Zwierzoludzie i Norska

Uderzenie w wydłużony hełm sprawiło, że czerwona posoka zalała mu oczy. Zanim zdążył zetrzeć krew z pyska, poczuł kilka razów spadających na jego prawy bok. Nie przebiły się jednak przez grube futro, albo przynajmniej nie poczuł ich pod wpływem krążącej w jego żyłach adrenaliny. Napędzany przez nią oraz przez złość ryknął potężnie zamachując się ciężkim toporem, który z trzaskiem rozbił kilka czaszek, dzięki czemu miał czas wytrzeć krew o przedramię.

Rozejrzał się dysząc. Gorąca para wypływała z nozdrzy kłębiastymi kaskadami w chłodnym, nocnym powietrzu. Wokół niego leżało kilka szkieletów, których pozbawił głów, ale nie był bezpieczny, gdyż wyrąbał sobie w ich szeregach jedynie trochę miejsca, które następne były już gotowe zająć. Wokół niego leżały roztrzaskane kości i kilka trupów jego potężnych, kozionogich braci, ale kilku z nich cały czas walczyło po jego bokach.

Spojrzał w lewo. Tam, pod ścianą wąwozu oddział Norsemanów powstrzymywał murem tarcz zbliżające się zombie. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu, powtórzyć. Ich dowódca wydawał rozkazy donośnym głosem.

Uderzenie broni kolejnego szkieletu było zakończeniem tej krótkiej chwili spokoju. Bestigor odwinął się toporem roztrzaskując kolejny szkielet.

„Slaa’ghyran!” Z ogromnej gardzieli dał się słyszeć pierwotny ryk. „Akhamshy’y!”

Pozostali przy życiu zwierzoludzie odpowiedzieli tym samym i ruszyli za wznoszącym okrzyk bojowy samcem, rozbijając rogami i toporami szeregi szkieletów. Kierowali się w stronę Norsemanów, by nie dopuścić do ich okrążenia.

Ciemność nocy przecięły purpurowe wstęgi płynące nad głowami szkieletów. Kątem oka alfa zdążył zobaczyć, jak jedna z nich dotknęła jego towarzysza, którego sierść w ułamku sekundy poszarzała, a on sam padł na ziemię. Chwilę po tym poczuł znajome ciepło rozlewające się po ciele, a wokół jego kończyn zamrugały bursztynowe iskry. To szaman przyzwał duchy opiekuńcze.

Rozpędzeni wpadli we flankę nieumarłych, roztrzaskując z impetem kilku z nich. Zza muru tarcz posypały się ciosy. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu.

„Mocniej! Chcecie żyć wiecznie?” Krzyczał dowódca. „Przebijemy się przez te kupy nieumarłego gówna i wyrwiemy tym fircykom z tyłu to, co nasze!”

Uderzenie. Tym razem była to czarna strzała, która utkwiła w lewym przedramieniu bestigora, który rozejrzał się w poszukiwaniu łucznika, który ją wypuścił. Zamiast niego zauważył, że na lekkim wzniesieniu w górze wąwozu stoi kilku jeźdźców odcinających się ostro na tle purpurowej poświaty za nimi.

„Dalej, bo sam poobcinam wam ręce!” Norsmen motywował swoich podwładnych do walki.

Na wzgórzu jeźdźcy zawrócili konie i spokojnie zniknęli za wzniesieniem. Purpurowa poświata popłynęła w dół na walczących.

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *