, że prowadzący ją strażnicy musieli przyśpieszyć, aby dotrzymać jej kroku.

Widząc to Sigmund również dumnie wyprężył pierś i starał się zrównać ze szlachcianką. Wszak jest Imperialnym Czarodziejem, a nie jakimś chłopem, którego bezkarnie można zamknąć na noc w śmierdzącej budzie niczym znaleźnego kundla, w myślach już zaczął układać przemowę, która nie tylko zapewni mu wolność, ale jednocześnie poskutkuje tym, że cała straż gorzko pożałuje, że ośmieliła się podnieść na niego rękę.

Prowadzeni po kamiennej posadzce przestronnych korytarzy zbliżali się do szerokich, drewnianych drzwi. Jeden ze strażników już naciskał klamkę, by otworzyć drzwi, czarodziej jednak ruszył do przodu i zamaszyście przekroczył próg, a na ustach już gościły mu pierwsze słowa słusznej skargi kierowanej do wysokiego sądu… Niestety salka okazała się niewielka i pusta, jeśli nie liczyć drewnianego stołu otoczonego kilkoma równie pustymi krzesłami. Słowa zamarły na ustach Sigmunda.

– Zaczekacie tutaj. Wprowadzimy was na salę gdy rozpocznie się rozprawa – strażnik beznamiętnie spojrzał w przygasające oczy alchemika.

Całe lata, miesiące, czy ledwie godziny? Nie sposób powiedzieć, jak długo trwali w wyłożonej drewnem sali, pozostawieni sami sobie. Już dawno ucichły się miarowe kroki i rytmiczne stukanie palcami o blat, dzięki którym starali się walczyć z nudą. Nieustanne napięcie ostatecznie samo się rozmyło, pozostawiając jedynie miejsce dla bezsilnej rezygnacji.

Wreszcie drugie z drzwi izby otworzyły się, ukazując rozległą salę rozpraw, a głos strażnika nakazał im wstać i zająć wskazane na niej miejsca. Całą czwórką usiedli za długą, dębową ławą, za plecami mając pęczniejące zgromadzenie miejscowych, co raz wyzywające ich od rabusiów, przestępców i bezbożników. Nad tymi wznoszącymi się okrzykami zapanować starał się wiekowy mężczyzna w sędziowskiej todze, nieustannie nawołujący o spokój i z zaciekłością godną samego Sigmara walący drewnianym młotkiem o blat, nakazując raz po raz wyprowadzać z sali co głośniejszych widzów rozprawy.

Gdy udało się wreszcie zagwarantować względną ciszę i powagę wymaganą przez instytucję, oskarżyciel z ramienia rady miasta rozpoczął swą przemowę. I chociaż język, jakim się posługiwał, był powszechnie znany, o tyle większość zebranych (w tym sama drużyna) nie była w stanie odnaleźć sensu w rozwlekłej przemowie, która zdawała się ciągiem niby przypadkowych zdań, przerywanych zarówno Tileańskimi, Bretońskimi, jak i Khazaalidzkimi wtrąceniami.

Słowa oskarżyciela wiły się niczym plątanina jadowitych węży – nie sposób było określić, gdzie zaczynał się jeden, a kończył drugi, i który z nich wreszcie zdecyduje się zaatakować i odsłonić groźne kły. Dopiero pod sam koniec, gdy ton głosu oskarżyciela się zmienił, a zarówno słowa, jak i zdania przybrały bardziej znaną, choć zdecydowanie nieprzyjazną formę, Werner zdał sobie sprawę, że to właśnie są jadowite kły, zwiastujące nieuchronny koniec:

…zarzuca się: zniszczenie własności prywatnej i publicznej, zakłócanie porządku, podburzanie w celu wywołania zamieszek, sianie rozpusty, defetyzmu, fermentu, generalnej krotochwili, oraz – co najważniejsze – mordu z premedytacją! – przeciągłe „Aaaach!” rozeszło się przez salę, pozostawiając ją w nieprzeniknionej ciszy przerywanej tylko skrzypieniem drewna.

W tym momencie do oskarżonych dotarło, że o ile niewzruszona dłoń prawa złapała ich za karki i cisnęła o bruk, o tyle jej siostra reprezentująca prawo dopiero teraz zaciśnie się na ich gardłach i pozbawi przyszłości, planów, nadziei, a najpewniej i życia. Oddech zamarł, a ciarki przeszły całej czwórce po plecach. Nie tak miało być.

– Stać! – Czysty, lecz mocny głos dobiegł od drzwi z końca sali, a za nim podążał odgłos obcasów stukających po marmurowej posadzce. Wzrok całej sali zwrócił się w kierunku zbliżającej się pośpiesznie przed oblicze Sądu szczupłej blondynki w prawniczej todze, która mijając bohaterów posłała im perlisty uśmiech i skierowała twarz w stronę sędziego.

Witam, Wysoki Sądzie, prosiłabym o krótką przerwę, abym mogła skonsultować się z moimi klientami, zanim zdążą powiedzieć coś, czego będą żałować, – z pełnym gracji, delikatnym ukłonem oznajmiła nowo przybyła.

– Osano Winandus, czyż to kolejna z beznadziejnych spraw, dla której postanowiłaś marnować zarówno swój, jak i co gorsza mój czas? – Niemal wyrecytowane z pamięci słowa dobitnie świadczyły, iż nie padają one z ust sędziego po raz pierwszy.

– Każde z nas służy Pani Prawa i Sprawiedliwości najlepiej jak potrafi, Wysoki Sądzie, – niewinnie odparła blondynka, co wprawiło w ponowny ruch drewniany młoteczek.

– Zarządzam przerwę, wznowimy rozprawę po drugim dzwonie, – padły słowa z wokandy, o dziwo nie niosąc ze sobą irytacji, lecz nutę rozbawienia i sympatii.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

#16 Technologia i postęp w Starym Świecie

Dziś rozmawiamy o postępie technologicznym w Starym Świecie, który zdaję się stać w miejscu. Zastanawiamy się nad tym dlaczego i czy rzeczywiście tak jest, oraz jak do tego wszystkiego ma się: Imperium, Kranoludy, Elfy, Skaveny i Gutenberg 😉

#3 W ciemnościach | Wewnętrzny Wróg | sesja Roll20 | WFRP 4e

Kolejna część przygód naszej dzielnej drużyny. W tym odcinku bohaterowie będą starali się dowiedzieć co i dlaczego tak właściwie zaszło podczas poprzedniej przygody, odwiedzą słynny jarmark – Shaffenfets, oraz podczas gdy cienie zbierają się nad Bogenhafen, oni sprawdzą co dzieje się pod samym miastem, otwierając różne, tajemnicze drzwi i wścibiając nos w nie swoje sprawy.

Doprowadzi ich to do podejmowania rozmaitych, nieortodoksyjnych decyzji, oraz poważnego zastanowienia się nad tym, czy żywot poszukiwacza przygód rzeczywiście jest tym, czego chcą od życia.

#4 A Day at the Trials recenzja i wrażenia z przygody

Wracamy z opisem drugiego scenariusza w kampanii „Ciężkie dni i niespokojne noce”, czyli „Dzień Procesu” (lub jakkolwiek zostanie to przetłumaczone na rodzimy język, osobiście proponowałbym „Sąd Boży” 😉 ). Staramy się przedstawić czego możecie spodziewać się po przygodzie, przekazać kilka rad jeżeli chodzi o jej prowadzenie, opowiedzieć o tym jak to u nas wszystko wyszło, oraz na koniec zastanawiamy się nad zastosowaniem systemu przewag i umiejętności Dowodzenie i ich wykorzystywania w tym scenariuszu.

Jak zawsze chętnie przeczytamy wasze opinie, jeżeli już mieliście okazję rozegrać ten scenariusz 🙂

#15 Bretonnia, czyli rycerze, flota i Pani Jeziora

Mieliśmy chwilę przerwy od naszych „Rozmów o Starym Świecie”, ale dziś wracamy z kolejnym odcinkiem, tym razem zajmując się tematem Bretonni. Zatem dyskutujemy zarówno o historii, jak i polityce, ale poświęcamy również uwagę Rycerzom Graala, Zielonemu Rycerzowi, samej Pani Jeziora, flocie oraz zastawiamy się, jak to wszystko upchać na sesji i sprawić aby miało swój klimat 😉