5. Stojąc przy koniach


21.10.2511, okolice wsi Hëuten


– Trzecia warta jest najgorsza – przeklinała w myślach pełniąca ją Sigfrieda. Ciepło ogniska przyjemnie grzało ją w plecy, podczas gdy wzrok wbijała w ledwie widoczny w dole szlak. Pozostali towarzysze spali w najlepsze, rozścieliwszy posłania na tyle blisko ognia, na ile było to możliwe, by nie zamienić się przy okazji w żywą pochodnię.

Wciąż mając w pamięci jakże wykwintny obiad, składający się z gołębi pocztowych oraz podróżnych racji żywnościowych, dodatkowo zakrapiany resztkami z Wernerowej flaszki, wpatrywała się w otaczający ich mrok.

Wielkie i mokre płatki śniegu nieprzerwanie sypały się z nieba, skutecznie przesłaniając światło gwiazd i obu księżyców, również zasłoniętych całunem chmur.

– To dobrze – kontynuowała swój wewnętrzny monolog. – Zasypią nasze ślady, chociaż wytropienie nas w taką pogodę i tak byłoby niemożliwe. Słaba widoczność ukryje też blask ogniska, a w taką noc nie wiadomo, czy groźniejsze jest światło, co zdradza nas tutaj, czy jego brak i przenikliwe zimno oddechu Ulryka…

Wtem kątem oka zauważyła jakiś ruch na szlaku rozpościerającym się kilkadziesiąt stóp poniżej obozowiska. Pośpiesznie rzuciła w ogień kilka garści śniegu. Dała sobie parę chwil, aby źrenice przyzwyczaiły się do ciemności i bezszelestnie, skrywając się za pniami drzew, ruszyła w kierunku drogi.

Wzrok jej nie mylił. Na białym tle gościńca wyraźnie odcinała się sylwetka leżącego wędrowca. Nie zwlekając, podeszła do ciała i upewniła się, że wciąż tli się w nim życie. Ledwo bo ledwo, ale jednak. Starając się działać jak najszybciej, choć z wyraźnym mozołem, przyciągnęła ciało do obozu. Niezwłocznie obudziła też Eike, wybitnie niezadowoloną z takiego obrotu sytuacji.

W świetle ponownie wznieconego ognia wyszło na jaw, że tajemniczym wędrowcem jest nie kto inny jak Rupert – młodzieniec poznany poprzedniej nocy w karczmie.

– Rana na boku, kilka siniaków, zadrapań i drobnych otarć, ale będzie żył. Jest tylko zmarznięty, wycieńczony i pewnie głodny jak diabli – zakończyła swoje oględziny lekarka, podczas gdy reszta towarzyszy z niechęcią żegnała wspomnienia snu.

– To co z nim robimy? – Zawisło w powietrzu pytanie Wernera.

Eike nie zamierzała dopuścić, by pozostawiono rannego na pastwę losu, tym bardziej, że po oględzinach stał się już jej „pacjentem” – pierwszym prawidzwym na szlaku! Pragmatyzm reszty drużyny wymógł jednak przedsięwzięcie pewnych środków ostrożności. Nieprzytomnego Ruperta położono przy ogniu i w miarę możliwości nakarmiono pozostałością “pocztowej polewki”, a na koniec Siegfrieda prewencyjnie i fachowo skrępowała mu ręce i stopy. Akceptując taki kompromis wszyscy poszli spać i tylko Sigmund został na posterunku, wszak to jemu przypadła w udziale ostatnia warta.

Opady śniegu ustały wraz z nadejściem poranka, a szare chmury rozstąpiły się, pozwalając słońcu mienić się i iskrzyć w kryształkach świeżego śniegu. Jedyne czego jego blask nie rozświetlił, to przerażona twarz obudzonego kopniakiem Ruperta, który związany z narastającą paniką w oczach obserwował czwórkę otaczających go, uzbrojonych ludzi.

– Chyba musimy porozmawiać – zaczął Werner nonszalancko siadając na pobliskim pieńku i kładąc jednocześnie swój wysłużony masser na kolanach.

– Ja naprawdę nie wiedziałem, co oni planują, wielmożny Panie – Rupert od razu przeszedł do defensywy, wybałuszywszy w przerażeniu wielkie, brązowe oczy.

– Jacy oni? – Chłodno zapytała Sigfrieda, niby od niechcenia kręcąc wolne młynki rapierem.

– No, Olivier i ta jego banda – pośpiesznie dopowiedział chłopak.

– Jaki Olivier? – Ciągnął beznamiętnie Werner.

– No, taki bogaty, w wymyślnym kapeluszu. Musowo z jakiego wielkiego miasta przyjechał i srebrem płacił – Rupert wypluwał słowa z prędkością karabinu. Eike, obserwując pośpiesznie unoszącą się i opadającą się pierś młodzieńca, zastanawiała się, czy zaraz ze strachu nie straci on przytomności.

– W takim kapeluszu? – Pokazał swoje znalezisko Werner.

– Właśnie w takim! Kurtz, Olivier Kurtz. Z Nuln chyba, albo z Reiklandu, bo gadał jakoś tak dziwnie – dodał Rupert z wyraźną ulgą, że jego słowa znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości.

– A ty, co tu tak właściwie robisz? – Dodała miękko Eike, starając się zapobiec ewentualnemu zawałowi.

– Za przewodnika robiłem, dobra Pani – Rupert najwyraźniej zauważył, całkiem rozsądnie zresztą, że tak długo jak mówi, tak długo nikt krzywdy mu nie robi. A skoro mówić przecież potrafił, to nie zamierzał przestawać. Miało mu to zostać na dłużej.

– U nas we wsi bieda, ojciec chory i jak pojawił się taki bogacz i szukał przewodnika, coby go oprowadzić po naszej okolicy, tom pierwszy się zgłosił – wypinając pierś dumnie zakończył chłopak.

– I gdzie go oprowadzałeś, po tej waszej okolicy? – Z prawie szczerym zainteresowaniem wtrąciła Sigfrieda.

– No wszędzie, wielmożna Pani, wszędzie! I po wsi dokładnie, i szlak pokazałem jeden i drugi – Wyraźnie chciał dalej prowadzić opis atrakcji turystycznych tej zapomnianej przez bogów okolicy. – I starą leśniczówkę pokazałem też, coby z kompanami na łowach mieli się gdzie zatrzymać…

– Dość! Jak zorganizowaliście napad? – Warknął zniecierpliwiony Werner.

– Ja nie wiedział, że napad będzie – panika wróciła do głosu chłopca ze zdwojoną siłą. – Pan Olivier mówił, że odebrać z dyliżansu musi rzeczy i kazał zatrzymać się w karczmie, a jak dyliżans się pojawi, to na sam pierw rankiem na przełaj gnać przez las i mu powiedzieć, że jedzie – cicho dokończył, zdając sobie sprawę, że nie stawia go to w najlepszym świetle.

– A potem? – Ponaglał Werner

– Ano, przy koniach kazali mi stanąć i pilnować, coby się nie zerwały. Ale potem jakieś krzyki i ryki, i konie się zerwały. No to ja na jednego żem wskoczył, ino konia poniosło, a potem zdechł, bo taką strzałę miał w… we sobie, o taką – tutaj Rupert wyraźnie chciał pokazać, jaka wielka to była strzała, jednak skrępowane z plecami ręce na to nie pozwalały. Rezygnując z prób demonstracji, ciągnął dalej:

– I potem to już piechotą samojeden starałem się do Hëuten wrócić. Ale noc była, coraz zimniej, ja coraz słabszy. No i tu się obudziłem – powiedział Rupert z wyrazem twarzy mającym zapewniać o jego całkowitej niewinności.

– A widziałeś coś może podczas ataku, to znaczy „odbierania rzeczy z dyliżansu”? – Ośmielająco dopytywała Eike.

– No, nic nie widziałem, bom jedynie w lesie stał. Przy koniach… – Kontynuował z rozbrajającą szczerością.

– No, oczywiście że stałeś przy koniach! – Krzyk Sigmunda przerwał zdanie chłopaka wprawiając wszystkich w osłupienie. – Gdzie indziej mógłbyś być, jak nie stać przy koniach!? – Kontynuował czarodziej retorycznie, wypluwając z siebie całą frustrację i niewyspanie, metaforycznie i dosłownie.

– Ze wszystkich możliwych miejsc w całym Imperium, z których mógłbyś dostrzec cokolwiek użytecznego, musiałeś oczywiście… stać… przy koniach… – tyrada Sigmunda rozpoczęta rykiem złości zakończyła się smutnym, bezsilnym szeptem. Szeptem człowieka, który doskonale zdaje sobie sprawę, że za wszystkim wydarzeniami na całym świecie, za wszystkim co złe co mu się kiedykolwiek przydarzyło, bądź przydarzy w przyszłości, nie stoi przypadek, los, lub nawet sami bogowie. Nie. Za tym wszystkim stoi nieugięta wola jednej istoty, która z jakiegoś powodu go nie lubi i całe dzieło stworzenia służy tylko temu, aby w pełni wyrazić tę jakże osobistą i niczym niesprowokowana niechęć do jego osoby.

– …pytali też o stary kasztel i skarb – przepraszająco dodał Rupert.

– Skarb? – Zapytali wszyscy jednogłośnie.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Yousaf Ejaz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *