Epilog – Wybrańcy

Wreszcie ociężała karawana schodzi z przełęczy wijącą się ścieżką. Dalej w dole tafla czarnej wody czeka naszego przybycia. W jej lustrze spoglądają w naszą stronę odbicie gwiazd i komety. Teraz tak bliskiej jakby miała zaraz zostać schwycona i kowalskimi szczypcami i zahartowana w mrocznej toni. Dość mam tej mordęgi w ślamazarnej wędrówce. Zeskakuję z muła i biegnę w dół kamienistej ścieżki nad brzeg. Pozostawiając za sobą karawanę, dysząc i ściskając kryształ w dłoniach…

…opancerzonej rękawicy, wisior spleciony ze srebrzystych włosów leśnego ludu. Czy dlatego ich zaatakowali w tym obcym kraju, aby zdobyć utracony artefakt? Czy cała krucjata istniała po to aby odzyskać od sług ciemności starą tarczę i świecidełko? – Takie wątpliwości pojawiały się w jego głowie ostatnimi dniami, a na pytania jakie stawiały nie potrafił odnaleźć odpowiedzi.

Wiedział jednak, że dowiódł swego męstwa stając naprzeciw wrogom, a gdy powrócą do ojczyzny służki Pani z pewnością pomogą obrać im właściwą drogę i wskażą cel. Tymczasem załogi już szykowały statki do podróży, czas wracać do domu…

…po śmierć ze starości i zgryzoty? – Przekrzykiwał szalejący wiatr podczas gdy Głowa Liefa podrywa się z lewa na prawą w rytm uderzających o kadłub fal, co raz to uderzając o szamańskie rogi. – Wrogowie za życia, kochankowie po śmierci! – kontynuował ze śmiechem młodzieniec patrząc na łby zawieszone na maszcie.

Wiosłujcie, pot i odciski są jednymi z wielu czekających was nagród. Wasze podniebienia czekają na smaki najsłodszych Tileańskich win, nozdrza na woń przypraw Arabii, cierpnąca skóra na ukąszenia Estalijskich szpad, a głodne lędźwie na przysmaki Imperialnych brzegów…

…warkocze odbijające się w falach, jak jej włosy skryte za kryształem. Nieme odbicie zastygłe w wiecznym śnie poza czasem. Gdy biegnę kalecząc stopy na kamieniach, jej pierś się nie podnosi, choć moje płuca płoną żywym ogniem, jednak jej oddech nie rozgrzewa ust…

…karmazynowych i wygiętych w ostatnim już uśmiech wystających kłów obracających się w proch, tak jak powinny były to zrobić wieki temu. Tak-tak. Zaskrzeczał prorok, odwracając się do księgi. Amulet niepotrzebny, wiemy gdzie spoczywa sarkofag. Tak-tak. Wcześniej klucze wszystkie zebrać musisz. Tak-tak.

Zabójca odwrócił się bez słowa i wyszedł. Wyprostowany, powoli i głośno stawiając kroki szczurzymi stopami, tak aby prorok wyraźnie widział i słyszał go. Niech wie, że pozwala mu się dostrzec. Tym razem – brzmiała niewypowiedziana groźba…

…tego, że przybędę zbyt późno, ale nie! Jestem! Zdążyłem! Brzeg już bliski, chociaż w mroku nocy nie potrafię dostrzec krateru. A gdzie armie? Czyżbym jednak dotarł za późno? Nie słychać żołnierzy, nigdzie nie widać namiotów…

…rozłożonych nad brzegiem. Inżynierowie zdali raport z wykopalisk. Amulet znaleziono w kraterze. Zamknięty w pękniętym krysztale czekał na nich zapewne od wieków. Zadanie wykonane. Jednak nie to zaprzątało jego myśli gdy wsłuchany był w szorstki dźwięk brzytwy przesuwającej się po skórze. Myślał o wszystkich mogiłach jakie musieli wykopać. O tarczach zdobionych w gryfy, wieńce i młoty. Myślał o swojej dumie, honorze i tradycji klanu.

Jego ciało wciąż było obolałe od setek maleńkich ran, lecz dzięki temu chłodny wiatr z gór tulący się do nagiego torsu przynosił ulgę gdy opuścił namiot. Praca w obozie wrzała pomimo wczesnej godziny. Każdy miał coś do zrobienia, każdy miał jakieś ważne zadanie. Nikt nie poświęcił mu nawet spojrzenia. Nikt się nie odważył.
Borsh Długobrody ogarnął obozowisko wzrokiem i spoglądając na krzątających się wojowników, inżynierów i resztę armii i po raz ostatni w swoim życiu poczuł dumę.

Przeniósł wzrok na ośnieżone szczy gór. Wielkie i potężne wzywały go obietnicą godnej śmierci. Bosymi stopami ruszył im na spotkanie wzdłuż brzegu…

…nad którym staję łapczywie łapiąc oddech. Padam na kolana oszukany i zdradzony. Nie ma krateru, nie ma kresu mej wędrówki. Zęby górskich szczytów szczerzą się prześmiewczo, tym samym uśmiechem który tyle razy już widziałem w swoich wizjach.

Przewodnicy karawany rozbijają obóz niemo mamrocząc przekleństwa pod moim adresem. Tak jak mówiono nie ma tu nic. Żadnej armii, żadnego krateru, w którym miałem odnaleźć boginię zamkniętą w krysztale.

Jedynie wysoko nade mną na gwiaździstym niebie płonie kometa, która przez tygodnie wędrówki była mi towarzyszką. Tak jak w moich wizjach, płonie hen w niebiosach, odbijając się w tafli czarnej wody, otoczona górskimi szczytami.

I wtedy wreszcie rozumiem swoje zadanie. Rozumiem, o co mnie prosiłaś. Dotarłem do celu. Wiem, że nie jestem wybranym, ale jednym z wielu potrzebnych, aby cię uwolnić. Miejsce jest właściwe, tylko odpowiedni czas jeszcze nie nastał.

Wydobywam z mieszka resztki sproszkowanego, zielonego kamienia, rozcierając je w dłoniach. Słowa mocy wypływają z popękanych ust, czuję w sobie moc i płynące przez świat wiatry magii. Chaos próbuje mnie dotknąć, splugawić duszę i zniszczyć umysł, lecz ja jasno widzę swój cel.

Nie ma strachu w moim sercu i wątpliwości w moich myślach.

Spoglądam na jarzący się na niebie blask w którym jaśnieje jej twarz, gdy dłońmi Azyru staram się ją schwycić i przyciągnąć do siebie, aby wybiegła na spotkanie mych warg. Już czuję gorąc jej ciała na mej skórze. Azyr przepływa przeze mnie unosząc w powietrze i zbliżając do niej coraz szybciej i szybciej. Pędzi mi na spotkanie uśmiechnięta i szczęśliwa z jasnym ogonem włosów radośnie trzepoczącym na wietrze.

Ostatni już raz przyciskam kryształ dłonią do serca, czekając na Moment Upadku.

Powrót

Akt III – Braterstwo Krwi

Złodzieje, oszuści, zdrajcy – jeden po drugim uciekają pod osłoną nocy, porzucając karawanę. Decydując się szukać szczęścia na własną rękę w dzikich ostępach.

Głupcy! – Mój krzyk niesie się wzdłuż drogi po której cierpliwe wspinają się zwierzęta, przynajmniej te, których jeszcze nie ukradli. – Armie zbliżają się, nikt nie jest bezpieczny! – ostrzegam pozostałych.

Wymieniają ukradkiem spojrzenia patrząc potem na mnie z mieszaniną obawy i rozbawienia, jakby strach odebrał im rozum. Nieważne, wyciągam lunetę aby rozejrzeć się wzdłuż Rzeki Czaszek, lecz nie mogę dostrzec żadnych śladów. Brak dymów z ognisk, tumanów wzbijanego kurzu, czy odległego echa dudniącej od butów i kopyt ziemi. Ich czarodzieje muszą dysponować potężną magią, jeżeli są w stanie ukryć całe armie, lecz już mam kryształ w dłoni, a przed jego spojrzeniem nic się nie ukryje…

…nie przed jego wzrokiem, nie przed jego węchem. Bez ciepła krążącego w żyłach. Bez serca nawołującego swoim biciem. Bez materialnej formy. Niczym mgła spływa, dalej i głębiej przez poskręcane tunele.

Setki i tysiące ciał, żyło i poruszało się w sobie tylko znanym rytmie, żywiąc się setkami i tysiącami tych, które jeszcze przed chwilą też były żywe. Wystające siekacze i zdzierały jasną skórę z mięsa i wgryzały aż po kości, plamiąc futra aromatyczną czerwienią. Stęchłe powietrze pełne było ekscytacji i obrzydliwych odgłosów – odgłosów życia, jednak innego, obcego i całkowicie bezużytecznego.

Przynajmniej już bezużytecznego – pomyślała rozglądając się po ogromnej pieczarze, po której porozrzucano rozmaite szmaty zapisane bazgrołami, niezliczone kawałki kości, skór – w tym ludzkich i elfich jak zauważyła, będąc wszak koneserką w temacie – oraz alchemicznych alembików, retort i wszelakich utensyliów, które zapewne miały wskazywać, iż mieszkaniec posiada jakąś wyjątkową wiedzę.

I wreszcie on sam – odwrócony plecami – z rogami pozwalającymi mu górować nad pobratymcami, skulony przed stołem i wpatrzony w umorusane, lecz wciąż srebrzyście lśniące strony wielkiej księgi.

Jej karmazynowe wargi wygięły się w uśmiechu – Zakończy całą sprawę szybko i bezgłośnie – wybił się z całej siły prostując ogon, a paszcza przeklętego topora z rozdziawionym, demonicznym pyskiem sunęła w kierunku jej karku…

…delikatnego i alabastrowego, który każdy chciałby otoczyć ramieniem, chronić przed wszelkim złem i czcić jego właścicielkę po wsze czasy, gdy ta spała pozostając nieruchomą i obojętną na wydarzenia świata. Lecz czas ją obudzić, czas wyrwać z tego snu dla jej dobra i dla dobra nas wszystkich…

…klucz musi wrócić na swoje miejsce, pod naszą opiekę. Nie stać nas na luksus twierdzenia, jak ci, którzy odpłynęli, że Chaos jest jedynym niebezpieczeństwem, gdy to Porządek zagraża światu w ten sam sposób – tak zakończyła się narada.

Teraz wytężając wzrok było jej trochę żal, gdy patrzyła na ogromne wierzchowce dosiadane przez zakutych w zbroje mężczyzn. Barwne szaty i ozdobne herby przedstawiające: rozmaite zwierzęta, zamki i bronie, kielichy i lilie miały swój urok.

A dziś świętowali zwycięstwo i zdobyte łupy. Zasłużona nagroda po czymś, co było ciężką kampanią. Ich twarze czerwieniały od wina, ciepła ognisk, radosnych śpiewów i szczerych uśmiechów. I chociaż widziała twarze ich braci, ojców a pewnie i dziadów sprowadzonych do lasu, aby służyć tej którą nazywają Panią, to w tamtych obliczach nigdy nie widać było tej radości, tej chęci życia.

Gdyby mogła ofiarowała by im jeszcze kilka chwil szczęścia i radości. Cóż mogą znaczyć dla ich krótkich żyć te skradzione uderzenia serca? Jednak miała swoje obowiązki, spuszczona cięciwa poderwała do lotu strzałę, a do niej dołączyły setki innych lecąc im na spotkanie…

…w kraterze nad brzegiem obmywanym czarną wodą i otoczonym śnieżnobiałymi zębami górskich szczytów – tam skąd mnie woła od samego początku. Najważniejsze to się nie poddawać i przeć naprzód. Zanim oni do niej dotrą. Zanim będą mogli mnie zatrzymać. Zanim nadejdzie koniec nas wszystkich, a przez świat przeleją się rzeki krwi…

…w ustach rozlewała się z metalicznym posmakiem. Musiał przegryźć własny policzek. Ogniska tliły się lekko w chłodną noc, aby nie przytłaczać świtała księżyców. Srebro i zieleń rozlewały się po ciałach walczących, podkolorowane czerwienią żarzącego się blasku.

Spoglądali na prymitywną arenę rozsiadłszy się naprzeciw siebie. Szaman z dwiema parami powywijanych rogów, wyrastających z koziej głowy o niebieskiej sierści, wydobywał z gardzieli dziki ryk triumfu za każdym razem gdy jeden ze zwierzoludzi na arenie wygrywał pojedynek.

A powodów do radości miał sporo. Wojownicy Leifa z radością oferowali swe życie, aby przebłagać mrocznych ojców, lecz wciąż nie byli w stanie dorównać siłą i wytrzymałością tym wielkim, owłosionym bestiom. Z pierwszej ósemki pozostało już tylko dwóch jego ludzi. Kolejny ryk szamana rozdarł powietrze zagłuszając rytmiczne uderzenia bębnów.

Pojedynczy wojownik z nagim torsem kreślił coraz mniejsze koła na arenie, podczas gdy otaczające go potwory zbliżały się coraz bliżej. Leif uniósł swój róg w geście szacunku dla samotnego wojownika, aby ten godnie przywitał nadchodzącą śmierć. Jednak na młodej twarzy nie widać było strachu, ani gniewu i żądzy walki, ale rosnącą ekscytację i najprawdziwszą radość.

Włócznia zamigotała błyskawicznie, podczas gdy wojownik zawirował niczym smuga, stając się niemal niewidoczny przez kilka uderzeń serca. Upadające ciała pokryte sierścią chlusnęły posoką obmywając tors młodego wojownika.

Tylko jeden ze zwierzoludzi pozostał, zdezorientowany rykiem sam siebie zagrzewał do walki, aby ruszyć na przeciwnika. Szaman milczał spoglądając na widowisko. Jeden wojownik pokonujący niby dzieci wszystkich przeciwników. Odczyta to jako omen przychylności mrocznych potęg, czy jako obelgę? Leif spojrzał w niebo oferując krew, wiedział że wiele jej jeszcze dzisiaj przeleje, Morrslieb lśnił spragnionym jej smaku blaskiem…

…na niebie, teraz już wszyscy mogli ją zobaczyć gołym okiem. Jaśniała na firmamencie wyznaczając nam drogę, każdej nocy coraz większa coraz bliższa. I kres naszej wędrówki wydawał się coraz bliższy, skończony, niemal w zasięgu ręki. Kryształ w mej dłoni u kresu wędrówki, już niebawem przedostaniem się nad brzeg…

…Czarnej Wody – oznajmił dowódca – niezależnie od wszystkiego. W namiocie zapadło milczenie. Każdy z zebranych miał świadomość co to oznacza. Wielu z obecnych to weterani, niejedną bitwę i niejedną odprawę mający za sobą, lecz żadna nie zakończyła się takim milczeniem jak ta.

Poranek był piękny i słoneczny, chociaż oddechy malowały się parą w chłodnym, górskim powietrzu przesiąkniętym zapachem lasu. Żołnierze wyprężeni na baczność, stal wypolerowana na błysk. Piszczałki zagrały, wykrzyczane rozkazy przeskakiwały przez jednostki niby błyskawice. Każdy dowódca byłby dumne z takich wojaków, każdy byłby dumny prowadząc ich do bitwy, ale nie dziś…

…dobry dzień, jak każdy inny – ryknął Borsch Długobrody przepłukując gardło po raz ostatni spienionym piwem. Sojuszników trzeba chronić, czasami nawet przed nimi samymi – pomyślał zakładając hełm.

Rozejrzał się po przełęczy od lewej do prawej, bielejące śniegiem szczyty wzbijały się ku błękitnemu niebu. Oddziały pod jego komendą już czekały rozstawione i gotowe do walki. Działa, organki i inne wynalazki Gildii Inżynierów spoczywały w gotowości, starczyło dać rozkaz.

Raz jeszcze spojrzał na góry, spoglądające na jego armię oczami przodków, przełknął ślinę, podniósł róg do ust, lecz nawet weń dmąc jedna myśl uporczywie siedziała w głowie – Jest jeszcze nadzieja. Może się cofną, może zrozumieją…

Powrót

Akt II – Kraina Tysiąca Tronów

Podróżujemy już od wielu dni. Łódź zabrała nas w górę Reiku, później gościńcem ruszyliśmy przez Przełęcz Czarnego Ognia, teraz przemy po tutejszych ścieżkach i drogach. Karawana wbrew moim zaleceniom porusza się powoli, a mnie nie odstępują trwoga i wątpliwości. Czy zdążymy na czas?

Przecież w tej podłej krainie, gdzie każdy bandyta mogący zebrać kilkunastu popleczników zwie się Księciem, a posiadając chorągiew jazdy zapewne Królem, jak nie Cesarzem, nasza karawana jest wystarczającą siłą, aby przeciwstawić się potencjalnym niebezpieczeństwom.

Wiem jednak, że jesteśmy coraz bliżej. Mój kryształ wskazuje drogę, mówi do mnie jej głosem, już niebawem gdzieś w kraterze odnajdę cię i ocalę…

…całe miasto. Wszak jest ta chęć w sercu każdego, mężnego rycerza, aby ocalić to co piękne i czyste, aby bronić słabszych i służyć sprawiedliwym, by walczyć ze złym, obrzydliwym i plugawym – Jean Francois zdawał sobie sprawę, że krucjata zapewne okaże się fiaskiem. W zasadzie to już niewiele z niej zostało, ale do jasnej cholery, jest bretońskim rycerzem!

Uniósł opancerzoną dłoń w geście ataku, pod przyłbicą mamrocząc modlitwę do Pani. Nic nie wiedział o mieście na wzgórzu: kto w nim żył, jakim językiem mówił i nawet jakich bogów teraz z trwogą imiona wymawiał. To nie miało dla niego żadnego znaczenia, obroni to miasto, albo zginie próbując…

…czegoś pysznego, myślała bezwiednie przeczesując srebrzysty pukiel włosów stanowiący wraz z błyszczącym kryształem wyjątkowy wisior. Karmazynowy uśmiech rozkwitł na bladej twarzy. Miała już klucz i tarczę. Starczyło ruszyć w kierunku gór, lecz najpierw miała ochotę na coś jeszcze.

Rzędy szkieletów i martwych ciał powoli brnęły naprzód ku miastu, lecz to nie miasto ją interesowało, ale słodka i aromatyczna krew Bretońskiej arystokracji. Jak rycersko z ich strony, że sami postanowili się ofiarować – myślała z rozbawieniem – gdy dobiegał do niej coraz głośniejszy tętent końskich kopyt…

…nagle zamilkł wyrywając mnie ze snu. Karawana zatrzymywała się na noc, lecz nieboskłon wciąż mienił się różem i fioletem. Zbyt wcześnie się zatrzymujemy. Spoglądam na zachód i nad tarczą słońca dostrzegam ją na nieboskłonie, ciągnącą za sobą coraz dłuższy ogon światła. Pozostając jeszcze niewidoczną dla innych, wita mnie jak utraconego kochanka, Azyr ozonem uderza w nozdrza. Mocniej ściskam kryształ w dłoni…

…z długimi pazurami, zaciskając się na stylisku topora. Tak-tak. Jeden z artefaktów po nim. Ale który najważniejszy? – Nerwowo drapie się pazurem po białym futrze tuż pod prawym rogiem, zaraz nad uchem. Pozostali patrzą i wyczekują. Głodni. Tak bardzo głodni. Przecież tak dobrze walczyli, a jedzenia tak mało, a jedzenie tak blisko. Tak-tak.

Zna już plany podziemi i wie gdzie ją znaleźć. Tak-tak. Zdobędzie resztę, ale najpierw wszyscy muszą zjeść. Świeże mięso jest tuż obok, już niemal czuje ten słodki smak, już czuje ten wspaniały zapach…

…lasu i drzew. Odwiecznym taniec natury, nakazujący śmierć i życie, zmianę i rozwój. Zawsze myślał, że największym zagrożeniem dla odwiecznego rytmu będą fałszywe nuty chaosu, chcące splugawić melodię życia. Lecz to nie fałsz był ostatecznym wrogiem, ale koniec muzyki. Wszak czyż można tańczyć bez ruchu? – Przeskoczył w piruecie na druga nogę już słysząc, że nadchodzą z podziemi. Wraz z nim cała trupa podążała w zgranym rytmie przesuwając się po leśnym runie, szeleszcząc, hałasując i śpiewając. Wszyscy wiedzieli, że ich odnajdą. Czas rozpocząć taniec śmierci…

…wszystkich towarzyszy, ich ciała spopielone w mgnieniu oka. Chcę ich uratować, uratować ją i nas wszystkich, ale musimy się śpieszyć. Czas jest wszystkim.

I kolejna rozmowa z przewodnikami. Mówię i proszę, nalegam i grożę, ale nawet moje złoto nie jest w stanie ich przekonać do nocnych podróży. Tłumaczą się potrzebującymi odpoczynku zwierzętami, niebezpieczeństwami, grasującymi bandami zielonoskórych. Za nic sobie mają, że jak się spóźnimy to całe armie staną na naszej drodze. Lecz gdy to mówię, tylko śmiech…

…roznosi się po całym obozie, wśród śpiewów i modlitw dziękczynnych. Skrupulatność, doświadczenie i dyscyplina stanowią podstawę dobrze funkcjonującej armii. Wszystkie przygotowania zakończone. Wozy pękają od zapasów, żołnierze w dobrym zdrowiu. Mają ostatni dzień wypoczynku przed czekającym ich ciężkim marszem. Wyzwań będzie sporo, dlatego dziś rozkazał rozluźnić warty. Żołnierz potrzebuje dyscypliny, ale potrzebuje też wypoczynku i pełnego żołądka, a jego ludzie z pewnością zasłużyli sobie na spokojną noc…

…na którą czekali, tak jak rozkazał Lief. A oni go słuchali, chociaż widać było, że każdy chciał się wykazać i udowodnić swoją przydatność. Z pewnością byli też tacy, którzy tylko czekali aż powinie mu się noga i sami przejmują jego tytuł. Mniejsza o to, jako nowy Jarl musi udowodnić, że potrafi zadbać o swoich ludzi, a wtedy jego wrogowie w nikim nie znajdą poparcia. Dalej, powoli zakradali się do obozu w czarną noc…

…czy to już kolejna? Spoglądam w niebo i wiem że tak. Tracę poczucie czasu, poczucie rzeczywistości. Lecz czym jest czas i rzeczywistość – zaklęte w krysztale i niezmienne? Jaki cel ma przeszłość jeżeli wydarza się teraz i potem? Dotrzemy jeszcze nad czarny brzeg, niebawem powinniśmy dostrzec lasy i góry, które nas tam zaprowadzą…

…gdzie jesteśmy im w stanie zapewnić odpowiedni opór – zagrzmiał Borsch Długobrody uderzając pięścią w stół. Nad Varn Drazh oczekują naszego wsparcia – jego głos echem odbijał się od wysokich sklepień głównej komnaty twierdzy – chociaż sami mogą tego jeszcze nie wiedzieć!

Wzdłuż sali rozległy się pomruki i chrząknięcia, zwiastujące iż ciągnąca się kolejny dzień dyskusja nie doczeka się rychłego końca. Poszczególni zebrani drapali się po brodach, oznajmiali o spisanych prawach, własnych intencjach i rozważali, czy też propozycja wysłania całej armii nie zostanie odebrana jako sugerująca brak honoru i samodzielności którejś z twierdz.

Borsch skrupulatnie balansował biel gniewu na twarzy czerwienią dodawaną przez kolejne kufle pieniącego się piwa. Nagle trzy dźwięczne uderzenia oznajmiły nadejście matriarchini.

Weszła spokojnie do sali z wysoko podniesioną głową otoczoną grubymi warkoczami misternie splecionych grubymi, jasnych włosów przyozdobionych licznymi, spinkami lśniącymi złotem i blaskiem drogocennych kamieni.

– Postanowiłam niezwłocznie wyruszyć z wizytą do matki. Ufam, że przygotujecie odpowiednią eskortę? – zabrzmiało dźwięcznie pytanie, niebędące pytaniem.

Kolejna fala pomruków przetoczyła się przez salę, ale wszyscy wiedzieli, że decyzja właśnie została podjęta…

…wiedział o tym przeżuwając kawał żylastego serca pełnego jeszcze gorącej, czarnej mazi. Spojrzał na pokryte burą sierścią ciało z rozerwanym korpusem i wiedział, że to był pierwszy ale nie ostatni z tych, którzy rzucą mu wyzwanie.

Szaman obserwował go z drugiej strony ogniska, więc wyprężył swoje mięśnie jeszcze bardziej wciąż przeżuwając. Wciąż czuł ból muskularnego karku, na którym ślady przeklętych kłów i pazurów nie goiły się tak szybko jak normalne rany. Stado nie znosi słabości wiedział o tym. Stado potrzebuje zwycięstwa. On potrzebuje zwycięstwa, inaczej skończy jak truchło leżące u jego stóp….

Powrót

„Moment upadku” – Powtórki

Czterdziestu graczy rozgrywa kolejne bitwy w ramach naszej pierwszej, fabularnej kampanii do Total War: Warhammer. Poniżej przedstawiamy powtórki zebrane z rozmaitych kanałów na YouTube.

Jeżeli jakąś powtórkę pominęliśmy, podajcie link w komentarzu 😉

Wampiry vs Skaveny

Zwierzoludzie vs Krasnoludy

Zwierzoludzie vs Wampiry
Skaveny vs Norska

Bretonia vs Norska

Imperium vs Wampiry

Bretonia vs Norska

Powrót

Akt I – Nadchodząca Ciemność

Rację mają świątobliwi żebracy biczami na skórze swych pleców wypisujący modlitwy do Sigmara i swym cierpieniem prosząc o litość dla nas wszystkich.

Tak, koniec jest bliski!
Tak, ciemność nadchodzi!

Wiem, widziałem ją jak w świetle księżyców lekko stąpającą po ścieżce popiołu…

Jej jasna skóra odcina się na tle gęstwiny czarnego lasu, a suknia zwiewnie unosi z każdym krokiem, a każdy z kroków roznosi się z przyprawiającym o ciarki chrzęstem.

I chrzęst odpowiada z naprzeciwka, z początku cichy rytmiczny szybko jednak przybiera na sile, a towarzyszy mu tętent kopyt miażdżących i ścierających wszystko na pył. Potem wraz z lodowym wiatrem dołączają okrzyki i wrzaski niosąc się tą leśną drogą, tak jak niosły się nią przez stulecia.

Ciała ofiar, więźniów i najsłabszych ze stada trafiały na ścieżkę, a kopyta miażdżyły: czaszki, żebra i piszczele łamiąc je z trzaskiem na mniejsze i mniejsze kawałki, aż wreszcie ścierając wszystko na pył. Przez niezliczone lata, cierpliwie niczym cukiernik tworzący tort na pałacowy bal, kolejna warstwa trucheł dodawana była na wierzch i pod ciężarem kopyt niosących owłosione ciała tworzyła drogę niby-popiołu pośród gęstwiny lasu. Teraz niemal już biegnąc stado z dzikim skowytem dorzuca kolejne ciała, które staną się pyłem na ścieżce.

Największy z nich, o ogromnym porożu biegnie pierwszy zanosząc się dzikim skowytem. Mięśnie napinają się pod pokrytą sierścią skórą noszącą jeszcze ślady zabliźniających się ran. U szyi zaś zawieszony na puklu srebrzystych niczym Mannslieb włosów, podskakuje błyszczący kryształ.

Z potwornego gardła dobiega ryk gdy dostrzega stojącą w oddali postać w tańczącej na wietrze sukni. Niczym w baśni potwór w lesie gotów jest pożreć dziewczę w mrocznym lesie. Dziewczę jednak nie okazuje strachu. Pomimo chłodu jej oddech nie maluje się mgłą przed twarzą. Jednym ruchem zrzuca z ramienia tarczę – czaszka na niej podzielona między czerń i biel. Dziewczę rozchyla karmazynowe wargi w uśmiechu, a ścieżka z chrzęstem kości zaczyna się poruszać…

…wbrew mojej woli kręgosłup się wygina, a powieki otwierają. Jestem w sypialni, kryształ uspokajającym ciężarem spoczywa w mojej dłoni. Widok za oknem przypomina, że dzień już minął. Wspomnienie leśnej ścieżki biegnącej nad brzeg czarnej wody niknie gdzieś w podświadomości.

Czas wziąć się do pracy. Spiralnymi schodami przechodzę na szczyt wieży do obserwatorium, muszę przygotować teleskop i tablice, ręce drżą z ekscytacji dostrajam przyrządy i spoglądam w gwizdy…

Radość udziela się wszystkim, gdy toporek z trzaskiem wbija się w ścianę kilka cali od głowy przywiązanej do niej kobiety. Zapach miodu, piwa i spoconych ciał na dobre wypełnił domostwo, wraz z pieśniami i śmiechem którym najgłośniej zanosi się młody Leif, który to właśnie ściął siódmy warkocz z rzędu.

Sam wódz wstaje wznosząc zakrzywiony róg w toaście mającym zwiastować przychylność bogów. Jego potężna sylwetka wspiera się drugą dłonią o wyjątkowy topór: wyglądający niczym paszcza potwora z wielkim zębiskami potrafiącymi się nagle zatrzasnąć niczym stalowa pułapka na niedźwiedzie odcinając głowy, pożerając dusze i dodając siły swojemu właścicielowi.

Leif sam wznosi puchar w braterskim geście zastanawiając się czy już jest gotów rzucić wyzwanie i przejąć to co mu się należy: klan, topór, właścicielki siedmiu ściętych warkoczy i wszystko inne, po co zdecyduje się sięgnąć.

Miód spływa mu w dół gardła podczas gdy myśli krążące wokół wszystkiego, co powinno być jego, odbite są idealnie w lustrze innej jaźni. Obcej, sprytnej i równie nieustępliwej.

Dużo inteligentniejszej i obdarzonej nadzwyczajnym talentem. Tak-tak. Wyjątkowo błyskotliwej i potężnej. Jedynej takiej na świecie, z której żadna nie może się równać. Tak-tak. Tym bardziej jakiegoś bezwłosego powierzchniowca. Tak-tak. Jaźni o pięknym białym futrze i ogonie dłuższym niż przeciętna. Tak-tak.

Tunele są przygotowane. Starczy dać rozkaz i wszystko zawali się pod powierzchnię. Zobaczymy jak walczą bez swoich długich łodzi, otoczeni ze wszystkich stron. Zobaczymy jak smakują. Tak-tak.

Tak, tak. Tak jak przypuszczałem. Pojawiła się na niebie wedle moich przewidywań. Niebawem zapewne i inni ją dostrzegą. Ale czy zrozumieją, czy będą wiedzieli co oznacza, czy ponownie zanurzą się w przesądach i zabobonach? Czy zdadzą sobie sprawę z tego co nadchodzi? Czy też nie zważając na rozsądek i wszystkie znaki, sprowadzą na nas koniec unosząc się własną, pustą dumą?

Duma. Honor. Tradycja…

Bycie lepszym od innych jest darem, niczym szczeniak wręczany chłopcu w dzień postrzyżyn. Lecz nie jest to tylko dar radości jaką dziecko czerpie z nowego towarzysza, ale nauka odpowiedzialności. Ponieważ bycie lepszym jest zwyczajnie brzemieniem odpowiedzialności składanym przez Panią na barki jedynie tych gotowych je udźwignąć.

Odpowiedzialności za słabszych, mniejszych i zwyczajnie gorszych. A odpowiedzialność nakazuje opiekę, nakazuje nakarmić głodne zwierze, nakazuje miłość i oddanie, ale nakazuje też wychowanie, tresurę i karcenie za nieposłuszeństwo. Nakazuje też dobić zwierze zbyt chore, aby mogło być przydatne dla właściciela.

Czy czuł się lepszy – dosiadając swojego bojowego rumaka – od brodatych zastępów kulących się w strachu za rzędami tarcz z nadzieją, że plujące ogniem machiny wygrają za nie bitwę? Tak, czuł się lepszy, ale ze smutkiem tego kto wie jak ciężkie jest to brzemię.

Duma. Honor. Tradycja…

Przez niemal trzy tysiące lat każdy chcący skorzystać z przeprawy i bezpieczeństwa przełęczy zapewnianego przez klan musiał tylko opłacić przejazd i poświęcić trzy dni na kontemplację dokonań przodków.

Czymże są trzy dni i odrobina złota, aby oddać hołd za stulecia trzymania straży? Twierdza klanu niczym skała obmywana była przez morze armii: zielonoskórych, przeklętych mutantów, morderców, najemników i przodkowie wiedzą kogo jeszcze.

Tysiące lat pięknej tradycji, a oni nie potrafią nawet poświęcić marnych trzech dni, aby podziękować za wytrwałość, ochronę i za to że klan zawsze trwa na straży.

Borsch Długobrody nie myślał z radością o nadchodzącej bitwie. Szkoda mu było życia prostych ludzi, ale niechaj góry same zawalą wszystkie tunele jego klanu, a piwo skiśnie w gardłach wszystkich jego potomków! Nie pozwoli na to aby trzy tysiące lat tradycji poszło na marne z powodu śmierdzącego końskim łajnem człeczyny!

…smród wwierca się do mózgu, końskie łajno? Obawiam się, że nie. Odzyskuję przytomność w zaułku. Poranny deszcz sprowadzony łaską bogów nieudolnie próbuje oczyścić te paskudne rynsztoki ulic.

Panika wzbiera w sercu i z gardła niemal dobiega rozpaczliwy krzyk, ale dłoń zaciska się na znajomym kształcie. Zawiniątko, a w nim niewielkie, ołowiane puzderko. Wizje nadchodzą teraz częściej, czasem niespodziewanie, niemal bezwiednie je wywołuję. Czy jest jeszcze czas?

Czy jeszcze jest czas? Czy zdążymy? – Ponure myśli kłębiły się w głowie dowódcy przechodzącego się po obozie, w którym gwar nie cichł cały dzień. Kłębiąc się niczym pszczoły, żołnierze rozstawiali namioty, rozładowywali sprzęty, przygotowywali jadło i usypywali fortyfikacje.

Rytmiczne uderzenia toporów zwalały kolejne drzewa aby oczyścić przedpole, zapewnić opał oraz pozwolić na zabezpieczanie bagnistych strumieni – żartobliwie nazywanych drogami – aby nadawały się do przejazdu wozów z zaopatrzeniem.

W całym tym harmidrze słońce zdecydowanie zbyt szybko pędziło po nieboskłonie na spotkanie z horyzontem, jednak skłębiona ludzka masa kierowana wolą doświadczonych dowódców, potrafi dokonać cudów w zaledwie parę godzin. Jeśli tylko Sigmar będzie łaskawy, wyszeptał pod nosem setnik…

Las umierał. Nie naturalną śmiercią pojedynczych drzew, robiących miejsce do życia nowym korzeniom i dostęp do światła dopiero wznoszącym się koronom. Nie, las umierał od choroby chcącej pożreć od razu całe jego połacie, nie pozostawiwszy za sobą nic poza suchą ziemią.

Nawet pożar ma swoje miejsce w wiecznej pieśni odrodzenia, gdy stare staje się nawozem dla nowego, pozwalając lasowi odrodzić się jeszcze silniejszym. Lecz ci ludzie przybyli tutaj tylko zabierać i nie zostawić nic w zamian.

Duchy szepczą w szeleście liści, w blasku strumienia, w zapachu świeżej żywicy i domagają się zapłaty za zniszczenia. Domagają się zemsty za kradzież, domagają się śmierci, aby las mógł się odrodzić…

Śmierć i odrodzenie. Początek i koniec. Mówiłem do siebie – to teraz do siebie mówię? – przesypując czarny pył mieniący się zielonkawym światłem w ołowianym puzderku. Tak, tego potrzebowałem, z pewnością wzmacnia moje wizje. Zaczynam wiedzieć, zaczynam rozumieć. Ale aby jej pomóc, muszę udać się bliżej, muszę udać się do samego źródła, aby móc ocalić nas wszystkich.

Czas opuścić Altdorf.

Powrót