6. Stary kasztel

21.10.2511, w drodze do kasztelu von Leoric

Ryby złowione przez Ruperta ze wsi Hëuten świetnie sprawiły się jako śniadanie. Drużyna dziarsko maszerowała po starym gościńcu, w towarzystwie młodzieńca, który, jak się okazało, nie potrafi znieść otaczającej go ciszy. A u stóp majestatycznych Gór Czarnych ciszy było aż nadto. Promienie słońca rozlewały się po ośnieżonej scenerii i gdyby nie okoliczności oraz nieubłaganie narastający mróz, wędrówka mogłaby być niemal przyjemnością.

Zgodnie z zawartą o poranku umową, Rupert jeszcze przed zmrokiem doprowadził wszystkich do starej leśniczówki, o której wcześniej wspomniał podczas „przesłuchania”. Mała drewniana chatka z pewnością nie pozostawała w czynnym użytku, jednak ślady niedawnych mieszkańców potwierdzały słowa młodzieńca. Ktoś się tu zatrzymał, o czym świadczyły: pozatykane dziury w ścianach i dachu, przygotowane na podłodze posłania, rozstawione przy palenisku drewno na opał, i nawet resztki jedzenia lekko tylko nadpsute w kociołku.

Skrzypienie jednej z podłogowych desek zasugerowało Eike obecność „ukrytej” pod podłogą skrytki. której zawartość postanowiła dyskretnie sprawdzić. Ku jej miłemu zaskoczeniu trafiła na wytarty mieszek z dziesięcioma złotymi koronami, pięknie mieniącymi się w blasku zachodzącego słońca. Bez chwili wahania medyczka obwieściła całej kompanii dobrą nowinę, działając w imię zasady, że radość powiększa się wraz z ilością odczuwających ją osób. Oczywiście przed podziałem uczciwie odliczyła koszty swoich dotychczasowych strat moralnych, minimalne koszty ekspertyzy lekarskiej, a także dodatek funkcyjny na zakup nowych korali. Wszak stare, jak sama nazwa wskazuje, są już stare.

Pozostałą połowę zawartości mieszka Eike podzieliła równo między wszystkich, wzbudzając zgodnie z przewidywaniami uśmiechy na twarzach całej drużyny. Wśród ogólnej wesołości tylko poborca myta, przez którego ręce przeszło już wiele cudzych pieniędzy zauważył, że nie oberżnięte monety błyszczały licem Imperatora Magnusa Pobożnego. Musiały mieć zatem ponad dwieście lat! Obserwacja ta bynajmniej nie miała powstrzymać go przed przyjęciem monet, wszak ładnie dopełniały kolekcję wcześniejszych, opatrzonych wizerunkiem tego samego władcy, które znalazł w bucie leżącym na szlaku.

Po zadomowieniu się w leśniczówce rozgorzała wśród drużyny dyskusja pod tytułem „co dalej”. Z jednej strony kilka złotych monet zostało uznane za uczciwą zapłatę za spacer po górach, z drugiej słowo „skarb” zdążyło się już zadomowić w głowach bohaterów.

– No dobrze, rozstawimy warty i rankiem wszyscy ruszamy do kasztelu – postanowił zakończyć dyskusję Werner.
– Nie, panie! Starsi we wsi gadają, że nie lza tam łazić! – Nagle wyraźnie poddenerwowany Rupert pozwolił sobie dołączyć do rozmowy.
– No, oczywiście że tak gadają! Jak inaczej mogliby gadać! – Alchemik ponownie podjął swoją tyradę.

Reszta jednak szybko uznała, że młody chłopak w zasadzie nie jest już potrzebny, zatem rano może ruszyć w swoją stronę, całkowicie nie przypadkiem będącą przeciwną do kasztelu. Oni natomiast, motywowani akademickim pędem do wiedzy i poznania, podejmą się w imię nauki zbadania zabytkowych ruin.

Jak postanowili, tak też zrobili. Noc minęła bez większych niespodzianek, po śniadaniu pożegnano Ruperta i nawet wyposażono go w kilka srebrnych monet, co najpierw wprawiło go w osłupienie, a zaraz potem wywołało kolejną lawinę słów: o jego wdzięczności, o wspaniałomyślności szacownych podróżnych (tu wszyscy zgodnie pokiwali głowami), życzeń błogosławieństw wszystkich bogów, jak i zapewnień o dozgonnej przyjaźni.

Cały dzień minął na mozolnej wspinaczce zniszczonym, kamiennym gościńcem. Podczas gdy drużyna pięła się coraz wyżej, temperatura, jak to ona ma w zwyczaju, systematycznie malała. Krajobraz, przez niektórych nazwany pięknym, naszym bohaterom wydawał się jednak głównie niegościnny. Zdeterminowani podążali jednak dalej wytyczonym szlakiem.

Późnym popołudniem udało im się wreszcie dotrzeć do przełęczy, z której rozpościerał się widok na cel ich podróży. Ogromne, skute lodem jezioro usadowiło się w okręgu pasma górskiego niby w kraterze, zaś na jego środku, na niewielkiej wyspie wznosiły się ruiny kasztelu. Zapewne w dniach jego świetności można było dostać się tam mostem, jednak teraz jedynie szczerbate przęsła sterczały z zamarzniętej tafli jeziora, jednoznacznie wskazując bohaterom konieczność obrania innej drogi.

Marsz po skrzypiącym lodzie okazał się męczącym i wysoce niebezpiecznym wyzwaniem. Buty ślizgały się na poduszce świeżego śniegu, który przykrywał lodową powierzchnię jeziora i dawał złudne wrażenie stąpania po stałym gruncie. Im dalej w stronę wyspy, tym mniej tego złudzenia pozostawało. Każdy krok wydobywał niemiłosierne skrzypienie, a niepokojącym wrażeniom słuchowym towarzyszyły wizualne, w postaci drobnych, lecz złowrogich pęknięć, wieszczących rychły koniec całej podróży.

Zdeterminowani, i nieco już zdesperowani, bohaterowie odrzucili cały zbędny bagaż i wytrwale posuwali się dalej. Przewiązana linami, krocząca w równych odstępach czteroosobowa tyraliera pod koniec przeprawy wznosiła modły do wszystkich po kolei bogów. Prawdopodobnie któryś z nich rzeczywiście usłyszał wołania i postanowił okazać łaskawość, jako że mroczna i lodowata toń jeziora nie otwarła się przed żadnym z bohaterów aż do samego celu tej ryzykownej przeprawy.

Na dziedziniec dostali się przez zbutwiałe pozostałości otwartej bramy. Przywitał ich posępny widok zniszczonego kasztelu, ozdobionego jedynie smukłą wieżą oraz smętnymi ruinami budynków gospodarczych, których stan nie pozwalał dociekać, do czego mogły służyć dawnym mieszkańcom. Cały dziedziniec, wraz ze stojącymi jeszcze kamiennymi budynkami usiany był śladami po uderzeniach pocisków, które musiałyby być chyba ciskane przez gigantów, czy może to same niebiosa w złości postanowiły wymazać to miejsce z oblicza świata.

Z posępną ostrożnością, w towarzystwie świszczącego wiatru, bohaterowie rozglądali się po głównej budowli. Niewątpliwie byli pierwszymi ludźmi od wielu lat wędrującymi po szerokich korytarzach, wśród pokoi dla służby i dla panujących. Szybko przekonali się, że cokolwiek, co mogło przedstawiać jakąś wartość lub rzucać światło na losy tego miejsca, już dawno zostało zrabowane lub zniszczone, jeżeli nie przez rozumne istoty, to przez nieubłagany upływ czasu i siły natury.

– Proponowałbym sprawdzić teraz wieżę – z widocznym entuzjazmem zaproponował Sigmund.

Smukła konstrukcja pięła się wysoko ponad zapadnięty dach kasztelu, jej szczyt zwieńczały pozostałości czegoś, co mogło być kiedyś kopułą. Czarodziej od razu pomyślał o znanych mu z Altdorfu obserwatoriach astronomicznych. Takie miejsce musiało wiązać się z wiedzą, a jak pamiętał z formuł alchemicznych wiedza równa się potędze.

Wewnątrz wieży parter zdawał się być dawno temu niewielką komnatą, piętro nad nią sugerowało prywatny pokój. Wyżej pięły się już tylko spiralne schody, prowadzące zapewne na szczyt. Jednak gdzieś w połowie drogi do góry drewniane stopnie zmieniały się w ich blade wspomnienie, ostrzegawczo skrzypiąc pod najmniejszym nawet naciskiem.

– Będzie lepiej, jak sama tam wejdę – stwierdziła Sigfrieda. Pozbyła się ostatnich bagaży i zgrabnie zaczęła wspinać się po coraz rzadziej rozmieszonych deskach. Dla pozostałej części drużyny zwinność jej ruchów przypominała bardziej akrobatę balansującego na linie lub dzikiego kota na polowaniu. Chwilę stali, przyglądając się znikającej w górze Sigfriedzie.

Sigmund musiał przyznać, że niewielka blondynka z pewnością poradzi sobie lepiej od niego, ale bezczynne czekanie mierziło go okrutnie. Postanowił zatem jeszcze raz gruntownie zbadać podnóże wieży. Eike i Werner także rozsądnie uznali, że przeszukanie pomieszczeń bliżej poziomu gruntu jest właśnie tym, czym chcą się zająć. Przeczucie nie zawiodło czarodzieja, gdyż po dokładnym sprawdzeniu ścian okazało się, że za jedną z nich skrywają się schody, dla odmiany prowadzące w dół.

Wyszeptał kilka tajemnych słów, które przywołały niewielką kulę złotego światła umieścił ją na szczycie laski, którą się wspierał i w jej blasku postanowił przekonać się, co skrywa mrok podziemi.

Tymczasem droga Sigfriedy coraz bardziej przypominała wspinaczkę, niż wchodzenie po pozostałościach schodów. Lekkość jej niewielkiej postury oraz doświadczenie w wymykaniu się z rodzinnego domu pozwoliły znajdować oparcie dla rąk i nóg w miejscach, gdzie nikt inny z drużyny nie utrzymałby się nawet kilka sekund.

Gdy wreszcie dotarła na szczyt, przywitał ją mroźny świst wiatru oraz widok rozciągający się na otaczające jezioro szczyty. W ruinach obserwatorium, bo było to rzeczywiście obserwatorium astronomiczne, nie znalazła niczego wartościowego. Zniszczone instrumenty nie dawały nawet odrobiny nadziei, aby mogłyby posłużyć do czegokolwiek nawet w rękach najbardziej zdeterminowanego badacza. Po dłuższej chwili, w jednym z kątów, przygniecione nogą stołu, znalazła kilkanaście złożonych kart pergaminu wypełnionych rzędami cyfr. Przy braku bardziej treściwych znalezisk, postanowiła zanieść je alchemikowi z nadzieją, że może jemu wyjawią jakieś informacje.

Tymczasem piwnica wieży stała się domeną żywiołu wody, i do tego zatęchłej. Zirytowany czarodziej, brodząc w wodzie niemal po kolana i bardzo starał się odnaleźć coś interesującego, co w jego własnych oczach nadałoby sens jego aktualnemu położeniu. Jednak i ta część budynku doznała wielu zniszczeń przez lata opuszczenia. Ostatecznie udało mu się wyłowić z przegniłej szuflady przegniłego biurka stary, dla odmiany nieprzegniły notatnik, który sprawiał wrażenie, jakby tylko czekał na uratowanie z tego zapomnianego miejsca.

– Tablice astronomiczne i zapiski z obserwacji nieba – domniemywał głośno czarodziej świdrując wzrokiem zawartość notatnika oraz kart przyniesionych przez Sigfriedę, gdy cała czwórka spotkała się ponownie na dziedzińcu i raczyła kolejnym prowizorycznym posiłkiem.

Astronomia nie była jednak jego życiową pasją, której poświęcałby każdą wolną (i niewolną) chwilę, dlatego też szczegóły znalezisk miały pozostać na razie zagadką. Kierując się uzasadnionym podejrzeniem o znacznej wartości, pieniężnej lub naukowej, papierów, postanowił wszystko pieczołowicie spakować, wraz z przyrządami do pisania, które stanowiły jedną z jego najcenniejszych ruchomości.

– Wydaje mi się, że przed zmrokiem zdążymy jeszcze sprawdzić, co jest tam… – Werner wskazał w kierunku pokaźniej bramy wykutej w skale tworzącej naturalny mur na tyłach kasztelu.

– No oczywiście, że musi być jeszcze jakieś „tam” – zgryźliwie skomentował Sigmund, chlupocząc stopami w przemoczonych butach, z niezadowoleniem odklejając od mokrych spodni poły równie mokrego i tylko trochę uwalanego szlamem płaszcza.

Spis treści
Inne przygody

Zdjęcie pochodzi z exposenature.blogspot.com

5. Stojąc przy koniach


21.10.2511, okolice wsi Hëuten


– Trzecia warta jest najgorsza – przeklinała w myślach pełniąca ją Sigfrieda. Ciepło ogniska przyjemnie grzało ją w plecy, podczas gdy wzrok wbijała w ledwie widoczny w dole szlak. Pozostali towarzysze spali w najlepsze, rozścieliwszy posłania na tyle blisko ognia, na ile było to możliwe, by nie zamienić się przy okazji w żywą pochodnię.

Wciąż mając w pamięci jakże wykwintny obiad, składający się z gołębi pocztowych oraz podróżnych racji żywnościowych, dodatkowo zakrapiany resztkami z Wernerowej flaszki, wpatrywała się w otaczający ich mrok.

Wielkie i mokre płatki śniegu nieprzerwanie sypały się z nieba, skutecznie przesłaniając światło gwiazd i obu księżyców, również zasłoniętych całunem chmur.

– To dobrze – kontynuowała swój wewnętrzny monolog. – Zasypią nasze ślady, chociaż wytropienie nas w taką pogodę i tak byłoby niemożliwe. Słaba widoczność ukryje też blask ogniska, a w taką noc nie wiadomo, czy groźniejsze jest światło, co zdradza nas tutaj, czy jego brak i przenikliwe zimno oddechu Ulryka…

Wtem kątem oka zauważyła jakiś ruch na szlaku rozpościerającym się kilkadziesiąt stóp poniżej obozowiska. Pośpiesznie rzuciła w ogień kilka garści śniegu. Dała sobie parę chwil, aby źrenice przyzwyczaiły się do ciemności i bezszelestnie, skrywając się za pniami drzew, ruszyła w kierunku drogi.

Wzrok jej nie mylił. Na białym tle gościńca wyraźnie odcinała się sylwetka leżącego wędrowca. Nie zwlekając, podeszła do ciała i upewniła się, że wciąż tli się w nim życie. Ledwo bo ledwo, ale jednak. Starając się działać jak najszybciej, choć z wyraźnym mozołem, przyciągnęła ciało do obozu. Niezwłocznie obudziła też Eike, wybitnie niezadowoloną z takiego obrotu sytuacji.

W świetle ponownie wznieconego ognia wyszło na jaw, że tajemniczym wędrowcem jest nie kto inny jak Rupert – młodzieniec poznany poprzedniej nocy w karczmie.

– Rana na boku, kilka siniaków, zadrapań i drobnych otarć, ale będzie żył. Jest tylko zmarznięty, wycieńczony i pewnie głodny jak diabli – zakończyła swoje oględziny lekarka, podczas gdy reszta towarzyszy z niechęcią żegnała wspomnienia snu.

– To co z nim robimy? – Zawisło w powietrzu pytanie Wernera.

Eike nie zamierzała dopuścić, by pozostawiono rannego na pastwę losu, tym bardziej, że po oględzinach stał się już jej „pacjentem” – pierwszym prawidzwym na szlaku! Pragmatyzm reszty drużyny wymógł jednak przedsięwzięcie pewnych środków ostrożności. Nieprzytomnego Ruperta położono przy ogniu i w miarę możliwości nakarmiono pozostałością “pocztowej polewki”, a na koniec Siegfrieda prewencyjnie i fachowo skrępowała mu ręce i stopy. Akceptując taki kompromis wszyscy poszli spać i tylko Sigmund został na posterunku, wszak to jemu przypadła w udziale ostatnia warta.

Opady śniegu ustały wraz z nadejściem poranka, a szare chmury rozstąpiły się, pozwalając słońcu mienić się i iskrzyć w kryształkach świeżego śniegu. Jedyne czego jego blask nie rozświetlił, to przerażona twarz obudzonego kopniakiem Ruperta, który związany z narastającą paniką w oczach obserwował czwórkę otaczających go, uzbrojonych ludzi.

– Chyba musimy porozmawiać – zaczął Werner nonszalancko siadając na pobliskim pieńku i kładąc jednocześnie swój wysłużony masser na kolanach.

– Ja naprawdę nie wiedziałem, co oni planują, wielmożny Panie – Rupert od razu przeszedł do defensywy, wybałuszywszy w przerażeniu wielkie, brązowe oczy.

– Jacy oni? – Chłodno zapytała Sigfrieda, niby od niechcenia kręcąc wolne młynki rapierem.

– No, Olivier i ta jego banda – pośpiesznie dopowiedział chłopak.

– Jaki Olivier? – Ciągnął beznamiętnie Werner.

– No, taki bogaty, w wymyślnym kapeluszu. Musowo z jakiego wielkiego miasta przyjechał i srebrem płacił – Rupert wypluwał słowa z prędkością karabinu. Eike, obserwując pośpiesznie unoszącą się i opadającą się pierś młodzieńca, zastanawiała się, czy zaraz ze strachu nie straci on przytomności.

– W takim kapeluszu? – Pokazał swoje znalezisko Werner.

– Właśnie w takim! Kurtz, Olivier Kurtz. Z Nuln chyba, albo z Reiklandu, bo gadał jakoś tak dziwnie – dodał Rupert z wyraźną ulgą, że jego słowa znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości.

– A ty, co tu tak właściwie robisz? – Dodała miękko Eike, starając się zapobiec ewentualnemu zawałowi.

– Za przewodnika robiłem, dobra Pani – Rupert najwyraźniej zauważył, całkiem rozsądnie zresztą, że tak długo jak mówi, tak długo nikt krzywdy mu nie robi. A skoro mówić przecież potrafił, to nie zamierzał przestawać. Miało mu to zostać na dłużej.

– U nas we wsi bieda, ojciec chory i jak pojawił się taki bogacz i szukał przewodnika, coby go oprowadzić po naszej okolicy, tom pierwszy się zgłosił – wypinając pierś dumnie zakończył chłopak.

– I gdzie go oprowadzałeś, po tej waszej okolicy? – Z prawie szczerym zainteresowaniem wtrąciła Sigfrieda.

– No wszędzie, wielmożna Pani, wszędzie! I po wsi dokładnie, i szlak pokazałem jeden i drugi – Wyraźnie chciał dalej prowadzić opis atrakcji turystycznych tej zapomnianej przez bogów okolicy. – I starą leśniczówkę pokazałem też, coby z kompanami na łowach mieli się gdzie zatrzymać…

– Dość! Jak zorganizowaliście napad? – Warknął zniecierpliwiony Werner.

– Ja nie wiedział, że napad będzie – panika wróciła do głosu chłopca ze zdwojoną siłą. – Pan Olivier mówił, że odebrać z dyliżansu musi rzeczy i kazał zatrzymać się w karczmie, a jak dyliżans się pojawi, to na sam pierw rankiem na przełaj gnać przez las i mu powiedzieć, że jedzie – cicho dokończył, zdając sobie sprawę, że nie stawia go to w najlepszym świetle.

– A potem? – Ponaglał Werner

– Ano, przy koniach kazali mi stanąć i pilnować, coby się nie zerwały. Ale potem jakieś krzyki i ryki, i konie się zerwały. No to ja na jednego żem wskoczył, ino konia poniosło, a potem zdechł, bo taką strzałę miał w… we sobie, o taką – tutaj Rupert wyraźnie chciał pokazać, jaka wielka to była strzała, jednak skrępowane z plecami ręce na to nie pozwalały. Rezygnując z prób demonstracji, ciągnął dalej:

– I potem to już piechotą samojeden starałem się do Hëuten wrócić. Ale noc była, coraz zimniej, ja coraz słabszy. No i tu się obudziłem – powiedział Rupert z wyrazem twarzy mającym zapewniać o jego całkowitej niewinności.

– A widziałeś coś może podczas ataku, to znaczy „odbierania rzeczy z dyliżansu”? – Ośmielająco dopytywała Eike.

– No, nic nie widziałem, bom jedynie w lesie stał. Przy koniach… – Kontynuował z rozbrajającą szczerością.

– No, oczywiście że stałeś przy koniach! – Krzyk Sigmunda przerwał zdanie chłopaka wprawiając wszystkich w osłupienie. – Gdzie indziej mógłbyś być, jak nie stać przy koniach!? – Kontynuował czarodziej retorycznie, wypluwając z siebie całą frustrację i niewyspanie, metaforycznie i dosłownie.

– Ze wszystkich możliwych miejsc w całym Imperium, z których mógłbyś dostrzec cokolwiek użytecznego, musiałeś oczywiście… stać… przy koniach… – tyrada Sigmunda rozpoczęta rykiem złości zakończyła się smutnym, bezsilnym szeptem. Szeptem człowieka, który doskonale zdaje sobie sprawę, że za wszystkim wydarzeniami na całym świecie, za wszystkim co złe co mu się kiedykolwiek przydarzyło, bądź przydarzy w przyszłości, nie stoi przypadek, los, lub nawet sami bogowie. Nie. Za tym wszystkim stoi nieugięta wola jednej istoty, która z jakiegoś powodu go nie lubi i całe dzieło stworzenia służy tylko temu, aby w pełni wyrazić tę jakże osobistą i niczym niesprowokowana niechęć do jego osoby.

– …pytali też o stary kasztel i skarb – przepraszająco dodał Rupert.

– Skarb? – Zapytali wszyscy jednogłośnie.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Yousaf Ejaz

4. Na starej mapie krajobraz utopijny

20.10.2511, na szlaku do Sonnefurt

Wiatr targał gniewnie płatkami śniegu, ograniczając widoczność pod sklepieniem szarych chmur. Jednocześnie wytłumiał jednak skrzypienie śniegu pod stopami podróżnych,  co akurat liczyło mu się na plus. Przedzierając się przez las wdychali mroźną, sosnową woń, starając się jednocześnie nie stracić z oczu leżącego w dole szlaku i pozostać w ukryciu.

Drobna postać Sigfriedy przewodziła grupie. Tuż za nią podążał Werner ze skostniałym palcem na spuście kuszy. Potem Eike ze strzałą opartą na cięciwie łuku i wreszcie Sigmund. Wspierał się ciężko na swoim podróżnym kiju, dlatego że został „obarczony” lwią częścią zapasów, które udało się im zebrać z pozostałości dyliżansu.

Wspinając się po wzniesieniu dotarli wreszcie do szczytu, który kończył się skalną skarpą zaraz nad ostrym zakrętem szlaku w dole. To tam niedawno padli ofiarą zasadzki. Teraz, patrząc z góry, jak na dłoni mogli wreszcie dostrzec ślady i zrekonstruować bieg wydarzeń, których mimowolnie stali się uczestnikami.

– Zielonoskórzy? Zaatakowali nas zielonoskórzy – wyszeptała bardziej do siebie niż do reszty rudowłosa lekarka, spoglądając na porozrzucane jak szmaciane lalki żylaste ciała, odziane w strzępy zwierzęcych skór.

– I bandyci. Jeden przy linii drzew, a tam drug. – dodała Sigfrieda, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści broni.

– Wygląda na to, że tutaj przygotowali napad – Werner wskazał obalone drzewo, umieszczone na szlaku w takim miejscu, że dostrzeżenie go z drogi było niemożliwe, aż do ostatniej chwili.

– Detlev jednak wiedział, co robi – dodał Sigmund z uznaniem w głosie, zwracając uwagę na ślad dyliżansu kreślący odwróconą literę “U”. Gdy woźnica dostrzegł niebezpieczeństwo, gwałtownie skęcił i zjechał ze szlaku, aby ominąć przeszkodę. To właśnie zamieniło pojazd w wielką grzechotkę z uwięzionymi w środku pasażerami. Kilkadziesiąt jardów dalej wrócił na szlak. Tam nastąpiło drugie uderzenie o nawierzchnię, które wstrząsnęło dyliżansem i złamało jedną z osi.

– Wszyscy prawie na pewno martwi, proponuję przyjrzeć się z bliska – zaproponowała fachowo łowczyni nagród, chowając rapier do pochwy i wypatrując dogodnego miejsca do zejścia w dół. Reszta drużyny, z nieco mniejszym entuzjazmem i widoczną rezerwą, podążyła jej śladem. Gdyż cóż mieli zrobić?

Świeża krew szybko zastygła na śniegu, jednak jej ciężki zapach wciąż roznosił się w okolicach drogi, mieszając się z inną, zaskakującą w tym kontekście wonią: brudu, ziół i …grzybów? która unosiła się nad truchłami zastygłymi w kałużach zielonej posoki. Powykręcane, chude ciała o nienaturalnych proporcjach, z zaskakująco wielkimi głowami i sterczącymi z pysków przetrzebionymi kłami, usłały biel śniegu. Niektóre wciąż zaciskały martwe dłonie na prymitywnych ostrzach i łukach. Eike nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaraz poruszą się i zaatakują.

Blondwłosa szlachcianka, powoli i metodycznie badała tropy i ułożenie ciał, starała się odtworzyć przebieg wydarzeń, podczas gdy lekarka dokładnie oglądała rany na zwłokach zarówno bandytów, jak i zielonoskórych. Werner od razu odnotował, że martwych bandytów leżało trzech, zaś goblinów szesnaście. Jego szare oczy zabłysnęły na widok przygniecionego śmierdzącym, bladozielonym trupem, trzepoczącego na wietrze kapelusza.

Fiołkowy, o szerokim zawiniętym z jednej strony rondzie, z wielkim, chociaż teraz już wystrzępionym, piórem.

– Nietania rzecz, reiklandzka moda – zmiarkował z wyraźnym. rozbawieniem – zapewne ktoś wielkomiejski i majętny.

– …lub przynajmniej chcący za takiego uchodzić – dokończył Sigmund, poprawiając machinalnie lecące mu do oczu przetłuszczone włosy.

Po części wrodzona, a po części nabyta podejrzliwość kazała Wernerowi dokładnie i od każdej strony, także wierzchniej i spodniej, obejrzeć ekstrawagancki kapelusz. Ku swojemu zadowoleniu znalazł coś ukrytego pod podszewką tego, z pewnością bardzo modnego kilkaset mil stąd, nakrycia głowy. Była to starannie złożona mapa południowego Wisenlandu.

Przyszły strażnik dróg może nie potrafił czytać, ale mapę niejedną widział w swoim życiu. Po wstępnych oględzinach uznał, że można skorzystać z obecności czytatych akademików i nie zaszkodzi przekazać mapy komuś, kto wiecznie trzyma jakąś księgę w dłoni i chyba wie, jak zrobić z niej użytek. Przekazał więc znalezisko w ręce Sigmunda, sam natomiast postanowił poszukać innych pamiątek po właścicielu fiołkowego kapelusza, którego to wciąż nie wypuścił z dłoni.

Sigmund ochoczo przyjął stary kawałek wyprawionej skóry. Mapa musiała mieć ponad dwa stulecia, sądząc nie tylko po jej stanie, ale również po rozrysowanych na niej granicach. Kilka miejsc zostało zaznaczonych koślawym okręgiem. Zwłaszcza jedno z nich wzbudziło zainteresowanie alchemika, ponieważ wyraźnie użyto tu innego atramentu, a i ślad wydawał się dużo świeższy, niż pozostałe oznaczenia. Najnowszy „wpis” na mapie zakreślał miejsce jakiś dzień, może dwa dni drogi na południe.

– A wiesz, że to jest ludzka skóra? – Wyszeptała zaglądając przez ramię Eike, która również nigdy nie przepuściła okazji, aby zerknąć na stare i podejrzane zapiski.

– Ha! Ha! Ha! – przerwał im Werner, tryumfalnie wznosząc skórzany but i z wielkim uśmiechem prezentując w drugiej dłoni dwie błyszczące złotem monety.

W tym samym momencie powróciła Sigfrieda, która po przeszukaniu okolicznego lasu wróciła, by podzielić się swoimi obserwacjami i ustaleniami. Wszyscy bohaterowie przysiedli więc na chwilę pośród miejsca rzezi, aby skromnym posiłkiem wzmocnić znużone ciała i ustalić dalszy plan działania. Dyskusja zajęła więcej czasu, niż można by przypuszczać, bohaterom udało się jednak dojść do porozumienia co do najbardziej prawdopodobnego, przynajmniej na ich aktualny stan wiedzy, przebiegu wydarzeń:

Czwórka bandytów przygotowała zasadzkę na dyliżans. Czy ich celem były znalezione w tajnej skrytce przedmioty, czy też dobra doczesne pasażerów, pozostaje niewiadome. Natomiast niemal w tym samym czasie co dyliżans, pojawiła się również licząca ze trzy tuziny banda zielonoskórych, która zaatakowała zarówno bandytów, jak i pojazd na szlaku.

W powstałym zamieszaniu woźnicy udało się uniknąć zasadzki, chociaż swój wyczyn i tak przypłacił życiem. Dwójka bandytów padła pod przewagą liczebną goblinów, o czym świadczą liczne obrażenia jakie odnieśli. Trzeci prawdopodobnie został obezwładniony i porwany, podobnie jak i jeden z koni, które zostały uwiązane nieopodal. Drugie zwierzę zostało zjedzone na miejscu, a pozostałe poniosły gdzieś w las. Któryś z bandytów, zapewne ten porwany, miał przy sobie zaskakująco dużo pieniędzy oraz wyraźną słabość do drogich i krzykliwych akcesoriów (patrz: kapelusz). Śladów czwartego bandyty nie udało się jednak odnaleźć. W kierunku północnym wiódł łatwy do wyśledzenia trop zielonoskórych, którzy najwyraźniej ciągnęli bandytę oraz martwego konia, w tylko sobie znanym celu.

Nastała dłuższa chwila ciszy, a po niej krótka dyskusja, której z radością przewodził Werner. Według niego w obecnej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem byłoby oddalenie się z miejsca zdarzenia jak najprędzej i znalezienie dogodnej kryjówki do rozłożenia obozu. Zaś bandytami, goblinami i całym złem tego świata powinni przejmować się stosownie opłacani ludzie, do których Werner nie należy i należeć nie zamierza.

– Zresztą co mnie obchodzi jakiś bandyta we fiołkowym kapeluszu? – dodał na koniec.

I tylko Sigfrieda zastanawiała się, na jaką kwotę może opiewać głowa, która jeszcze niedawno skrywała się pod wspomnianym kapeluszem.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Kobe Sek

3. Drugie dno

20.10.2511, na szlaku do Sonnefurtr

Złowrogi ryk blaszanego demona dosięgnął niespodziewających się zasadzki bohaterów, wbijając swe okrutne szpony przez uszy i rozszarpując ich głowy na tysiące kawałków.

– Wstawać, do cholery! – krzyczał Detlev, waląc jednocześnie łyżką w blaszany cebrzyk z gorliwością jakiej zwykł szczędzić koniom gdy trzymał w dłoni bat. Uśmiech na jego twarzy dobitnie świadczył o tym, że jest to jego ulubiona część podróży. Tak, woźnica uwielbiał wykorzystywać swój wypraktykowany przez lata pracy talent do delikatnego wybudzania pasażerów ze snu.

– Przecież nie śpię. – warknął rozespany, i co gorsza, skacowany Werner wstając z posłania. Podobnie reszta kompanii opuściła królestwo snów i ponurym orszakiem ruszyła w kierunku śniadania.

W karczmie pozostał jeszcze Günter – strażnik dróg, wraz z trójką swoich podopiecznych, którzy również ponieśli ciężkie straty moralne podczas wczorajszego boju z alkoholem. Co gorsza, ich sakiewki zauważalnie zelżały za sprawą Sigmunda, Wernera, kart i wyjątkowego pecha. Jedynie złożona z niziołków obsługa i zawsze stoicka, odbywająca pielgrzymkę Agatha, nie wydawali się cierpieć tego poranka. Dzieląc się strawą wymieniono uprzejmości, pożegnania i życzenia pomyślnej drogi. Szlak jednak nie czeka, więc pośpiesznie każdy ruszył w swoją stronę.

Poranek był zimny, a chmury opierające się o górskie szczyty nie zwiastowały nadejścia promieni słonecznych. Skuleni w dyliżansie bohaterowie dołożyli starań, aby kocami zatkać wszelkie szpary, którymi chłód mogłoby dostać się do środka i każdy opatulony w swoje najcieplejsze odzienie starał się wydrzeć jeszcze odrobinę snu, wsłuchując się w świst wiatru i rytmiczny stukot kół.

Trzask! – Dyliżans wzbił się na chwilę w powietrze. Krzyki i wrzaski dobiegały zza zasłoniętych okien niesione mroźnym wiatrem, podczas gdy pojazd podskakiwał na wybojach. W środku każdy starał się uchwycić czegokolwiek. Wtem huk wystrzału rozdarł górskie powietrze. Sigfrieda chciała dojrzeć coś przez okno, odsłaniając jeden z kocy, lecz pnie mijanych drzew nie zdradzały co właśnie się wydarzyło.

Kolejne uderzenie podwozia, wzdrygnęło dyliżansem, który podskoczył a koła ponownie zazgrzytały na nawierzchnię gościńca.
– Co się tam dzieje?! – wykrzyczane przez Eike zlewało się w jeden dźwięk z:
– Zatrzymaj się! – Sigmunda, oraz klątwami ciskanymi przez Wernera.
Jedyną odpowiedzią pozostawał jednak świst wiatru i rżenie galopujących koni. Dyliżans nabierał prędkości. Pasażerowie jednocześnie starali się uchwycić czegokolwiek, oraz zabezpieczyć swój dobytek i broń.

Wernerowi w głowie zaświtał nawet pomysł zaczerpnięty z awanturniczych historii, aby przez drzwi pędzącego dyliżansu dostać się do kozła woźnicy. Nim jednak zdążył wprowadzić go w życie, jeden z koni wydał swój ostatni ryk i padając przechylił cały dyliżans na bok.

Absolwent Altdorfskich Kolegiów Magii swoim dostojnym upadkiem na aktualnie dolną ścianę dyliżansu, zamortyzował spadających nań współpasażerów. I tylko Sigfrieda uczepiona skórzanego paska przy drzwiach otwierających się właśnie ku niebu, zgrabnie i jakby od niechcenia wsparła się stopami o oparcia ławek, oczekując, aż przewrócony pojazd wytraci swój pęd. Nim dyliżans zdążył się całkowicie zatrzymać, wspięła się na górę i z wyciągniętym rapierem w doskonałej pozycji szermierczej oczekiwała tego co ma nadejść.

Nic jednak jednak nie nadchodziło, gościniec z jednej strony niknął za skalnym zakrętem, z drugiej prowadził w nieznane. Ranny koń rżał przeraźliwie, a płatki śniegu zaczęły powoli lecieć z nieba.

– Może jednak stąd wyjdziemy? – Zaproponował zgryźliwie Sigmund, uprzednio pozbywszy się brzemienia współpasażerów. Nikt nie protestował. Z pomocą Sigfriedy wszystkim udało się szybko opuścić przewrócony pojazd.

Minęły wreszcie długie sekundy pełne napięcia, gdy każdy z bronią w dłoniach spodziewał się kolejnego ataku, jednak żaden bandyta, ani żadna bestia nie pojawili się na drodze. Nadszedł czas, aby zacząć działać.

Werner litościwie dobił ranne zwierzę, drugi z koni już zdechł. Strzała sterczała spomiędzy żeber zwierzęcia. Sigmund postanowił przetrząsnąć zawartość wozu, w poszukiwaniu wszystkiego co może pomóc w przetrwaniu najbliższej nocy, podczas gdy Eike odnalazła leżącego w śniegu Detleva. Również martwego ze strzałą tkwiącą pod obojczykiem i leżącym nieopodal garłaczem, który wciąż rozsiewał woń prochu po niedawnym wystrzale.

Poszukiwania Sigmunda były owocne: dwa dni racji żywnościowych, kilka kocy, pochodni i drewno na opał, a nawet namiot. Kufer z tyłu pojazdu był zaskakująco dobrze przygotowany na nieoczekiwany postój na szlaku, ocalało również kilka gołębi pocztowych w klatkach umieszczonych na dachu. Praktyczne podejście z którego tak słyną Wissenlandczycy, miało uratować życie naszych bohaterów.

Jednak Wrener, poborca myta mający doświadczenie w przeszukiwaniu wszelkiej maści powozów pod kątem przewożonej kontrabandy, nie dał się tak łatwo zwieść i postanowił sprawdzić całość raz jeszcze. Jak się okazało jego przeczucie było słuszne. Uszkodzenia jakich doznała skrzynia podczas wypadku pozwoliła mu dostrzec starannie zakamuflowane drugie dno, a w tajnej skrytce znajdowało się starannie zapakowane, spore zawiniątko.

Nikt się długo nie zastanawiał. Szybko odpakowano całość, były tam dwa stalowe cylindry, lecz o sześciokątnym przekroju. Długie na stopę, o średnicy jakichś trzech cali i puste w środku. Z czymś co mogło służyć za uchwyt na jednym końcu, oraz pozbawione dna na drugim. Na całej powycinano rozmaite wzory i symbole, nadające ażurowy wygląd całej konstrukcji.

– Krasnoludzka robota – bez wahania rzucił Sigmund, lecz nie potrafił wyjaśnić do czego owe przedmioty miały służyć. Z pewnością jednak były wartościowe, co zauważył zawsze pragmatyczny Werner.

Znalezisko chociaż interesujące, na chwilę obecną było jednak całkowicie bezużyteczne. Należało podjąć decyzję: wrócić się tam gdzie dyliżans został zaatakowany, czy też ruszyć naprzód, zostawiając za plecami nieznane niebezpieczeństwo?

Spis treści
Inne przygody

Grafika: „Winter in the Mountains” autorstwa Fle-X

2. Krasnoludzka Kuźnia

19.10.2510 IC, dzień drogi na wschód od Kreutzhoffen

Na dobrą godzinę przed zmrokiem dyliżans dotarł do wyznaczonego na ten dzień celu. “Krasnoludzka Kuźnia” – przydrożna gospoda, funkcjonująca również jako zajezdnia swoją nazwą mogła wprowadzić podróżnych w błąd. Chociaż otoczony murem i wsparty jedną ścianą o skały kamienny budynek z całą pewnością zawdzięczał swój kształt krasnoludzkiej sztuce kamieniarskiej, o tyle jego mieszkańcy z pewnością krasnoludami nie byli.

Niziołki, w większości dzieci, krzątały się, biegały i krzyczały po całej karczmie. I chociaż nadmiar hałasu nie był częścią oczekiwanego wypoczynku, o tyle ogień kominka i zapach strawy unoszący się w głównej sali obiecywały zrekompensować tę drobną niedogodność.

Pośród setki pytań o wszystko i wszystkich, które zasypały podróżników, jak i długich i nader szczegółowych odpowiedzi na pytania, które nie zostały przez nich zadane, nasi bohaterowie rozsiedli się przy ogniu, niecierpliwie oczekując wieczerzy i mimowolnie chłonąc informacje z potoku słów wylewających się z gardeł gospodarzy.

Anni, młodsza z sióstr prowadzących gospodę, przepraszała za cały harmider wywołany gromadką dzieci nie znających pojęć przestrzeni i własności osobistej, jednocześnie starając się przygotować posiłek i uskarżając na piętrzące się nad nią obowiązki odkąd Esmeralda, będąca przy nadziei, skarży się na osłabiające ją dolegliwości.

Eike szybko weszła w słowo gospodyni, oferując swoją pomoc jako lekarka, co spotkało się z ciepłym uśmiechem Maximiliana – rudowłosego męża chorej, który chętnie zaprowadził Eikę na zaplecze, gdzie ta zażywała odpoczynku.

Tymczasem Thomas, czarnowłosy mąż Anni przejął ciężar konwersacji, zmieniając temat na pogodę, która choć chłodna, wydawała się łagodna jak na tę porę roku, nie tak jak za urodzin drugiej córki, siostry przyrodniej, bratanka mamy, przyjaciela męża Esmeraldy

Zaplecze i znajdujące się tam pokoje z pewnością były budowane z myślą o nieco niższych mieszkańcach Imperium niż nasza młoda medyczka. Esmeralda leżała w gorączce, wyraźnie osłabiona. Po gruntownych oględzinach diagnoza, choć nieprawdopodobna, wydawała się oczywista: Ratte Feaver – choroba roznoszona przez gryzonie, jest powracającą plagą w wielu miastach. Jak jednak pojawiła się tutaj, na odludziu?

Eike dokładnie oczyściła i zabandażowała niewielką ranę na kostce chorej, podała jej również wywar ziołowy mający przynieść ulgę i zaleciła odpoczynek. Choroba chociaż dotkliwa, nie była śmiertelna, zatem nie było powodów do obaw.

Jednak wciąż zdziwiona typowo miejską chorobą w takim miejscu, postanowiła przeprowadzić gruntowny wywiad z Maksymilianem, dzięki czemu dowiedziała się że Esmeralda, uwielbia przesiadywać w ambonie starej wieży obserwacyjnej nieopodal karczmy i podziwiać ogrom Gór Czarnych.

Uzbrojona w pochodnię i własną ciekawość, lekarka opuściła karczmę w celu zbadania wieży. Zimno nocy wydawało się jeszcze dotkliwsze, po opuszczeniu ciepłego wnętrza gospody, Eike poprawiając swój gruby, zimowy płaszcz – dar od dawnego adoratora – wyszła za mury gospody odprowadzana czujnym spojrzeniem stajennego, niewysokiego, łysego mężczyzny w średnim wieku o twarzy naznaczonej siatką zmarszczek i blizn.

Tymczasem Thomas, zostawiwszy pogodę w spokoju, podjął temat historii samej karczmy. Odnowionej przez dziadka sióstr, który po ukończeniu zaszczytnej służby strażnika pól w Krainie Zgromadzenia, wyruszył w drogę po gościńcach w poszukiwaniu: sławy, złota i co najważniejsze najlepszych przepisów kulinarnych Starego Świata.

Sigfrieda postanowiła porozmawiać z dwójką pozostałych gości. Agatha, siwowłosa kobieta z sękatym kosturem w dłoni przyozdobionym płonącym lampionem, opowiadała o swojej pielgrzymce z pierwszej świątyni Sigmara w Nuln, z której niesie święty płomień i oleje, aby rozpalić lampiony we wszystkich kapliczkach strzegących tych niebezpiecznych szlaków.

Natomiast Ruppert, młody, prosty chłopak nie dawał wciągać się w rozmowy, twierdząc, że oczekuje na przyjaciela, który miał się tu pojawić dwa dni temu i nerwowo co chwila spoglądał w kierunku drzwi, które wreszcie otworzyły się z hukiem. Wraz z wdzierającym się do środka mroźnym powietrzem do wnętrza weszło czterech uzbrojonych mężczyzn.

Wieża to zbyt wielkie słowo jak na wspartą na palach ambonę, którą odnalazła Eike. Rzeczywiście jednak z jej szczytu rozlegał się wspaniały widok na góry oświetlone blaskiem gwiazd i obu księżyców. Jednak zimny wiatr zachęcał do szybkiego powrotu, a płomień pochodni nie pozwalał dostrzec zbyt wiele, Eike odnalazła jednak kępkę czarnej sierści zaczepionej o drabinę wieży, nim postanowiła wrócić do karczmy.

Gunter Lang! – Wykrzyknął Thomas radośnie, co przyniosło widoczną ulgę naszym bohaterom. Wysoki mężczyzna z czarną brodą i wąsami z uśmiechem przywitał się z gospodarzami, lekko utykając na drewnianej nodze przechodząc przez karczmę. Wielki kapelusz, pistolety u pasa, oraz Imperialne insygnia nie pozostawiały wątpliwości, przybył Strażnik dróg, wraz ze swoimi pomocnikami.

Werner postanowił zadać nowoprzybyłym jedno ze swoich ulubionych pytań, już tasując karty: To może partyjkę?  Hans, Helmut i Hieronim Haas, bo tak się nazywali z radością dołączyli do gry. Tak jak rysy twarzy trójki młodych, wysokich blondynów zdradzały że byli braćmi, tak ich akcent równie wyraźnie podawał miejsce pochodzenia – Nuln, perła Wisenlandu.

Bracia byli żołnierzami armii Nuln, jednak podczas przepustki najmłodszy z nich Hans wpadł na pomysł pożyczenia kilku koni od zaprzyjaźnionego oddziału kawalerii w celu odbycia podróży do zamtuza w Wisenburgu, gdzie ceny są niższe a białogłowe mniej zmanierowane, jak twierdził. Niestety gdy cała sprawa się wydała, dowódca postanowił, że skoro braciom marzy się podróżowanie konno to da im do tego sposobność. Karnie wysłani do Kreutzhoffen jako zastępcy strażnika dróg mają spędzić najbliższą zimę w strażnicy na rogatkach w przełęczy Gór Szarych. Gdzie z pewnością nie uświadczą towarzystwa  żadnej białogłowej, zmanierowanej, bądź nie.

Historia braci wywołała zrozumiałe rozbawienie wszystkich zebranych i tylko Hieronim, najstarszy z nich nagle poczerwieniał, nie spuściwszy jednak wzroku z Eike, która powróciła do karczmy.

Strawę wreszcie podano i z pewnością była ona warta oczekiwania, wszak nie bez powodu wszyscy chwalą kulinarne zdolności niziołków. Co więcej Maksymilian w podziękowaniu dla Eike,za opiekę nad żoną przyniósł z piwnicy beczułkę trunku, który okazał się pochodzić ze słynnego browaru Bugmana, którego ruiny leżały o kilkadziesiąt mil w górę biegu rzeki Soll. 

Krasnoludzkie piwo, jedzenie przygotowane przez niziołki, przy takiej oprawie, wieczór musiał być udany. Do późna toczono rozmowy, grano w karty i wymieniano historię o tym co czeka na szlaku. Z brzuchami pełnymi jadła i napitków, goście zaczęli szykować się do snu, wszak kolejny dzień zbliżał się nieubłaganie, a zima nie będzie czekała na leniwych.

I tylko Karl, stajenny jadł sam skulony w ciemnym kącie karczmy wpatrując się w twarz kobiety, którą przecież tyle lat temu zostawił na pewną śmierć. A przecież nie był to pierwszy duch przeszłości, który się dziś  o niego upomniał.

Spis treści
Inne przygody

Ilustracja pochodzi z podręcznika podstawowego Warhammer Fantasy Roleplay 4th edition, wydanego przez Cubicle 7 Games.

1. W drogę!

19.10.2510 IC, Kreutzhoffen

Chłód jesiennego poranka wita czwórkę pasażerów oczekujących na odjazd dyliżansu kompanii “Elfia Strzała” na dziedzińcu gospody. Jest to jedna z ostatnich możliwości na opuszczenie Kreutzhoffen przed nadejściem zimy, kiedy to rzeki skuje lód, a górskie drogi staną się nieprzejezdne.

Przekleństwa woźnicy, oraz skrzypienie dyliżansu obwieszczają odjazd. Ciasne wnętrze tonie w mroku rozjaśnianym jedynie przez pojedynczą smugę światła wdzierającą się przez lufcik w dachu.. Stare koce przesłaniają okna, zachowując jednak wewnątrz cenną odrobinę ciepła unoszącego się z ciał podróżnych.

Pierwsze wymienione uprzejmości współpasażerów, szybko ustępują skrępowanej ciszy, którą usilnie stara się przełamać Werner Gorder – poborca myta z Reiklandu. I chociaż jego szarmancki uśmiech nie wywiera zamierzonego wrażenia na pasażerkach, o tyle tonący w lekturze tajemniczej księgi Sigmund, szybko zauważa, że łączy ich jedna wspólna pasja: hazard.

Sigmund Tannhauser z pewnością nie jest duszą towarzystwa, preferując książki nad innych ludzi, książki jednak nie grają w karty, natomiast Sigmund chętnie, przeważnie zbyt chętnie. Kolejne partie Szkarłatnej Imperatorki wprawiają miedziaki w obrót między dwójką pasażerów i zachęcają do rozmowy. Eike Kraven, rudowłosa lekarka opowiada o studiach w Nuln, wdając się przy tym w sprzeczkę na temat edukacji z Sigmundem, który uniwersytety dzieli na te w Altdorfie i całą resztę.

W południe dyliżans dojeżdża do rogatek gościńca, rażące słońce w pełni odsłania majestat ośnieżonych szczytów Gór Czarnych. Niektóre z nich przyozdobione kapliczkami Sigmara, w których nierozpalony od lat ogień ma strzec podróżnych przed niebezpieczeństwami szlaku.

Podczas gdy Werner, zawsze wierzący w zbawienną moc handlu przekonuje stacjonującego tu poborcę myta do pożegnania się z butelczyną samogonu w zamian za pęto kiełbasy, Sigmund ostatecznie postanawia udowodnić wyższość Reiklandzkiego systemu edukacji. Subtelne wykorzystanie wiatrów magii sprawia, że szczekanie psa rozlega się u drzwi wychodka, w którym właśnie rozgościła się Eike.

Wszystkiemu bacznie przygląda się jeszcze jedna pasażerka, przedstawiająca się jako Siegfrieda Hasslehoff – niewysoka i młoda blondynka z rapierem u pasa i pękatą sakiewką, wyraźnie wskazującymi na lepsze pochodzenie, niż to którym mogą pochwalić się współpasażerowie.

Dyliżans jednak nie czeka, a nabyta flaszka pozwala zapomnieć o drobnych urazach, wszyscy są zgodni, że skoro zmuszeni są spędzić nadchodzące dni w swoim towarzystwie, należy zmusić się do pewnych kompromisów. Nawet jeżeli oznacza to uznanie, iż nawet w Nuln można uzyskać wykształcenie.

Spis treści
Inne przygody

Ilustracja pochodzi z podręcznika podstawowego Warhammer Fantasy Roleplay 4th edition, wydanego przez Cubicle 7 Games.