8. Dar Morra

22.10.2511, kasztel von Leoric

– Dum, dum! Dum, dum! – skąpany w zielonym blasku Morrslieba kasztel zdawał się drżeć w rytm uderzeń bębnów, podczas gdy okrzyki zielonoskórych nieuchronnie przybliżały się ze wszystkich stron, niesione mroźnym wiatrem.

Agatha pewnym ruchem zrzuciła z siebie płaszcz, odsłaniając skrywaną pod nim kolczugę. W nieco bardziej sprzyjających okolicznościach drużyna byłaby mocno zdziwiona i napewno nie pozostawiłaby sytuacji bez zadania mnóstwa pytań. Nie tym razem jednak. Agatha zdjęła lampion z zawsze towarzyszącego jej kostura podróżnego, sam kostur zaś odrzuciła na bok, niczym niepotrzebną już zabawkę.

– Weźcie to! – wyjęła świecę i zdarła pergamin z lampionu, który okazał się być niczym innym, jak kolejnym krasnoludzkim kluczem! Bliźniaczo podobnym do dwóch znalezionych przez bohaterów w powypadkowych resztkach dyliżansu. Następnie uklękła przy swoim worku podróżnym, i ku dalszemu zdziwieniu wszystkich obecnych (gdyby mieli czas i sposobność, by czemuś się dziwić) wyciągnęła z worka całkiem pokaźnych rozmiarów młot bojowy.

Kobieta, która mogłaby być nawet nie matką, ale zapewne babką bohaterów, stojąc teraz w pełni wyprostowana, w lśniącej zbroi i z bronią w rękach, bynajmniej nie przywodziła na myśl słabej i wymagającej pomocy staruszki. Zgoła odwrotnie, siła i zdecydowanie bijące od kapłanki zdawały się promieniować wokół i dodawać otuchy struchlałym w sercu.

– Szybciej! Do kopalni! – krzyknęła tonem wyraźnie nawykłym do wydawania rozkazów. Nie sposób było nie usłuchać. Nogi same niosły. Nikt nie chciał zostać na dziedzińcu. Porwali ze sobą to, co mieli pod ręką.

Biegli, każde z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na broni. Strach powoli przeradzał się w panikę, którą usilnie starali się przegonić, biegnąc coraz szybciej. Zostawili za sobą rozświetlony blaskiem mniejszego księżyca dziedziniec, ruszyli w głąb kopalni. Przy świetle pochodni gorączkowo odnajdywali drogę, poganiani coraz głośniejszymi krzykami zielonoskórych. Tylko modlitwa o wstawiennictwo Sigmara, powtarzana niestrudzenie przez Agathę, zdawała się blokować paniczny strach i zatrzymywać czarne myśli o nadchodzącej i nieuchronnej śmierci.

– Agatha! Ten proch krasnoludzki, o którym mówiłaś, jest tu gdzieś jeszcze? – olśniło Sigmunda. Starał się przekrzyczeć swoją zadyszkę, obładowany pakunkami, w tym oczywiście najcenniejszym z nich: magicznym Grymuarem.

– W dole, w korytarzu. Tam był skład narzędzi – wskazała kapłanka, gdy dobiegli do basenu. W miejscu gdzie jeszcze niedawno stała woda, teraz otwierał się kolejny, prowadzący w głąb podziemi korytarz.

– Zdążymy? – Werner nerwowo spoglądał w górę tunelu. Widział sylwetki ścigających ich goblinów. Złowrogo błyszczące w mroku ślepia zbliżały się zastraszająco szybko.

– Zdążycie. Jeżeli dokończycie to, co wtedy zaczęłam, uciekajcie dalej w dół kopalni. Nie czekajcie. – Agatha odwróciła się do nich plecami, uspokoiła oddech i rozpoczęła:

– Sigmarze, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom chaosu bądź naszą obroną. Oby go mój młot pogromić raczył, pokornie o to proszę, a Ty, Wodzu Imperialnych zastępów, demony i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą swoją strąć do otchłani z której wylęgły! – Dźwięczny głos Agathy odbijał się od skał.

Z płonącym młotem w dłoni i ogniem prawdziwej wiary w sercu, wojowniczka Sigmara ruszyła w górę, na spotkanie nadciągającej hordzie.

***

– Szybciej, szybciej! – krzyczał Werner, gdy zbiegali korytarzem. Z góry dochodziły ich odgłosy walki i przerażone krzyki goblinów. Wszystko wzmocnione wielokrotnym echem odbijającym się od ścian podziemi. Zdawało się, jakby to sam Sigmar zstąpił na ziemię i upomniał się o należne mu ciała znienawidzonych wrogów.

– Tutaj! – rzuciła Sigfrieda, wskazując na przegniłe i rozpadające się drzwi po prawej stronie korytarza.

W małym pomieszczeniu, błyskawicznie przegrzebując wszystkie zgromadzone tu rupiecie, znaleźli kilkanaście beczk wielkości dorodnej dyni. Wszystkie opieczętowane były dobrze znanymi Sigmundowi krasnoludzkimi runami oznaczającymi czarny proch.

– Fachowa robota. Patrzcie! Zawinięte w pergamin i zalane woskiem. Proch wciąż może być suchy! – zdumiał się alchemik i niemal zapatrzył, a rzemieślink w nim wyraźnie pragnął poświęcić chwilę na kontemplację tak rzetelnego podejścia do sprawy. Szybko się jednak zreflektował. – Każdy po jednej i lecimy!

Tak też zrobili. Obładowani kolejnym ciężarem biegli dalej w dół. Wypluwali resztki oddechu, opadali z sił z każdym krokiem. Chwilowy przypływ energii napędzony widokiem hordy goblinów wyraźnie był na wyczerpaniu. W głowach kołatały się myśli: „Nie wypuść beczki z rąk”, „Nie przewróć się”, „Byle w dół”.

Odgłosy walki z góry korytarza stopniowo przycichały, ustępując miejsca ponurej ciszy podziemi. Nie byli pewni, czy są już tak daleko, czy też walka dobiegła końca. Nie mieli wątpliwości, że mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Pojedynczy człowiek nie pokona hordy. Pełni niepokoju o to, co przed nimi, i to, co za nimi, parli do przodu.

W końcu przed nimi pochodnia oświetliła wrota do okrągłej komnaty. Nie wydawała się szersza niż dwa imperialne trakty. Zewnętrzne ściany przyozdobione były tysiącem znaków runicznych, które mieniły się bladym światłem, a przed wejściem w posadzce znajdował się znajomy już kształt sześciokątnego wycięcia.

– Wrócić i tak nie możemy. – Sigfrieda głośno wyraziła to, co wszystkim chodziło po głowie. W stronę Wernera, który z kluczem w dłoni klęczał na posadzce z pytającym spojrzeniem, rzuciła: – Teraz albo nigdy!

Werner przekręcił klucz.

Wrota niemal natychmiast wsunęły się w mechanizm ukryty w podłodze, a głośny huk obwieścił wszem i wobec, że są otwarte. Powietrze, zamknięte od dziesięcioleci w sarkofagu, wdarło się w nozdrza zapachem zgnilizny. Lecz nie samo powietrze wydostało się z wnętrza – Dhar niemal wylewał się, niby skwaśniałe piwo z pękniętej beczki. Spoglądając na tracące blask starożytne runy Sigmund zdał sobie sprawę, że cała komnata stworzona została, aby zatrzymać sączącą się ze środka magię zepsucia. Oni natomiast właśnie dali jej ujście na świat.

– Pięknie, kurwa. – pomyślał rzeczowo alchemik. A może powiedział?

Jakby tego było mało, dopiero zaczynali dostrzegać detale wnętrza sali. Na skalnej podłodze leżały szkielety obleczone w pozostałości zbroi i przegniłe strażnicze mundury. Pomiędzy nimi zobaczyli zwłoki byłego władcy tej kopalni i kasztelu, z którego pleców wciąż sterczały sztylety zdrajców. Na samym środku pomieszczenia tkwiła wielka, przynajmniej metrowej średnicy, idealnie okrągła kula. I chociaż zdawała się być całkowicie czarna, to każdy jej fragment pozostający poza centrum pola widzenia błyskał kotłującą się zielenią przechodzącą w zgniłą żółć. Złowrogi blask, dostrzegalny jedynie kątem oka, układał się w bezsensowne wzory. Przywodziły one na myśl ludzkie twarze, które jednak w swej groteskowości nie mogłyby być twarzami, a tym bardziej na pewno nie ludzkimi.

Pochylony nad nią, niby pomnik, wartę pełnił mężczyzna. Odziany w powłóczyste i bogato zdobione, ale rozpadające się szaty, wsparty na kosturze zdobionym w gwiazdy i półksiężyce. Z zamkniętymi oczyma, o skórze białej i cienkiej jak najdelikatniejszy pergamin. Od dziesiątek lat trzymany przy życiu jedynie swoją szaloną ambicją i niegasnącym uporem, czerpiąc siły ze źródła czarnej magii, która zgodnie z zamysłem nie miała nigdy opuścić granic tego pomieszczenia. Lazarus, bo nie mógł to być nikt inny, powoli zaczął wybudzać się ze swojego półwiecznego stuporu. Powoli uniósł powieki, które skrywały jadowitą zieleń spaczeni, sączącą się z jego oczu.

Groza lodowatymi dłońmi ścisnęła serca bohaterów, zamarli w bezruchu. Nie byli wstanie wykonać nawet najdrobniejszego gestu. Ich oddechy zamarły, a krew w żyłach zastygła, rozlewając chłód śmierci po całym ciele. Świat przestał mieć znaczenie. Sparaliżowani, w niezmiennej rzeczywistości przerażenia rozciągającej się przez niezliczone eony, stali. Zamarli obok czasu przelewającego się rwącą rzeką przez cały świat. Zbyt przerażeni, aby móc nawet pomyśleć o ucieczce. Tkwili tak sekundę, minutę, wieczność?

– Agrhhhh!!! – Wydarł wreszcie ze swojego gardła Sigmund, starając się cisnąć jakąś klątwę na ogarniającą go bezsilność. Drżącą ręką rozdarł papier z dna przytaszczonej beczułki i odsłonił zawinięty lont. Wreszcie odpalił go od pochodni, zatkniętej w zastygłej dłoni Eike, i wrzucił do pomieszczenia.

– Dawaj następną! – krzyknął do Wernera, któremu bezpośredni rozkaz pomógł wreszcie otrząsnąć się z paraliżującego przerażenia.

Kolejna beczka poszybowała w głąb komnaty, ciągnąc za sobą strugę błyszczących iskier niby kometa. Za nią podążyły dwie następne i wtedy Werner ponownie przekręcił klucz. Drzwi drgnęły i powoli zaczęły podnosić się z posadzki, przesłaniając zalegające ciała. Był to ostatni moment, gdyż owe ciała niezgrabnie i z trudnością zaczynały poruszać się, jakby ktoś tchnął w nie nowe życie.

– Nie mogę go wyciągnąć! – Krzyczał przyszły strażnik dróg, mocując się z kluczem.

– Zostaw w cholerę i spieprzamy! – Odkrzyknął alchemik, już w biegu, pokazujący wszystkim podeszwy swych butów.

Pozostali bez specjalnego dywagowania poszli w jego ślady, zostawiając za plecami domykającą się komnatę. Na jej ścianach runiczne pismo krasnoludów ponownie zaczynało jarzyć się bladym blaskiem. Zgodnie z ostatnią wskazówką Agaty biegli cały czas w dół, z nadzieją na odnalezienie wyjścia, podczas gdy podziemiami wstrząsały kolejne uderzenia. To same gwiazdy spadały na kasztel, strącone z firmamentu wolą Lazarusa, który pragnął uwolnić się ze swojego więzienia.

***

Po kolejnej szalonej gonitwie skalnymi tunelami bohaterom udało się dotrzeć do jednego z wyjść z kopalni. Nad brzegiem jeziora odnaleźli porzuconą lodź, która z nurtem rzeki zaniosła ich do Hëuten. W zabitej dechami wiosce znaleźli schronienie i upragniony odpoczynek. Jak się okazało, Rupert zdążył już wrócić do rodzinnego domu.

Noc, podczas której przybyli do wioski, przez miejscowych nazwana została Nocą spadających gwiazd. Co starsi wieśniacy pamiętali opowieści o podobnym wydarzeniu kilkadziesiąt lat temu. Rada wioski zgodnie uznała, że jest to zły omen i do starego kasztelu nie lza łazić, bo nic dobrego to nie przyniesie. Decyzja ta świadczy o głębokim rozsądku i sile instynktu zachowawczego wśród mieszkańców. 

Niedługo później drużyna ruszyła w dalszą drogę prowadzącą do miasta Sonnefurtr, pozostawiające wszystkie te wydarzenia za sobą i tylko Sigmund czasami nie mógł oprzeć się dziwnemu przeczuciu jakby cały czas był przez kogoś obserwowany.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa goodfon

7. Z woli bogów

21.10.2511, kasztel von Leoric

– Krasnoludzka kopalnia – obwieścił światu oraz wszystkim zebranym Sigmund, rozświetlając wejście złotym światłem sączącym się z magicznej kuli na szczycie kostura.

– To by wyjaśniało legendy o skarbie – zauważył Werner, dzierżąc w dłoni dużo bardziej tradycyjne źródło światła w postaci zwykłej pochodni.

– To co, zobaczmy, czy kryje się w nich jakieś ziarno prawdy? – Entuzjastycznie zaproponowała Eike.

Powoli, ostrożnie drużyna ruszyła ciemnym korytarzem. Z wyciągniętą bronią zagłębiali się w coraz gęstszą ciemność. Przedtem nie określiliby dziedzińca kasztelu jako wybitnie gościnnego, teraz jednak, z każdym kolejnym krokiem oddalając się od wyjścia na powierzchnię, dziedziniec wydawał im się wyjątkowo bezpieczny i zapraszający.

Równy korytarz stopniowo schodził coraz niżej, co jakiś czas odsłaniając jakieś odgałęzienie, wykute jednak w dużo bardziej prymitywny sposób. Wąskie i nieregularne mniejsze korytarze przywodziły Sigmundowi na myśl słowa mistrza kowalskiego, u którego kiedyś terminował. Krasnolud nie miał zbyt wysokiego mniemania o ludzkim rzemiośle i zwykł nazywać je: partactwem, odwaloną na szybko chałturą, bez polotu i finezji. W tym momencie Sigmund musiał w myślach przyznać rację brodaczowi.

Przy drgającym świetle płomieni, w ciszy przerywanej jedynie ich własnymi krokami, dotarli wrzeszczcie do końca głównego tunelu. Ich oczom ukazał się kwadratowy, wypełniony zatęchłą wodą basen, którego brzegi oznaczono licznymi znakami runicznymi, zaś na posadzce zauważyli dwa sześcioboczne otwory.

Sigmund, chociaż znał podstawy krasnoludzkiego pisma, nie potrafił rozpoznać  znaków. Podejrzewał, że jest to jakaś forma starszych run. Przeznaczenia otworów natomiast domyślił się w lot i wyciągnął jeden z metalowych przedmiotów odnalezionych w skrzyni dyliżansu. Zgodnie z przewidywaniami, idealnie wpasował się w sześciokątne wycięcie w podłodze.

– Teraz drugi – rzucił z ekscytacją do Wernera.

Werner nie kazał na siebie długo czekać i rychło oba klucze znalazły się w miejscach ewidentnie do tego stworzonych. Wprawdzie brakowało instrukcji, ale intuicja bohaterów podpowiedziała im, że nie powinna zaszkodzić próba równoczesnego ich przekręcenia.  W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło (dobrego ani złego, co czasem liczy się bardzo na plus), jednakże jakiś dawno zapomniany mechanizm musiał wciąż spełniać swoje zadanie. Coś drgnęło, a po chwili zauważyli, że poziom wody w basenie powoli, bardzo powoli się obniża i zaczyna odsłaniać kolejny, biegnący w dół korytarz. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w wodę.

– W tym tempie zajmie to dobrych kilka godzin, zanim będziemy mogli ruszyć dalej – stwierdziła w końcu zniecierpliwiona Sigfrieda. – Wróćmy na powierzchnię odpocząć. Będziemy mieli lepszy widok na okolicę, zamiast siedzieć tu jak szczury w piwnicach.

Przyznawszy rację głosowi rozsądku, rozbili obozowisko na zniszczonym dziedzińcu. Ruiny kasztelu nie wzbudzały wystarczającego zaufania, aby spędzić noc pod jego stropami, zaś sama kopalnia, przesiąknięta wilgotnym i stęchłym powietrzem, również nie napawała nadzieją na spokojny sen.

***

Sigmund obudził się nagle, całkowicie przytomny i drżący ze strachu. Coś usłyszał, czy tylko mu się przyśniło? Wytężył słuch, wiatr hulał po dziedzińcu i opuszczonych budynkach, a żar skrzył się w ognisku, rozstawionym pod firmamentem gwiazd i księżyców.

– Dum dum. Dum dum. – Ledwie słyszalne rytmiczne uderzenia niosły się z oddali. Natychmiast zerwał się z posłania. Pozostała dwójka wciąż spała, zaś Sigfrida, ledwie dostrzegalna na szczycie muru, wpatrywała się w ciemność.

– Słyszałaś? Bębny! – Bardziej wyszeptał niż krzyknął, wbiegając na blanki.

– Tak. Będziemy mieli też gościa – Sigfrieda wskazała niewielkie światło latarni zmierzające w ich stronę po tafli zamarzniętego jeziora. – Czas obudzić pozostałych.

Pośpiesznie zebrali obozowisko i w napięciu oczekiwali na nieznajomego. Po dłuższej chwili nerwowego wyczekiwania, przez bramę przeszła zakapturzona postać wspierająca się długim kosturem, u szczytu którego tańczył świetlisty lampion.

– Niechaj spłynie na was łaska Młotodzierżcy, dobrzy ludzie – przywitała się Agatha, odsłoniwszy skrytą w cieniu kaptura twarz. Jej słowa, chociaż uspokoiły bohaterów, wywołały w ich głowach cały nawał pytań.

– Co tutaj robisz? – Pierwsza wybiła się ze zdziwienia Eike.

– Wypełniam wolę Sigmara, tak jak i wy – odparła kapłanka, zrzucając obok dogasającego ogniska pokaźnych rozmiarów podróżny worek i siadając na nim.

– A niby skąd wiedziałaś, że tu będziemy? – Dorzucił Sigmund z dozą, jak sądził, zdrowego sceptycyzmu.

– Kowal nie tłumaczy podkowie, co z nią zrobi. Podobnie bogowie nie wyjawiają swoich planów zwykłym śmiertelnikom, którymi się posługują – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem kapłanka.

– Ty, jak rozumiem nie jesteś jednak zwykłą śmiertelniczką – dodał z przekąsem Werner, który z pewnością nie miał najmniejszej ochoty mieszać się w sprawy bogów i szczerze pragnął pozostać przez nich niezauważonym.

– Powiedzmy, że jestem narzędziem, które wreszcie zdaje sobie sprawę do czego je przeznaczono – cierpliwie opowiedziała Agatha przeczesując siwe włosy spięte w gruby warkocz.

– Dum, dum. Dum, dum. – Ponownie rozległ się słyszany teraz już wyraźnie przez wszystkich tętent bębnów.

– Nie jesteśmy jednak jedynymi narzędziami, które komuś służą – kapłanka odpowiedziała na malującą się na twarzach zebranych trwogę.

– To co my tu robimy? – Dociekała zakłopotana Eike.

– To długa historia, ale mamy jeszcze czas – wzrok Agathy spoczął na żarzącym się ognisku. – Ten kasztel powstał ponad siedemdziesiąt lat temu, choć jego obecny stan mógłby wskazywać na dużo dłuższą historie. Hrabia Dietrich von Leoric postanowił obrać to niegościnne miejsce na swoją siedzibę za namową pewnego czarodzieja, Lazarusa. Ten ambitny astrolog twierdził, że spoglądając w gwiazdy odnalazł miejsce największego skarbu w Imperium. By się do niego dostać potrzebował wsparcia kogoś, kto miał prawa do tej ziemi oraz majątek, który pozwoliłby na rozpoczęcie badań i wykopalisk.

Lazarus nie kłamał, na wyspie na jeziorze w górskim kraterze rzeczywiście odnaleźli pozostałości starożytnej, krasnoludzkiej kopalni. Nasi brodaci bracia nie wyczerpali jednak wszystkich bogactw tego miejsca. W skałach wciąż skrzyły się żyły złota, co pozwoliło na wznowienie pracy kopalni oraz sfinansowanie budowy wszystkiego, co widzicie dookoła – zmęczony wzrok Agathy skupił się teraz na ziejących pustką oknach kasztelu.

I chociaż kopalnia stała się źródłem wielkiego majątku dla hrabiego, to jedna jej część wciąż pozostała niezbadana. Krasnoludzcy inżynierowie, wykorzystując dawno zapomniane artefakty, zalali wiele ze starożytnych szybów. Drążąca w głowach władcy i czarodzieja myśl o tym, jakie jeszcze skarby mogą się tam ukrywać, nie dawała im spokoju.

Całe lata zajęło im odnalezienie kluczy, które pozwalały na ponowne uruchomienie mechanizmu kontrolującego poziom wody w czeluściach kopalni. W końcu, gdy osuszono całe podziemia, na jaw wyszła prawdziwą ich głębia i ogrom. To, co widzieli dotychczas, stanowiło jedynie przedsionek właściwych podziemi, korytarze i szyby ciągnęły się niemalże w nieskończoność. Na samym dole dotarli do niezwykłej komnaty ozdobionej tajemniczymi runami. Była ona jednak zamknięta, brakowało trzeciego krasnoludzkiego klucza.

Jakaż była wściekłość Lazarusa, gdy dowiedział się, że jego skarb, do którego drogę odnalazł w gwiazdach, wciąż jest poza jego zasięgiem. Próbował wszystkiego, by przedrzeć się do tajemniczego pomieszczenia, lecz ani jego magia, ani najlepszy proch ściągany z Imperialnych Arsenałów nie był wstanie skruszyć skał wokół komnaty.

Jednak wszystko, co zostało zapisane w niebiosach, musi się spełnić. Szlachcic i czarodziej wzajemnie podsycali swoją obsesję i wydali niejedną fortunę próbując dostać się do środka. Wynajmowali całe grupy najemników, którzy przeczesywali najdalsze zakątki Starego Świata, próbując odnaleźć ostatni, brakujący klucz. Na daremno.

Pewnego dnia sam z siebie pojawił się nieznajomy, który posiadał to, czego tyle lat bezowocnie szukali. Oddawszy mu wszystko, co jeszcze pozostało z ich niegdyś ogromnego majątku, zdobyli wreszcie upragniony ostatni klucz. Czarodziej, w godzinę swojego tryumfu, wraz ze swoim panem i jego gwardią honorową zeszli w mrok najgłębszych korytarzy, by odpieczętować komnatę.

W środku znajdował się wielki kamień, który wyglądał, jakby spoczywał w tym miejscu na długo przed narodzinami samego Sigmara. Lazarus, pochłonięty rządzą posiadania skarbu nie zwrócił uwagi na dziwną i niepokojącą moc bijącą z kamienia. Rozkazał strażnikom, od dawna już posłusznym jego rozkazom, by zabili hrabiego.

– Skąd wiesz to wszystko? – Wyszeptała Eike, dla której historia o starożytnych kopalniach i podziemiach wydawała się nieprzyzwoicie wręcz interesująca.

– Astromanta widział wiele patrząc w niebo, lecz tam w dole, pod skalnym sklepieniem nie dostrzegł dziecka, skrywającego się w cieniach. Dziewczynka widziała jak jej ojciec, który od tylu lat skupiał się jedynie na swoim dążeniu do skarbu, zostaje zamordowany przez własną straż. W przerażeniu i rozpaczy wybiegła z ciemności komnaty i przekręciła ponownie klucz, zamykając maga i zdrajców w środku. Gdy Lazarus w gniewie przywołał swoje moce i ciskał z nieba gwiazdy, które obracały wszystko w ruinę, dziewczynka uciekała już z wyspy, przełykając gorzkie łzy i mając tylko nadzieję, że nigdy przenigdy nie zobaczy już tego miejsca.

Zapadło długie milczenie, przerywane jedynie odgłosem dogasającego ogniska.

– Jeżeli ten Lazarus został zamknięty tam na dole kilka dekad temu – przerwał w końcu ciszę Werner –  to co my do cholery tu robimy?

– Obawiam się, że on tam wciąż jest. I czeka – odpowiedziała niemal przepraszająco Agatha.

– Dum, dum! Dum, dum! – Nagle zdali sobie sprawę, że odgłos bębnów cały czas narastał, podczas gdy wsłuchiwali się w opowieść kapłanki.

Sigfrieda wbiegła na mury i z przerażeniem patrzyła na dziesiątki pochodni posuwających się po jeziorze w kierunku zamku. Tafla lodu pękała pod ciężarem małych, pokracznych postaci, zsyłając je w lodowatą toń, lecz były ich setki, jeżeli nie tysiące. Wszystkie nie utoną, nie ma takiej możliwości – pomyślała i podniosła alarm:

– Zielonoskórzy! Armia Zielonoskórych!

– Czy ten kamień na dole to… – Nie zdążył dokończyć Sigmund.

– Tak – odpowiedziała kapłanka wznosząc głowę ku niebu, na którym mniejszy z księżyców lśnił wyjątkowo jasnym, zielonkawym światłem – Ukochany Morra. Jego dar dla ludzkości.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Eduardo Pena

4. Na starej mapie krajobraz utopijny

20.10.2511, na szlaku do Sonnefurt

Wiatr targał gniewnie płatkami śniegu, ograniczając widoczność pod sklepieniem szarych chmur. Jednocześnie wytłumiał jednak skrzypienie śniegu pod stopami podróżnych,  co akurat liczyło mu się na plus. Przedzierając się przez las wdychali mroźną, sosnową woń, starając się jednocześnie nie stracić z oczu leżącego w dole szlaku i pozostać w ukryciu.

Drobna postać Sigfriedy przewodziła grupie. Tuż za nią podążał Werner ze skostniałym palcem na spuście kuszy. Potem Eike ze strzałą opartą na cięciwie łuku i wreszcie Sigmund. Wspierał się ciężko na swoim podróżnym kiju, dlatego że został „obarczony” lwią częścią zapasów, które udało się im zebrać z pozostałości dyliżansu.

Wspinając się po wzniesieniu dotarli wreszcie do szczytu, który kończył się skalną skarpą zaraz nad ostrym zakrętem szlaku w dole. To tam niedawno padli ofiarą zasadzki. Teraz, patrząc z góry, jak na dłoni mogli wreszcie dostrzec ślady i zrekonstruować bieg wydarzeń, których mimowolnie stali się uczestnikami.

– Zielonoskórzy? Zaatakowali nas zielonoskórzy – wyszeptała bardziej do siebie niż do reszty rudowłosa lekarka, spoglądając na porozrzucane jak szmaciane lalki żylaste ciała, odziane w strzępy zwierzęcych skór.

– I bandyci. Jeden przy linii drzew, a tam drug. – dodała Sigfrieda, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści broni.

– Wygląda na to, że tutaj przygotowali napad – Werner wskazał obalone drzewo, umieszczone na szlaku w takim miejscu, że dostrzeżenie go z drogi było niemożliwe, aż do ostatniej chwili.

– Detlev jednak wiedział, co robi – dodał Sigmund z uznaniem w głosie, zwracając uwagę na ślad dyliżansu kreślący odwróconą literę “U”. Gdy woźnica dostrzegł niebezpieczeństwo, gwałtownie skęcił i zjechał ze szlaku, aby ominąć przeszkodę. To właśnie zamieniło pojazd w wielką grzechotkę z uwięzionymi w środku pasażerami. Kilkadziesiąt jardów dalej wrócił na szlak. Tam nastąpiło drugie uderzenie o nawierzchnię, które wstrząsnęło dyliżansem i złamało jedną z osi.

– Wszyscy prawie na pewno martwi, proponuję przyjrzeć się z bliska – zaproponowała fachowo łowczyni nagród, chowając rapier do pochwy i wypatrując dogodnego miejsca do zejścia w dół. Reszta drużyny, z nieco mniejszym entuzjazmem i widoczną rezerwą, podążyła jej śladem. Gdyż cóż mieli zrobić?

Świeża krew szybko zastygła na śniegu, jednak jej ciężki zapach wciąż roznosił się w okolicach drogi, mieszając się z inną, zaskakującą w tym kontekście wonią: brudu, ziół i …grzybów? która unosiła się nad truchłami zastygłymi w kałużach zielonej posoki. Powykręcane, chude ciała o nienaturalnych proporcjach, z zaskakująco wielkimi głowami i sterczącymi z pysków przetrzebionymi kłami, usłały biel śniegu. Niektóre wciąż zaciskały martwe dłonie na prymitywnych ostrzach i łukach. Eike nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaraz poruszą się i zaatakują.

Blondwłosa szlachcianka, powoli i metodycznie badała tropy i ułożenie ciał, starała się odtworzyć przebieg wydarzeń, podczas gdy lekarka dokładnie oglądała rany na zwłokach zarówno bandytów, jak i zielonoskórych. Werner od razu odnotował, że martwych bandytów leżało trzech, zaś goblinów szesnaście. Jego szare oczy zabłysnęły na widok przygniecionego śmierdzącym, bladozielonym trupem, trzepoczącego na wietrze kapelusza.

Fiołkowy, o szerokim zawiniętym z jednej strony rondzie, z wielkim, chociaż teraz już wystrzępionym, piórem.

– Nietania rzecz, reiklandzka moda – zmiarkował z wyraźnym. rozbawieniem – zapewne ktoś wielkomiejski i majętny.

– …lub przynajmniej chcący za takiego uchodzić – dokończył Sigmund, poprawiając machinalnie lecące mu do oczu przetłuszczone włosy.

Po części wrodzona, a po części nabyta podejrzliwość kazała Wernerowi dokładnie i od każdej strony, także wierzchniej i spodniej, obejrzeć ekstrawagancki kapelusz. Ku swojemu zadowoleniu znalazł coś ukrytego pod podszewką tego, z pewnością bardzo modnego kilkaset mil stąd, nakrycia głowy. Była to starannie złożona mapa południowego Wisenlandu.

Przyszły strażnik dróg może nie potrafił czytać, ale mapę niejedną widział w swoim życiu. Po wstępnych oględzinach uznał, że można skorzystać z obecności czytatych akademików i nie zaszkodzi przekazać mapy komuś, kto wiecznie trzyma jakąś księgę w dłoni i chyba wie, jak zrobić z niej użytek. Przekazał więc znalezisko w ręce Sigmunda, sam natomiast postanowił poszukać innych pamiątek po właścicielu fiołkowego kapelusza, którego to wciąż nie wypuścił z dłoni.

Sigmund ochoczo przyjął stary kawałek wyprawionej skóry. Mapa musiała mieć ponad dwa stulecia, sądząc nie tylko po jej stanie, ale również po rozrysowanych na niej granicach. Kilka miejsc zostało zaznaczonych koślawym okręgiem. Zwłaszcza jedno z nich wzbudziło zainteresowanie alchemika, ponieważ wyraźnie użyto tu innego atramentu, a i ślad wydawał się dużo świeższy, niż pozostałe oznaczenia. Najnowszy „wpis” na mapie zakreślał miejsce jakiś dzień, może dwa dni drogi na południe.

– A wiesz, że to jest ludzka skóra? – Wyszeptała zaglądając przez ramię Eike, która również nigdy nie przepuściła okazji, aby zerknąć na stare i podejrzane zapiski.

– Ha! Ha! Ha! – przerwał im Werner, tryumfalnie wznosząc skórzany but i z wielkim uśmiechem prezentując w drugiej dłoni dwie błyszczące złotem monety.

W tym samym momencie powróciła Sigfrieda, która po przeszukaniu okolicznego lasu wróciła, by podzielić się swoimi obserwacjami i ustaleniami. Wszyscy bohaterowie przysiedli więc na chwilę pośród miejsca rzezi, aby skromnym posiłkiem wzmocnić znużone ciała i ustalić dalszy plan działania. Dyskusja zajęła więcej czasu, niż można by przypuszczać, bohaterom udało się jednak dojść do porozumienia co do najbardziej prawdopodobnego, przynajmniej na ich aktualny stan wiedzy, przebiegu wydarzeń:

Czwórka bandytów przygotowała zasadzkę na dyliżans. Czy ich celem były znalezione w tajnej skrytce przedmioty, czy też dobra doczesne pasażerów, pozostaje niewiadome. Natomiast niemal w tym samym czasie co dyliżans, pojawiła się również licząca ze trzy tuziny banda zielonoskórych, która zaatakowała zarówno bandytów, jak i pojazd na szlaku.

W powstałym zamieszaniu woźnicy udało się uniknąć zasadzki, chociaż swój wyczyn i tak przypłacił życiem. Dwójka bandytów padła pod przewagą liczebną goblinów, o czym świadczą liczne obrażenia jakie odnieśli. Trzeci prawdopodobnie został obezwładniony i porwany, podobnie jak i jeden z koni, które zostały uwiązane nieopodal. Drugie zwierzę zostało zjedzone na miejscu, a pozostałe poniosły gdzieś w las. Któryś z bandytów, zapewne ten porwany, miał przy sobie zaskakująco dużo pieniędzy oraz wyraźną słabość do drogich i krzykliwych akcesoriów (patrz: kapelusz). Śladów czwartego bandyty nie udało się jednak odnaleźć. W kierunku północnym wiódł łatwy do wyśledzenia trop zielonoskórych, którzy najwyraźniej ciągnęli bandytę oraz martwego konia, w tylko sobie znanym celu.

Nastała dłuższa chwila ciszy, a po niej krótka dyskusja, której z radością przewodził Werner. Według niego w obecnej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem byłoby oddalenie się z miejsca zdarzenia jak najprędzej i znalezienie dogodnej kryjówki do rozłożenia obozu. Zaś bandytami, goblinami i całym złem tego świata powinni przejmować się stosownie opłacani ludzie, do których Werner nie należy i należeć nie zamierza.

– Zresztą co mnie obchodzi jakiś bandyta we fiołkowym kapeluszu? – dodał na koniec.

I tylko Sigfrieda zastanawiała się, na jaką kwotę może opiewać głowa, która jeszcze niedawno skrywała się pod wspomnianym kapeluszem.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Kobe Sek