Akt III – Braterstwo Krwi

Złodzieje, oszuści, zdrajcy – jeden po drugim uciekają pod osłoną nocy, porzucając karawanę. Decydując się szukać szczęścia na własną rękę w dzikich ostępach.

Głupcy! – Mój krzyk niesie się wzdłuż drogi po której cierpliwe wspinają się zwierzęta, przynajmniej te, których jeszcze nie ukradli. – Armie zbliżają się, nikt nie jest bezpieczny! – ostrzegam pozostałych.

Wymieniają ukradkiem spojrzenia patrząc potem na mnie z mieszaniną obawy i rozbawienia, jakby strach odebrał im rozum. Nieważne, wyciągam lunetę aby rozejrzeć się wzdłuż Rzeki Czaszek, lecz nie mogę dostrzec żadnych śladów. Brak dymów z ognisk, tumanów wzbijanego kurzu, czy odległego echa dudniącej od butów i kopyt ziemi. Ich czarodzieje muszą dysponować potężną magią, jeżeli są w stanie ukryć całe armie, lecz już mam kryształ w dłoni, a przed jego spojrzeniem nic się nie ukryje…

…nie przed jego wzrokiem, nie przed jego węchem. Bez ciepła krążącego w żyłach. Bez serca nawołującego swoim biciem. Bez materialnej formy. Niczym mgła spływa, dalej i głębiej przez poskręcane tunele.

Setki i tysiące ciał, żyło i poruszało się w sobie tylko znanym rytmie, żywiąc się setkami i tysiącami tych, które jeszcze przed chwilą też były żywe. Wystające siekacze i zdzierały jasną skórę z mięsa i wgryzały aż po kości, plamiąc futra aromatyczną czerwienią. Stęchłe powietrze pełne było ekscytacji i obrzydliwych odgłosów – odgłosów życia, jednak innego, obcego i całkowicie bezużytecznego.

Przynajmniej już bezużytecznego – pomyślała rozglądając się po ogromnej pieczarze, po której porozrzucano rozmaite szmaty zapisane bazgrołami, niezliczone kawałki kości, skór – w tym ludzkich i elfich jak zauważyła, będąc wszak koneserką w temacie – oraz alchemicznych alembików, retort i wszelakich utensyliów, które zapewne miały wskazywać, iż mieszkaniec posiada jakąś wyjątkową wiedzę.

I wreszcie on sam – odwrócony plecami – z rogami pozwalającymi mu górować nad pobratymcami, skulony przed stołem i wpatrzony w umorusane, lecz wciąż srebrzyście lśniące strony wielkiej księgi.

Jej karmazynowe wargi wygięły się w uśmiechu – Zakończy całą sprawę szybko i bezgłośnie – wybił się z całej siły prostując ogon, a paszcza przeklętego topora z rozdziawionym, demonicznym pyskiem sunęła w kierunku jej karku…

…delikatnego i alabastrowego, który każdy chciałby otoczyć ramieniem, chronić przed wszelkim złem i czcić jego właścicielkę po wsze czasy, gdy ta spała pozostając nieruchomą i obojętną na wydarzenia świata. Lecz czas ją obudzić, czas wyrwać z tego snu dla jej dobra i dla dobra nas wszystkich…

…klucz musi wrócić na swoje miejsce, pod naszą opiekę. Nie stać nas na luksus twierdzenia, jak ci, którzy odpłynęli, że Chaos jest jedynym niebezpieczeństwem, gdy to Porządek zagraża światu w ten sam sposób – tak zakończyła się narada.

Teraz wytężając wzrok było jej trochę żal, gdy patrzyła na ogromne wierzchowce dosiadane przez zakutych w zbroje mężczyzn. Barwne szaty i ozdobne herby przedstawiające: rozmaite zwierzęta, zamki i bronie, kielichy i lilie miały swój urok.

A dziś świętowali zwycięstwo i zdobyte łupy. Zasłużona nagroda po czymś, co było ciężką kampanią. Ich twarze czerwieniały od wina, ciepła ognisk, radosnych śpiewów i szczerych uśmiechów. I chociaż widziała twarze ich braci, ojców a pewnie i dziadów sprowadzonych do lasu, aby służyć tej którą nazywają Panią, to w tamtych obliczach nigdy nie widać było tej radości, tej chęci życia.

Gdyby mogła ofiarowała by im jeszcze kilka chwil szczęścia i radości. Cóż mogą znaczyć dla ich krótkich żyć te skradzione uderzenia serca? Jednak miała swoje obowiązki, spuszczona cięciwa poderwała do lotu strzałę, a do niej dołączyły setki innych lecąc im na spotkanie…

…w kraterze nad brzegiem obmywanym czarną wodą i otoczonym śnieżnobiałymi zębami górskich szczytów – tam skąd mnie woła od samego początku. Najważniejsze to się nie poddawać i przeć naprzód. Zanim oni do niej dotrą. Zanim będą mogli mnie zatrzymać. Zanim nadejdzie koniec nas wszystkich, a przez świat przeleją się rzeki krwi…

…w ustach rozlewała się z metalicznym posmakiem. Musiał przegryźć własny policzek. Ogniska tliły się lekko w chłodną noc, aby nie przytłaczać świtała księżyców. Srebro i zieleń rozlewały się po ciałach walczących, podkolorowane czerwienią żarzącego się blasku.

Spoglądali na prymitywną arenę rozsiadłszy się naprzeciw siebie. Szaman z dwiema parami powywijanych rogów, wyrastających z koziej głowy o niebieskiej sierści, wydobywał z gardzieli dziki ryk triumfu za każdym razem gdy jeden ze zwierzoludzi na arenie wygrywał pojedynek.

A powodów do radości miał sporo. Wojownicy Leifa z radością oferowali swe życie, aby przebłagać mrocznych ojców, lecz wciąż nie byli w stanie dorównać siłą i wytrzymałością tym wielkim, owłosionym bestiom. Z pierwszej ósemki pozostało już tylko dwóch jego ludzi. Kolejny ryk szamana rozdarł powietrze zagłuszając rytmiczne uderzenia bębnów.

Pojedynczy wojownik z nagim torsem kreślił coraz mniejsze koła na arenie, podczas gdy otaczające go potwory zbliżały się coraz bliżej. Leif uniósł swój róg w geście szacunku dla samotnego wojownika, aby ten godnie przywitał nadchodzącą śmierć. Jednak na młodej twarzy nie widać było strachu, ani gniewu i żądzy walki, ale rosnącą ekscytację i najprawdziwszą radość.

Włócznia zamigotała błyskawicznie, podczas gdy wojownik zawirował niczym smuga, stając się niemal niewidoczny przez kilka uderzeń serca. Upadające ciała pokryte sierścią chlusnęły posoką obmywając tors młodego wojownika.

Tylko jeden ze zwierzoludzi pozostał, zdezorientowany rykiem sam siebie zagrzewał do walki, aby ruszyć na przeciwnika. Szaman milczał spoglądając na widowisko. Jeden wojownik pokonujący niby dzieci wszystkich przeciwników. Odczyta to jako omen przychylności mrocznych potęg, czy jako obelgę? Leif spojrzał w niebo oferując krew, wiedział że wiele jej jeszcze dzisiaj przeleje, Morrslieb lśnił spragnionym jej smaku blaskiem…

…na niebie, teraz już wszyscy mogli ją zobaczyć gołym okiem. Jaśniała na firmamencie wyznaczając nam drogę, każdej nocy coraz większa coraz bliższa. I kres naszej wędrówki wydawał się coraz bliższy, skończony, niemal w zasięgu ręki. Kryształ w mej dłoni u kresu wędrówki, już niebawem przedostaniem się nad brzeg…

…Czarnej Wody – oznajmił dowódca – niezależnie od wszystkiego. W namiocie zapadło milczenie. Każdy z zebranych miał świadomość co to oznacza. Wielu z obecnych to weterani, niejedną bitwę i niejedną odprawę mający za sobą, lecz żadna nie zakończyła się takim milczeniem jak ta.

Poranek był piękny i słoneczny, chociaż oddechy malowały się parą w chłodnym, górskim powietrzu przesiąkniętym zapachem lasu. Żołnierze wyprężeni na baczność, stal wypolerowana na błysk. Piszczałki zagrały, wykrzyczane rozkazy przeskakiwały przez jednostki niby błyskawice. Każdy dowódca byłby dumne z takich wojaków, każdy byłby dumny prowadząc ich do bitwy, ale nie dziś…

…dobry dzień, jak każdy inny – ryknął Borsch Długobrody przepłukując gardło po raz ostatni spienionym piwem. Sojuszników trzeba chronić, czasami nawet przed nimi samymi – pomyślał zakładając hełm.

Rozejrzał się po przełęczy od lewej do prawej, bielejące śniegiem szczyty wzbijały się ku błękitnemu niebu. Oddziały pod jego komendą już czekały rozstawione i gotowe do walki. Działa, organki i inne wynalazki Gildii Inżynierów spoczywały w gotowości, starczyło dać rozkaz.

Raz jeszcze spojrzał na góry, spoglądające na jego armię oczami przodków, przełknął ślinę, podniósł róg do ust, lecz nawet weń dmąc jedna myśl uporczywie siedziała w głowie – Jest jeszcze nadzieja. Może się cofną, może zrozumieją…

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *