6. Stary kasztel

21.10.2511, w drodze do kasztelu von Leoric

Ryby złowione przez Ruperta ze wsi Hëuten świetnie sprawiły się jako śniadanie. Drużyna dziarsko maszerowała po starym gościńcu, w towarzystwie młodzieńca, który, jak się okazało, nie potrafi znieść otaczającej go ciszy. A u stóp majestatycznych Gór Czarnych ciszy było aż nadto. Promienie słońca rozlewały się po ośnieżonej scenerii i gdyby nie okoliczności oraz nieubłaganie narastający mróz, wędrówka mogłaby być niemal przyjemnością.

Zgodnie z zawartą o poranku umową, Rupert jeszcze przed zmrokiem doprowadził wszystkich do starej leśniczówki, o której wcześniej wspomniał podczas „przesłuchania”. Mała drewniana chatka z pewnością nie pozostawała w czynnym użytku, jednak ślady niedawnych mieszkańców potwierdzały słowa młodzieńca. Ktoś się tu zatrzymał, o czym świadczyły: pozatykane dziury w ścianach i dachu, przygotowane na podłodze posłania, rozstawione przy palenisku drewno na opał, i nawet resztki jedzenia lekko tylko nadpsute w kociołku.

Skrzypienie jednej z podłogowych desek zasugerowało Eike obecność „ukrytej” pod podłogą skrytki. której zawartość postanowiła dyskretnie sprawdzić. Ku jej miłemu zaskoczeniu trafiła na wytarty mieszek z dziesięcioma złotymi koronami, pięknie mieniącymi się w blasku zachodzącego słońca. Bez chwili wahania medyczka obwieściła całej kompanii dobrą nowinę, działając w imię zasady, że radość powiększa się wraz z ilością odczuwających ją osób. Oczywiście przed podziałem uczciwie odliczyła koszty swoich dotychczasowych strat moralnych, minimalne koszty ekspertyzy lekarskiej, a także dodatek funkcyjny na zakup nowych korali. Wszak stare, jak sama nazwa wskazuje, są już stare.

Pozostałą połowę zawartości mieszka Eike podzieliła równo między wszystkich, wzbudzając zgodnie z przewidywaniami uśmiechy na twarzach całej drużyny. Wśród ogólnej wesołości tylko poborca myta, przez którego ręce przeszło już wiele cudzych pieniędzy zauważył, że nie oberżnięte monety błyszczały licem Imperatora Magnusa Pobożnego. Musiały mieć zatem ponad dwieście lat! Obserwacja ta bynajmniej nie miała powstrzymać go przed przyjęciem monet, wszak ładnie dopełniały kolekcję wcześniejszych, opatrzonych wizerunkiem tego samego władcy, które znalazł w bucie leżącym na szlaku.

Po zadomowieniu się w leśniczówce rozgorzała wśród drużyny dyskusja pod tytułem „co dalej”. Z jednej strony kilka złotych monet zostało uznane za uczciwą zapłatę za spacer po górach, z drugiej słowo „skarb” zdążyło się już zadomowić w głowach bohaterów.

– No dobrze, rozstawimy warty i rankiem wszyscy ruszamy do kasztelu – postanowił zakończyć dyskusję Werner.
– Nie, panie! Starsi we wsi gadają, że nie lza tam łazić! – Nagle wyraźnie poddenerwowany Rupert pozwolił sobie dołączyć do rozmowy.
– No, oczywiście że tak gadają! Jak inaczej mogliby gadać! – Alchemik ponownie podjął swoją tyradę.

Reszta jednak szybko uznała, że młody chłopak w zasadzie nie jest już potrzebny, zatem rano może ruszyć w swoją stronę, całkowicie nie przypadkiem będącą przeciwną do kasztelu. Oni natomiast, motywowani akademickim pędem do wiedzy i poznania, podejmą się w imię nauki zbadania zabytkowych ruin.

Jak postanowili, tak też zrobili. Noc minęła bez większych niespodzianek, po śniadaniu pożegnano Ruperta i nawet wyposażono go w kilka srebrnych monet, co najpierw wprawiło go w osłupienie, a zaraz potem wywołało kolejną lawinę słów: o jego wdzięczności, o wspaniałomyślności szacownych podróżnych (tu wszyscy zgodnie pokiwali głowami), życzeń błogosławieństw wszystkich bogów, jak i zapewnień o dozgonnej przyjaźni.

Cały dzień minął na mozolnej wspinaczce zniszczonym, kamiennym gościńcem. Podczas gdy drużyna pięła się coraz wyżej, temperatura, jak to ona ma w zwyczaju, systematycznie malała. Krajobraz, przez niektórych nazwany pięknym, naszym bohaterom wydawał się jednak głównie niegościnny. Zdeterminowani podążali jednak dalej wytyczonym szlakiem.

Późnym popołudniem udało im się wreszcie dotrzeć do przełęczy, z której rozpościerał się widok na cel ich podróży. Ogromne, skute lodem jezioro usadowiło się w okręgu pasma górskiego niby w kraterze, zaś na jego środku, na niewielkiej wyspie wznosiły się ruiny kasztelu. Zapewne w dniach jego świetności można było dostać się tam mostem, jednak teraz jedynie szczerbate przęsła sterczały z zamarzniętej tafli jeziora, jednoznacznie wskazując bohaterom konieczność obrania innej drogi.

Marsz po skrzypiącym lodzie okazał się męczącym i wysoce niebezpiecznym wyzwaniem. Buty ślizgały się na poduszce świeżego śniegu, który przykrywał lodową powierzchnię jeziora i dawał złudne wrażenie stąpania po stałym gruncie. Im dalej w stronę wyspy, tym mniej tego złudzenia pozostawało. Każdy krok wydobywał niemiłosierne skrzypienie, a niepokojącym wrażeniom słuchowym towarzyszyły wizualne, w postaci drobnych, lecz złowrogich pęknięć, wieszczących rychły koniec całej podróży.

Zdeterminowani, i nieco już zdesperowani, bohaterowie odrzucili cały zbędny bagaż i wytrwale posuwali się dalej. Przewiązana linami, krocząca w równych odstępach czteroosobowa tyraliera pod koniec przeprawy wznosiła modły do wszystkich po kolei bogów. Prawdopodobnie któryś z nich rzeczywiście usłyszał wołania i postanowił okazać łaskawość, jako że mroczna i lodowata toń jeziora nie otwarła się przed żadnym z bohaterów aż do samego celu tej ryzykownej przeprawy.

Na dziedziniec dostali się przez zbutwiałe pozostałości otwartej bramy. Przywitał ich posępny widok zniszczonego kasztelu, ozdobionego jedynie smukłą wieżą oraz smętnymi ruinami budynków gospodarczych, których stan nie pozwalał dociekać, do czego mogły służyć dawnym mieszkańcom. Cały dziedziniec, wraz ze stojącymi jeszcze kamiennymi budynkami usiany był śladami po uderzeniach pocisków, które musiałyby być chyba ciskane przez gigantów, czy może to same niebiosa w złości postanowiły wymazać to miejsce z oblicza świata.

Z posępną ostrożnością, w towarzystwie świszczącego wiatru, bohaterowie rozglądali się po głównej budowli. Niewątpliwie byli pierwszymi ludźmi od wielu lat wędrującymi po szerokich korytarzach, wśród pokoi dla służby i dla panujących. Szybko przekonali się, że cokolwiek, co mogło przedstawiać jakąś wartość lub rzucać światło na losy tego miejsca, już dawno zostało zrabowane lub zniszczone, jeżeli nie przez rozumne istoty, to przez nieubłagany upływ czasu i siły natury.

– Proponowałbym sprawdzić teraz wieżę – z widocznym entuzjazmem zaproponował Sigmund.

Smukła konstrukcja pięła się wysoko ponad zapadnięty dach kasztelu, jej szczyt zwieńczały pozostałości czegoś, co mogło być kiedyś kopułą. Czarodziej od razu pomyślał o znanych mu z Altdorfu obserwatoriach astronomicznych. Takie miejsce musiało wiązać się z wiedzą, a jak pamiętał z formuł alchemicznych wiedza równa się potędze.

Wewnątrz wieży parter zdawał się być dawno temu niewielką komnatą, piętro nad nią sugerowało prywatny pokój. Wyżej pięły się już tylko spiralne schody, prowadzące zapewne na szczyt. Jednak gdzieś w połowie drogi do góry drewniane stopnie zmieniały się w ich blade wspomnienie, ostrzegawczo skrzypiąc pod najmniejszym nawet naciskiem.

– Będzie lepiej, jak sama tam wejdę – stwierdziła Sigfrieda. Pozbyła się ostatnich bagaży i zgrabnie zaczęła wspinać się po coraz rzadziej rozmieszonych deskach. Dla pozostałej części drużyny zwinność jej ruchów przypominała bardziej akrobatę balansującego na linie lub dzikiego kota na polowaniu. Chwilę stali, przyglądając się znikającej w górze Sigfriedzie.

Sigmund musiał przyznać, że niewielka blondynka z pewnością poradzi sobie lepiej od niego, ale bezczynne czekanie mierziło go okrutnie. Postanowił zatem jeszcze raz gruntownie zbadać podnóże wieży. Eike i Werner także rozsądnie uznali, że przeszukanie pomieszczeń bliżej poziomu gruntu jest właśnie tym, czym chcą się zająć. Przeczucie nie zawiodło czarodzieja, gdyż po dokładnym sprawdzeniu ścian okazało się, że za jedną z nich skrywają się schody, dla odmiany prowadzące w dół.

Wyszeptał kilka tajemnych słów, które przywołały niewielką kulę złotego światła umieścił ją na szczycie laski, którą się wspierał i w jej blasku postanowił przekonać się, co skrywa mrok podziemi.

Tymczasem droga Sigfriedy coraz bardziej przypominała wspinaczkę, niż wchodzenie po pozostałościach schodów. Lekkość jej niewielkiej postury oraz doświadczenie w wymykaniu się z rodzinnego domu pozwoliły znajdować oparcie dla rąk i nóg w miejscach, gdzie nikt inny z drużyny nie utrzymałby się nawet kilka sekund.

Gdy wreszcie dotarła na szczyt, przywitał ją mroźny świst wiatru oraz widok rozciągający się na otaczające jezioro szczyty. W ruinach obserwatorium, bo było to rzeczywiście obserwatorium astronomiczne, nie znalazła niczego wartościowego. Zniszczone instrumenty nie dawały nawet odrobiny nadziei, aby mogłyby posłużyć do czegokolwiek nawet w rękach najbardziej zdeterminowanego badacza. Po dłuższej chwili, w jednym z kątów, przygniecione nogą stołu, znalazła kilkanaście złożonych kart pergaminu wypełnionych rzędami cyfr. Przy braku bardziej treściwych znalezisk, postanowiła zanieść je alchemikowi z nadzieją, że może jemu wyjawią jakieś informacje.

Tymczasem piwnica wieży stała się domeną żywiołu wody, i do tego zatęchłej. Zirytowany czarodziej, brodząc w wodzie niemal po kolana i bardzo starał się odnaleźć coś interesującego, co w jego własnych oczach nadałoby sens jego aktualnemu położeniu. Jednak i ta część budynku doznała wielu zniszczeń przez lata opuszczenia. Ostatecznie udało mu się wyłowić z przegniłej szuflady przegniłego biurka stary, dla odmiany nieprzegniły notatnik, który sprawiał wrażenie, jakby tylko czekał na uratowanie z tego zapomnianego miejsca.

– Tablice astronomiczne i zapiski z obserwacji nieba – domniemywał głośno czarodziej świdrując wzrokiem zawartość notatnika oraz kart przyniesionych przez Sigfriedę, gdy cała czwórka spotkała się ponownie na dziedzińcu i raczyła kolejnym prowizorycznym posiłkiem.

Astronomia nie była jednak jego życiową pasją, której poświęcałby każdą wolną (i niewolną) chwilę, dlatego też szczegóły znalezisk miały pozostać na razie zagadką. Kierując się uzasadnionym podejrzeniem o znacznej wartości, pieniężnej lub naukowej, papierów, postanowił wszystko pieczołowicie spakować, wraz z przyrządami do pisania, które stanowiły jedną z jego najcenniejszych ruchomości.

– Wydaje mi się, że przed zmrokiem zdążymy jeszcze sprawdzić, co jest tam… – Werner wskazał w kierunku pokaźniej bramy wykutej w skale tworzącej naturalny mur na tyłach kasztelu.

– No oczywiście, że musi być jeszcze jakieś „tam” – zgryźliwie skomentował Sigmund, chlupocząc stopami w przemoczonych butach, z niezadowoleniem odklejając od mokrych spodni poły równie mokrego i tylko trochę uwalanego szlamem płaszcza.

Spis treści
Inne przygody

Zdjęcie pochodzi z exposenature.blogspot.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *