Norska

Zdobione wizerunkami mitycznych stworzeń długie łodzie stały wyciągnięte na brzeg przy zakolu rzeki. Pilnowało ich tylko kilku pechowych norsmenów, którzy z utęsknieniem patrzyli w kierunku nieodległego wzgórza, na którego szczycie płonęło potężne ognisko. Cienie powbijanych wokół niego na pale łbów zwierzoludzi układały się na trawie wokół ognia jak szprychy wokół piasty.

Przy ognisku zebrała się reszta pozostałych przy życiu wojowników. Bogato zdobiony bretoński puchar, któremu brakowało już jednak kilku szmaragdów, krążył pomiędzy zebranymi. Wielu zginęło, ale łup był godny. Obciążone longskipy wyruszą w długą drogę powrotną na północ wraz z porannym przypływem.

Kielich nieubłaganie zbliżał się do siedzącego na podwyższeniu jarla. Zgodnie ze zwyczajem to on napełniał go po brzegi, wznosił toast i jako pierwszy wypijał haust piekącego szczęścia. Później naczynie krążyło wśród ludzi i miało wrócić do niego. Jarl już pięciokrotnie dawał zadość tradycji. Za każdym razem południowe brandy smakowało mu mniej. Podczas gdy jego ludzie świętowali bawiąc się, pijąc i grając w kości o łupy, jego duszę ogarniało poczucie beznadziejnej pustki. Pustki, którą czuł już wcześniej, ale nigdy jeszcze nie była tak głęboka. Nie zapełniły jej łupy. Nie zapełniła jej przelana krew ani trupy przeciwników. Nie zapełni jej też zdobyczne brandy ani świętowanie przy ognisku. Nie przepłynął połowy świata, by świętować. Zrobił to z powodu przepowiedni, która miała zapełnić tę pustkę. Przepowiedni, która paliła go teraz swoim brakiem.

Kielich wrócił do jarla, który bez entuzjazmu napełnił go po raz kolejny. Nie chcąc dać po sobie niczego poznać wstał i zmusił się do tego, by się uśmiechnąć.

„Za tą wyprawę i za powodzenie kolejnych!” Jarl uniósł kielich, po czym pociągnął z niego długi łyk.

Brandy nie miało smaku.

Powrót

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *