2. Jarmark

Mitterfruhl 2511, Wusterburg

Niczym kamień tworzący okręgi fal rozchodzące się od miejsca, w którym przebił spokojne lustro wody, podobnie rymarska pięść wybijająca się w lico Wernera zaburzyła normalny harmider targowiska.

Podświadomie, niczym jeden organizm, cała zebrana tłuszcza w lot pojęła, że właśnie zaczęła się rozróba. Kolejne pięści szukały nosów, którym ochoczo wybiegły na spotkanie. Stopy wbijały się w golenie, zęby kąsały tłamszące je dłonie, a paznokcie celowały w odsłonięte połacie skóry. Jednocześnie co bystrzejsi starli się uciec przed przebiegającą przez tłum falą chęci odreagowania stresów dnia powszedniego.

Sigmund, który już w trakcie pobierania nauk w Altdorfie zrozumiał dobrze jarmarczne tradycje, bezceremonialnie zaczął odganiać się od zebranych swą podróżna lagą, bez kozery tłukąc głowy, kolana oraz tyłki, starając się jednocześnie wybić w tłumie odrobinę wolnego miejsca nie ogarniętego bojową zawieruchą.

Eike z wdzięcznym krzykiem schroniła się pod jednym ze straganów, dostrzegając z przerażeniem jednego z cyrkowców, który zionął ogniem niczym legendarne smoki.

Tymczasem Sigfrieda sadziła kuksańce opancerzonymi dłońmi, zacietrzewieniem nadrabiając niedostatki postury i ze zdziwieniem obserwując niezwykle wysokiego jegomościa w płaszczu, który krótkimi dłońmi bił wszystko w około. Co ciekawe, dłoni miał trzy pary, a dolne dwie wydobywały się spod płaszczą rażąc zarówno wrogów jak i przyjaciół. Zupełnie jakby odzienie skrywało trzech niziołków stojących jeden na drugim, spragnionych zemsty za setki lat tradycji polegającej na robieniu sobie niewybrednych żartów kosztem niewielkiego lecz jakże bitnego ludu.

Całości dopełniała skoczna muzyka rozlewająca się po placu targowym z zadaszenia jednego z solidniejszych straganów, na które wdrapał się wyraźnie zachwycony całą sytuacja grajek. Skoczna melodia akompaniująca uderzeniom, plasknięciom i przekleństwom nie zagłuszyła jednak krzyku przerażenia młodego dziewczęcia, a krzyk nie uszedł uwadze Wernera.

Gdy pobliskie stoisko z ciastkami zostało pospiesznie przekształcone w magazyn amunicji, a ciastka wszelkich smaków i kolorów zaroiły się w powietrzu z zagęszczeniem i celnością mogąca wzbudzić podziw nawet u wykładowców Imperialnej Szkoły Artyleryjskiej w Nuln, Werner porzucił myśl o zemście na rymarzu i skwapliwie poszukiwał wzrokiem wciąż krzyczącej damy w opałach. Wreszcie dojrzał ją pośród splątanych cukierniczymi wyrobami ciał: młoda, piękna i zapewne bogata, wraz z że służką cofała się ze strachem przed trzema bandytami w długich płaszczach z błyszczącymi w dłoniach sztyletami.

Okrzyk bojowy towarzyszący szarży Wernera zapewne zmroziłby strachem serca wrogów, jednak utonął we wszechobecnym hałasie bójki podsycanej skoczną melodią. Co oczywiście nie powstrzymało mytnika przed kontynuowaniem natarcia. Z impetem przebił się przez półokrąg napastników, niemal nokautując jednego uderzeniem w głowę rękojeścią wiernego messera i zasłaniając ich niedoszłą zdobycz z odsłonięta bronią niczym rycerz z bretońskich legend, wspierany przez radośnie poszczekujące i niemal groźnie warczące szczenię.

W tym samym momencie, chociaż kilkanaście jardów dalej, dziki kwik przedarł się przez tłum, i coś zaczęło rozrzucać walczących niczym szmaciane lalki. Uwolniona maciora pokaźnych rozmiarów pędziła naprzód, za nic mając sobie stojące na jej drodze przeszkody. Sigfrieda ledwie zdołała uskoczyć z jej drogi, jednak alchemik, który z taką wprawą radził sobie z mieszczanami, padł powalony wielkim cielskiem.

Czy to z powodu niespodziewanej siły uderzenia zadanego cielskiem miejskiej bestii, czy też za sprawą samego Rynku, który nagle postanowił stanąć dęba i uderzyć go w potylicę, ciemność osnuła świat i zmysły czarodzieja.

Eike już chciała rzucić się na ratunek, lecz w tym momencie gardło ziejącego ogniem cyrkowca przebite zostało bełtem, i zamiast ognia trysnęła zeń fontanna krwi. Młoda medyczka zachowała jednak przytomność umysłu i ostrożnie wychyliła się spod straganu, aby dojrzeć miejsce, z którego mógł nadlecieć śmiertelny pocisk.

Na jednym z dachów spostrzegła siwowłosego mężczyznę z usianą mozaiką blizn twarzą i okiem pokrytym bielmem, właśnie zarzucającego na plecy ciężka kuszę i zeskakującego w pobliski zaułek. Wiedząc, że nie da rady dosięgnąć go z łuku w ściśniętym bojową zawieruchą tłumie, czym prędzej rzuciła się na pomoc krwawiącemu ogniomistrzowi.

W tym samym momencie Sigfrieda, widząc szaleńczą szarżę Wernera i doskonale zdając sobie sprawę, iż może on sobie nie poradzić z trójką napastników, przytomnie skoczyła mu z pomocą, przy okazji zgrabnie unikając wciąż nadlatujących zewsząd ciastek i smakołyków. Migocząc ostrzem rapiera błyskawicznie i ostatecznie przechyliła szale zwycięstwa na korzyść swoją oraz dzielnego mytnika.

Tak jak w pradawnych legendach: z ciemności wyłoniła się światłość, a przed czarodziejem objawił się najpiękniejszy świński pysk, jaki dane mu było podziwiać. Usadowione za nim ogromne ciało radośnie sobie chrumkało, mokrym nosem wciskając mu się w twarz. W przypływie świadomości, lub właśnie jej braku, objął zwierzę z czułością, przez pęknięte wargi wznosząc okrzyk:

– Kocham cię, Helga!

Starania lekarki nie zdołały tym razem opóźnić nadejścia Morra – pomimo opatrunków i ucisku życiodajna krew opuściła ciało, a zaraz za nią podążyła dusza cyrkowca. Smutek nie zdołał jednak sprać zaciętości z twarzy młodej dziewczyny, świadomej, że chociaż jej kunszt medyczny wciąż wymaga pracy, to jednak zrobiła wszystko co było w ludzkiej mocy, aby ocalić to życie. Reszta pozostała w rękach bogów, którzy jak zwykle pozostali niewzruszeni.

Werner natomiast był wyraźnie z siebie zadowolony, nie tylko przepędził złoczyńców z niezbędną – bądź jak sam wolał myśleć, niewielką – pomocą Sigfriedy, lecz również ocalił szlachetnie urodzoną. Nim jeszcze krew w jego żyłach przestała wrzeć po stoczonej walce, myśli już wybiegły na spotkanie niewyobrażalnych nagród, podziękowań i zaszczytów, jakie spadną na jego głowę za sprawą młodej szlachcianki, której wdzięczność niekoniecznie pragnąłby odmierzać w złocie.

Jednak odgłos zarówno wszechobecnej bijatyki, jak i towarzyszącej jej melodii ucichł nagle, brutalnie zdeptany miarowym krokiem wojskowych buciorów. Ze wszystkich otaczających rynek uliczek wylali się jednolicie umundurowani i uzbrojeni przedstawiciele straży miejskiej. Na czele pojawiła się pani kapitan ze stanowczą twarzą otoczoną burzą rudych loków i zwieńczoną wielkim kapeluszem, która donośnym głosem z wyraźnym Nulńskim akcentem oznajmiła:

Wszyscy jesteście aresztowani!

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

Wusterburg

Granica między Starym Sollandem, a Wissenlandem wytyczona jest przez rzekę Soll, która od szczytów Gór Szarych biegnie przez całą długość prowincji przecinając Nuln, aby dalej już w Altdorfie stać się jednym z dopływów wielkiego Reiku. Jednak nim Soll sam stanie się wielką rzeką Imperium Sigmara, w miejscu w którym jest zasilany przez Hornberg, na wzgórzu od wielu stuleci spogląda nań miasto Wusterburg.

Chociaż miasto to nie jest równie wpływowe co Wissenburg i z pewnością daleko mu do ogromu i splendoru Nuln, stanowi jednak ważny węzeł komunikacyjny stojąc na skrzyżowaniu szlaków handlowych. Tutaj przecinają się drogi prowadzące z: Krasnoludzkich twierdz, Księstw Granicznych i dalekiej Tieli – połączonej z Imperium ukrytą pod masywami górskimi Rzeką Szeptów. Na tutejszych straganach Averlandzkie bydło, zamieniane jest na rzadkie przyprawy sprowadzane z Arabii i dalekiego orientu, podczas gdy arcydzieła krasnoludzkich rzemieślników wędrują na północ i zachód ku stolicy Imperium, a później dalej w kierunku Marienburga.

Wusterburg? Pewnie, że byłem. Miasto, jak miasto. Zamek na wzgórzu, niżej bogaci szlachcice i ich posiadłości, a dalej to już cała reszta. Z rynsztoka to wszystkie miasta wyglądają tak samo panie, daj miedziaka weteranowi…

Plan miasta
Generator map miejskich

Na wschód od Wusterburga, po drugie stornie rzeki Soll znajduje się miasteczko Hornfurt słynące z hodowli kuców i koni – przeważnie krępych i wytrwałych odmian dostosowanych do przetrwania wędrówek po górzystych szlakach Wssenlandu.

Z kolei na południomwym-wschodzie, między Sollem, a Hornbergiem góruje twierdza rycerzy zakonu Wiekuistej Światłości – świadectwo dawnych pokoleń imigrantów, którzy z południa i zachodu przynieśli ze sobą nie tylko towary na wymianę, ale również bogów nowego panteonu, w tym Verenę.

Polityka

Wusterburg z racji swojego położenia od zawsze był tyglem w którym stapiały się rozmaite kultury i narodowości. Od krasnobrodzkiej diaspory mającej nie tylko liczną reprezentację wśród mieszkańców miasta, ale również mający wielką wagę głos w radzie miejskiej, oraz decydujące zdanie w wielu cechach rzemieślniczych.

Miasto od czasów ostatniej inwazji zielonoskórych znajduje się nieprzerwanie pod władzą rodziny von Groth, która z kolei tradycyjnie powiązana jest z pobliskim zakonem rycerzy Vereny.

Już uświęconą tradycją stało się, że najstarszy z synów rodziny panującej dziedziczy tytuł, podczas gdy młodsi składają śluby rycerskie wstępując do zakonu pechowych rycerzy i jeszcze ściślej związując go z przeznaczeniem swojego rodu. Podobnie synowie ostatniego władcy Otto von Groth wypełnili rodzinną tradycję. Starszy – Hermann von Grotha po ojcu odziedziczył tytuł i obowiązki pana na włościach, podczas gdy młodszy – Archibald złożył śluby w zakonie, gdzie szybko wspina się po kolejnych szczeblach kariery i tylko nieliczni wypominają mu fakt, że to jego wuj trzyma pieczę nad twierdzą zakonu.

Rodzina von Danneberg pierwotnie o ziemiańskich korzeniach, dostąpiła zaszczytu wyniesienia do szlacheckiego stanu dzięki ich zasługom na rzecz Imperium w minionych wojnach. Miasteczko Hornfurt, wraz z przyległymi ziemiami znajduje się w ich dziedzinie. Po wieloletnich konfliktach rody von Groth i von Danneberg postanowiły jednak ostatecznie połączyć siły pieczętując przymierze małżeństwem jedynej dziedziczki Mathildy von Danneberg, z Haemannem von Groth.

Ważnym graczem w miejskiej polityce jest również rodzina von Bode o szlacheckim, lecz bretońskim pochodzeniu. Nie mogąc pochwalić się jednak tak długimi i dostojnymi tradycjami jak Grothowie, Bode dysponują jednak znacznym majątkiem i wieloma kontaktami w dalekich, wielkich miastach uzyskanymi dzięki handlowi: winem, koniakiem i innymi dobrami luksusowymi.

Baron Sieghart von Bode, pomimo młodego wieku jest wyjątkowo ambitnym człowiekiem, stawiającym sobie za cel wyniesienie zarówno rodziny jak i siebie samego do należnej mu władzy i poważania.

Jedną z mniej znanych, a jednocześnie najważniejszych postaci w miejskiej polityce jest radca Leopold Cossman, siwiejący starzec przykuty do wózka – mechanicznego cuda wartego majątek i sprowadzanego z samego Nuln. Chociaż wielu mieszkańców miasta o nim nie wie, jeszcze mniej go spotkało, to jednak on stoi za wieloma decyzjami rady miejskiej, starając się zachować względny spokój między zapędami rodziny panującej, władzą zakonu, krasnoludzką tradycją, a potrzebami kupców i mieszkańców.

Legenda:
Złoto – Wzgórze
Fiolet – Dzielnica Kupiecka
Czerwień – Dzielnica Rzemieślnicza
Pomarańcz – Krasnoludzka Kwarta
Zieleń – Podmurze
Błękit – Dzielnica Portowa

Dzielnica rzemieślnicza

Stanowi największą i najgęściej zaludnioną część miasta. Bielone wapnem, niewysokie budynki, wsparte na konstrukcji z drewnianych bali, pochylają się nad wąskimi, brukowanymi ulicami pełnymi miejscowych, jaki i przyjezdnych handlarzy.

Stukot wozów i taczek z towarami, nieczystości na ulicach, szczury, psy, konie, gołębie, dzieci i wszechobecny harmider są nieodłączną częścią tego miejsca które: cieśle, kowale, drobni sprzedawcy, służący i wielu innych nazywa domem.

W samym centrum miasta znajduje się rynek, na którego środku dumnie stoi statua Imperatora Magnusa Pobożnego, swoją obecnością chroniąc mieszkańców przed zakusami mrocznych potęg, podczas gdy wzrok Imperatora spogląda na dom Sigmara.

Świątynia Młotodzierżcy do której prowadzą szerokie, strome schody z czarnego kamienia, odbiega stylem od budowli tradycyjnie stawianych w Reiklandzie. Tutaj Wisenlandzki pragmatyzm i krasnoludzkie tradycje sztuki kamieniarskiej wyraźnie odcisnęły swe piętno. Brak jest ogromnych witraży, wąskie szpary w kamiennych ścianach umieszczone wysoko nad ziemią przypominają bardziej otwory strzelnicze, niż tradycyjne okna. Jedne, potężne wrota otwierają się na rynkowy plac zapraszając do swego ciemnego i chłodnego wnętrza wiernych i tylko dodana w późniejszym okresie dzwonnica zdradza, że rzeczywiście ma się do czynienia ze świątynią, a nie warownią w środku miasta.

Ratusz, będący drugim najważniejszym budynkiem na rynku jest widocznie nowocześniejszą konstrukcją, która już w założeniach architektów miała przysporzyć miastu splendoru swoimi strzelistymi wieżami, a nie walorów obronnych. W jego wnętrzu pomijając sieć biur burmistrza i rozmaitych urzędników, oraz gabinety radnych znajdują się również sale sądowe, tymczasowy areszt, archiwa jak i główna kaplica Vereny.

W kierunku północnym można natknąć się na świątynię Shallyi z przyległym doń szpitalem, w którym kapłanki i nowicjuszki starają się przynieść ulgę chorym i cierpiącym, wewnątrz świątynnych murów. Stąd też wyruszają w drogę w inne części miasta niosąc pomoc biednym, głodnym i zapomnianym.

Z kolei przy Bramie Zachodniej znaleźć można koszary straży miejskiej, oraz cuchnące wilgocią więzienie. Tutaj w kompleksie starych budowli, na których odnowienia budżet miasta nigdy nie ma złota, stacjonuje garnizon Straży Miejskiej Miasta Wusterbutg, jak również przewidziane są kwatery dla strażników dróg patrolujących okoliczne szlaki.

Z miejsc wartych odwiedzenia, dla podróżników zainteresowanych bardziej przyziemnymi sprawami niż potrzeby ducha z pewnością można wymienić: „Gospodę Trzy Korony” – prowadzoną przez dwie siostry i oferującą zarówno pokoje jak i jedzenie o zadowalającej jakości i przystępnej cenie, oraz karczmę „Pod Głową Bazyliszka” – będącą równie podłym miejscem co maszkara, której odrąbana głowa wisi nad szynkwasem. Jednak lokalne ceny przyciągają wielu gości, zwykle o niewysublimowanych smakach i podejrzanej proweniencji.

Podmurze

Znajdujące się na wschodnim krańcu miasta, jednak wciąż w obrębie jego murów jest najgorszą z dzielnic Wusterbruga. Rozpadające się domy, smród zgnilizny, rozkładu i straconych nadziei przetacza się prze przez brudne ulice. A jedyne co można na swej drodze tu spotkać pomijając żebraków, szczury i przemytników są ludzie, którzy z radością wbiją nóż w plecy każdemu nieznajomemu, jak i również większości ze swoich znajomych.

Jednak, od pewnego czasu po mieście krąży plotka jakoby tu właśnie miał swoje domostwo Znachor, który potrafi ponoć uleczyć ze wszystkich chorób i dolegliwości, nawet tych z którymi łaska Shayllyi nie potrafiła sprostać. Zapewne jest to jedna z wielu miejscowych legend nie mająca poparcia w rzeczywistości.

Krasnoludzka kwarta

Niewysokie kamienne domostwa rozmieszczone wzdłuż wybrukowanych, uliczek wydają się być w całkowitym nieładzie, tworząc labirynt przejść i ślepych ulic zastawionych wozami, lub starymi straganami, potwierdzając stereotypy o niechlujności barczystych brodaczy i ich niechęci do zrobienia czegokolwiek przed osuszeniem kilku antałków piwa.

Jest to jednak mylne wrażę, gdyby spojrzeć na krasnoludzką kwartę z lotu ptaka, można dostrzec że tak naprawdę z resztą miasta łączy ją jedynie pojedyncza ulica, a umieszczone wzdłuż niej budowle wyglądające na domostwa, stanowią tka naprawdę cześć większej fortyfikacji ciągnących się aż do miejskich murów, które na tym odcinku są obsadzone wyłącznie „ochotnikami” z krasnoludzkich cechów.

Centrum dzielnicy jest zaskakująco schludne, nie tylko utrzymane w nienagannej czystości, ale każdy kamień i budowla, każda brukowa kostka i każda okiennica wykonane są podług najwyższych krasnoludzkich standardów, chociaż jest to widok zwykle niedostępny dla większości pozostałych mieszkańców miasta.

Pozostawiając to wszystko nad sobą można zstąpić do podziemi które tworzą jeden kompleks łączący wszystkie naziemne, krasnoludzkie budowle i stanowiący prawdziwe serce tego miejsca. Cuda inżynierii krasnoludzkiej: windy, systemy doprowadzania wody i odprowadzania nieczystości, oraz podziemne tunele, niegdyś prowadzące do pozostałych części krasnoludzkiego imperium, wciąż są utrzymywane na miarę możliwości ograniczonej populacji.

Ludzka pamięć jest krótka, a i atrament z czasem blaknie w promieniach słońca, to co mieszkańcy uważają za imperialne miasto, od tysięcy lat, na długo przed narodzinami Sigmara, a nawet przed wielką Wojną o Zemstę było krasnoludzkim posterunkiem, utrzymywanym w tym miejscu i to nie bez powodu. Warta i przysięga klanu Grimhand wciąż trwają, wieczne niczym górskie szczyty.

Dzielnica portowa

Jest to miejsce wyjątkowych kontrastów nawet jak na standardy imperialnych miast, przegniłe tawerny i drewniane chaty stoją nieopodal nowych kupieckich magazynów znajdujących się pod czujną opieką wynajętych i dobrze opłacanych strażników. Budynki kapitana portu i służby celnej dumnie błyszczą w promieniach słońca, które ledwie kilka przecznic dalej osuszają kałuże na ulicach pełnych nieczystości, pijanych marynarzy i portowych kurtyzan.

Dzielnica rozciąga się poza murami miejskimi od Bramy Północnej, wzdłuż nabrzeża do bramy południowej, za którą dumnie stoi wzniesiony z białego kamienia posterunek Zakonu Rycerskiego, strzegący nie tylko bramy, ale będący kolejną miejską warownią sam w sobie.

Poszukujący nocnych rozrywek z pewnością powinni odwiedzić „Krzywą Łajbę” – jeżeli nie najlepszy, to z pewnością najsławniejszy zamtuz w mieście. Stara barka rzeczna wsparta bokiem o miejskie mury z wciętym w dnie wejściem zaprasza do środka na poły rozwartymi, karmazynowymi zasłonami.

I chociaż wnętrze jak i sama łajba zgodnie z treścią szyldu jest ustawiony pod niewielkim, acz irytującym kątem względem ziemi co sprawia, że wszystko jest lekko pochyłe. To ponoć właśnie ta cecha, a nie wada – jak twierdzą niektórzy, zapewnia odpowiednie wrażenia znudzonym marynarzom. Goście chcący rozstać się z zawartością swoich sakiewek i spragnieni wrażeń nie znajdą lepszego miejsca gdzie alkohol leje się do bladego świtu, kości i karty rzucane są o stół, a nikomu z pełnym mieszkiem nie odmówiono tu jeszcze godziny ciepła i miłości.

Jednak pomimo trunków rozmaitych i ochoczej obsługi należy wykazać się rozsądkiem, zarówno przed jak i po wejściu do Łajby. Przed nią zwykle leniwie opierając się i spoglądając w otchłań studni siedzi Friedrich – ogr i wykidajła tego zacnego przybytku.

Natomiast jeżeli komukolwiek zdarzyłoby się uchybić jednej z panien nocy, zaleca się w ramach przeprosin nabyć odpowiedni bukiet kwiatów ze straganu Pani Róży, która rozłożona jest ze swoimi dobrami nieopodal i obdarzana wielkim szacunkiem, przez wszystkich miejscowych i co roztropniejszych przejezdnych.

Dzielnica kupiecka

Rozciągające się na południe od rynku, bielone wapnem domy ustępują miejsca kamienicom, których okna ozdobione drogimi zasłonami spoglądają na równe i regularnie patrolowane ulice. Bogaci kupcy, prawnicy i inni którym sprzyja fortuna nazywają to miejsce domem. Można tu nabyć wszelkiego rodzaju luksusowe materiały i dobra, stroje szyte na miarę, zdobione księgi, bądź rzadkie medykamenty.

Z pewnością na uwagę zasługuje również gospoda „Pod Złotą Ostrogą” – chełpiąca się najlepszą kuchnią w mieście, na ile to prawda można się spierać, bez wątpliwości jest ona jednak najdroższa. Z pewnością kolacja w taki przybytku sprawi, że każda dama łaskawszym okiem spojrzy na smalącego doń cholewki panicza, rozsądnym byłoby jednak dokonać rezerwacji z odpowiednim wyprzedzeniem, gdyż lokal jest wyjątkowo popularny wśród śmietanki towarzyskiej miasta.

Tutaj dodałem ikony, pokazujące gdzie co jest, może nie wygląda to pięknie, ale daje jakieś pojęcie 😉
Wzgórze

Najbogatsza dzielnica miasta usiana wielkimi posiadłościami, każda z nich posiada własny ogród, jak również wielu strażników pomimo faktu, że patrole straży miejskiej na poły dzielą swoje siły między tę dzielnicę i resztę miasta. Nie jest to miejsce w którym wystarczy być bogatym, tutaj każdy taki jest – wyjąwszy oczywiście służbę – aby zamieszkać na wzgórzu pomijając fortunę, należy mieć również odpowiedni rodowód, chociaż co bardziej konserwatywni mieszkańcy skarżą się, że w ostatnich latach jakość nowych sąsiadów mocno się pogorszyła.

Nad samym zaś miastem góruje zamek rodziny panującej, otoczony kolejnymi murami jest fortecą strzegącą zarówno miasta, jak i jego najznamienitszych mieszkańców.

Mapa Wissenlandu pochodzi z Gitzman’s Gallery

6. Czekając na wiosnę

Wusterburg

Znalazłszy wreszcie wytchnienie wśród murów Wusterburga, z wypchanymi sakiewkami przy pasach, bohaterowie postanowili zakosztować odrobiny spokoju i wytchnienia. Mając wciąż w planie spieniężenie złotych medalionów odnalezionych pod starodawnym obeliskiem, postanowili poczekać na wielki, doroczny jarmark organizowany z okazji Mitterfruhl – równonocy wiosennej.

Na tę doniosłą okazję do miasta docierali zarówno podróżujący w górę rzeki Soll kupcy z Imperium, jak również Tileańscy handlarze, którzy wijącą się pod górskimi stropami Rzeką Szeptów zmierzali do ziemi Sigmara. Z okazji najważniejszego wydarzenia handlowego w roku i jednego z większych jarmarków w okolicy do miasta ściągali także wszelkiej maści oszuści i awanturnicy, czasem aż z Księstw Granicznych.

Drużyna zgodnie podzielała opinię, że w całym tym tłumie z pewnością uda im się odnaleźć jakiegoś kolekcjonera skłonnego zapłacić dobrą cenę za niecodzienne znalezisko. Jednakże do jarmarku wciąż pozostawało kilka tygodni, a nikt nie chciał przez ten czas przejeść i przehulać wszystkich oszczędności zgromadzonych przecież z narażeniem życia. Bohaterowie, odrobinę zmęczeni swoim towarzystwem, zdecydowali się, każdy na własną rękę, z pożytkiem spędzić czas do święta równonocy.

Werner, zgodnie z umową, stawił się w gospodzie Trzy Korony, gdzie już oczekiwał nań Reiko z szerokim uśmiechem i kolejnym mieszkiem równie pełnym złota, co jego strzygański uśmiech.

– Dobra robota – mytnik fachowo zważył zawiniątko w dłoni. Wrodzona przezorność, lub też chęć zaskarbienia sobie, na wszelki wypadek, przychylności Strzyganina, skłoniły go do decyzji o rozstaniu się z niewielką częścią łupu.

– Powiedz Reiko, nie masz ty jakiegoś szczęśliwego amuletu, z którym mógłbyś się pożegnać? Karty mi świadkiem, że szczęścia nigdy za wiele…

Na myśl o tym, że cześć oddanego właśnie złota wróci do prawowitego właściciela, uśmiech Strzyganina rozświetlił wnętrze karczmy, a jego dłonie sprawnym ruchem już rozkładały na stole wyciągnięte nie wiadomo skąd rozmaite kolorowe wisiorki, przypinki i inne strzygańskie utensylia.

– To wezmę – Werner podniósł ze stołu srebrną broszę oprawiającą czarny kamień.

Cień zdziwienia przemknął po strzygańskiej twarzy, ponownie jednak zastąpiony szerokim uśmiechem.

– To chyba teściowej. Ech, jej i tak się już na długo nie przyda. Dwie złote korony i będzie twoja! – Zakończył kapitan bez statku, co oczywiście poskutkowało kontrofertą ze strony mytnika.

Negocjacji trwały długo, kolejne kufle pojawiały się na stole, lecz ostatecznie obie strony odeszły usatysfakcjonowane i, jak twierdził Werner, „jedynie krztynkę dziabnięte„.

Siegfrieda, wykazując się większym pragmatyzmem, postanowiła zająć się ekwipunkiem. Długotrwałe poszukiwania wśród miejskich kowali i płatnerzy okazały się owocne – w końcu znalazła odpowiedniego mistrza płatnerskiego, u którego zdecydowała się zamówić zbroję. I to nie pierwszą lepszą kolczugę zdjętą z pechowego wojaka i wielokrotnie reperowaną, lecz wysokiej klasy sprzęt spod dłoni prawdziwego rzemieślnika. Każde z kółek nitowane i spłaszczone, aby zapewnić pancerzowi odpowiednią lekkość. Łowczyni nagród wiedziała, że będzie przygotowana na wszystko, co może jeszcze rzucić przed nią los.

Eike, której szczytne cele praktykowania medycyny nie uległy zmianie, musiała zrewidować swoje ambicje. Bez stosownych papierów Wusterbuskiego cechu lekarzy nie mogła oficjalnie otworzyć praktyki. Zdecydowała się zatem zaoferować swoje usługi w Świątyni Shaylli, gdzie mogła przynajmniej pomagać chorym, a czasami nawet otrzymać drobną ofiarę.

O ile siostry miłosierdzia nie podzielały fascynacji Eike technicznymi aspektami rzemiosła, takimi jak chirurgia, o tyle dały jej sposobność do praktykowania podstaw. Niesienie prostej pomocy innym zdawało się wypełniać jakąś pustkę w duszy lekarki. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy takie życie poświęcone niesieniu pomocy innym nie byłoby właśnie tym, czego poszukuje?

Wszystko zmieniło się pewnej nocy, gdy do świątyni Sheilli przyniesiono starą, umierającą kobietę, kurczowo przyciskającą do piersi zmięty pakunek. Eike, wraz z siostrami oczywiście, zajęła się nią, tak jak i wszystkimi innymi nieszczęśnikami, którzy w nadziei na pomoc przekraczali świątynny próg. Dopiero po dłuższej chwili, nie wierząc własnym oczom, rozpoznała w wychudzonej, ledwie trzymającej się ostatniej nitki życia kobiecie, nikogo innego jak samą Agathę – kapłankę Sigmara, którą spotkali na szlaku kilka miesięcy temu.

Dziś kobieta była jedynie bladym cieniem tamtej wojowniczki, która uratowała im życie. Na plecach widniały dwie podłużne i równoległe względem siebie rany. Jakby po pazurach jakiejś bestii. Rany nie goiły się, bez względu na to, jakich ziół, maści i okładów kapłanki próbowały stosować. Eike czuwała przy posłaniu chorej aż do samego końca, oferując towarzystwo majaczącej w gorączce na ostatniej ze swoich dróg kobiecie. Nie byłaby jednak sobą, gdyby dyskretnie nie sprawdziła pakunku, który umierająca ze sobą przyniosła. Znalazła w nim, ni mniej ni więcej, a stary notatnik.

Nadpalony z jednej strony, w przeszłości z pewnością wielokrotnie zalany, pełen nakreślonych równym pismem znaków, cyfr i symboli, które zdawały się nie mieć żadnego sensu. Lekarka nie zastanawiała się zbyt długo i postanowiła znalezisko zanieść do Sigmunda. Wszak któż inny, jak właśnie czarodziej, będzie wiedział, jak to odczytać!

Tymczasem Sigmund był szczerze zadowolony z nadarzającej się okazji, by chociaż trochę odetchnąć w bezpiecznych murach miasta. Nawet świadomość wciąż piętrzących się długów, zaciągniętych w czasach studenckich oraz później, nie psuła mu humoru. Bezczynne odpoczywanie nie było jednak jego mocną stroną, dlatego też z ciekawością przyjął znalezisko Eike. Szybki rzut oka, przewertowanie notatnika, i zdał sobie sprawę, że całość jest zaszyfrowana! Co więcej, krój pisma odpowiadał notatkom poczynionym na marginesie tablic astronomicznych znalezionych przez Sigfriedę w wieży Maga Niebios – Lazarusa.

Notatnik pochłonął go bez reszty. Skąd miała go Agatha? Dlaczego właśnie to znaleziono przy konającej wojowniczce Sigmara? Przez kolejne dni wytrwale ślęczał nad papierami. Z pomocą tablic astronomicznych oraz ‚Polygraphiae Libri Sex’ – księgi, której zakup znacząco uszczuplił jego sakiewkę, starał się złamać szyfr skrywający tajemnice notatnika. Nieoczekiwaną dlań pomocą okazał się Werner, który choć sam niepiśmienny, okazało się posiadał wyjątkowy talent do operowania w pamięci cyframi i przeprowadzania na nich skomplikowanych operacji logicznych. Umiejętności te zrobiłyby wrażenie nawet w Altdorfskich kolegiach. Po kilku dniach wypracowali rytm pracy i potem już wytrwale, strona po stronie, odszyfrowywali powoli tekst, który okazywał się być dziennikiem prowadzonym przez Lazarusa.

Sam mytnik, chociaż wyraźnie dumny, że potrafi w kwestiach nauk być pomocny swoim akademickim towarzyszom, sam zaczął się poważnie zastanawiać, czy jednak umiejętność czytania i pisania mogłaby mu się w życiu przydać. W końcu nigdy nic nie wiadomo, a przezorny zawsze przygotowany.

Dni mijały, zima ustąpiła wiośnie, a Mitterfruhl i dzień jarmarku zbliżały się wielkimi krokami.

Spis treści
Inne przygody

5. Kwestia honoru

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Mansslieb stał już wysoko na niebie oświetlając srebrzystą poświatą opustoszały obóz, podczas gdy mniejszy z księżyców przyczaił się za drzewami rosnącymi na pobliskich mokradłach.

Niewyobrażalnie zmęczeni lecz zdeterminowani, ruszyli w kierunku powozu Johanny. Werner, dla zachowania pozorów kurtuazji, przywalił zaciśniętą pięścią w drzwi, lecz zaraz potem bezceremonialnie wparował do środka. Reszta kompanii wroczyła za nim.

Kupczyni prezentowała się w jeszcze gorszym stanie, niż podczas ich pierwszego spotkania. Poczerwieniałe oczy zdradzały potoki wylanych łez, których już nie próbowała nawet ukrywać pod makijażem. Jednak na widok przybyłych odruchowo poprawiła zmierzwione włosy.

– Zabiliśmy bestię z bagien. Do wglądu mamy odcięty łeb, gdybyś chciała mieć pewność. Gdzie obiecana nagroda? – Bez zbędnych wstępów wypaliła Eike

– To wszystko co zostało. – Johanna wskazała na pękaty mieszek leżący na zasłanym rozmaitymi papierami sekretarzyku. – Thulgrim ukradł skrzynię ze złotem. Wszystko stracone… – dodała przez drżące wargi.

Eike bez dodatkowej zachęty czym prędzej chwyciła mieszek wypełniony monetami.

– Przez ciekawość pytam, Thulgrim uciekł przed czy po tym, jak dowiedział się, że zleciłaś morderstwo Rutgera? – lodowatym tonem rzuciła Sigfrieda, wspierając dłoń na rękojeści rapiera.

– To nie tak… – Johanna chciała wykrzyknąć w swojej obronie, lecz jej głos złamał się w pół zdania. – …to przez to przeklęte miejsce. Koszmary we śnie i na jawie przez całe tygodnie… Chciałam stąd tylko uciec. Zbudować ten cholerny młyn i nigdy tu więcej nie wracać… A teraz wszystko stracone! Cała fortuna przepadła przez tego podłego krasnoluda! – Wypowiedź Johanny zmieniła się w beznadziejny szloch rozpaczy, w którym tonęły wypowiadane z widocznym wysiłkiem słowa. – Nie chciałam, żeby komuś się się coś stało… Ale Rutger… On wszystko psuł… Budowa stała… Nie mogłam już tego znieść… 

Werner, który młodość spędził słuchając ballad o ratowaniu dam w opałach, zdał sobie sprawę, że właśnie może jedną uratować. Co ważniejsze, rzeczona dama zdaje się być wciąż na tyle majętna, aby ów ratunek sowicie wynagrodzić.

– Nie martw się. Zajmiemy się tym. Zawieziemy cię do domu, do Wusterburga – rzekł miękkim, głębokim tonem, jednocześnie rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Sigmunda, i przysiadł obok Johanny, obejmując ją ramieniem. Ta wtuliła się weń mocno, dalej pogrążona w rozpaczy.

Pozostali szybko zebrali swoje rzeczy z obozowiska i czym prędzej wyruszyli. Eike, najpewniej czująca się na koźle, prowadziła powóz z Sigmundem i Sigfriedą po bokach, podczas gdy Werner na tyłach wozu służył Johannie wsparciem, czule ocierając jej łzy.

***

Ruszyli w kierunku Wusterburga. Eike nie oszczędzała koni, chcąc jak najszybciej dogonić migocący latarniami korowód strzygańskich wozów. Droga nie była długa, jednak w grupie zawsze bezpieczniej. Po doświadczeniach dzisiejszego dnia nie mogła się doczekać, kiedy sama stanie w obrębie murów miejskich, zza których nie dosięgnie jej żadna straszliwa bestia.

Siegfrieda, wyraźnie niezadowolona z obrotu sytuacji, pogrążyła się w rozmyślaniach. Zdała sobie sprawę, że ostatecznie nikt nie opowie za morderstwo Rutgera, który – choć może zbyt gadatliwy i lekkomyślny – wciąż jednak zatrudnił ich do ochrony. Coraz bardziej stawało się jasne, że przynajmniej na równi chodziło mu o miejsce budowy, jak i o własne życie. Drużynie udało się nie wywiązać z ani jednej części zlecenia, co wprawiało Siegfriedę w podły nastrój.

Sigmund natomiast starał się za wszelką cenę znaleźć pozytywy ich obecnej sytuacji. Odkopane stare medaliony, łeb potwora, a także mieszek złota od Johanny, która dodatkowo zaoferowała dziesiątą część złota ze skrzyni skradzionej przez Thulgrima, jeżeli tylko uda się im ją odnaleźć. Sporo pieniędzy i sporo powodów do radości dla tonącego w długach alchemika. Dlaczego zatem zupełnie nie było mu wesoło?

***

Wreszcie dotarli do miasta. Strażnicy przy bramach ociągali się z przepuszczaniem strzygańskich wozów, sprawdzając wszystko po trzy razy, wielokrotnie licząc poszczególne nogi całego inwentarza zwierzęcego i doszukując się wszędzie nielegalnej kontrabandy.

Jednakże ich powóz został przepuszczony szybko i bez większych problemów. Wystarczył,o aby Johanna, opatulona w narzucony na ramiona koc, wychyliła się przez jedno z okien i stanowczym tonem zażądała widzenia się z dowódcą straży, ponieważ nie ma ona najmniejszej ochoty dłużej podziwiać przedmurza. Chwilę potem ruszyli naprzód, omijając całą kolejkę.

– Tak to jest być bogatym i szanowanym – pomyślała Eike, przyznając w duchu, że zapewne mogłaby się sama dość łatwo przyzwyczaić do takiego traktowania.

Dotarli wreszcie pod wskazany adres, w jednej z bogatszych dzielnic miasta. Johanna pożegnała się szybko, podczas gdy jej służba przejęła powóz.

Cóż, najpierw chyba musimy znaleźć jakiś nocleg, ledwo żywy jestem po tym wszystkim – rzekł Werner z szerokim uśmiechem, który Sigmund, jak zawsze elokwentny, uznał za wyjątkowo głupi.

Nikt jednak nie miał siły i ochoty na wypominanie mytnikowi jego zachowania, ruszyli zatem do najbliższej karczmy.

***

Poszukiwania krasnoluda zajęły im kolejne dwa dni chodzenia po mieście, wypytywania, przekupywania, a czasem nawet i grożenia. Ustalili, że Thulgrim najwięcej czasu spędził w Krasnoludzkiej Kwarcie, której mieszkańcy z oczywistych względów nie chcieli zbytnio współpracować ze wścibskimi ludźmi. Jednak zgromadzone informacje jasno wskazywały, że były majster budowy zawitał do wielu kupców w celu uregulowania rozmaitych należności rodzinnych.

Sigfrieda, jako łowczyni nagród mająca już doświadczenie w znajdywaniu osób nie chcących zostać odnalezionymi, obrała sobie dogodne miejsce do obserwacji – główne przejście łączącą krasnoludzką część miasta z jego resztą – i tam też postanowiła czekać, aż wreszcie trafi na Thulgrima.

Po wielu godzinach i powoli narastającej irytacji jej cierpliwość została nagrodzona. Dojrzała krasnoluda paradującego z pokaźną skrzynią na ramieniu. Rzuciła kilka miedziaków jednemu z wszędobylskich, miejskich dzieciaków, aby zaniósł wiadomość do reszty towarzyszy w karczmie, sama zaś postanowiła śledzić podejrzanego.

Thulgrim odwiedzał rozmaite kupieckie stragany i wszystko wskazywało, że szykuje się na wyprawę. Zaopatrzył się w broń, niezbędny prowiant oraz ekwipunek podróżny. Reszta drużyny odnalazła Sigfriedę podążającą śladem krasnoluda, który zdawał się być zbyt zatopiony we własnych myślach, aby zwracać uwagę na świat wokół niego. Nie pozostało im nic innego, jak tylko osaczyć go z czterech stron i odzyskać skrzynię wraz z zawartością, lub przynajmniej tym, co z niej wciąż pozostało.

– Koniec tego. Czas oddać co ukradłeś – Sigfrieda, niewiele wyższa od krasnoluda, stanęła przed nim sama, podczas gdy pozostał trójka drużyny zaszła mu drogę z pozostałych trzech stron.

– Ukradłem?? Ja ukradłem!?! – Ryknął gniewnie Thulgrim. Nie takiej reakcji się spodziewali.

– To mnie okradziono! Mnie i moją rodzinę! – Kontynuował czerwony ze złości krasnolud – Myślicie, że skąd Rutger z Johanną wzięli pieniądze na budowę? Krętactwa, oszustwa i kłamliwe, ludzkie prawa. Ogłaszanie bankructw i nowe spółki, aby umorzyć długi wobec moich dzieci i jednocześnie zatrzymać ich złoto! – Thulgrim niemal cały trząsł się ze złości, z pianą na ustach zdawał się niemal puszczać kłęby dymu z nozdrzy pomimo braku dotąd zawsze obecnej fajki. – Tak, ukradłem, ale tylko to co mi skradziono!

– Ale to wciąż niehonorowe – wypaliła Eike, przerywając krasnoludowi w pół zdania.

– Nie waż mi się mówić o honorze! Zrobiłem, co trzeba było, dla rodziny. A teraz zrobię, co trzeba, dla honoru. – W ostatnim zdaniu w głosie krasnoluda nie było już gniewu, lecz tylko smutek i ponura determinacja.

Sigmund nie wiedział, jak mógł tak późno zrozumieć, co dzieje się tuż przed jego oczami. Sam spędził lata u krasnoludzkiego majstra i pewne rzeczy powinny być dla niego oczywiste.

Stanął przed Thulgrimem i wypowiedział kilka szorstkich słów w nieznanym towarzyszom języku. Krasnolud zadarł brodę wysoko, odpowiadając na spojrzenie czarodzieja zeszklonymi oczami. Wymówił jedno słowo, po czym zapadła cisza. Chwilę jeszcze alchemik i krasnolud mierzyli się wzrokiem, po czym Thulgrim odwrócił się i odszedł, na jednym ramieniu wciąż niosąc skrzynię, na drugie zarzuciwszy ekwipunek na wyprawę. Nikt z drużyny nie odważył się go zatrzymać.

– Co się stało? Co mu powiedziałeś? – Zapytała cicho medyczka.

– Życzyłem mu godnej śmierci – odpowiedział alchemik.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

4. Za garść srebrników

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Człowiek o przeciętnej inteligencji zapewne chwaliłby wielkie szczęście jakie go spotkało, wszak z woli bogów udało mu się przetrwać spotkanie z bestią z bagien, i czym prędzej postanowiłby się oddalić z tego ponurego, przytłaczającego duszną wilgocią mokradła.

Werner jednak odznaczał się inteligencją dalece wykraczającą ponad przeciętną, i o ile jego serce wciąż biło w szaleńczym rytmie po wydarzeniach ostatnich minut, o tyle umysł już zastanawiał się, jakie to nowe możliwości otworzyły się przed nim i w jaki sposób najlepiej je wykorzystać.

Podczas gdy Eike swoim zwyczajem opatrywała rany wieśniaków, a Sigfrieda wraz z Sigmundem wnikliwe przepytywała ich z zamiarem dowiedzenia się, co tu właściwie robią, mytnik postanowił bliżej się przyjrzeć powalonej bestii.

Obrzydliwe, szarozielone cielsko, osadzone na ośmiu grubych nogach – każdej zakończonej czterema, długimi jak sztylety pazurami – leżało w błocie. Martwy łeb o ślepych oczach z pyskiem jeżącym się groźnymi kłami wciąż wywoływał ciarki na plecach, jednak Werner zastanawiał się tylko nad jednym:

– Ile to może być warte? I jak to do cholery przetransportować? – Zastanawiał się poborca myta.

– Nawet z pomocą wieśniaków, będzie ich tylko siedmioro, za mało, aby wyciągnąć całe truchło z bagien. Zresztą wieśniacy mogą nie chcieć współpracować, a jak zechcą to będą oczekiwali zapłaty. Do tego transport do miasta, strażnicy na rogatkach też nie wpuszczą za darmo, wszak cła, zezwolenia… ale gdyby to w jakiś inny sposób to przewieźć? – Obchodząc truchło dookoła zauważył pozostawione w panicznej ucieczce przez trójkę uciekinierów pakunki i kije podróżne. Postanowił przyjrzeć się bliżej.

Kije zostały u dołu związane rzemieniami z gałęziami i okutane w szmaty, tworząc coś, co mogło zostawiać trójpalczaste ślady, po których doszli tu z obozowiska. Ślady te zupełnie nie pasowały do do czteropalczastych łap bazyliszka, ale takiego potwora nie spotyka się na co dzień. W samych pakunkach, pomijając narzędzia pracy przeciętnego kłusownika, znalazł się również zawinięty w szmaty i zakrwawiony, sporej wielkości nóż.

Werner uśmiechnął się sam do siebie, wiedząc już co się stało. Lepiej, wiedział co zrobić dalej, żeby zarobić. Zebrał porzucone pakunki i wrócił do towarzyszy.

-Słowo, pani! Na wszystkich bogów się zaklinam. Myśmy tylko na węgorze przyszli, bo we wsi bieda… – lamentował Hans, samozwańczy szef trójki wypytywanej przez Sigfriedę wciąż niby oczyszczającą swój, będący już od dawna w idealnej czystości, rapier.

– Skończ łgać! – Warknął Werner rzucając na ziemię ich pakunki i zakrwawiony nóż.

– Nie! Błagam, litości… – Krzyczał Gurdt na widok twarzy łowczyni nagród, która wyraźnie sugerowała, że z okłamującymi ją ludźmi robi to samo co z bazyliszkami

– Myśmy nie chcieli złego. To Rutger wszystko jej psuł i pieniądze marnował, myśmy jej pomóc chcieli, – cała trójka przekrzykiwała się w zeznaniach dowodzących o ich dobrych intencjach i wątpliwej niewinności.

Ile? – Lodowatym tonem zapytała Siegfrieda

– Cały mieszek pani, dwadzieścia srebrników. Ale weźcie. To wasze, potwora żeście ubili i nam życie darowali, – bronił się Hans rzucając w stronę łowczyni nagród brzęczący mieszek, mając jednocześnie nadzieję, że jego przypuszczenia o darowaniu życia okażą się trafne.

– Módlcie się, abyście nie skończyli na szafocie, ale najpierw weźcie się do roboty – zakończył przesłuchanie Werner wskazując na truchło bazyliszka.

Werner słusznie podejrzewał, że taki potwór musi być coś wart, zresztą Sigmund i Eike potwierdzili jego przypuszczenia, mówiąc o rozmaitych rzadkich składnikach używanych zarówno w medycynie jak i sztukach magicznych, pozyskiwanych z wszelkiej maści bestii.

Problem polegał na tym, że nikt z zebranych nie wiedział, co w bazyliszku jest naprawdę wartościowe i jak to uzyskać nie uszkadzając najcenniejszych jego części. Zatem ze zdroworozsądkowym podejściem zdecydowali się odciąć bestii łeb, wyrwać pazury i wyciąć tyle mięsa ile zdołają unieść. Wykorzystując do maksimum możliwości swojej trójki jakże ochoczych do niesienia pomocy, choć powiązanych, nowych znajomych.

***

Podróż do obozu była długa i męcząca, wędrówka przez mokradła z dodatkowym ciężarem na plecach, oraz trójką więźniów, którzy w każdej chwili mogą próbować ucieczki, ostatecznie wyczerpała i tak już nadszarpnięte siły bohaterów. A i sama przeprawa łodzią nie należało do łatwych, biorąc pod uwagę ilość pasażerów i ładunek.

Jednak to nie fizyczne trudy dawały się najbardziej we znaki. Myśl, że za jedną, złotą koronę można kogoś zamordować dobitnie pokazywała jak niewiele niektórzy ludzie mają. Dodatkowo główną winowajczynią była przecież Johanna, która wszak zleciła morderstwo, co do czego Werner nie miał najmniejszej wątpliwości – zdając sobie sprawę, że to Hansa widział wchodzącego do jej powozu na spotkanie. Do tego dochodziła kwestia obozu i koszmarnych snów, na które wszyscy wszyscy się uskarżali. Czy można winić miejsce za decyzje przez kogoś podjęte?

Podczas długiej przeprawy, takie myśli i rozmowy zaprzątały bohaterów. Werner jednak wciąż zastanawiał się jak na tym wszystkim może skorzystać. O tym że świat jest zły i niesprawiedliwy wiedział wszak od dawna.

***

Do obozu dotarli już po zapadnięciu zmroku, jednak miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy gdy je pozostawili. Strzygańskie obozowisko zostało złożone, sznur wagonów oświetlonych latarniami wciąż widoczny był na północnym szlaku wiodącym do Wusterburga.

W samym zaś obozie pozostały ostatnie dwa strzygańskie wozy, na które pakowano resztki dobytku, namiot Rutgera, oraz powóz Johanny.

– Co się tu stało? – Werner zapytał znajomego strzyganina, byłego kapitana barki „Trandafir” – zajętego, pakowaniem wozu.

– Klątwa dalej trwa. Skrzynia z pieniędzmi zniknęła. Johana płacze w powozie, a Thulgrima od południa nikt nie widział. To i my się zbieramy, nic tu po nas. Nie lza tak siedzieć i kolejne nieszczęścia kusić – nakreślił sytuację Reiko, będący w wyraźnie podłym nastroju.

Werner ciężko westchnął, nie rezygnując jednak ze swojego planu.

– Słuchaj, jest interes do zrobienia – zagadnął z szelmowskim uśmiechem.

– A ile można stracić? – odpowiedział błyszczącym złotymi zębami uśmiechem strzyganin.

– Co ty się mnie pytasz ile można stracić? Zapytaj się mnie ile można zarobić? Mam łeb i inne kawałki bazyliszka. Do sprzedania, trzeba tylko to przewieźć do Wusterburga, no i sprzedać. Na pewno znasz właściwych ludzi – dokończył z nadzieją w głosie.

– A oni? – Reiko wskazał trójkę wyraźnie załamanych swoim losem wieśniaków.

– Nimi się nie przejmuj, trzeba ich tylko chwilę popilnować, powiązani są to krzywdy ci nie zrobią.

– Dobra, wezmę wszystko na wóz, tych trzech też przyprowadź. Piątego dnia od dziś, w południe, w gospodzie Trzy Korony się spotkamy, to rozliczymy co się udało stracić, a co się udało zarobić. – Reiko teraz już promieniejąc z radości spluną w dłoń wyciągniętą w celu przypieczętowania umowy. Werner postąpił podobnie.

Niebo słyszało, ziemia słyszała. Za pięć dni – pożegnał się Reiko i zagonił nieszczęsną trójkę pogromców potworów do załadowania całego łupu na wóz.

Uradowany mytnik powrócił do towarzyszy, a w jego głowie już pojawiła się myśl, że jeżeli interes się uda to powinien sobie kupić psa.

Dobra, to mamy z głowy. Czas zająć się Johanną – oświadczył reszcie Werner, nie wdając się w szczegóły, co rozumiał przez słowa: „zająć się”.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

3. Nieustraszeni pogromcy potworów

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Zbudzona krzykiem, zerwała się błyskawicznie z posłania sięgając jednocześnie po rapier. Jednak krótkie spojrzenie na rozświetlone porannym słońcem obozowisko, wystarczyło, by zdać sobie sprawę z tego, że nic im nie groziło, a przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Wstawajcie, coś się wydarzyło – Siegfrieda niemal bezwiednie wydała polecenie towarzyszom, którzy wciąż jeszcze nie wygrzebali się ze swoich posłań rozłożonych dokoła paleniska, na którym jeszcze wczorajszego wieczora bulgotał pieprzny gulasz.

Narzuciwszy na ramiona mocną, skórzaną kurtkę, pewnym krokiem ruszyła w kierunku centrum zamieszania rozchodzącego się po całym obozie. Nad rzeką, tworząc zbity okrąg, gromada strzygańskich robotników podnosiła lament – błyskając złotymi zębami opowiadali o klątwie bestii, swoim zwyczajem odganiając złe duchy miriadami niezrozumiałych gestów. Sigfrieda bezceremonialnie przepchnęła się przez zbiegowisko, aby sprawdzić przyczynę tego wzburzenia.

Nad brzegiem, w kałuży krwi z głowa wgniecioną w mokrą ziemię, leżał mężczyzna. Eike natychmiast skoczyła ku niemu obracając go na wznak, lecz blada twarz Rutgera wystarczyła Sigfriedzie, aby mieć pewność, że przeszedł już on przez portal Morra i umiejętności lekarki na nic się tu nie zdadzą.

– Na domiar wszystkich nieszczęść, dał się jeszcze zabić?! Jak ja to wytłumaczę jego rodzinie? – Podniesionym głosem obwieściła swe nadejście Johanna Stielgar.

– Okaż szacunek zmarłym – burknął gniewnie Thulgrim. – Nie o twoje życie tu chodzi…

– Szacunek? Szacunek! Sprawiedliwość jest tutaj potrzebna, a nie szacunek! – Równie gniewnie wyrzuciła kupczyni wyciągając zza poły modnego kubraka pękaty mieszek. – Dwadzieścia złotych koron, dla śmiałka który przyniesie mi głowę potwora odpowiedzialnego za śmierć Rutgera! – Zakrzyknęła tryumfalnie, chociaż nikt z zebranych strzygan nie odważył się odpowiedzieć wzrokiem na jej spojrzenie.

Siegfrieda nie była jednak strzyganką, a w podróż wyruszyła wszak aby dowieść swej wartości jako łowczyni nagród i oto los dostarczył jej po temu sposobność.

– Zajmę się tym – odrzekła, chociaż jej zwykle spokojny głos zdradzał ekscytację.

– Świetnie! Ja natomiast zajmę się tym – tryumfalnie ogłosiła Johanna sięgając w kierunku klucza zdjętego z szyi Rutgera przez dokonującą oględzin ciała medyczkę.

– Ani mi się waż! – Thulgrim szybkim ruchem wyrwał klucz z dłoni Eike, dymiąc gniewnie – Pieniądze należą do spółki, nie do ciebie.

Kłótnia między krasnoludem a a Johanną nabierała kolorów: wymieniane krzykiem insynuacje, pomówienia i obelgi przyćmiły nawet odczyniania złych uroków czynione przez z styrzygan, na czele z leciwą Vadomą, która w takich chwilach wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie zabraknie jej jeszcze tchu w płucach przez długie lata. Siegfrieda jednak zupełnie to ignorowała pochylając się nad ciałem badanym przez Eike.

– Ramię z ciętymi i kutymi ranami zostało oderwane – medyczka od razu rozpoczęła wymieniać swoje znaleziska. – Jednak po śladach na ciele widać, że stało się to po śmierci. Wydaje mi się, że Rutger został uduszony, pomimo tego, że zwłoki nie noszą śladów bycia zmiażdżonymi, nie noszą też innych ran.

– Nawet nie miał szansy próbować się obronić – dodała Sigfrieda. – Sprawdźmy jeszcze namiot.

Zarówno Thulgrim jak i kupczyni zakończyli swoją kłótnie, każde zostało w posiadaniu jednego z kluczy do skrzyni pełnej złota, a strzygańskie zbiegowisko szybko roztopiło się, gdy tylko Eike rozpoczęła swoje oględziny.

***

W namiocie Rutgera nie odnaleźli wielu nowych śladów, jednak wszystkie poszlaki jasno wskazywały, że kupca wyniesiono z namiotu, a nad brzegiem rzeki odjęto jego ramię. Nieopodal tego miejsca znajdował się jednak ślad wielkie trójpalczastej łapy, przydeptany jednak prze całe zbiegowisko jakie zebrało się przy zwłokach.

Sigfrieda bez cienia wątpliwości oświadczyła, że nie pozostaje im nic innego, jak ruszyć łodzią na przeciwległy brzeg rzeki w kierunku bagien, z których ponoć miał wyjść potwór odpowiedzialny za śmierć ich byłego pracodawcy. Chociaż nie wszyscy z równym spokojem odpowiedzieli na zew przygody, o tyle pękata sakiewka w dłoniach Johanny wydawała się być wystarczającą motywacją do podążenia za tajemniczymi śladami.

***

Smród zgnilizny i rozkładu uderzył w ich nozdrza zanim jeszcze dotarli na brzeg. Ciepło porannego słońca przyćmione zostało wilgocią mgły, która, chociaż już opuściła obozowisko, wciąż niepodzielnie rządziła na moczarach.

Sigfrieda wraz z pomocą Wernera szybko odnalazła kolejne ślady trójpalczastych łap odciśniętych w mokrym błocie i prowadzących dalej w głąb mokradeł. Ślady były nieregularne, jakby każda łapa była trochę innego rozmiaru, rozmieszczone na tyle szeroko, że świadczyły jednak o ogromnym rozmiarze bestii, przed którą od samego początku przestrzegała na poły szalona wróżbitka.

Trop był jednak na tyle wyraźny, że podążanie za nim zdawało się dziecinnie proste. Sigfrieda z rapierem w garści prowadziła pochód, za nią podążał Werner z kuszą w spoconych dłoniach i Eike z łukiem i strzałą gotowa do napięcia cięciwy w każdej chwili, na koniec zaś Sigmund – wyraźnie niezadowolony ze swojej doli.

Marsz był powolny i męczący, nogi ginęły w grząskim błocie nierzadko zapadając się aż po kolana, wszechobecna wilgoć i insekty znajdywały drogę do każdego zakamarka, tnąc i kując niemiłosiernie oraz powodując liczne otarcia. Podążali jednak wytrwale naprzód, wciąż stąpając po śladach bestii z miejscowych legend.

Wreszcie zarządzili krótki odpoczynek, chociaż słońca nie było widać w mlecznej poświacie gęstej mgły, to musiało być już dobrze popołudniu. Burczące żołądki oraz suche gardła, na przekór panującej wokół wilgoci, domagały się strawy i napitku.

Podczas dzielenia twardego chleba i resztek pieprznego gulaszu do uszu Sigfriedy dobiegły urywane, tłumione mgłą dźwięki. Wytężając wzrok i słuch starała się odgadnąć kierunek, z którego nadchodzą. Wreszcie trzy kształty zaczęły się odcinać na mlecznym płótnie ponurego krajobrazu, szybko rosnąc w swoich chaotycznych ruchach wraz z poprzedzającymi je krzykami przerażenia. Za nimi zaś rosnąć zaczął górujący nad wszystkim cień.

– Nadchodzi. Przygotujcie się! – Sigfrieda odrzuciła wszystko, co zbędne, starając się znaleźć względnie suche miejsce nadające się do obrony. Reszta w napięciu również przygotowała się najlepiej jak tylko pozwalały na to okoliczności.

Trójka wieśniaków z twarzami bielszymi z przerażenia od mgły, z której wybiegli, wpadła na bohaterów. Przewracając się o siebie na bagnistym podłożu zupełnie zignorowali napotkanych bohaterów, panicznymi krzykami obwieszczając nadejście końca. Będąc już na czworakach próbowali nadal uciekać przed ciągle rosnącym za nimi cieniem.

Wreszcie wielki jaszczurczy pysk wychynął z mglistej osnowy. Zanim pomyślała co robi, Sigfrieda wybiła się na przód stalowym ostrzem celując w osłonięte bielmem oko potwora wydającego złowieszczy ryk. Cięciwy brzęknięciem poprowadziły strzałę i bełt w wielkie łuskowate cielsko, podczas gdy Sigmund starał się skupić splatając nieliczne na tym odludziu ślady Chamona.

Cztery pazury, większe od sztyletów, pędziły w stronę łowczyni nagród jako kara za atak na bestię, lecz nim jej dosięgnęły, ta uskoczyła już w bok, podczas gdy Werner, nie chcąc powtarzać doświadczeń z przeładowywaniem kuszy w sercu walki, odrzucił ją i swoim wysłużonym messerem ciął pod kolana jednej z ośmiu nóg bestii.

Paniczny strach wieśniaków widzących śmiałków stających do walki przekuł ich trwogę w beznadziejną odwagę i oni również ruszyli na bagiennego potwora, każdy z innej strony kijem, czy innym harpunem starając się przebić przez twarde łuski, podczas gdy Eikę wciąż szyła z łuku w zawaliste cielsko.

Siegfrieda zatraciła się w szaleńczym tańcu walki, działając zanim pomyślała, ciało przekładało ciężar z nogi na nogę uginając się w unikach, podczas gdy stalowe żądło rapiera raz po raz atakowało odsłoniętą gardziel i puste ślepia.

Sigmund wiedział, że nie jest to bitwa, w której może zdać się na swoją sztukę, pozostało więc złożyć swój los w szkolenia jakich wymaga się od imperialnych magów. Precyzyjnymi uderzeniami kostura, starał się odciągnąć uwagę potwora, który wyraźnie obrał sobie za cel niewielką blondynkę z rapierem.

Gdy Werner kolejnym cięciem wgryzł się w miękkie podbrzusze, bazyliszek szarpnął całą siłą swojego wielkiego cielska, łuskowaty ogon świsnął niczym bicz, rzucając o pobliskie drzewo jednym z wieśniaków i podcinając, lub zmuszając do ucieczki, resztę wojowników. Tym manewrem potwór zyskał chwilę wytchnienia i w szaleńczym ataku bestia runęła na Sigfriedę jakby chcąc pochłonąć ją całą w swej paszczy.

Sigfrieda ze spokojem skoczyła na spotkanie śmierci, tak jak przez te wszystkie lata uczył ją brat: wypad do przodu z prawej nogi, brzuch napięty, ramię prosto, dłoń mocno na rękojeści, cała siła i energia ciała skupione w jednym punkcie sztychu rapiera, pożeranego teraz przez paszczę potwora, przebiły się przez jego podniebienie, mózg i czaszkę, gładko wychodząc przez potylicę w fontannie krwi.

Ostatni jęk zapomnianej bestii, rozlał się żałośnie po mokradłach. Ramię Sigfriedy tkwiło niemal po łokieć w pysku, który już nie zamknie się z własnej woli. Łuskowate cielsko runęło z mokrym tąpnięciem na bok. Łowczyni, zapierając się butem o rozwartą paszczę, wydobyła zeń broń. Stojąc nad truchłem swojej pierwszej nagrody, otarła rapier ze śmierdzącej posoki.

Na jej twarzy zagościł uśmiech.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

2. Echa przeszłości

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

– Ładnie i praktycznie – Eike lubiła myśleć o swoim ubiorze. Sznury kolorowych korali i skromna tunika były jej równie nieodzowne, co torba na ramie wypchana najpotrzebniejszymi i jednocześnie najtańszymi medykamentami. Na torbę lekarską z prawdziwego zdarzenia nie było jej jeszcze stać, ale miała nadzieję zmienić to w najbliższej przyszłości.

Przedzierała się leśną drogą wraz z resztą drużyny i załogą barki, która niedawno w widowiskowy sposób zakończyła swoją karierę i przeniosła się do Krainy Wiecznych Spokojnych Rzek. Obarczona wszelkimi zapasami, jakie udało się uratować i wyłowić, pocieszała się słowami strzygańskich współtowarzyszy, że Rutger i jego wspólniczka uczciwe płacą za wykonaną pracę.

Wędrówka przez las przypomniała jej czasy dzieciństwa, gdy „pomagając” ojcu myśliwemu poznawała wszystkie leśne ścieżki w okolicach Wahensalle. Wspomnienie ojca jak zawsze wywołało najpierw uśmiech na twarzy dziewczyny, a potem zmywającą wszelką radość falę smutku na myśl o rodzinie, której już nigdy nie zobaczy.

Idąc tak zatopiona we wspomnieniach w końcu zauważyła, że ponury nastrój udzielił się nie tylko jej. Wszystkie rozmowy tej pieszej karawany dawno ucichły, a odgłosom ich kroków towarzyszyły tylko szum rzeki i skrzypienie drzew, skutecznie zresztą tłumione przez wieczorną mgłę. Pogrążona w myślach przestała zwracać uwagę na otoczenie.

– Jesteśmy na miejscu! – Tryumfalnie oświadczył Rutger.

Rzeczywiście, nad brzegiem stalowoszarego jeziora rozpościerała się polana z placem budowy nowego młyna. Wszelkiej maści materiały, drewniane bele oraz narzędzia leżały w nieładzie nieopodal wznoszonej konstrukcji. Z jednej strony placu ustawiono sprawiający wrażenie drogiego namiot, po przeciwnej stronie również nie należący do tanich okazały powóz, zaś na skraju polany rozłożyło się strzygańskie obozowisko. Całość, skąpana we mgle i poświacie wędrujących wysoko po niebie księżyców, z pewnością nie wyglądała przytulnie, a wznoszące się na pobliskim wzgórzu kamienne obeliski dopełniały tylko ponurej i przygnębiającej atmosfery.

– Thulgrim! Tutaj, dotarliśmy wreszcie – kupiec wymachiwał kapeluszem w dłoni i wyraźnie starał się zwrócić uwagę krasnoluda, który wreszcie postanowił podejść do przybyłych. Z zatkniętej między pożółkłymi zębami fajki wydmuchiwał dym w ilościach sugerujących, iż to on jest bezpośrednim sprawcą otaczającej obozowisko mgły.

– A „Trandafir”? – wydusił przez zęby krasnolud, nie pozwalając fajce na opuszczenie jego ust.

– Mieliśmy drobne problemy po drodze, barka stracona. Ale mamy skrzynię i większość zapasów – odpowiedział przepraszająco Rutger, podczas gdy dwójka strzygan postawiła pomiędzy nimi ciężką, drewnianą skrzynię z podwójnym zamkiem. Rutger wyjął spod kubraka klucz, wcześniej zawieszony u szyi i rzucił w stronę dymiącego krasnoluda.

– Zanieś to do Johanny i niech wypłaci tym ludziom należność w srebrze. Ja muszę odpocząć – dokończył kupiec i skierował się w stronę bogato zdobionego namiotu.

Sigmund wypowiedział kilka niezrozumiałych dla Eike słów w kierunku krasnoluda, ten zmierzył go od stóp do głów, w zamyśleniu drapiąc się po brodzie, aż wreszcie odpowiedział w tym samym języku.

– Dobra, chodźcie – krasnolud płynnym ruchem zarzucił sobie skrzynię na ramię i ruszył w kierunku powozu. – Thulgrim jestem, majster tej pożal się przodkowie budowy.

– Rzeczywiście, panuje tu pewien rozgardiasz – zauważył uprzejmie Sigmund.

– Rozgardiasz? Burdel, nie rozgardiasz. Miałbym czterech dobrych krasnoludów, to już dawno by stał tutaj: młyn, browar, a i burdel pewnie też. Wszystko otoczone, równym, kamiennym murem na dwanaście stóp. Ale nie! Uparli się na tę leniwą, strzygańską hałastrę… – tak pomstując na swój los, Thulgrim doprowadził ich do wielkiego, kupieckiego karawanu, stylizowanego na Tileańską modłę, i bez zbędnych ceregieli przywalił mocno pięścią w drzwi, wtachawszy uprzednio skrzynię po drewnianych stopniach.

Po kilku chwilach drzwi powozu stanęły wreszcie otworem, ukazując wnętrze podróżnej, luksusowej sypialni, wyposażonej nawet w toaletkę, która jednakże zasłonięta była postacią Johanny Stielgar. Wysoka blondynka, chociaż nie pierwszej młodości, z pewnością uchodziła za urodziwą. Aktualnie niestety zaspane oczy i rozmazany makijaż na wyraźnie przemęczonej i zdenerwowanej twarzy kobiety odejmowały jej nieco uroku. Werner bynajmniej nie zważał na tak nieistotne detale, już szczerzący zęby w znanym Eike uśmiechu.

– Czego chcesz, miałam nadzieję się wreszcie wyspać! – Rzuciła do Thulgrima bez zbędnego osładzania tonu.

– Rutger wrócił. Barka zatonęła. Ci ludzie pomogli przenieść towar, Rutger oczekuje, że ich wynagrodzisz. Dobrze wynagrodzisz… – równie oschłym tonem i rzeczowo odpowiedział krasnolud.

– Jeszcze tego brakowało, kolejne nieszczęście, a on dalej lekką ręką rozdaje nasze pieniądze na lewo i prawo – wzburzyła się Johanna, śląc zebranym błyskawice spod wciąż półotwartych powiek.

– Jednak umowa, to umowa – od razu dopowiedziała opanowana Eikę, a twarde spojrzenia reszty kompanii, bo przecież nie uśmiech Wernera sprawiły, że kupczyni postanowiła umowę honorować.

Nie dało się nie zauważyć, że Johanna otworzyła skrzynię z pomocą dwóch kluczy: tego który przyniósł krasnolud oraz własnego, zawieszonego na rzemieniu na szyi.

Jeżeli Rutger mówi, że na to zapracowaliście, to tak było. – Bez dalszych dąsów i marudzenia wypłaciła należne srebrniki. – A teraz polecam iść spać. Rano Thulgrim znajdzie wam jakieś zajęcie. Dobranoc!

Uznawszy, że rada Johanny jest jak najbardziej uzasadniona, Eike i reszta postanowili znaleźć stosowne miejsce na spoczynek. Tu z pomocą przyszli strzyganie, wieści o uratowaniu starej Vadomy, jak i zapach skwierczącej na ogniu ryby, szybko rozeszły się po obozie. Znalazły się i miejsca do spania, chociaż w spowitym mgłą obozowisku, wieczerza nie trwała długo, zabrakło radosnych pieśni i historii, za to nie brakowało przestróg o klątwach i urokach.

Eike wybrała w miarę zadowalające miejsce do spania i roztropnie schowała wszystkie swoje precjoza do torby, którą postanowiła wykorzystać jako poduszkę.

***

Nie miała już siły biec. Zapadała się w bagnie po łydki, które już od dawno przestały płonąć bólem. Teraz jej własne mięśnie odmawiały posłuszeństwa, nie potrafiła utrzymać ciężaru ciała w pionie. Trzask gałęzi za plecami.

– Ostatni zryw – pomyślała. – Wydostać się za te drzewa i będę w domu!

Nie ważąc się spojrzeć za siebie zerwała się do biegu, walcząc o każdy kolejny jard. Teraz całe drzewa pękały zaraz za nią w kakofonii trzasków, miażdżone ogromem goniącej ją bestii.

– Już prawie – nadzieja pojawiła się w jej sercu, lecz w tym samym momencie zdradliwe błoto wyślizgnęło się spod jej stóp i tylko kątem oka dostrzegła stojące w płomieniach miasteczko. Bestia ją dopadła.

– Nie! – zerwała się z ziemi z łomoczącym sercem, chcąc za wszelką cenę wydostać się z otaczającej ją, duszącej i zdradzieckiej mgły.

Dopiero po chwili i kilku głębszych oddechach uświadomiła sobie, gdzie jest. Obozowisko strzygan, plac budowy, tu i teraz.

***

– Dobra, starczy tego relaksu nad wodą – oznajmił Thulgrim wyraźnie skupiony na nabijaniu fajki, podczas gdy Eike wraz z towarzyszami kończyli śniadanie w postaci ryby z wczorajszej kolacji.

– Widzicie te kamienie? Trzeba je wykopać, żebyśmy mogli je potem wywieźć. Strzyganie marudzą cały czas o klątwach i urokach, i za żadne skarby nie chcą się zbliżyć do tego miejsca. Myślę sobie, że pozbycie się tego cholerstwa dobrze wpłynie na morale załogi, a wam zapewni dzień uczciwej pracy. – Eike nie potrafiła się zdecydować, czy wspomniana uczciwa praca boleśniej odbiła się na twarzy Sigmunda, czy Wernera? Obaj wyglądali równie mizernie, po zapewne nieprzespanej nocy. Cóż, widocznie nocne koszmary nie były tylko jej domeną.

Thulgrim osłodził jednak swoją wypowiedź wspominając o dodatkowej zapłacie. Żaden pieniądz nie śmierdzi, zatem cała czwórka udała się na pagórek ze sterczącymi kamieniami, uprzednio zabrawszy ze sobą z obozu niezbędne narzędzia. Werner zupełnym przypadkiem zdawał się szukać pretekstu, by zajrzeć do powozu Johanny. Niestety, niebiosa nie były dziś łaskawe, kupczyni przyjmowała właśnie jakichś gości z okolicznej wsi.

Kamienny krąg na wzgórzu składał się z sześciu wysokich na cztery stopy, grubo ciosanych granitowych bloków – umieszczonych w równych odstępach na niewidzialnym okręgu. W samym zaś środku wznosiła się wysoka na jakieś dziewięć stóp, ciemna, bazaltowa kolumna. Całość gęsto porośnięta mchem, jedynie centralny obelisk zdawał się opierać siłom natury.

– To musi tu stać od tysięcy lat – zauważyła Sigfrieda, podczas gdy zaciekawiona Eike uważnie oglądała obelisk z każdej strony. Zdawało się, że kiedyś nosił liczne ślady rozmaitych wzorów, a może nawet pisma, ktoś jednak z pomocą dłuta postanowił skuć wszystkie tego świadectwa, skazując twórców konstrukcji na zapomnienie. – Myślicie, że to dobry pomysł, ruszać to stąd?

– Nie ma co gdybać, zapłata i robota czekają. – Werner zrzucił z siebie koszulę i złapał za łopatę. – Nawet jeśli kiedyś dla kogoś było to ważne miejsce, zainteresowani pewnie wymarli setki lat temu. Z daleka widać, że to martwe jak… tysiącletni kamień. I tyle.

Na początku szło im opornie, drużyna nienawykła do takich zadań miała problemy ze zgraniem wysiłków. Z czasem praca szła coraz sprawniej, a kolejne kamienne bloki upadały na ziemię, starannie podkopywane u dołu i ciągnięte liną wedle szczegółowych instrukcji alchemika.

Ostatni, centralny blok przysporzył drużynie najwięcej problemów, jednak i on w końcu runął. Odsłonięte po raz pierwszy od zapewne setek lat dolne ściany obelisku okazały się pokryte prymitywnymi, jednak wciąż czytelnymi obrazami dalekiej przeszłości. Na szczęście osoby, które skrupulatnie i z takim zaparcie zniszczyły wszystkie dekoracje ponad powierzchnią ziemi, nie wzięły swoje pracy aż tak bardzo do serca, by grzebać również pod ziemią.

Eike wraz z Sigmundem rzucili się studiować znalezisko. Wyryte na długo przed narodzinami Sigmara rysunki opowiadały historię beczułkowatych stworzeń o trójkątnych głowach, historię podboju innych plemion, wziętych potem do niewoli, kreśliły wreszcie wielonogą i ogromną poczwarę oraz, wyróżniająca się na tle innych, postać z rogami i grzywą długich włosów, nad którą umieszczono ogromny kamień.

– Jeden pilnuje, reszta kopie! – Zakomenderowała podekscytowana lekarka, chwytając za szpadel. Nikt nie oponował, a Werner instynktownie stanął na czatach, obserwując z daleka obozowisko. Reszta z nową energią kopała w miejscu, w którym niedawno stał największy z kamiennych bloków.

Wreszcie, po kilku minutach wzmożonego wysiłku, łopata uderzyła o coś twardego. Już ostrożniej, właściwie rękoma odgarniając pozostałą ziemię, Eike zaczęła odsłaniać kolejne znalezisko. Zapadła cisza, wszyscy w skupieniu przyglądali się niepozornej dziurze w ziemi. A w niej dostrzegli, ni mniej ni więcej, tylko pozostałości starej, pożółkłej czaszki przyozdobionej wykrzywionymi, zwierzęcymi rogami, spod których błyskała złota moneta z otworem w środku. 

– O żesz… – wyszeptała Eike. Z jednej strony intuicja podpowiadała jej przecież, gdy zaczynali kopać, że nie jest to pierwsze lepsze miejsce i takie sobie zwykłe kamienie, ale z drugiej nie spodziewała się aż tak podejrzanie mrocznych odkryć tu, na spokojnej łące, w cieniu powstającego młyna. Z uwagą zaczęła studiować czaszkę, nie wyciągając jej jednak z ziemi. Niby ludzka, ale coś się nie zgadzało. Fragmenty odpadły, w innych miejscach coś na kształt zasuszonej skóry oklejało kości i sprawiało wrażenie dziwnych narośli. Zapatrzona i skupiona nie zauważyła nawet, gdy Sigfrieda i Sigmund zostawili ją sam na sam z rogatą czaszką. Prawdę rzekłszy, pochylając się i egzaminując ją ze wszystkich stron, nie dawała szansy pozostałym nawet na obserwację zza ramienia.

Może dlatego pozostała dwójka zaczęła w skupieniu przeczesywać okoliczną ziemię, co zaowocowało odnalezieniem pięciu kolejnych złotych monet. Sigmund zauważył, że jakość złota była raczej marna. Jednak to wciąż złoto. Może udałoby się znaleźć jakiegoś kolekcjonera, który z racji na wartość historyczną zapłaci więcej, niż wart jest sam kruszec?

– Dzień dobry panie majstrze! Melduję wykonanie zadania! – Zabrzmiało ostrzeżenie, niemal wykrzyczane przez Wernera. Sigmund fachowym ruchem schował monety w sakiewce, a Eike, wyrwana ze studium przypadku, z wyraźną pomocą Sigfriedy w pośpiechu przysypywała miejsce pochówku.

Thulgrim wydawał się całkiem zadowolony z ich pracy, a i strzyganie przestali się obawiać powalonych kamieni. Nawet sami ochoczo sprowadzili woły, aby wywieźć i pozbyć się teraz już niestrasznych obelisków.

Wiosenne słońce stało wysoko na niebie, przyjemnie grzejąc i rozpraszając wreszcie wszechobecną mgłę. Czy sprawił to wysiłek uczciwej pracy, czy też może złote antyczne monety w kieszeni? Tak czy owak świat wydawał się Eike dużo lepszy i pozytywniejszy, niż jeszcze kilka godzin wcześniej, o poranku.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

1. Trandafir

14.02.2511 KI, Sonnefurtr, przystań

– Twoje oczy się śmieją, ale serce smutne jest! Daj dwa miedziaki dobry człowieku – dobiegło uszu Sigmunda wołania starej strzyganki, która przmierzała skąpaną w blasku wiosennego poranka przystań. Wciąż zacumowany“Trandaffir” leniwie kołysał się wraz z nurtem rzeki.

– Wypływamy skoro świt, bądź gotów – powtarzał w myślach poirytowany czarodziej, mocno tuląc do piersi torbę ze swoim nowym nabytkiem. Ciężka księga poświęcona sztuce kryptografii była ostatnio jedynym ukojeniem jego nerwów, skołatanych powracającym na jawie koszmarem bycia nieustannie śledzonym.

Ani razu niczego nie zauważył, chociaż niejednokrotnie próbował oglądać się przez ramię, czy niby przypadkiem wyglądać o późnych porach przez okna karczemnej izby. Jednak na ulicach i w zaułkach miasta nigdy nie dostrzegł czegokolwiek, co tłumaczyłoby jego podejrzenia. Pomimo tego, powracające zimne mrowienie na karku nie dawało o sobie zapomnieć. Chociaż uważał się się za racjonalistę, Sigmund nie lekceważył swoich instynktów i wciąż im ufał. Wszak to one skierowały go na ścieżkę magii, którą starał się teraz dostojnie kroczyć.

– To co, odbijamy? – Ze śmiechem zakrzyknął Werner, w przyjacielskim geście klepiąc po plecach kapitana tej podłej łajby. Reiko, bo tak nazywał się kapitan, mógłby uchodzić za chodzący stereotyp Strzyganina: kolczyki w uszach, sygnety na palcach oraz nieprzyzwoita wręcz ilość tatuaży, wisiorków, korali i innych ozdób mających odganiać, takie czy inne złe duchy, klątwy i uroki.

– Czekaj, tylko teściową zaciągnę na pokład. Cholera wie, czy większy pech ją tu zostawić, czy wieźć ze sobą – parsknął kapitan, odsłaniając przy tym uśmiech pełen złotych zębów i oddalając się w kierunku starej kobiety, która wciąż zaczepiała ludzi na przystani.

– No, pięknie. Jeszcze stara wiedźma do towarzystwa. W co ten Werner nas wpakował? – Zaklął w duchu alchemik. Dobrze jednak zdawał sobie sprawę, że oferta transportu za którą jeszcze mu zapłacą nie jest czymś, czym mógłby ot tak po prostu wzgardzić.

Za samą księgę ściskaną w dłoniach winien jest jeszcze pięć złotych koron i zapewne będzie musiał się odwzajemnić przysługą za możliwość rozłożenia spłaty. Do tego Kolegia Magii w Altdorfie wciąż oczekują od niego wpłaty kolejnych pięćdziesięciu koron… Nie, więcej to będzie, przecież zaczął się nowy rok i suma urosła o procent, ponieważ zamiast zdobytą wiedzę spożytkować ku chwale imperialnych armii, postanowił wyruszyć w podróż życia, tak jak jego przyjaciel Adalbert.

Barka wreszcie odcumowała i powoli niesiona prądem oddalała się od miejskiej przystani, podczas gdy Sigmund zatopiony w myślach rozważał, jak zareagowałby jego stary przyjaciel na wieść o tym, że on sam za kilka szylingów najął się do ochrony towarów na budowę młyna gdzieś na krańcu Imperium. Adalbert pewnie zrozumie, choć będzie się śmiał, grunt żeby Inge się nie dowiedziała…

– Patrz machają nam! – Radosny okrzyk Eike wyrwał go z zamyślenia. Młoda dziewczyna, wystrojona w nową tunikę i sznury kolorowych korali z radością machała ludziom pozostałym na przystani. Co ciekawe, zastępy marynarzy i dokerów z wielkim entuzjazmem odpowiadały na pozdrowienie, chociaż, jak domniemywał Sigmund, życzenie im udanej podróży nie było ich główną motywacją, raczej nadzieja na wkupienie się w łaski rudowłosej lekarki.

– Bardziej interesuje mnie ten, który nas obserwuje – dodała Sigfrieda. Łowczyni nagród swoim zwyczajem pojawiła się znikąd i wskazywała teraz dłonią jedno miejsce na przystani.

Rzeczywiście, brodaty, siwowłosy mężczyzna pilnie studiował barkę przez trzymaną w dłoniach lunetę. Sam “Trandafir” w swojej skrzypiącej i niemal rozpadającej się chwale z pewnością nie zasługiwał na taką uwagę.

Sigmund wlepiał wzrok w oddalającą się postać mężczyzny i zadawał sobie pytanie, czy może to być człowiek, którego spojrzenie czuł na karku nieustannie od opuszczenia kasztelu von Leoric? Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, podczas gdy przystań i miasto Sonnefurt zniknęły za zakrętem rzeki.

***

Podróż mijała spokojnie, w południe z kajuty wyszedł również na pokład sam głównodowodzący całego przedsięwzięcia – Rutger Reuter. Młody przedstawiciel jednej z kupieckich rodzin Wusterburga sprawiał wrażenie nad wyraz sympatycznego i otwartego.

Barwnie opowiadał, jak to wraz ze swoją wspólniczką stawiają nowy młyn, który z pewnością przyniesie wszystkim tu zebranym bogactwa ponad miarę, wszak Rutger potrzebuje zaufanych i pracowitych ludzi, a właśnie takich można znaleźć na pokładzie “Trandafira”.

Kipiący optymizmem chętny do snucia opowieści o przyszłych projektach kupiec nie wydawał się jednak Sigmundowi dobrym kompanem do zabicia czasu na barce. Z niejakim zaskoczeniem doszedł do wniosku, że strzygańska załoga, wbrew jego wcześniejszym uprzedzeniom, okazała się być dużo wdzięczniejszym towarzystwem.

To prawda, że przystrajają się w zbyt dużą ilość wisiorków i amuletów. To prawda, że są głośni i przesądni aż do bólu zębów, nieustannie wspominają o tym, jak to przeklęte jest miejsce, do którego płyną. Chociaż z rozmowy wynikało, że ma całkiem dobrą sprawę, to każde miejsce jest przeklęte, chociaż niektóre bardziej niż inne. To prawda, że stara i niemal ślepa wróżbitka Vadoma podnosiła co jakiś czas zawodzący jęk o nadchodzącym końcu czy innej bestii.

To wszystko prawda, lecz Sigmund nie oceniał ludzi tak powierzchownie. To, co dla niego było ważne, skrywało się w sercu człowieka, a w strzygańskich sercach znalazło się miejsce na miłość do hazardu. Fakt faktem to kości, a nie karty, były ich ulubioną rozrywką, ale w takiej sytuacji nie należy zanadto wybrzydzać.

Suma sumarum, Sigmund wraz z Wernerem z niejaką radością spędzili znaczną część dnia (oraz nocy, bo dopiero wtedy przybili do przystani jednej z gospód przy brzegu, bezpiecznego miejsca na odpoczynek dla strudzonych podróżnych) turlając sześcianami na wieku beczki, radośnie wykrzykując wyniki i odliczając miedziaki z podróżnej sakiewki.

***

Kolejnego poranka ruszyli w drogę już o czasie, jednak i to nie spotkało się z aprobatą czarodzieja. Strzygańskie serca znalazły w sobie również miejsce na liczne napitki, a Sigmund nie lubił odmawiać gościnności, gdy grał. Zatem jej nie odmówił, co zaowocowało delikatnym weltschmerzem, który aż prosił się o rozpoczęcie podróży dnia kolejnego o rozsądniejszej, późniejszej godzinie.

Nikt jednak nie brał pod uwagę opinii czarodzieja. Barka sunęła leniwie naprzód, złowrogo kołysząc się na falach, jakby umyślnie chciała przywołać z gardła alchemika spożyte poprzedniej nocy trunki. Wsparty o burtę Sigmund zaszklonymi oczami wpatrywał się w linię brzegu.

– To browar Bugmana – wtrącił przechadzający się po pokładzie i podejrzanie rześki Werner, wskazując nadbrzeżne ruiny.

Myśli obu pasażerów powędrowały do prowadzonej przez niziołki karczmy, w której podczas minionej zimy mogli rozkoszować podniebienia legendarnym, krasnoludzkim trunkiem. Przyjemne wspomnienie pociągnęło za sobą jednak lawinę innych, już mniej przyjemnych: kasztel, kopalnia i zło w podziemiach…

Sigmund nie odpowiedział.

Łódź płynęła.

***

– Chwała duchom za przeprowadzenie nas bezpiecznie przez te przeklęte wody!, Chwała za litość jaką… – Kolejny okrzyk siedzącej na dziobie starej strzyganki został przerwany głośnym hukiem.

“Trandafir” zatrząsł się i przeraźliwe zgrzytnął dnem sunącym po mieliźnie, wytrącając Sigmunda z równowagi i posyłając go na pokład, który z całą pewnością nie był już ustawiony w poziomie względem reszty światła.

– Aaaa! Ratuuuj! – rozległo się po głośnym plusku wołanie wróżbitki.

– Cóż, to by było na tyle jeżeli chodzi o przepowiadanie przyszłości, trzeba było nie siedzieć na dziobie – nie skrywając uśmiechu pomyślał Sigmund, starając się podnieść i utrzymać równowagę na przechylonym pokładzie barki.

Pośród ogólnego rozgardiaszu i licznych krzyków załogi, jakie rozległy się po uderzeniu o dno, paniczne krzyki Vadomy wyraźnie nabierały na sile i zwiastowały gorsze doświadczenie niż tylko nieplanowaną, choć z pewnością wskazaną kąpiel.

Sigmund ruszył w kierunku dziobu, z którego rozpościerał się widok na całą scenę. Zgodnie z jego przypuszczeniami, to nie czysta woda była głównym powodem paniki wróżbitki, ale grzbiet wielkiej ryby, dłuższej niż powóz. Zbliżał się on nieubłaganie w kierunku tak zgrabnie dostarczonego posiłku.

Brzęk cięciwy rozdarł powietrze

– Cholera jasna – warknął Werner z kuszą w dłoniach, bełt chybił celu. Mytnik starał się jak najszybciej przeładować broń.

– Kawał ryby! – Eike spuściła z cięciwy strzałę, która dla odmiany dosięgnęła morskiego potwora, lecz nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Płynął dalej w tym samym tempie i rozwierał szczęki, by pochłonąć bezradnie miotającą się w wodzie Vadomę.

Sigmund skupił uwagę, odpędzając od siebie natrętne myśli o kołysaniu, kacu i przemożnej chęci zwymiotowania. Tak jak ćwiczył w kolegiach, starał się spleść złoty wiatr magii, skupić umysł i okiełznać pełnię dzierżonej przezeń potęgi.

Mieniący się złotem magiczny pocisk uformował się między wzniesionymi dłońmi Sigmunda i popędził celnie naprzód, wbijając się w łuskowate, obślizgłe cielsko. Wprawdzie swym pojawieniem się wzbudził zrozumiałe poruszenie wśród strzygańskiej widowni, o tyle w opinii ogromnej ryby nie był wart większej uwagi, co niezmiernie Sigmunda zirytowało.

Tymczasem Siegfrieda już przeskakiwała przez burtę, i zanurzywszy się z głośnym pluskiem niemal po pas w chłodnych wodach górnego Sollu, jęła dźgać potwora ostrzem rapiera.

Werner, który najwyraźniej nie potrafił sobie poradzić z przeładowaniem kuszy w tych stresujących okolicznościach, również skoczył do wody, z bluźnierczym okrzykiem na ustach i messerem w dłoni.

Cóż było robić?

– Nie narzędzie, a osiągnięty efekt ma znacznie – zwykł powtarzać mu mistrz Otto podczas nauki w Altdorfie. Z kosturem ujętym mocno w dłoń Sigmund skoczył do wody z zamiarem ubicia morskiej bestii. I chociaż decyzja czarodzieja z pewnością była heroiczna (w opinii głównego zainteresowanego) oraz widowiskowa (poły tuniki furkotały przy skoku, a potem skutecznie krępowały wszelkie ruchy), o tyle okazała się nieco spóźniona.

W międzyczasie skoków, walecznych okrzyków i innego oceniania szans łowczyni nagród kilkoma precyzyjnymi ruchami rapierem poradziła sobie z morską bestią. Z dumnym i lekko zawadiackim uśmiechem skinieniem głowy podziękowała dwóm przemoczonym kompanom za „wysiłek i dobre chęci”.

Rybę nie tylko skutecznie zabito, ale również wyłowiono z myślą o kolacji. Eike zajęła się opatrywaniem licznych, choć przeważnie niegroźnych, ran załogi. Wszystkie materiały budowlane i zapasy, które nie znalazły się na dnie rzeki, zniesiono na brzeg z zamiarem przeniesienia do ponoć niedalekiego już obozowiska.

Pośród ogólnego zamieszania kapitan Reiko ze smutkiem wbijał wzrok w rozłożoną na mieliźnie barkę, kaleką i niezdolną do ruchu.

– Nie ma strachu – stwierdził optymistycznie Rutger – zbierzemy chłopaków z obozu, trochę desek, trochę gwoździ i będzie jak nowa! Jakby drwiąc z tych słów “Trandafir” ostatnim wysiłkiem swej woli rozpadł się na dwie części, z których jedna niesiona prądem zaczęła tonąć, podczas gdy druga pozostała na mieliźnie jako ostrzeżenie dla kolejnych pokoleń marynarzy.

– Pięknie. Po prostu, kurwa pięknie – pomyślał Sigmund, któremu najwyraźniej zaczął udzielać się optymizm kupca.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

9. Długa zima w Sonnefurtr

Zima upłynęła drużynie we względnym spokoju w mieście Sonnefurtr. Każdy z bohaterów starał się dorobić trochę grosza z nadzieją, że wiosną wraz z topniejącymi śniegami ruszą w dalszą podróż.

Sigfrieda zajmowała się głównie łapaniem pomniejszych złodziejaszków, za których władze miasta zechciały wystawić nagrodę. Współpracując z miejscowymi organami ścigania zdołała również ustalić, że Olivier Kurtz – właściciel fiołkowego kapelusza – pochodził z Reiklandu, natomiast dwójka ludzi z jego bandy o imionach Heinrich i Steffan pochodziła z Wusterburga.

Złote korony zdobyte podczas ostatniej, obfitującej w atrakcje podróży, młoda łowczyni nagród postanowiła przeznaczyć na zakup skórzanego pancerza słusznie przewidując, że taka inwestycja opłaci się w przyszłości.

Natomiast Eike miała pecha, znaleziony w starej leśniczówce mieszek wypełniony złotymi monetami został jej skradziony, zatem zmuszona była spieniężyć swoje medyczne umiejętności świadcząc usługi cyrulika, z nadzieją że uda jej się zarobić nie tylko na utrzymanie, ale również na nieodzowną parę nowych korali.

Pomijając jednak pogoń za pieniędzmi, lekarka postanowiła również przetrząsnąć miejscowe biblioteki i księgozbiory w poszukiwaniu miejsc oznaczonych na starej mapie. odnalezionej w podszewce fiołkowego kapelusza. Udało jej się uzyskać następujące informacje:

2475 KI – Wieś Mütten

We wsi Mütten rozgorzała zaraza “Ratte Fever” jak donieśli nieliczni uciekinierzy. Jednak gdy siostry z zakonu Shally dotarły tam by nieść pomoc potrzebującym, wieś zastały całkowicie opustoszałą – bez ludzi, bez zwłok, bez widocznych śladów walki.

Sigmund, również starał się uciułać kilka miedziaków użyczając swojej ekspertyzy alchemicznej. Dodatkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się trafić na aukcje prywatnej biblioteki jednego ze zmarłych radców miejskich.

Jego uwagę przyciągnęła pozycja “Polygraphiae Libri Sex”. Chociaż cena 10 złotych koron była zbyt wysoka jak na możliwości wciąż obciążonego kredytem studenckim czarodzieja, udało mu się dojść do porozumienia z reprezentantem antykwariatu “Morte-Unnbenant” z siedzibą w Nuln prowadzącym aukcję. Na mocy zawartej, dżentelmeńskiej umowy Sigmund połowę ceny zapłacił z góry, a pozostałą jej część zobowiązał się uiścić w dogodniejszym terminie, oczywiście w zamian za przyszłą, bliżej niesprecyzowana przysługę.

Werner natomiast spędził zimę na rogatkach miasta. Długie i spokojne noce przerywane czasem pobieraniem miedziaka od każdej nogi przekraczającej bramy zapewniły mu jakże zasłużony wypoczynek, a fakt że wiele z wpłaconych przez podróżnych miedziaków często wędrowały do jego własnej sakiewki, zdecydowanie zrekompensował mu wszelkie straty moralne związane z piastowanym stanowiskiem.

Jedynym wydarzeniem zasługującym na uwagę był przyjazd Guntera Langa – strażnika dróg. Wracając z Kreutzhoffen natknął się on na wrak dyliżansu, którym podróżowali bohaterowie i powodowany poczuciem obowiązku, prowadził właśnie śledztwo w tej sprawie. Postanowił zasięgnąć języka u Wernera, ten opisał mu wszystkie wydarzenia związane z napędem, za którym stał Olivier Kurtz wraz ze swoimi zbirami, historię kasztelu von Leoric i znajdującej się pod nim kopalni pozwolił sobie jednak pominąć.

Gunter wyjawił natomiast, że właścicielką kompanii “Elfia Strzała” do której należał dyliżans jest niejaka Anna Vergun, mieszkająca w Wusterburgu.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Sergey Lameyko

7. Z woli bogów

21.10.2511, kasztel von Leoric

– Krasnoludzka kopalnia – obwieścił światu oraz wszystkim zebranym Sigmund, rozświetlając wejście złotym światłem sączącym się z magicznej kuli na szczycie kostura.

– To by wyjaśniało legendy o skarbie – zauważył Werner, dzierżąc w dłoni dużo bardziej tradycyjne źródło światła w postaci zwykłej pochodni.

– To co, zobaczmy, czy kryje się w nich jakieś ziarno prawdy? – Entuzjastycznie zaproponowała Eike.

Powoli, ostrożnie drużyna ruszyła ciemnym korytarzem. Z wyciągniętą bronią zagłębiali się w coraz gęstszą ciemność. Przedtem nie określiliby dziedzińca kasztelu jako wybitnie gościnnego, teraz jednak, z każdym kolejnym krokiem oddalając się od wyjścia na powierzchnię, dziedziniec wydawał im się wyjątkowo bezpieczny i zapraszający.

Równy korytarz stopniowo schodził coraz niżej, co jakiś czas odsłaniając jakieś odgałęzienie, wykute jednak w dużo bardziej prymitywny sposób. Wąskie i nieregularne mniejsze korytarze przywodziły Sigmundowi na myśl słowa mistrza kowalskiego, u którego kiedyś terminował. Krasnolud nie miał zbyt wysokiego mniemania o ludzkim rzemiośle i zwykł nazywać je: partactwem, odwaloną na szybko chałturą, bez polotu i finezji. W tym momencie Sigmund musiał w myślach przyznać rację brodaczowi.

Przy drgającym świetle płomieni, w ciszy przerywanej jedynie ich własnymi krokami, dotarli wrzeszczcie do końca głównego tunelu. Ich oczom ukazał się kwadratowy, wypełniony zatęchłą wodą basen, którego brzegi oznaczono licznymi znakami runicznymi, zaś na posadzce zauważyli dwa sześcioboczne otwory.

Sigmund, chociaż znał podstawy krasnoludzkiego pisma, nie potrafił rozpoznać  znaków. Podejrzewał, że jest to jakaś forma starszych run. Przeznaczenia otworów natomiast domyślił się w lot i wyciągnął jeden z metalowych przedmiotów odnalezionych w skrzyni dyliżansu. Zgodnie z przewidywaniami, idealnie wpasował się w sześciokątne wycięcie w podłodze.

– Teraz drugi – rzucił z ekscytacją do Wernera.

Werner nie kazał na siebie długo czekać i rychło oba klucze znalazły się w miejscach ewidentnie do tego stworzonych. Wprawdzie brakowało instrukcji, ale intuicja bohaterów podpowiedziała im, że nie powinna zaszkodzić próba równoczesnego ich przekręcenia.  W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło (dobrego ani złego, co czasem liczy się bardzo na plus), jednakże jakiś dawno zapomniany mechanizm musiał wciąż spełniać swoje zadanie. Coś drgnęło, a po chwili zauważyli, że poziom wody w basenie powoli, bardzo powoli się obniża i zaczyna odsłaniać kolejny, biegnący w dół korytarz. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w wodę.

– W tym tempie zajmie to dobrych kilka godzin, zanim będziemy mogli ruszyć dalej – stwierdziła w końcu zniecierpliwiona Sigfrieda. – Wróćmy na powierzchnię odpocząć. Będziemy mieli lepszy widok na okolicę, zamiast siedzieć tu jak szczury w piwnicach.

Przyznawszy rację głosowi rozsądku, rozbili obozowisko na zniszczonym dziedzińcu. Ruiny kasztelu nie wzbudzały wystarczającego zaufania, aby spędzić noc pod jego stropami, zaś sama kopalnia, przesiąknięta wilgotnym i stęchłym powietrzem, również nie napawała nadzieją na spokojny sen.

***

Sigmund obudził się nagle, całkowicie przytomny i drżący ze strachu. Coś usłyszał, czy tylko mu się przyśniło? Wytężył słuch, wiatr hulał po dziedzińcu i opuszczonych budynkach, a żar skrzył się w ognisku, rozstawionym pod firmamentem gwiazd i księżyców.

– Dum dum. Dum dum. – Ledwie słyszalne rytmiczne uderzenia niosły się z oddali. Natychmiast zerwał się z posłania. Pozostała dwójka wciąż spała, zaś Sigfrida, ledwie dostrzegalna na szczycie muru, wpatrywała się w ciemność.

– Słyszałaś? Bębny! – Bardziej wyszeptał niż krzyknął, wbiegając na blanki.

– Tak. Będziemy mieli też gościa – Sigfrieda wskazała niewielkie światło latarni zmierzające w ich stronę po tafli zamarzniętego jeziora. – Czas obudzić pozostałych.

Pośpiesznie zebrali obozowisko i w napięciu oczekiwali na nieznajomego. Po dłuższej chwili nerwowego wyczekiwania, przez bramę przeszła zakapturzona postać wspierająca się długim kosturem, u szczytu którego tańczył świetlisty lampion.

– Niechaj spłynie na was łaska Młotodzierżcy, dobrzy ludzie – przywitała się Agatha, odsłoniwszy skrytą w cieniu kaptura twarz. Jej słowa, chociaż uspokoiły bohaterów, wywołały w ich głowach cały nawał pytań.

– Co tutaj robisz? – Pierwsza wybiła się ze zdziwienia Eike.

– Wypełniam wolę Sigmara, tak jak i wy – odparła kapłanka, zrzucając obok dogasającego ogniska pokaźnych rozmiarów podróżny worek i siadając na nim.

– A niby skąd wiedziałaś, że tu będziemy? – Dorzucił Sigmund z dozą, jak sądził, zdrowego sceptycyzmu.

– Kowal nie tłumaczy podkowie, co z nią zrobi. Podobnie bogowie nie wyjawiają swoich planów zwykłym śmiertelnikom, którymi się posługują – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem kapłanka.

– Ty, jak rozumiem nie jesteś jednak zwykłą śmiertelniczką – dodał z przekąsem Werner, który z pewnością nie miał najmniejszej ochoty mieszać się w sprawy bogów i szczerze pragnął pozostać przez nich niezauważonym.

– Powiedzmy, że jestem narzędziem, które wreszcie zdaje sobie sprawę do czego je przeznaczono – cierpliwie opowiedziała Agatha przeczesując siwe włosy spięte w gruby warkocz.

– Dum, dum. Dum, dum. – Ponownie rozległ się słyszany teraz już wyraźnie przez wszystkich tętent bębnów.

– Nie jesteśmy jednak jedynymi narzędziami, które komuś służą – kapłanka odpowiedziała na malującą się na twarzach zebranych trwogę.

– To co my tu robimy? – Dociekała zakłopotana Eike.

– To długa historia, ale mamy jeszcze czas – wzrok Agathy spoczął na żarzącym się ognisku. – Ten kasztel powstał ponad siedemdziesiąt lat temu, choć jego obecny stan mógłby wskazywać na dużo dłuższą historie. Hrabia Dietrich von Leoric postanowił obrać to niegościnne miejsce na swoją siedzibę za namową pewnego czarodzieja, Lazarusa. Ten ambitny astrolog twierdził, że spoglądając w gwiazdy odnalazł miejsce największego skarbu w Imperium. By się do niego dostać potrzebował wsparcia kogoś, kto miał prawa do tej ziemi oraz majątek, który pozwoliłby na rozpoczęcie badań i wykopalisk.

Lazarus nie kłamał, na wyspie na jeziorze w górskim kraterze rzeczywiście odnaleźli pozostałości starożytnej, krasnoludzkiej kopalni. Nasi brodaci bracia nie wyczerpali jednak wszystkich bogactw tego miejsca. W skałach wciąż skrzyły się żyły złota, co pozwoliło na wznowienie pracy kopalni oraz sfinansowanie budowy wszystkiego, co widzicie dookoła – zmęczony wzrok Agathy skupił się teraz na ziejących pustką oknach kasztelu.

I chociaż kopalnia stała się źródłem wielkiego majątku dla hrabiego, to jedna jej część wciąż pozostała niezbadana. Krasnoludzcy inżynierowie, wykorzystując dawno zapomniane artefakty, zalali wiele ze starożytnych szybów. Drążąca w głowach władcy i czarodzieja myśl o tym, jakie jeszcze skarby mogą się tam ukrywać, nie dawała im spokoju.

Całe lata zajęło im odnalezienie kluczy, które pozwalały na ponowne uruchomienie mechanizmu kontrolującego poziom wody w czeluściach kopalni. W końcu, gdy osuszono całe podziemia, na jaw wyszła prawdziwą ich głębia i ogrom. To, co widzieli dotychczas, stanowiło jedynie przedsionek właściwych podziemi, korytarze i szyby ciągnęły się niemalże w nieskończoność. Na samym dole dotarli do niezwykłej komnaty ozdobionej tajemniczymi runami. Była ona jednak zamknięta, brakowało trzeciego krasnoludzkiego klucza.

Jakaż była wściekłość Lazarusa, gdy dowiedział się, że jego skarb, do którego drogę odnalazł w gwiazdach, wciąż jest poza jego zasięgiem. Próbował wszystkiego, by przedrzeć się do tajemniczego pomieszczenia, lecz ani jego magia, ani najlepszy proch ściągany z Imperialnych Arsenałów nie był wstanie skruszyć skał wokół komnaty.

Jednak wszystko, co zostało zapisane w niebiosach, musi się spełnić. Szlachcic i czarodziej wzajemnie podsycali swoją obsesję i wydali niejedną fortunę próbując dostać się do środka. Wynajmowali całe grupy najemników, którzy przeczesywali najdalsze zakątki Starego Świata, próbując odnaleźć ostatni, brakujący klucz. Na daremno.

Pewnego dnia sam z siebie pojawił się nieznajomy, który posiadał to, czego tyle lat bezowocnie szukali. Oddawszy mu wszystko, co jeszcze pozostało z ich niegdyś ogromnego majątku, zdobyli wreszcie upragniony ostatni klucz. Czarodziej, w godzinę swojego tryumfu, wraz ze swoim panem i jego gwardią honorową zeszli w mrok najgłębszych korytarzy, by odpieczętować komnatę.

W środku znajdował się wielki kamień, który wyglądał, jakby spoczywał w tym miejscu na długo przed narodzinami samego Sigmara. Lazarus, pochłonięty rządzą posiadania skarbu nie zwrócił uwagi na dziwną i niepokojącą moc bijącą z kamienia. Rozkazał strażnikom, od dawna już posłusznym jego rozkazom, by zabili hrabiego.

– Skąd wiesz to wszystko? – Wyszeptała Eike, dla której historia o starożytnych kopalniach i podziemiach wydawała się nieprzyzwoicie wręcz interesująca.

– Astromanta widział wiele patrząc w niebo, lecz tam w dole, pod skalnym sklepieniem nie dostrzegł dziecka, skrywającego się w cieniach. Dziewczynka widziała jak jej ojciec, który od tylu lat skupiał się jedynie na swoim dążeniu do skarbu, zostaje zamordowany przez własną straż. W przerażeniu i rozpaczy wybiegła z ciemności komnaty i przekręciła ponownie klucz, zamykając maga i zdrajców w środku. Gdy Lazarus w gniewie przywołał swoje moce i ciskał z nieba gwiazdy, które obracały wszystko w ruinę, dziewczynka uciekała już z wyspy, przełykając gorzkie łzy i mając tylko nadzieję, że nigdy przenigdy nie zobaczy już tego miejsca.

Zapadło długie milczenie, przerywane jedynie odgłosem dogasającego ogniska.

– Jeżeli ten Lazarus został zamknięty tam na dole kilka dekad temu – przerwał w końcu ciszę Werner –  to co my do cholery tu robimy?

– Obawiam się, że on tam wciąż jest. I czeka – odpowiedziała niemal przepraszająco Agatha.

– Dum, dum! Dum, dum! – Nagle zdali sobie sprawę, że odgłos bębnów cały czas narastał, podczas gdy wsłuchiwali się w opowieść kapłanki.

Sigfrieda wbiegła na mury i z przerażeniem patrzyła na dziesiątki pochodni posuwających się po jeziorze w kierunku zamku. Tafla lodu pękała pod ciężarem małych, pokracznych postaci, zsyłając je w lodowatą toń, lecz były ich setki, jeżeli nie tysiące. Wszystkie nie utoną, nie ma takiej możliwości – pomyślała i podniosła alarm:

– Zielonoskórzy! Armia Zielonoskórych!

– Czy ten kamień na dole to… – Nie zdążył dokończyć Sigmund.

– Tak – odpowiedziała kapłanka wznosząc głowę ku niebu, na którym mniejszy z księżyców lśnił wyjątkowo jasnym, zielonkawym światłem – Ukochany Morra. Jego dar dla ludzkości.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Eduardo Pena