1. Kuglarze

Mitterfruhl 2511, Wusterburg

Rozpoczynał się piękny dzień poprzedzający wiosenną równonoc. Słońce przyjemnie prażyło, osuszając miejskie uliczki z kałuż pozostałych po wiosennej burzy szalejącej jeszcze poprzedniego wieczora. Świeże powietrze wpychało się w nozdrza, rozcieńczając miejskie aromaty i niosąc ze sobą dźwięki jarmarku.

Na dziś przypadał najważniejszy dzień handlowy w Wusterburgu. Rynek, na którym dumnie prężyła się statua Magnusa Pobożnego, przepełniony był przelewającymi się przezeń falami mieszkańców. Miejscowe przekupki i rzemieślnicy wystawiali swe towary, donośnymi okrzykami zachęcając potencjalnych klientów. Pojawiły się też pierwsze wozy karawan kupieckich z odległych krain, które ledwie co przekroczyły górskie trakty przesiąknięte wodą z wolno topniejących śniegów. Söll natomiast przyniósł miastu pękate barki, na przekór nurtowi mozolnie wspinające się w górę wielkiej rzeki. Barki owe przepełnione były dobrami z wielkich miast Imperium: prochem i stalą wyprodukowaną w Nuln, Reiklandzkimi napitkami, Marienburgskimi śledziami oraz mnóstwem innych specjałów. Wszystkie one dotarły na ten rynek na ludzkich barkach, pakach wozów, plecach zwierząt, czy wreszcie pokładach rozmaitych łodzi, aby pod czujnym okiem Imperatora znaleźć nowych właścicieli.

Ściski i hałas były niemożliwe do opisania, za każdą postacią tłoczyło się dziesięć kolejnych, w każdej wyrwie między ciasno ustawionymi straganami piętrzyła się ludzka masa przetykana gdzieniegdzie krasnoludzką brodą, śpiewem trubadura, gonitwą dziatwy i wszechobecnymi pytaniami o cenę, jakość i pochodzenie towaru. Nawet słynny Schaffenfest z Bögenhafen z całą pewnością nie zdołałby przyćmić tego wielkiego wydarzenia.

Nasi bohaterowie parli niestrudzenie naprzód, przeciskając się przez szalejący nurt ludzkich ciał. Bez skrupułów posiłkowali się wbijaniem łokci pod żebra co bardziej ospałych przechodniów, dając dowód swojej znajomości najstarszych, jarmarcznych tradycji. Sami zresztą nie pozostali głusi na syrenie nawoływania kupców. Chociaż przybyli tu w celu spieniężenia złotych medalionów odnalezionych pod starożytnym obeliskiem, ich trzosy i tak już pęczniały od wypełniających je monet, więc wydanie kilku z nich wydawało się co najmniej uzasadnione.

Werner dwie złote korony zamienił na wyrośniętego, szaroburego szczeniaka. Wilczarz Elficki – ponoć z takiej rasy wywodziła się bestia, którą z szerokim uśmiechem prowadził teraz na smyczy. Po części uważał, że taki towarzysz zawsze może okazać się przydatny na bezdrożach, a po części, że swoim szczenięcym urokiem pomoże mu zjednać sobie towarzystwo innego zgoła rodzaju.

Tymczasem przeciskając się od straganu do straganu, Eike posyłała rozbrajająco urocze uśmiechy kupcom, targując się o kompletowane medykamenty. Do skórzanej torby niemal same z siebie wskakiwały: kolejne zwoje bandaży, niewielkie buteleczki z tajemniczymi płynami, rozmaite nożyce, nożyczki, szczypce, szczypczyki, igły, nici, słoiki na pijawki, fiolki rtęci, opaski, zatrzaski, przepaski i niewielkie ostrza o równie rozmaitych kształtach co przeznaczeniach.

Za nią w swoim wyblakłym płaszczu podążał Sigmund, do własnej torby upychając a to kolejne młotki, obcęgi, gwoździe, a to chwytaki – z jakże rzadko rozpromienioną twarzą i głębokim postanowieniem skompletowania równocześnie przenośnej i wszechstronnej kuźni.

Całość pochodu zamykała Sigfrieda. W nowej, misternie wykonanej kolczudze spoglądała na wystawiony przez zbrojmistrzów oręż. Jednak jej wzroku nie przykuło nic, co błyszczącym uśmiechem stali oświadczyłoby: „Witaj. Chcę być twoja” – jak miewało to miejsce w przypadku śnionych przez Wernera karczemnych dziewek.

Humor dopisywał jednak wszystkim. Posiadanie monet, które można wydać i jednocześnie nie martwić się o to, gdzie przyjdzie spędzić kolejną noc i czy będzie czym napełnić brzuch, było wystarczającym powodem do radości. A bezchmurne niebo i ciepłe promienie słońca skutecznie odgoniły wspomnienia podróży po imperialnych szlakach i czyhających tam niebezpieczeństwach.

Jednak i ta sielanka musiała kiedyś dobiec końca. Przyczyn było wiele, albowiem wyczyny naszych bohaterów odcisnęły piętno na tym świecie, świat zaś postanowił odpowiedzieć – twardo i dobitnie. Przyczyny te póki co pozostawały dla nich tajemnicą, w przeciwieństwie do całkiem oczywistej pięści, która z impetem właśnie usadawiła się w twarzy poborcy myta i nowego właściciela szczekającego czworonoga wabiącego się Maks.

Wspomniana pięść, kierowana wolą miejscowego rymarza, nie wywiązała się jednak z wyznaczonego jej zadania. To nie twarz Wernera była celem, który miała osiągnąć. Jej zadaniem było dosięgnąć głowy kuglarza z Marienburgskiej trupy cyrkowej, która jednakowoż w przeciwieństwie do przystojnego lica mytnika błyskawicznie się przed pięścią uchyliła, co wywołało zrozumiałe wzburzenie właściciela pieści, który wszak poszukiwał zadośćuczynienia za bolącą stopę, na którą rzeczony kuglarz mu nadepnął.

Sam kuglarz był niezmiernie zdziwiony nagłą i nieuzasadnioną agresją rymarza, ponieważ to nie on odpowiadał za ból rymarskiej stopy. Winną była zaś młoda córka młynarza, która w pośpiechu przeciskała się w drewnianych chodakach między ludźmi, z resztkami ciasta jagodowego na twarzy płonącej ze wstydu czerwonym rumieńcem, jakże uroczo komplementowanym leśnymi jagodami. Rumieniec wykwitł na ułamek chwili przed tym, gdy jej twarz w rzeczonym ciastku wylądowała, albowiem chcąc przyjrzeć się bliżej przysmakowi została otwartą dłonią uderzona w miejsce, w którym plecy tracą swą szlachetną nazwę, z impetem powodującym znalezienie się jej twarzy w rzeczonym ciastku.

Natomiast właścicielem dłoni był niejaki Helmut, jeden z miejscowych wyrostków, aktualnie bogatszy o garść miedziaków, za które zobowiązał się wywołać jakieś zamieszanie na jarmarku, z polecenia człowieka, którego listy gończe rozwieszane w przydrożnych karczmach określały mianem Einaug Spaltman.

Oczywiście wytyczne Spaltmana też miały swoją przyczynę. Była nią chciwość właściciela miejscowego teatru, Benedicta Gurkenfelda, który nie zamierzał się dzielić z przejezdnymi trupami – żerującymi na jego gościnności – zyskiem jaki miało zapewnić to ważne dla całego miasta święto. Postanowił zatem zdusić problem w zarodku. Gdyby tylko wtedy wiedział, że jego decyzja przyczyni się nie do zwykłego obrzucania cyrkowców zgniłymi pomidorami, ale do kolejno: morderstwa, eksplozji głowy, ucieczki skazanego mordercy, a ostatecznie nawet do upadku całego miasta, to może by się zawahał.

Jednak bogowie poskąpili mu daru spoglądania w przyszłość, w efekcie czego Werner dostał w ryj.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *