3. Nieustraszeni pogromcy potworów

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Zbudzona krzykiem, zerwała się błyskawicznie z posłania sięgając jednocześnie po rapier. Jednak krótkie spojrzenie na rozświetlone porannym słońcem obozowisko, wystarczyło, by zdać sobie sprawę z tego, że nic im nie groziło, a przynajmniej jeszcze nie teraz.

– Wstawajcie, coś się wydarzyło – Siegfrieda niemal bezwiednie wydała polecenie towarzyszom, którzy wciąż jeszcze nie wygrzebali się ze swoich posłań rozłożonych dokoła paleniska, na którym jeszcze wczorajszego wieczora bulgotał pieprzny gulasz.

Narzuciwszy na ramiona mocną, skórzaną kurtkę, pewnym krokiem ruszyła w kierunku centrum zamieszania rozchodzącego się po całym obozie. Nad rzeką, tworząc zbity okrąg, gromada strzygańskich robotników podnosiła lament – błyskając złotymi zębami opowiadali o klątwie bestii, swoim zwyczajem odganiając złe duchy miriadami niezrozumiałych gestów. Sigfrieda bezceremonialnie przepchnęła się przez zbiegowisko, aby sprawdzić przyczynę tego wzburzenia.

Nad brzegiem, w kałuży krwi z głowa wgniecioną w mokrą ziemię, leżał mężczyzna. Eike natychmiast skoczyła ku niemu obracając go na wznak, lecz blada twarz Rutgera wystarczyła Sigfriedzie, aby mieć pewność, że przeszedł już on przez portal Morra i umiejętności lekarki na nic się tu nie zdadzą.

– Na domiar wszystkich nieszczęść, dał się jeszcze zabić?! Jak ja to wytłumaczę jego rodzinie? – Podniesionym głosem obwieściła swe nadejście Johanna Stielgar.

– Okaż szacunek zmarłym – burknął gniewnie Thulgrim. – Nie o twoje życie tu chodzi…

– Szacunek? Szacunek! Sprawiedliwość jest tutaj potrzebna, a nie szacunek! – Równie gniewnie wyrzuciła kupczyni wyciągając zza poły modnego kubraka pękaty mieszek. – Dwadzieścia złotych koron, dla śmiałka który przyniesie mi głowę potwora odpowiedzialnego za śmierć Rutgera! – Zakrzyknęła tryumfalnie, chociaż nikt z zebranych strzygan nie odważył się odpowiedzieć wzrokiem na jej spojrzenie.

Siegfrieda nie była jednak strzyganką, a w podróż wyruszyła wszak aby dowieść swej wartości jako łowczyni nagród i oto los dostarczył jej po temu sposobność.

– Zajmę się tym – odrzekła, chociaż jej zwykle spokojny głos zdradzał ekscytację.

– Świetnie! Ja natomiast zajmę się tym – tryumfalnie ogłosiła Johanna sięgając w kierunku klucza zdjętego z szyi Rutgera przez dokonującą oględzin ciała medyczkę.

– Ani mi się waż! – Thulgrim szybkim ruchem wyrwał klucz z dłoni Eike, dymiąc gniewnie – Pieniądze należą do spółki, nie do ciebie.

Kłótnia między krasnoludem a a Johanną nabierała kolorów: wymieniane krzykiem insynuacje, pomówienia i obelgi przyćmiły nawet odczyniania złych uroków czynione przez z styrzygan, na czele z leciwą Vadomą, która w takich chwilach wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie zabraknie jej jeszcze tchu w płucach przez długie lata. Siegfrieda jednak zupełnie to ignorowała pochylając się nad ciałem badanym przez Eike.

– Ramię z ciętymi i kutymi ranami zostało oderwane – medyczka od razu rozpoczęła wymieniać swoje znaleziska. – Jednak po śladach na ciele widać, że stało się to po śmierci. Wydaje mi się, że Rutger został uduszony, pomimo tego, że zwłoki nie noszą śladów bycia zmiażdżonymi, nie noszą też innych ran.

– Nawet nie miał szansy próbować się obronić – dodała Sigfrieda. – Sprawdźmy jeszcze namiot.

Zarówno Thulgrim jak i kupczyni zakończyli swoją kłótnie, każde zostało w posiadaniu jednego z kluczy do skrzyni pełnej złota, a strzygańskie zbiegowisko szybko roztopiło się, gdy tylko Eike rozpoczęła swoje oględziny.

***

W namiocie Rutgera nie odnaleźli wielu nowych śladów, jednak wszystkie poszlaki jasno wskazywały, że kupca wyniesiono z namiotu, a nad brzegiem rzeki odjęto jego ramię. Nieopodal tego miejsca znajdował się jednak ślad wielkie trójpalczastej łapy, przydeptany jednak prze całe zbiegowisko jakie zebrało się przy zwłokach.

Sigfrieda bez cienia wątpliwości oświadczyła, że nie pozostaje im nic innego, jak ruszyć łodzią na przeciwległy brzeg rzeki w kierunku bagien, z których ponoć miał wyjść potwór odpowiedzialny za śmierć ich byłego pracodawcy. Chociaż nie wszyscy z równym spokojem odpowiedzieli na zew przygody, o tyle pękata sakiewka w dłoniach Johanny wydawała się być wystarczającą motywacją do podążenia za tajemniczymi śladami.

***

Smród zgnilizny i rozkładu uderzył w ich nozdrza zanim jeszcze dotarli na brzeg. Ciepło porannego słońca przyćmione zostało wilgocią mgły, która, chociaż już opuściła obozowisko, wciąż niepodzielnie rządziła na moczarach.

Sigfrieda wraz z pomocą Wernera szybko odnalazła kolejne ślady trójpalczastych łap odciśniętych w mokrym błocie i prowadzących dalej w głąb mokradeł. Ślady były nieregularne, jakby każda łapa była trochę innego rozmiaru, rozmieszczone na tyle szeroko, że świadczyły jednak o ogromnym rozmiarze bestii, przed którą od samego początku przestrzegała na poły szalona wróżbitka.

Trop był jednak na tyle wyraźny, że podążanie za nim zdawało się dziecinnie proste. Sigfrieda z rapierem w garści prowadziła pochód, za nią podążał Werner z kuszą w spoconych dłoniach i Eike z łukiem i strzałą gotowa do napięcia cięciwy w każdej chwili, na koniec zaś Sigmund – wyraźnie niezadowolony ze swojej doli.

Marsz był powolny i męczący, nogi ginęły w grząskim błocie nierzadko zapadając się aż po kolana, wszechobecna wilgoć i insekty znajdywały drogę do każdego zakamarka, tnąc i kując niemiłosiernie oraz powodując liczne otarcia. Podążali jednak wytrwale naprzód, wciąż stąpając po śladach bestii z miejscowych legend.

Wreszcie zarządzili krótki odpoczynek, chociaż słońca nie było widać w mlecznej poświacie gęstej mgły, to musiało być już dobrze popołudniu. Burczące żołądki oraz suche gardła, na przekór panującej wokół wilgoci, domagały się strawy i napitku.

Podczas dzielenia twardego chleba i resztek pieprznego gulaszu do uszu Sigfriedy dobiegły urywane, tłumione mgłą dźwięki. Wytężając wzrok i słuch starała się odgadnąć kierunek, z którego nadchodzą. Wreszcie trzy kształty zaczęły się odcinać na mlecznym płótnie ponurego krajobrazu, szybko rosnąc w swoich chaotycznych ruchach wraz z poprzedzającymi je krzykami przerażenia. Za nimi zaś rosnąć zaczął górujący nad wszystkim cień.

– Nadchodzi. Przygotujcie się! – Sigfrieda odrzuciła wszystko, co zbędne, starając się znaleźć względnie suche miejsce nadające się do obrony. Reszta w napięciu również przygotowała się najlepiej jak tylko pozwalały na to okoliczności.

Trójka wieśniaków z twarzami bielszymi z przerażenia od mgły, z której wybiegli, wpadła na bohaterów. Przewracając się o siebie na bagnistym podłożu zupełnie zignorowali napotkanych bohaterów, panicznymi krzykami obwieszczając nadejście końca. Będąc już na czworakach próbowali nadal uciekać przed ciągle rosnącym za nimi cieniem.

Wreszcie wielki jaszczurczy pysk wychynął z mglistej osnowy. Zanim pomyślała co robi, Sigfrieda wybiła się na przód stalowym ostrzem celując w osłonięte bielmem oko potwora wydającego złowieszczy ryk. Cięciwy brzęknięciem poprowadziły strzałę i bełt w wielkie łuskowate cielsko, podczas gdy Sigmund starał się skupić splatając nieliczne na tym odludziu ślady Chamona.

Cztery pazury, większe od sztyletów, pędziły w stronę łowczyni nagród jako kara za atak na bestię, lecz nim jej dosięgnęły, ta uskoczyła już w bok, podczas gdy Werner, nie chcąc powtarzać doświadczeń z przeładowywaniem kuszy w sercu walki, odrzucił ją i swoim wysłużonym messerem ciął pod kolana jednej z ośmiu nóg bestii.

Paniczny strach wieśniaków widzących śmiałków stających do walki przekuł ich trwogę w beznadziejną odwagę i oni również ruszyli na bagiennego potwora, każdy z innej strony kijem, czy innym harpunem starając się przebić przez twarde łuski, podczas gdy Eikę wciąż szyła z łuku w zawaliste cielsko.

Siegfrieda zatraciła się w szaleńczym tańcu walki, działając zanim pomyślała, ciało przekładało ciężar z nogi na nogę uginając się w unikach, podczas gdy stalowe żądło rapiera raz po raz atakowało odsłoniętą gardziel i puste ślepia.

Sigmund wiedział, że nie jest to bitwa, w której może zdać się na swoją sztukę, pozostało więc złożyć swój los w szkolenia jakich wymaga się od imperialnych magów. Precyzyjnymi uderzeniami kostura, starał się odciągnąć uwagę potwora, który wyraźnie obrał sobie za cel niewielką blondynkę z rapierem.

Gdy Werner kolejnym cięciem wgryzł się w miękkie podbrzusze, bazyliszek szarpnął całą siłą swojego wielkiego cielska, łuskowaty ogon świsnął niczym bicz, rzucając o pobliskie drzewo jednym z wieśniaków i podcinając, lub zmuszając do ucieczki, resztę wojowników. Tym manewrem potwór zyskał chwilę wytchnienia i w szaleńczym ataku bestia runęła na Sigfriedę jakby chcąc pochłonąć ją całą w swej paszczy.

Sigfrieda ze spokojem skoczyła na spotkanie śmierci, tak jak przez te wszystkie lata uczył ją brat: wypad do przodu z prawej nogi, brzuch napięty, ramię prosto, dłoń mocno na rękojeści, cała siła i energia ciała skupione w jednym punkcie sztychu rapiera, pożeranego teraz przez paszczę potwora, przebiły się przez jego podniebienie, mózg i czaszkę, gładko wychodząc przez potylicę w fontannie krwi.

Ostatni jęk zapomnianej bestii, rozlał się żałośnie po mokradłach. Ramię Sigfriedy tkwiło niemal po łokieć w pysku, który już nie zamknie się z własnej woli. Łuskowate cielsko runęło z mokrym tąpnięciem na bok. Łowczyni, zapierając się butem o rozwartą paszczę, wydobyła zeń broń. Stojąc nad truchłem swojej pierwszej nagrody, otarła rapier ze śmierdzącej posoki.

Na jej twarzy zagościł uśmiech.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

4. Na starej mapie krajobraz utopijny

20.10.2511, na szlaku do Sonnefurt

Wiatr targał gniewnie płatkami śniegu, ograniczając widoczność pod sklepieniem szarych chmur. Jednocześnie wytłumiał jednak skrzypienie śniegu pod stopami podróżnych,  co akurat liczyło mu się na plus. Przedzierając się przez las wdychali mroźną, sosnową woń, starając się jednocześnie nie stracić z oczu leżącego w dole szlaku i pozostać w ukryciu.

Drobna postać Sigfriedy przewodziła grupie. Tuż za nią podążał Werner ze skostniałym palcem na spuście kuszy. Potem Eike ze strzałą opartą na cięciwie łuku i wreszcie Sigmund. Wspierał się ciężko na swoim podróżnym kiju, dlatego że został „obarczony” lwią częścią zapasów, które udało się im zebrać z pozostałości dyliżansu.

Wspinając się po wzniesieniu dotarli wreszcie do szczytu, który kończył się skalną skarpą zaraz nad ostrym zakrętem szlaku w dole. To tam niedawno padli ofiarą zasadzki. Teraz, patrząc z góry, jak na dłoni mogli wreszcie dostrzec ślady i zrekonstruować bieg wydarzeń, których mimowolnie stali się uczestnikami.

– Zielonoskórzy? Zaatakowali nas zielonoskórzy – wyszeptała bardziej do siebie niż do reszty rudowłosa lekarka, spoglądając na porozrzucane jak szmaciane lalki żylaste ciała, odziane w strzępy zwierzęcych skór.

– I bandyci. Jeden przy linii drzew, a tam drug. – dodała Sigfrieda, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści broni.

– Wygląda na to, że tutaj przygotowali napad – Werner wskazał obalone drzewo, umieszczone na szlaku w takim miejscu, że dostrzeżenie go z drogi było niemożliwe, aż do ostatniej chwili.

– Detlev jednak wiedział, co robi – dodał Sigmund z uznaniem w głosie, zwracając uwagę na ślad dyliżansu kreślący odwróconą literę “U”. Gdy woźnica dostrzegł niebezpieczeństwo, gwałtownie skęcił i zjechał ze szlaku, aby ominąć przeszkodę. To właśnie zamieniło pojazd w wielką grzechotkę z uwięzionymi w środku pasażerami. Kilkadziesiąt jardów dalej wrócił na szlak. Tam nastąpiło drugie uderzenie o nawierzchnię, które wstrząsnęło dyliżansem i złamało jedną z osi.

– Wszyscy prawie na pewno martwi, proponuję przyjrzeć się z bliska – zaproponowała fachowo łowczyni nagród, chowając rapier do pochwy i wypatrując dogodnego miejsca do zejścia w dół. Reszta drużyny, z nieco mniejszym entuzjazmem i widoczną rezerwą, podążyła jej śladem. Gdyż cóż mieli zrobić?

Świeża krew szybko zastygła na śniegu, jednak jej ciężki zapach wciąż roznosił się w okolicach drogi, mieszając się z inną, zaskakującą w tym kontekście wonią: brudu, ziół i …grzybów? która unosiła się nad truchłami zastygłymi w kałużach zielonej posoki. Powykręcane, chude ciała o nienaturalnych proporcjach, z zaskakująco wielkimi głowami i sterczącymi z pysków przetrzebionymi kłami, usłały biel śniegu. Niektóre wciąż zaciskały martwe dłonie na prymitywnych ostrzach i łukach. Eike nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaraz poruszą się i zaatakują.

Blondwłosa szlachcianka, powoli i metodycznie badała tropy i ułożenie ciał, starała się odtworzyć przebieg wydarzeń, podczas gdy lekarka dokładnie oglądała rany na zwłokach zarówno bandytów, jak i zielonoskórych. Werner od razu odnotował, że martwych bandytów leżało trzech, zaś goblinów szesnaście. Jego szare oczy zabłysnęły na widok przygniecionego śmierdzącym, bladozielonym trupem, trzepoczącego na wietrze kapelusza.

Fiołkowy, o szerokim zawiniętym z jednej strony rondzie, z wielkim, chociaż teraz już wystrzępionym, piórem.

– Nietania rzecz, reiklandzka moda – zmiarkował z wyraźnym. rozbawieniem – zapewne ktoś wielkomiejski i majętny.

– …lub przynajmniej chcący za takiego uchodzić – dokończył Sigmund, poprawiając machinalnie lecące mu do oczu przetłuszczone włosy.

Po części wrodzona, a po części nabyta podejrzliwość kazała Wernerowi dokładnie i od każdej strony, także wierzchniej i spodniej, obejrzeć ekstrawagancki kapelusz. Ku swojemu zadowoleniu znalazł coś ukrytego pod podszewką tego, z pewnością bardzo modnego kilkaset mil stąd, nakrycia głowy. Była to starannie złożona mapa południowego Wisenlandu.

Przyszły strażnik dróg może nie potrafił czytać, ale mapę niejedną widział w swoim życiu. Po wstępnych oględzinach uznał, że można skorzystać z obecności czytatych akademików i nie zaszkodzi przekazać mapy komuś, kto wiecznie trzyma jakąś księgę w dłoni i chyba wie, jak zrobić z niej użytek. Przekazał więc znalezisko w ręce Sigmunda, sam natomiast postanowił poszukać innych pamiątek po właścicielu fiołkowego kapelusza, którego to wciąż nie wypuścił z dłoni.

Sigmund ochoczo przyjął stary kawałek wyprawionej skóry. Mapa musiała mieć ponad dwa stulecia, sądząc nie tylko po jej stanie, ale również po rozrysowanych na niej granicach. Kilka miejsc zostało zaznaczonych koślawym okręgiem. Zwłaszcza jedno z nich wzbudziło zainteresowanie alchemika, ponieważ wyraźnie użyto tu innego atramentu, a i ślad wydawał się dużo świeższy, niż pozostałe oznaczenia. Najnowszy „wpis” na mapie zakreślał miejsce jakiś dzień, może dwa dni drogi na południe.

– A wiesz, że to jest ludzka skóra? – Wyszeptała zaglądając przez ramię Eike, która również nigdy nie przepuściła okazji, aby zerknąć na stare i podejrzane zapiski.

– Ha! Ha! Ha! – przerwał im Werner, tryumfalnie wznosząc skórzany but i z wielkim uśmiechem prezentując w drugiej dłoni dwie błyszczące złotem monety.

W tym samym momencie powróciła Sigfrieda, która po przeszukaniu okolicznego lasu wróciła, by podzielić się swoimi obserwacjami i ustaleniami. Wszyscy bohaterowie przysiedli więc na chwilę pośród miejsca rzezi, aby skromnym posiłkiem wzmocnić znużone ciała i ustalić dalszy plan działania. Dyskusja zajęła więcej czasu, niż można by przypuszczać, bohaterom udało się jednak dojść do porozumienia co do najbardziej prawdopodobnego, przynajmniej na ich aktualny stan wiedzy, przebiegu wydarzeń:

Czwórka bandytów przygotowała zasadzkę na dyliżans. Czy ich celem były znalezione w tajnej skrytce przedmioty, czy też dobra doczesne pasażerów, pozostaje niewiadome. Natomiast niemal w tym samym czasie co dyliżans, pojawiła się również licząca ze trzy tuziny banda zielonoskórych, która zaatakowała zarówno bandytów, jak i pojazd na szlaku.

W powstałym zamieszaniu woźnicy udało się uniknąć zasadzki, chociaż swój wyczyn i tak przypłacił życiem. Dwójka bandytów padła pod przewagą liczebną goblinów, o czym świadczą liczne obrażenia jakie odnieśli. Trzeci prawdopodobnie został obezwładniony i porwany, podobnie jak i jeden z koni, które zostały uwiązane nieopodal. Drugie zwierzę zostało zjedzone na miejscu, a pozostałe poniosły gdzieś w las. Któryś z bandytów, zapewne ten porwany, miał przy sobie zaskakująco dużo pieniędzy oraz wyraźną słabość do drogich i krzykliwych akcesoriów (patrz: kapelusz). Śladów czwartego bandyty nie udało się jednak odnaleźć. W kierunku północnym wiódł łatwy do wyśledzenia trop zielonoskórych, którzy najwyraźniej ciągnęli bandytę oraz martwego konia, w tylko sobie znanym celu.

Nastała dłuższa chwila ciszy, a po niej krótka dyskusja, której z radością przewodził Werner. Według niego w obecnej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem byłoby oddalenie się z miejsca zdarzenia jak najprędzej i znalezienie dogodnej kryjówki do rozłożenia obozu. Zaś bandytami, goblinami i całym złem tego świata powinni przejmować się stosownie opłacani ludzie, do których Werner nie należy i należeć nie zamierza.

– Zresztą co mnie obchodzi jakiś bandyta we fiołkowym kapeluszu? – dodał na koniec.

I tylko Sigfrieda zastanawiała się, na jaką kwotę może opiewać głowa, która jeszcze niedawno skrywała się pod wspomnianym kapeluszem.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Kobe Sek