Kryptografia i Szyfr Lazarusa – handout

Pierwszy handout jaki przygotowałem do tej kampanii, głównie dlatego, że Sigmund w ramach wydarzenia między przygodami zaopatrzył się w opasłe tomiszcze ‚Polygraphiae Libri Sex’ – traktujące o kryptografii, oraz pozwalające na rozwinięcie tej umiejętności. A ponieważ nie przystoi, aby gracze ładowali swoje cenne PDtki w umiejętności, których nie będą mieli szansy wykorzystać, to musiałem coś wymyślić.

Znalezisko jakie nasz alchemik próbował odszyfrować to stary i zniszczony dziennik Lazarusa, zwanego głównie przez siebie samego: Wielkim. Do odszyfrowania zapisków, pomijając wiedzę o kryptografii, potrzebne były również tablice astronomiczne opatrzone notatkami Lazarusa i odnalezione przez drużynę podczas pierwszej przygody.

Sam handout miał głównie przybliżyć historię Astromancera, oraz rzucić nieco światła na to co i dlaczego zaszło w kasztelu von Leoric, znajdowały się tam jednak również wskazówki, z których gracze dopiero skorzystają na kolejnych sesjach.

Całość wydrukowałem, potraktowałem Earl Grayem i pokroiłem na stosowne fragmenty, dając graczom losowy z nich, za każdym razem gdy udało im się złamać kolejną część szyfru.

Co do kwestii mechaniki:

Księga ‚Polygraphiae Libri Sex’ – przyjąłem, że dana księga pozwala na podniesienie odpowiadającej jej umiejętności o 10 rozwinięć, aby rozwijać umiejętność dalej należy mieć dostęp do dodatkowych źródeł, lub nauczyciela, oczywiście w wypadku umiejętności spoza wybranej przez gracza profesji.

Złamanie szyfru wymagało 10 PS – test Wiedza (kryptografia) w ramach zajęcia między przygodami, co pozwalało na zrozumienie zasad działania szyfru. Jednak ponieważ Lazarus był wyjątkowo paranoicznym Astromancerem, o zaskakującej zdolności do błyskawicznego przetwarzania wszelakich wartości numerycznych, każdy osobny wpis był szyfrowany na podstawie układu ciał niebieskich danego dnia.

Zatem aby odczytać konkretny wpis, gracze musieli na podstawie tablic ustalić datę, czyli uzyskać 3 SU – Wiedza (kryptografia). Znów w ramach zajęcia między przygodami, lub na sesji, zakładając, że gracz mógł poświęcić osiem godzin na próbę odszyfrowania kolejnego fragmentu.

Talent Geniusz Arytmetyczny dodawał +1 PS przy każdym teście, w ten sposób pomoc mogła oferować osoba nieposiadająca umiejętności Wiedza (kryptografia) posiadająca jednak ten talent.

Poniżej znajdziecie pełny tekst handouta, aby łatwiej było go skopiować, przerobić i użyć na waszych sesjach, zakładając oczywiście że może się wam do czegoś przydać.

Tutaj wersja stworzona w GIMPie do sesji on-line

03.01.2425 KI – Altdorf
…ci losu okalające ziemię utkane są w niebiosach, zatem w pełni poznać i zrozumieć świat możemy jedynie patrząc w gwiazdy… (…) …tylko one spoglądają na nas z okalającej pustki. Dwóch wędrowców nieustannie nam towarzyszy, kierując naszym losem w większym stopniu, niż nasza własna wola…

12.04.2426 KI – Altdorf
…jak zboża wykłoszą się z ziaren, tak wszystko na ziemi wyrasta z ziaren zasianych w niebiosach. Przeto określając minione… (…) …obsiane pola, możemy domniemać gdzie i kiedy zbierać plony… (…) …tak i moja praktyka, przyniesie… (…) …postawiony horoskop przewiduje wielką moc, pozostaje być cierpliwym

08.09.2427 KI – Carroburg
…dwóch dni, gdy oba w całości są na niebie. Reszta pozostaje nieprzenikniona, choć Oblubieniec Morra, zdaje się faworyzować dni trzynaste, na tyle często by wykazywać związek, chociaż od zasady tej wyjątki są liczne, a ich przyczyna leży…

25.05.2429 KI – Ubersreik
…się nie zgadzają? W obu przypadkach nie trafiłem na nic wartego wzmianki. Pozostaje jedynie ufać w skłonność losu do posłuszeństwa regule trójek… (…) …horoskop nie może się mylić, władza i potęga są mi przeznaczone…

16.04.2436 KI – Krater w Górach Czarnych
…Wreszcie po tylu latach sukces, zresztą nawet pastuch zauważyłby rękę niebios, która wyżłobiła krater. Ostateczne zwycięstwo, jest już… (…) …pierwsze, cholera wszędzie muszą być pierwsze. Zaściankowe i prostackie do bólu, ślepe, niepotrafiące ujrzeć tego co mają przed oczami… (…) …tylko złoto, a nie dostrzegają prawdziwego skarbu… (…) …bronić wejścia? Mi? Lazarusowi Wielkiemu! Magistrowi Niebios! Wychowankowi Altdorfskich Kolegiów Magii! Kawałkiem skały bronić wejścia… (…) …co mi się należy wyrokiem losu…

30.05.2437 KI – Wusterburg
…lix Masser wywiązał się ze swojej części nadwyraz sprawnie, chociaż kosztowało to fortunę, co gorsza moją fortunę. Nieważne pieniądze nie będą miały znaczenia, mając oba klucze… (…)

22.03.2438 KI – Serrig
…zapewni odpowiednie finansowanie całej operacji związanej z odnalezieniem trzeciego klucza. Jednak twierdzi, że nie jest zainteresowany tułaczką po górach. Spodziewa się dziecka i chce wreszcie zapuścić korzenie! Tutaj, na końcu świata władać kawałkiem ziemi na której rosną jedynie kamienie, zamiast zmienić oblicze…

07.06.2439 KI – Krater w Górach Czarnych
…Leoric nie mógłby być szczęśliwszy patrząc na transporty ze złotem opuszczają posiadłość, zdaje się że zapomniał już nawet o losie żony… (…) …Nowy teleskop z Nuln powinien być gotowy wraz z końcem lata… (…) …poszukiwania nie przyniosły jeszcze rezultatów…

17.08.2447 KI – Nuln
…pod samym nosem. Przysięgam, że są gorsi niż krasnoludy… “eksponat jest przykładem sztuki użytkowej” – na miłość Sigmara! (..) …nad wyraz łasi na złoto, wbrew twierdzeniom, że potrafią je wytworzyć ze zwykłego ołowiu…

10.11.2449 KI – Posiadłość von Leoric w Górach Czarnych
…postawiłem kolejny horoskop, wszystkie są zgodne trzynasty dzień ofiaruje mi moc, jeżeli tylko odważę się wyciągnąć… (…) …wreszcie wszyscy zrozumieją… tę dziurę i zajmę należne mi miejsce w Altdorfie…

8. Dar Morra

22.10.2511, kasztel von Leoric

– Dum, dum! Dum, dum! – skąpany w zielonym blasku Morrslieba kasztel zdawał się drżeć w rytm uderzeń bębnów, podczas gdy okrzyki zielonoskórych nieuchronnie przybliżały się ze wszystkich stron, niesione mroźnym wiatrem.

Agatha pewnym ruchem zrzuciła z siebie płaszcz, odsłaniając skrywaną pod nim kolczugę. W nieco bardziej sprzyjających okolicznościach drużyna byłaby mocno zdziwiona i napewno nie pozostawiłaby sytuacji bez zadania mnóstwa pytań. Nie tym razem jednak. Agatha zdjęła lampion z zawsze towarzyszącego jej kostura podróżnego, sam kostur zaś odrzuciła na bok, niczym niepotrzebną już zabawkę.

– Weźcie to! – wyjęła świecę i zdarła pergamin z lampionu, który okazał się być niczym innym, jak kolejnym krasnoludzkim kluczem! Bliźniaczo podobnym do dwóch znalezionych przez bohaterów w powypadkowych resztkach dyliżansu. Następnie uklękła przy swoim worku podróżnym, i ku dalszemu zdziwieniu wszystkich obecnych (gdyby mieli czas i sposobność, by czemuś się dziwić) wyciągnęła z worka całkiem pokaźnych rozmiarów młot bojowy.

Kobieta, która mogłaby być nawet nie matką, ale zapewne babką bohaterów, stojąc teraz w pełni wyprostowana, w lśniącej zbroi i z bronią w rękach, bynajmniej nie przywodziła na myśl słabej i wymagającej pomocy staruszki. Zgoła odwrotnie, siła i zdecydowanie bijące od kapłanki zdawały się promieniować wokół i dodawać otuchy struchlałym w sercu.

– Szybciej! Do kopalni! – krzyknęła tonem wyraźnie nawykłym do wydawania rozkazów. Nie sposób było nie usłuchać. Nogi same niosły. Nikt nie chciał zostać na dziedzińcu. Porwali ze sobą to, co mieli pod ręką.

Biegli, każde z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na broni. Strach powoli przeradzał się w panikę, którą usilnie starali się przegonić, biegnąc coraz szybciej. Zostawili za sobą rozświetlony blaskiem mniejszego księżyca dziedziniec, ruszyli w głąb kopalni. Przy świetle pochodni gorączkowo odnajdywali drogę, poganiani coraz głośniejszymi krzykami zielonoskórych. Tylko modlitwa o wstawiennictwo Sigmara, powtarzana niestrudzenie przez Agathę, zdawała się blokować paniczny strach i zatrzymywać czarne myśli o nadchodzącej i nieuchronnej śmierci.

– Agatha! Ten proch krasnoludzki, o którym mówiłaś, jest tu gdzieś jeszcze? – olśniło Sigmunda. Starał się przekrzyczeć swoją zadyszkę, obładowany pakunkami, w tym oczywiście najcenniejszym z nich: magicznym Grymuarem.

– W dole, w korytarzu. Tam był skład narzędzi – wskazała kapłanka, gdy dobiegli do basenu. W miejscu gdzie jeszcze niedawno stała woda, teraz otwierał się kolejny, prowadzący w głąb podziemi korytarz.

– Zdążymy? – Werner nerwowo spoglądał w górę tunelu. Widział sylwetki ścigających ich goblinów. Złowrogo błyszczące w mroku ślepia zbliżały się zastraszająco szybko.

– Zdążycie. Jeżeli dokończycie to, co wtedy zaczęłam, uciekajcie dalej w dół kopalni. Nie czekajcie. – Agatha odwróciła się do nich plecami, uspokoiła oddech i rozpoczęła:

– Sigmarze, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom chaosu bądź naszą obroną. Oby go mój młot pogromić raczył, pokornie o to proszę, a Ty, Wodzu Imperialnych zastępów, demony i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą swoją strąć do otchłani z której wylęgły! – Dźwięczny głos Agathy odbijał się od skał.

Z płonącym młotem w dłoni i ogniem prawdziwej wiary w sercu, wojowniczka Sigmara ruszyła w górę, na spotkanie nadciągającej hordzie.

***

– Szybciej, szybciej! – krzyczał Werner, gdy zbiegali korytarzem. Z góry dochodziły ich odgłosy walki i przerażone krzyki goblinów. Wszystko wzmocnione wielokrotnym echem odbijającym się od ścian podziemi. Zdawało się, jakby to sam Sigmar zstąpił na ziemię i upomniał się o należne mu ciała znienawidzonych wrogów.

– Tutaj! – rzuciła Sigfrieda, wskazując na przegniłe i rozpadające się drzwi po prawej stronie korytarza.

W małym pomieszczeniu, błyskawicznie przegrzebując wszystkie zgromadzone tu rupiecie, znaleźli kilkanaście beczk wielkości dorodnej dyni. Wszystkie opieczętowane były dobrze znanymi Sigmundowi krasnoludzkimi runami oznaczającymi czarny proch.

– Fachowa robota. Patrzcie! Zawinięte w pergamin i zalane woskiem. Proch wciąż może być suchy! – zdumiał się alchemik i niemal zapatrzył, a rzemieślink w nim wyraźnie pragnął poświęcić chwilę na kontemplację tak rzetelnego podejścia do sprawy. Szybko się jednak zreflektował. – Każdy po jednej i lecimy!

Tak też zrobili. Obładowani kolejnym ciężarem biegli dalej w dół. Wypluwali resztki oddechu, opadali z sił z każdym krokiem. Chwilowy przypływ energii napędzony widokiem hordy goblinów wyraźnie był na wyczerpaniu. W głowach kołatały się myśli: „Nie wypuść beczki z rąk”, „Nie przewróć się”, „Byle w dół”.

Odgłosy walki z góry korytarza stopniowo przycichały, ustępując miejsca ponurej ciszy podziemi. Nie byli pewni, czy są już tak daleko, czy też walka dobiegła końca. Nie mieli wątpliwości, że mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Pojedynczy człowiek nie pokona hordy. Pełni niepokoju o to, co przed nimi, i to, co za nimi, parli do przodu.

W końcu przed nimi pochodnia oświetliła wrota do okrągłej komnaty. Nie wydawała się szersza niż dwa imperialne trakty. Zewnętrzne ściany przyozdobione były tysiącem znaków runicznych, które mieniły się bladym światłem, a przed wejściem w posadzce znajdował się znajomy już kształt sześciokątnego wycięcia.

– Wrócić i tak nie możemy. – Sigfrieda głośno wyraziła to, co wszystkim chodziło po głowie. W stronę Wernera, który z kluczem w dłoni klęczał na posadzce z pytającym spojrzeniem, rzuciła: – Teraz albo nigdy!

Werner przekręcił klucz.

Wrota niemal natychmiast wsunęły się w mechanizm ukryty w podłodze, a głośny huk obwieścił wszem i wobec, że są otwarte. Powietrze, zamknięte od dziesięcioleci w sarkofagu, wdarło się w nozdrza zapachem zgnilizny. Lecz nie samo powietrze wydostało się z wnętrza – Dhar niemal wylewał się, niby skwaśniałe piwo z pękniętej beczki. Spoglądając na tracące blask starożytne runy Sigmund zdał sobie sprawę, że cała komnata stworzona została, aby zatrzymać sączącą się ze środka magię zepsucia. Oni natomiast właśnie dali jej ujście na świat.

– Pięknie, kurwa. – pomyślał rzeczowo alchemik. A może powiedział?

Jakby tego było mało, dopiero zaczynali dostrzegać detale wnętrza sali. Na skalnej podłodze leżały szkielety obleczone w pozostałości zbroi i przegniłe strażnicze mundury. Pomiędzy nimi zobaczyli zwłoki byłego władcy tej kopalni i kasztelu, z którego pleców wciąż sterczały sztylety zdrajców. Na samym środku pomieszczenia tkwiła wielka, przynajmniej metrowej średnicy, idealnie okrągła kula. I chociaż zdawała się być całkowicie czarna, to każdy jej fragment pozostający poza centrum pola widzenia błyskał kotłującą się zielenią przechodzącą w zgniłą żółć. Złowrogi blask, dostrzegalny jedynie kątem oka, układał się w bezsensowne wzory. Przywodziły one na myśl ludzkie twarze, które jednak w swej groteskowości nie mogłyby być twarzami, a tym bardziej na pewno nie ludzkimi.

Pochylony nad nią, niby pomnik, wartę pełnił mężczyzna. Odziany w powłóczyste i bogato zdobione, ale rozpadające się szaty, wsparty na kosturze zdobionym w gwiazdy i półksiężyce. Z zamkniętymi oczyma, o skórze białej i cienkiej jak najdelikatniejszy pergamin. Od dziesiątek lat trzymany przy życiu jedynie swoją szaloną ambicją i niegasnącym uporem, czerpiąc siły ze źródła czarnej magii, która zgodnie z zamysłem nie miała nigdy opuścić granic tego pomieszczenia. Lazarus, bo nie mógł to być nikt inny, powoli zaczął wybudzać się ze swojego półwiecznego stuporu. Powoli uniósł powieki, które skrywały jadowitą zieleń spaczeni, sączącą się z jego oczu.

Groza lodowatymi dłońmi ścisnęła serca bohaterów, zamarli w bezruchu. Nie byli wstanie wykonać nawet najdrobniejszego gestu. Ich oddechy zamarły, a krew w żyłach zastygła, rozlewając chłód śmierci po całym ciele. Świat przestał mieć znaczenie. Sparaliżowani, w niezmiennej rzeczywistości przerażenia rozciągającej się przez niezliczone eony, stali. Zamarli obok czasu przelewającego się rwącą rzeką przez cały świat. Zbyt przerażeni, aby móc nawet pomyśleć o ucieczce. Tkwili tak sekundę, minutę, wieczność?

– Agrhhhh!!! – Wydarł wreszcie ze swojego gardła Sigmund, starając się cisnąć jakąś klątwę na ogarniającą go bezsilność. Drżącą ręką rozdarł papier z dna przytaszczonej beczułki i odsłonił zawinięty lont. Wreszcie odpalił go od pochodni, zatkniętej w zastygłej dłoni Eike, i wrzucił do pomieszczenia.

– Dawaj następną! – krzyknął do Wernera, któremu bezpośredni rozkaz pomógł wreszcie otrząsnąć się z paraliżującego przerażenia.

Kolejna beczka poszybowała w głąb komnaty, ciągnąc za sobą strugę błyszczących iskier niby kometa. Za nią podążyły dwie następne i wtedy Werner ponownie przekręcił klucz. Drzwi drgnęły i powoli zaczęły podnosić się z posadzki, przesłaniając zalegające ciała. Był to ostatni moment, gdyż owe ciała niezgrabnie i z trudnością zaczynały poruszać się, jakby ktoś tchnął w nie nowe życie.

– Nie mogę go wyciągnąć! – Krzyczał przyszły strażnik dróg, mocując się z kluczem.

– Zostaw w cholerę i spieprzamy! – Odkrzyknął alchemik, już w biegu, pokazujący wszystkim podeszwy swych butów.

Pozostali bez specjalnego dywagowania poszli w jego ślady, zostawiając za plecami domykającą się komnatę. Na jej ścianach runiczne pismo krasnoludów ponownie zaczynało jarzyć się bladym blaskiem. Zgodnie z ostatnią wskazówką Agaty biegli cały czas w dół, z nadzieją na odnalezienie wyjścia, podczas gdy podziemiami wstrząsały kolejne uderzenia. To same gwiazdy spadały na kasztel, strącone z firmamentu wolą Lazarusa, który pragnął uwolnić się ze swojego więzienia.

***

Po kolejnej szalonej gonitwie skalnymi tunelami bohaterom udało się dotrzeć do jednego z wyjść z kopalni. Nad brzegiem jeziora odnaleźli porzuconą lodź, która z nurtem rzeki zaniosła ich do Hëuten. W zabitej dechami wiosce znaleźli schronienie i upragniony odpoczynek. Jak się okazało, Rupert zdążył już wrócić do rodzinnego domu.

Noc, podczas której przybyli do wioski, przez miejscowych nazwana została Nocą spadających gwiazd. Co starsi wieśniacy pamiętali opowieści o podobnym wydarzeniu kilkadziesiąt lat temu. Rada wioski zgodnie uznała, że jest to zły omen i do starego kasztelu nie lza łazić, bo nic dobrego to nie przyniesie. Decyzja ta świadczy o głębokim rozsądku i sile instynktu zachowawczego wśród mieszkańców. 

Niedługo później drużyna ruszyła w dalszą drogę prowadzącą do miasta Sonnefurtr, pozostawiające wszystkie te wydarzenia za sobą i tylko Sigmund czasami nie mógł oprzeć się dziwnemu przeczuciu jakby cały czas był przez kogoś obserwowany.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa goodfon

7. Z woli bogów

21.10.2511, kasztel von Leoric

– Krasnoludzka kopalnia – obwieścił światu oraz wszystkim zebranym Sigmund, rozświetlając wejście złotym światłem sączącym się z magicznej kuli na szczycie kostura.

– To by wyjaśniało legendy o skarbie – zauważył Werner, dzierżąc w dłoni dużo bardziej tradycyjne źródło światła w postaci zwykłej pochodni.

– To co, zobaczmy, czy kryje się w nich jakieś ziarno prawdy? – Entuzjastycznie zaproponowała Eike.

Powoli, ostrożnie drużyna ruszyła ciemnym korytarzem. Z wyciągniętą bronią zagłębiali się w coraz gęstszą ciemność. Przedtem nie określiliby dziedzińca kasztelu jako wybitnie gościnnego, teraz jednak, z każdym kolejnym krokiem oddalając się od wyjścia na powierzchnię, dziedziniec wydawał im się wyjątkowo bezpieczny i zapraszający.

Równy korytarz stopniowo schodził coraz niżej, co jakiś czas odsłaniając jakieś odgałęzienie, wykute jednak w dużo bardziej prymitywny sposób. Wąskie i nieregularne mniejsze korytarze przywodziły Sigmundowi na myśl słowa mistrza kowalskiego, u którego kiedyś terminował. Krasnolud nie miał zbyt wysokiego mniemania o ludzkim rzemiośle i zwykł nazywać je: partactwem, odwaloną na szybko chałturą, bez polotu i finezji. W tym momencie Sigmund musiał w myślach przyznać rację brodaczowi.

Przy drgającym świetle płomieni, w ciszy przerywanej jedynie ich własnymi krokami, dotarli wrzeszczcie do końca głównego tunelu. Ich oczom ukazał się kwadratowy, wypełniony zatęchłą wodą basen, którego brzegi oznaczono licznymi znakami runicznymi, zaś na posadzce zauważyli dwa sześcioboczne otwory.

Sigmund, chociaż znał podstawy krasnoludzkiego pisma, nie potrafił rozpoznać  znaków. Podejrzewał, że jest to jakaś forma starszych run. Przeznaczenia otworów natomiast domyślił się w lot i wyciągnął jeden z metalowych przedmiotów odnalezionych w skrzyni dyliżansu. Zgodnie z przewidywaniami, idealnie wpasował się w sześciokątne wycięcie w podłodze.

– Teraz drugi – rzucił z ekscytacją do Wernera.

Werner nie kazał na siebie długo czekać i rychło oba klucze znalazły się w miejscach ewidentnie do tego stworzonych. Wprawdzie brakowało instrukcji, ale intuicja bohaterów podpowiedziała im, że nie powinna zaszkodzić próba równoczesnego ich przekręcenia.  W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło (dobrego ani złego, co czasem liczy się bardzo na plus), jednakże jakiś dawno zapomniany mechanizm musiał wciąż spełniać swoje zadanie. Coś drgnęło, a po chwili zauważyli, że poziom wody w basenie powoli, bardzo powoli się obniża i zaczyna odsłaniać kolejny, biegnący w dół korytarz. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w wodę.

– W tym tempie zajmie to dobrych kilka godzin, zanim będziemy mogli ruszyć dalej – stwierdziła w końcu zniecierpliwiona Sigfrieda. – Wróćmy na powierzchnię odpocząć. Będziemy mieli lepszy widok na okolicę, zamiast siedzieć tu jak szczury w piwnicach.

Przyznawszy rację głosowi rozsądku, rozbili obozowisko na zniszczonym dziedzińcu. Ruiny kasztelu nie wzbudzały wystarczającego zaufania, aby spędzić noc pod jego stropami, zaś sama kopalnia, przesiąknięta wilgotnym i stęchłym powietrzem, również nie napawała nadzieją na spokojny sen.

***

Sigmund obudził się nagle, całkowicie przytomny i drżący ze strachu. Coś usłyszał, czy tylko mu się przyśniło? Wytężył słuch, wiatr hulał po dziedzińcu i opuszczonych budynkach, a żar skrzył się w ognisku, rozstawionym pod firmamentem gwiazd i księżyców.

– Dum dum. Dum dum. – Ledwie słyszalne rytmiczne uderzenia niosły się z oddali. Natychmiast zerwał się z posłania. Pozostała dwójka wciąż spała, zaś Sigfrida, ledwie dostrzegalna na szczycie muru, wpatrywała się w ciemność.

– Słyszałaś? Bębny! – Bardziej wyszeptał niż krzyknął, wbiegając na blanki.

– Tak. Będziemy mieli też gościa – Sigfrieda wskazała niewielkie światło latarni zmierzające w ich stronę po tafli zamarzniętego jeziora. – Czas obudzić pozostałych.

Pośpiesznie zebrali obozowisko i w napięciu oczekiwali na nieznajomego. Po dłuższej chwili nerwowego wyczekiwania, przez bramę przeszła zakapturzona postać wspierająca się długim kosturem, u szczytu którego tańczył świetlisty lampion.

– Niechaj spłynie na was łaska Młotodzierżcy, dobrzy ludzie – przywitała się Agatha, odsłoniwszy skrytą w cieniu kaptura twarz. Jej słowa, chociaż uspokoiły bohaterów, wywołały w ich głowach cały nawał pytań.

– Co tutaj robisz? – Pierwsza wybiła się ze zdziwienia Eike.

– Wypełniam wolę Sigmara, tak jak i wy – odparła kapłanka, zrzucając obok dogasającego ogniska pokaźnych rozmiarów podróżny worek i siadając na nim.

– A niby skąd wiedziałaś, że tu będziemy? – Dorzucił Sigmund z dozą, jak sądził, zdrowego sceptycyzmu.

– Kowal nie tłumaczy podkowie, co z nią zrobi. Podobnie bogowie nie wyjawiają swoich planów zwykłym śmiertelnikom, którymi się posługują – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem kapłanka.

– Ty, jak rozumiem nie jesteś jednak zwykłą śmiertelniczką – dodał z przekąsem Werner, który z pewnością nie miał najmniejszej ochoty mieszać się w sprawy bogów i szczerze pragnął pozostać przez nich niezauważonym.

– Powiedzmy, że jestem narzędziem, które wreszcie zdaje sobie sprawę do czego je przeznaczono – cierpliwie opowiedziała Agatha przeczesując siwe włosy spięte w gruby warkocz.

– Dum, dum. Dum, dum. – Ponownie rozległ się słyszany teraz już wyraźnie przez wszystkich tętent bębnów.

– Nie jesteśmy jednak jedynymi narzędziami, które komuś służą – kapłanka odpowiedziała na malującą się na twarzach zebranych trwogę.

– To co my tu robimy? – Dociekała zakłopotana Eike.

– To długa historia, ale mamy jeszcze czas – wzrok Agathy spoczął na żarzącym się ognisku. – Ten kasztel powstał ponad siedemdziesiąt lat temu, choć jego obecny stan mógłby wskazywać na dużo dłuższą historie. Hrabia Dietrich von Leoric postanowił obrać to niegościnne miejsce na swoją siedzibę za namową pewnego czarodzieja, Lazarusa. Ten ambitny astrolog twierdził, że spoglądając w gwiazdy odnalazł miejsce największego skarbu w Imperium. By się do niego dostać potrzebował wsparcia kogoś, kto miał prawa do tej ziemi oraz majątek, który pozwoliłby na rozpoczęcie badań i wykopalisk.

Lazarus nie kłamał, na wyspie na jeziorze w górskim kraterze rzeczywiście odnaleźli pozostałości starożytnej, krasnoludzkiej kopalni. Nasi brodaci bracia nie wyczerpali jednak wszystkich bogactw tego miejsca. W skałach wciąż skrzyły się żyły złota, co pozwoliło na wznowienie pracy kopalni oraz sfinansowanie budowy wszystkiego, co widzicie dookoła – zmęczony wzrok Agathy skupił się teraz na ziejących pustką oknach kasztelu.

I chociaż kopalnia stała się źródłem wielkiego majątku dla hrabiego, to jedna jej część wciąż pozostała niezbadana. Krasnoludzcy inżynierowie, wykorzystując dawno zapomniane artefakty, zalali wiele ze starożytnych szybów. Drążąca w głowach władcy i czarodzieja myśl o tym, jakie jeszcze skarby mogą się tam ukrywać, nie dawała im spokoju.

Całe lata zajęło im odnalezienie kluczy, które pozwalały na ponowne uruchomienie mechanizmu kontrolującego poziom wody w czeluściach kopalni. W końcu, gdy osuszono całe podziemia, na jaw wyszła prawdziwą ich głębia i ogrom. To, co widzieli dotychczas, stanowiło jedynie przedsionek właściwych podziemi, korytarze i szyby ciągnęły się niemalże w nieskończoność. Na samym dole dotarli do niezwykłej komnaty ozdobionej tajemniczymi runami. Była ona jednak zamknięta, brakowało trzeciego krasnoludzkiego klucza.

Jakaż była wściekłość Lazarusa, gdy dowiedział się, że jego skarb, do którego drogę odnalazł w gwiazdach, wciąż jest poza jego zasięgiem. Próbował wszystkiego, by przedrzeć się do tajemniczego pomieszczenia, lecz ani jego magia, ani najlepszy proch ściągany z Imperialnych Arsenałów nie był wstanie skruszyć skał wokół komnaty.

Jednak wszystko, co zostało zapisane w niebiosach, musi się spełnić. Szlachcic i czarodziej wzajemnie podsycali swoją obsesję i wydali niejedną fortunę próbując dostać się do środka. Wynajmowali całe grupy najemników, którzy przeczesywali najdalsze zakątki Starego Świata, próbując odnaleźć ostatni, brakujący klucz. Na daremno.

Pewnego dnia sam z siebie pojawił się nieznajomy, który posiadał to, czego tyle lat bezowocnie szukali. Oddawszy mu wszystko, co jeszcze pozostało z ich niegdyś ogromnego majątku, zdobyli wreszcie upragniony ostatni klucz. Czarodziej, w godzinę swojego tryumfu, wraz ze swoim panem i jego gwardią honorową zeszli w mrok najgłębszych korytarzy, by odpieczętować komnatę.

W środku znajdował się wielki kamień, który wyglądał, jakby spoczywał w tym miejscu na długo przed narodzinami samego Sigmara. Lazarus, pochłonięty rządzą posiadania skarbu nie zwrócił uwagi na dziwną i niepokojącą moc bijącą z kamienia. Rozkazał strażnikom, od dawna już posłusznym jego rozkazom, by zabili hrabiego.

– Skąd wiesz to wszystko? – Wyszeptała Eike, dla której historia o starożytnych kopalniach i podziemiach wydawała się nieprzyzwoicie wręcz interesująca.

– Astromanta widział wiele patrząc w niebo, lecz tam w dole, pod skalnym sklepieniem nie dostrzegł dziecka, skrywającego się w cieniach. Dziewczynka widziała jak jej ojciec, który od tylu lat skupiał się jedynie na swoim dążeniu do skarbu, zostaje zamordowany przez własną straż. W przerażeniu i rozpaczy wybiegła z ciemności komnaty i przekręciła ponownie klucz, zamykając maga i zdrajców w środku. Gdy Lazarus w gniewie przywołał swoje moce i ciskał z nieba gwiazdy, które obracały wszystko w ruinę, dziewczynka uciekała już z wyspy, przełykając gorzkie łzy i mając tylko nadzieję, że nigdy przenigdy nie zobaczy już tego miejsca.

Zapadło długie milczenie, przerywane jedynie odgłosem dogasającego ogniska.

– Jeżeli ten Lazarus został zamknięty tam na dole kilka dekad temu – przerwał w końcu ciszę Werner –  to co my do cholery tu robimy?

– Obawiam się, że on tam wciąż jest. I czeka – odpowiedziała niemal przepraszająco Agatha.

– Dum, dum! Dum, dum! – Nagle zdali sobie sprawę, że odgłos bębnów cały czas narastał, podczas gdy wsłuchiwali się w opowieść kapłanki.

Sigfrieda wbiegła na mury i z przerażeniem patrzyła na dziesiątki pochodni posuwających się po jeziorze w kierunku zamku. Tafla lodu pękała pod ciężarem małych, pokracznych postaci, zsyłając je w lodowatą toń, lecz były ich setki, jeżeli nie tysiące. Wszystkie nie utoną, nie ma takiej możliwości – pomyślała i podniosła alarm:

– Zielonoskórzy! Armia Zielonoskórych!

– Czy ten kamień na dole to… – Nie zdążył dokończyć Sigmund.

– Tak – odpowiedziała kapłanka wznosząc głowę ku niebu, na którym mniejszy z księżyców lśnił wyjątkowo jasnym, zielonkawym światłem – Ukochany Morra. Jego dar dla ludzkości.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Eduardo Pena

6. Stary kasztel

21.10.2511, w drodze do kasztelu von Leoric

Ryby złowione przez Ruperta ze wsi Hëuten świetnie sprawiły się jako śniadanie. Drużyna dziarsko maszerowała po starym gościńcu, w towarzystwie młodzieńca, który, jak się okazało, nie potrafi znieść otaczającej go ciszy. A u stóp majestatycznych Gór Czarnych ciszy było aż nadto. Promienie słońca rozlewały się po ośnieżonej scenerii i gdyby nie okoliczności oraz nieubłaganie narastający mróz, wędrówka mogłaby być niemal przyjemnością.

Zgodnie z zawartą o poranku umową, Rupert jeszcze przed zmrokiem doprowadził wszystkich do starej leśniczówki, o której wcześniej wspomniał podczas „przesłuchania”. Mała drewniana chatka z pewnością nie pozostawała w czynnym użytku, jednak ślady niedawnych mieszkańców potwierdzały słowa młodzieńca. Ktoś się tu zatrzymał, o czym świadczyły: pozatykane dziury w ścianach i dachu, przygotowane na podłodze posłania, rozstawione przy palenisku drewno na opał, i nawet resztki jedzenia lekko tylko nadpsute w kociołku.

Skrzypienie jednej z podłogowych desek zasugerowało Eike obecność „ukrytej” pod podłogą skrytki. której zawartość postanowiła dyskretnie sprawdzić. Ku jej miłemu zaskoczeniu trafiła na wytarty mieszek z dziesięcioma złotymi koronami, pięknie mieniącymi się w blasku zachodzącego słońca. Bez chwili wahania medyczka obwieściła całej kompanii dobrą nowinę, działając w imię zasady, że radość powiększa się wraz z ilością odczuwających ją osób. Oczywiście przed podziałem uczciwie odliczyła koszty swoich dotychczasowych strat moralnych, minimalne koszty ekspertyzy lekarskiej, a także dodatek funkcyjny na zakup nowych korali. Wszak stare, jak sama nazwa wskazuje, są już stare.

Pozostałą połowę zawartości mieszka Eike podzieliła równo między wszystkich, wzbudzając zgodnie z przewidywaniami uśmiechy na twarzach całej drużyny. Wśród ogólnej wesołości tylko poborca myta, przez którego ręce przeszło już wiele cudzych pieniędzy zauważył, że nie oberżnięte monety błyszczały licem Imperatora Magnusa Pobożnego. Musiały mieć zatem ponad dwieście lat! Obserwacja ta bynajmniej nie miała powstrzymać go przed przyjęciem monet, wszak ładnie dopełniały kolekcję wcześniejszych, opatrzonych wizerunkiem tego samego władcy, które znalazł w bucie leżącym na szlaku.

Po zadomowieniu się w leśniczówce rozgorzała wśród drużyny dyskusja pod tytułem „co dalej”. Z jednej strony kilka złotych monet zostało uznane za uczciwą zapłatę za spacer po górach, z drugiej słowo „skarb” zdążyło się już zadomowić w głowach bohaterów.

– No dobrze, rozstawimy warty i rankiem wszyscy ruszamy do kasztelu – postanowił zakończyć dyskusję Werner.
– Nie, panie! Starsi we wsi gadają, że nie lza tam łazić! – Nagle wyraźnie poddenerwowany Rupert pozwolił sobie dołączyć do rozmowy.
– No, oczywiście że tak gadają! Jak inaczej mogliby gadać! – Alchemik ponownie podjął swoją tyradę.

Reszta jednak szybko uznała, że młody chłopak w zasadzie nie jest już potrzebny, zatem rano może ruszyć w swoją stronę, całkowicie nie przypadkiem będącą przeciwną do kasztelu. Oni natomiast, motywowani akademickim pędem do wiedzy i poznania, podejmą się w imię nauki zbadania zabytkowych ruin.

Jak postanowili, tak też zrobili. Noc minęła bez większych niespodzianek, po śniadaniu pożegnano Ruperta i nawet wyposażono go w kilka srebrnych monet, co najpierw wprawiło go w osłupienie, a zaraz potem wywołało kolejną lawinę słów: o jego wdzięczności, o wspaniałomyślności szacownych podróżnych (tu wszyscy zgodnie pokiwali głowami), życzeń błogosławieństw wszystkich bogów, jak i zapewnień o dozgonnej przyjaźni.

Cały dzień minął na mozolnej wspinaczce zniszczonym, kamiennym gościńcem. Podczas gdy drużyna pięła się coraz wyżej, temperatura, jak to ona ma w zwyczaju, systematycznie malała. Krajobraz, przez niektórych nazwany pięknym, naszym bohaterom wydawał się jednak głównie niegościnny. Zdeterminowani podążali jednak dalej wytyczonym szlakiem.

Późnym popołudniem udało im się wreszcie dotrzeć do przełęczy, z której rozpościerał się widok na cel ich podróży. Ogromne, skute lodem jezioro usadowiło się w okręgu pasma górskiego niby w kraterze, zaś na jego środku, na niewielkiej wyspie wznosiły się ruiny kasztelu. Zapewne w dniach jego świetności można było dostać się tam mostem, jednak teraz jedynie szczerbate przęsła sterczały z zamarzniętej tafli jeziora, jednoznacznie wskazując bohaterom konieczność obrania innej drogi.

Marsz po skrzypiącym lodzie okazał się męczącym i wysoce niebezpiecznym wyzwaniem. Buty ślizgały się na poduszce świeżego śniegu, który przykrywał lodową powierzchnię jeziora i dawał złudne wrażenie stąpania po stałym gruncie. Im dalej w stronę wyspy, tym mniej tego złudzenia pozostawało. Każdy krok wydobywał niemiłosierne skrzypienie, a niepokojącym wrażeniom słuchowym towarzyszyły wizualne, w postaci drobnych, lecz złowrogich pęknięć, wieszczących rychły koniec całej podróży.

Zdeterminowani, i nieco już zdesperowani, bohaterowie odrzucili cały zbędny bagaż i wytrwale posuwali się dalej. Przewiązana linami, krocząca w równych odstępach czteroosobowa tyraliera pod koniec przeprawy wznosiła modły do wszystkich po kolei bogów. Prawdopodobnie któryś z nich rzeczywiście usłyszał wołania i postanowił okazać łaskawość, jako że mroczna i lodowata toń jeziora nie otwarła się przed żadnym z bohaterów aż do samego celu tej ryzykownej przeprawy.

Na dziedziniec dostali się przez zbutwiałe pozostałości otwartej bramy. Przywitał ich posępny widok zniszczonego kasztelu, ozdobionego jedynie smukłą wieżą oraz smętnymi ruinami budynków gospodarczych, których stan nie pozwalał dociekać, do czego mogły służyć dawnym mieszkańcom. Cały dziedziniec, wraz ze stojącymi jeszcze kamiennymi budynkami usiany był śladami po uderzeniach pocisków, które musiałyby być chyba ciskane przez gigantów, czy może to same niebiosa w złości postanowiły wymazać to miejsce z oblicza świata.

Z posępną ostrożnością, w towarzystwie świszczącego wiatru, bohaterowie rozglądali się po głównej budowli. Niewątpliwie byli pierwszymi ludźmi od wielu lat wędrującymi po szerokich korytarzach, wśród pokoi dla służby i dla panujących. Szybko przekonali się, że cokolwiek, co mogło przedstawiać jakąś wartość lub rzucać światło na losy tego miejsca, już dawno zostało zrabowane lub zniszczone, jeżeli nie przez rozumne istoty, to przez nieubłagany upływ czasu i siły natury.

– Proponowałbym sprawdzić teraz wieżę – z widocznym entuzjazmem zaproponował Sigmund.

Smukła konstrukcja pięła się wysoko ponad zapadnięty dach kasztelu, jej szczyt zwieńczały pozostałości czegoś, co mogło być kiedyś kopułą. Czarodziej od razu pomyślał o znanych mu z Altdorfu obserwatoriach astronomicznych. Takie miejsce musiało wiązać się z wiedzą, a jak pamiętał z formuł alchemicznych wiedza równa się potędze.

Wewnątrz wieży parter zdawał się być dawno temu niewielką komnatą, piętro nad nią sugerowało prywatny pokój. Wyżej pięły się już tylko spiralne schody, prowadzące zapewne na szczyt. Jednak gdzieś w połowie drogi do góry drewniane stopnie zmieniały się w ich blade wspomnienie, ostrzegawczo skrzypiąc pod najmniejszym nawet naciskiem.

– Będzie lepiej, jak sama tam wejdę – stwierdziła Sigfrieda. Pozbyła się ostatnich bagaży i zgrabnie zaczęła wspinać się po coraz rzadziej rozmieszonych deskach. Dla pozostałej części drużyny zwinność jej ruchów przypominała bardziej akrobatę balansującego na linie lub dzikiego kota na polowaniu. Chwilę stali, przyglądając się znikającej w górze Sigfriedzie.

Sigmund musiał przyznać, że niewielka blondynka z pewnością poradzi sobie lepiej od niego, ale bezczynne czekanie mierziło go okrutnie. Postanowił zatem jeszcze raz gruntownie zbadać podnóże wieży. Eike i Werner także rozsądnie uznali, że przeszukanie pomieszczeń bliżej poziomu gruntu jest właśnie tym, czym chcą się zająć. Przeczucie nie zawiodło czarodzieja, gdyż po dokładnym sprawdzeniu ścian okazało się, że za jedną z nich skrywają się schody, dla odmiany prowadzące w dół.

Wyszeptał kilka tajemnych słów, które przywołały niewielką kulę złotego światła umieścił ją na szczycie laski, którą się wspierał i w jej blasku postanowił przekonać się, co skrywa mrok podziemi.

Tymczasem droga Sigfriedy coraz bardziej przypominała wspinaczkę, niż wchodzenie po pozostałościach schodów. Lekkość jej niewielkiej postury oraz doświadczenie w wymykaniu się z rodzinnego domu pozwoliły znajdować oparcie dla rąk i nóg w miejscach, gdzie nikt inny z drużyny nie utrzymałby się nawet kilka sekund.

Gdy wreszcie dotarła na szczyt, przywitał ją mroźny świst wiatru oraz widok rozciągający się na otaczające jezioro szczyty. W ruinach obserwatorium, bo było to rzeczywiście obserwatorium astronomiczne, nie znalazła niczego wartościowego. Zniszczone instrumenty nie dawały nawet odrobiny nadziei, aby mogłyby posłużyć do czegokolwiek nawet w rękach najbardziej zdeterminowanego badacza. Po dłuższej chwili, w jednym z kątów, przygniecione nogą stołu, znalazła kilkanaście złożonych kart pergaminu wypełnionych rzędami cyfr. Przy braku bardziej treściwych znalezisk, postanowiła zanieść je alchemikowi z nadzieją, że może jemu wyjawią jakieś informacje.

Tymczasem piwnica wieży stała się domeną żywiołu wody, i do tego zatęchłej. Zirytowany czarodziej, brodząc w wodzie niemal po kolana i bardzo starał się odnaleźć coś interesującego, co w jego własnych oczach nadałoby sens jego aktualnemu położeniu. Jednak i ta część budynku doznała wielu zniszczeń przez lata opuszczenia. Ostatecznie udało mu się wyłowić z przegniłej szuflady przegniłego biurka stary, dla odmiany nieprzegniły notatnik, który sprawiał wrażenie, jakby tylko czekał na uratowanie z tego zapomnianego miejsca.

– Tablice astronomiczne i zapiski z obserwacji nieba – domniemywał głośno czarodziej świdrując wzrokiem zawartość notatnika oraz kart przyniesionych przez Sigfriedę, gdy cała czwórka spotkała się ponownie na dziedzińcu i raczyła kolejnym prowizorycznym posiłkiem.

Astronomia nie była jednak jego życiową pasją, której poświęcałby każdą wolną (i niewolną) chwilę, dlatego też szczegóły znalezisk miały pozostać na razie zagadką. Kierując się uzasadnionym podejrzeniem o znacznej wartości, pieniężnej lub naukowej, papierów, postanowił wszystko pieczołowicie spakować, wraz z przyrządami do pisania, które stanowiły jedną z jego najcenniejszych ruchomości.

– Wydaje mi się, że przed zmrokiem zdążymy jeszcze sprawdzić, co jest tam… – Werner wskazał w kierunku pokaźniej bramy wykutej w skale tworzącej naturalny mur na tyłach kasztelu.

– No oczywiście, że musi być jeszcze jakieś „tam” – zgryźliwie skomentował Sigmund, chlupocząc stopami w przemoczonych butach, z niezadowoleniem odklejając od mokrych spodni poły równie mokrego i tylko trochę uwalanego szlamem płaszcza.

Spis treści
Inne przygody

Zdjęcie pochodzi z exposenature.blogspot.com