Epilog – Wybrańcy

Wreszcie ociężała karawana schodzi z przełęczy wijącą się ścieżką. Dalej w dole tafla czarnej wody czeka naszego przybycia. W jej lustrze spoglądają w naszą stronę odbicie gwiazd i komety. Teraz tak bliskiej jakby miała zaraz zostać schwycona i kowalskimi szczypcami i zahartowana w mrocznej toni. Dość mam tej mordęgi w ślamazarnej wędrówce. Zeskakuję z muła i biegnę w dół kamienistej ścieżki nad brzeg. Pozostawiając za sobą karawanę, dysząc i ściskając kryształ w dłoniach…

…opancerzonej rękawicy, wisior spleciony ze srebrzystych włosów leśnego ludu. Czy dlatego ich zaatakowali w tym obcym kraju, aby zdobyć utracony artefakt? Czy cała krucjata istniała po to aby odzyskać od sług ciemności starą tarczę i świecidełko? – Takie wątpliwości pojawiały się w jego głowie ostatnimi dniami, a na pytania jakie stawiały nie potrafił odnaleźć odpowiedzi.

Wiedział jednak, że dowiódł swego męstwa stając naprzeciw wrogom, a gdy powrócą do ojczyzny służki Pani z pewnością pomogą obrać im właściwą drogę i wskażą cel. Tymczasem załogi już szykowały statki do podróży, czas wracać do domu…

…po śmierć ze starości i zgryzoty? – Przekrzykiwał szalejący wiatr podczas gdy Głowa Liefa podrywa się z lewa na prawą w rytm uderzających o kadłub fal, co raz to uderzając o szamańskie rogi. – Wrogowie za życia, kochankowie po śmierci! – kontynuował ze śmiechem młodzieniec patrząc na łby zawieszone na maszcie.

Wiosłujcie, pot i odciski są jednymi z wielu czekających was nagród. Wasze podniebienia czekają na smaki najsłodszych Tileańskich win, nozdrza na woń przypraw Arabii, cierpnąca skóra na ukąszenia Estalijskich szpad, a głodne lędźwie na przysmaki Imperialnych brzegów…

…warkocze odbijające się w falach, jak jej włosy skryte za kryształem. Nieme odbicie zastygłe w wiecznym śnie poza czasem. Gdy biegnę kalecząc stopy na kamieniach, jej pierś się nie podnosi, choć moje płuca płoną żywym ogniem, jednak jej oddech nie rozgrzewa ust…

…karmazynowych i wygiętych w ostatnim już uśmiech wystających kłów obracających się w proch, tak jak powinny były to zrobić wieki temu. Tak-tak. Zaskrzeczał prorok, odwracając się do księgi. Amulet niepotrzebny, wiemy gdzie spoczywa sarkofag. Tak-tak. Wcześniej klucze wszystkie zebrać musisz. Tak-tak.

Zabójca odwrócił się bez słowa i wyszedł. Wyprostowany, powoli i głośno stawiając kroki szczurzymi stopami, tak aby prorok wyraźnie widział i słyszał go. Niech wie, że pozwala mu się dostrzec. Tym razem – brzmiała niewypowiedziana groźba…

…tego, że przybędę zbyt późno, ale nie! Jestem! Zdążyłem! Brzeg już bliski, chociaż w mroku nocy nie potrafię dostrzec krateru. A gdzie armie? Czyżbym jednak dotarł za późno? Nie słychać żołnierzy, nigdzie nie widać namiotów…

…rozłożonych nad brzegiem. Inżynierowie zdali raport z wykopalisk. Amulet znaleziono w kraterze. Zamknięty w pękniętym krysztale czekał na nich zapewne od wieków. Zadanie wykonane. Jednak nie to zaprzątało jego myśli gdy wsłuchany był w szorstki dźwięk brzytwy przesuwającej się po skórze. Myślał o wszystkich mogiłach jakie musieli wykopać. O tarczach zdobionych w gryfy, wieńce i młoty. Myślał o swojej dumie, honorze i tradycji klanu.

Jego ciało wciąż było obolałe od setek maleńkich ran, lecz dzięki temu chłodny wiatr z gór tulący się do nagiego torsu przynosił ulgę gdy opuścił namiot. Praca w obozie wrzała pomimo wczesnej godziny. Każdy miał coś do zrobienia, każdy miał jakieś ważne zadanie. Nikt nie poświęcił mu nawet spojrzenia. Nikt się nie odważył.
Borsh Długobrody ogarnął obozowisko wzrokiem i spoglądając na krzątających się wojowników, inżynierów i resztę armii i po raz ostatni w swoim życiu poczuł dumę.

Przeniósł wzrok na ośnieżone szczy gór. Wielkie i potężne wzywały go obietnicą godnej śmierci. Bosymi stopami ruszył im na spotkanie wzdłuż brzegu…

…nad którym staję łapczywie łapiąc oddech. Padam na kolana oszukany i zdradzony. Nie ma krateru, nie ma kresu mej wędrówki. Zęby górskich szczytów szczerzą się prześmiewczo, tym samym uśmiechem który tyle razy już widziałem w swoich wizjach.

Przewodnicy karawany rozbijają obóz niemo mamrocząc przekleństwa pod moim adresem. Tak jak mówiono nie ma tu nic. Żadnej armii, żadnego krateru, w którym miałem odnaleźć boginię zamkniętą w krysztale.

Jedynie wysoko nade mną na gwiaździstym niebie płonie kometa, która przez tygodnie wędrówki była mi towarzyszką. Tak jak w moich wizjach, płonie hen w niebiosach, odbijając się w tafli czarnej wody, otoczona górskimi szczytami.

I wtedy wreszcie rozumiem swoje zadanie. Rozumiem, o co mnie prosiłaś. Dotarłem do celu. Wiem, że nie jestem wybranym, ale jednym z wielu potrzebnych, aby cię uwolnić. Miejsce jest właściwe, tylko odpowiedni czas jeszcze nie nastał.

Wydobywam z mieszka resztki sproszkowanego, zielonego kamienia, rozcierając je w dłoniach. Słowa mocy wypływają z popękanych ust, czuję w sobie moc i płynące przez świat wiatry magii. Chaos próbuje mnie dotknąć, splugawić duszę i zniszczyć umysł, lecz ja jasno widzę swój cel.

Nie ma strachu w moim sercu i wątpliwości w moich myślach.

Spoglądam na jarzący się na niebie blask w którym jaśnieje jej twarz, gdy dłońmi Azyru staram się ją schwycić i przyciągnąć do siebie, aby wybiegła na spotkanie mych warg. Już czuję gorąc jej ciała na mej skórze. Azyr przepływa przeze mnie unosząc w powietrze i zbliżając do niej coraz szybciej i szybciej. Pędzi mi na spotkanie uśmiechnięta i szczęśliwa z jasnym ogonem włosów radośnie trzepoczącym na wietrze.

Ostatni już raz przyciskam kryształ dłonią do serca, czekając na Moment Upadku.

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *