5. Kwestia honoru

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Mansslieb stał już wysoko na niebie oświetlając srebrzystą poświatą opustoszały obóz, podczas gdy mniejszy z księżyców przyczaił się za drzewami rosnącymi na pobliskich mokradłach.

Niewyobrażalnie zmęczeni lecz zdeterminowani, ruszyli w kierunku powozu Johanny. Werner, dla zachowania pozorów kurtuazji, przywalił zaciśniętą pięścią w drzwi, lecz zaraz potem bezceremonialnie wparował do środka. Reszta kompanii wroczyła za nim.

Kupczyni prezentowała się w jeszcze gorszym stanie, niż podczas ich pierwszego spotkania. Poczerwieniałe oczy zdradzały potoki wylanych łez, których już nie próbowała nawet ukrywać pod makijażem. Jednak na widok przybyłych odruchowo poprawiła zmierzwione włosy.

– Zabiliśmy bestię z bagien. Do wglądu mamy odcięty łeb, gdybyś chciała mieć pewność. Gdzie obiecana nagroda? – Bez zbędnych wstępów wypaliła Eike

– To wszystko co zostało. – Johanna wskazała na pękaty mieszek leżący na zasłanym rozmaitymi papierami sekretarzyku. – Thulgrim ukradł skrzynię ze złotem. Wszystko stracone… – dodała przez drżące wargi.

Eike bez dodatkowej zachęty czym prędzej chwyciła mieszek wypełniony monetami.

– Przez ciekawość pytam, Thulgrim uciekł przed czy po tym, jak dowiedział się, że zleciłaś morderstwo Rutgera? – lodowatym tonem rzuciła Sigfrieda, wspierając dłoń na rękojeści rapiera.

– To nie tak… – Johanna chciała wykrzyknąć w swojej obronie, lecz jej głos złamał się w pół zdania. – …to przez to przeklęte miejsce. Koszmary we śnie i na jawie przez całe tygodnie… Chciałam stąd tylko uciec. Zbudować ten cholerny młyn i nigdy tu więcej nie wracać… A teraz wszystko stracone! Cała fortuna przepadła przez tego podłego krasnoluda! – Wypowiedź Johanny zmieniła się w beznadziejny szloch rozpaczy, w którym tonęły wypowiadane z widocznym wysiłkiem słowa. – Nie chciałam, żeby komuś się się coś stało… Ale Rutger… On wszystko psuł… Budowa stała… Nie mogłam już tego znieść… 

Werner, który młodość spędził słuchając ballad o ratowaniu dam w opałach, zdał sobie sprawę, że właśnie może jedną uratować. Co ważniejsze, rzeczona dama zdaje się być wciąż na tyle majętna, aby ów ratunek sowicie wynagrodzić.

– Nie martw się. Zajmiemy się tym. Zawieziemy cię do domu, do Wusterburga – rzekł miękkim, głębokim tonem, jednocześnie rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Sigmunda, i przysiadł obok Johanny, obejmując ją ramieniem. Ta wtuliła się weń mocno, dalej pogrążona w rozpaczy.

Pozostali szybko zebrali swoje rzeczy z obozowiska i czym prędzej wyruszyli. Eike, najpewniej czująca się na koźle, prowadziła powóz z Sigmundem i Sigfriedą po bokach, podczas gdy Werner na tyłach wozu służył Johannie wsparciem, czule ocierając jej łzy.

***

Ruszyli w kierunku Wusterburga. Eike nie oszczędzała koni, chcąc jak najszybciej dogonić migocący latarniami korowód strzygańskich wozów. Droga nie była długa, jednak w grupie zawsze bezpieczniej. Po doświadczeniach dzisiejszego dnia nie mogła się doczekać, kiedy sama stanie w obrębie murów miejskich, zza których nie dosięgnie jej żadna straszliwa bestia.

Siegfrieda, wyraźnie niezadowolona z obrotu sytuacji, pogrążyła się w rozmyślaniach. Zdała sobie sprawę, że ostatecznie nikt nie opowie za morderstwo Rutgera, który – choć może zbyt gadatliwy i lekkomyślny – wciąż jednak zatrudnił ich do ochrony. Coraz bardziej stawało się jasne, że przynajmniej na równi chodziło mu o miejsce budowy, jak i o własne życie. Drużynie udało się nie wywiązać z ani jednej części zlecenia, co wprawiało Siegfriedę w podły nastrój.

Sigmund natomiast starał się za wszelką cenę znaleźć pozytywy ich obecnej sytuacji. Odkopane stare medaliony, łeb potwora, a także mieszek złota od Johanny, która dodatkowo zaoferowała dziesiątą część złota ze skrzyni skradzionej przez Thulgrima, jeżeli tylko uda się im ją odnaleźć. Sporo pieniędzy i sporo powodów do radości dla tonącego w długach alchemika. Dlaczego zatem zupełnie nie było mu wesoło?

***

Wreszcie dotarli do miasta. Strażnicy przy bramach ociągali się z przepuszczaniem strzygańskich wozów, sprawdzając wszystko po trzy razy, wielokrotnie licząc poszczególne nogi całego inwentarza zwierzęcego i doszukując się wszędzie nielegalnej kontrabandy.

Jednakże ich powóz został przepuszczony szybko i bez większych problemów. Wystarczył,o aby Johanna, opatulona w narzucony na ramiona koc, wychyliła się przez jedno z okien i stanowczym tonem zażądała widzenia się z dowódcą straży, ponieważ nie ma ona najmniejszej ochoty dłużej podziwiać przedmurza. Chwilę potem ruszyli naprzód, omijając całą kolejkę.

– Tak to jest być bogatym i szanowanym – pomyślała Eike, przyznając w duchu, że zapewne mogłaby się sama dość łatwo przyzwyczaić do takiego traktowania.

Dotarli wreszcie pod wskazany adres, w jednej z bogatszych dzielnic miasta. Johanna pożegnała się szybko, podczas gdy jej służba przejęła powóz.

Cóż, najpierw chyba musimy znaleźć jakiś nocleg, ledwo żywy jestem po tym wszystkim – rzekł Werner z szerokim uśmiechem, który Sigmund, jak zawsze elokwentny, uznał za wyjątkowo głupi.

Nikt jednak nie miał siły i ochoty na wypominanie mytnikowi jego zachowania, ruszyli zatem do najbliższej karczmy.

***

Poszukiwania krasnoluda zajęły im kolejne dwa dni chodzenia po mieście, wypytywania, przekupywania, a czasem nawet i grożenia. Ustalili, że Thulgrim najwięcej czasu spędził w Krasnoludzkiej Kwarcie, której mieszkańcy z oczywistych względów nie chcieli zbytnio współpracować ze wścibskimi ludźmi. Jednak zgromadzone informacje jasno wskazywały, że były majster budowy zawitał do wielu kupców w celu uregulowania rozmaitych należności rodzinnych.

Sigfrieda, jako łowczyni nagród mająca już doświadczenie w znajdywaniu osób nie chcących zostać odnalezionymi, obrała sobie dogodne miejsce do obserwacji – główne przejście łączącą krasnoludzką część miasta z jego resztą – i tam też postanowiła czekać, aż wreszcie trafi na Thulgrima.

Po wielu godzinach i powoli narastającej irytacji jej cierpliwość została nagrodzona. Dojrzała krasnoluda paradującego z pokaźną skrzynią na ramieniu. Rzuciła kilka miedziaków jednemu z wszędobylskich, miejskich dzieciaków, aby zaniósł wiadomość do reszty towarzyszy w karczmie, sama zaś postanowiła śledzić podejrzanego.

Thulgrim odwiedzał rozmaite kupieckie stragany i wszystko wskazywało, że szykuje się na wyprawę. Zaopatrzył się w broń, niezbędny prowiant oraz ekwipunek podróżny. Reszta drużyny odnalazła Sigfriedę podążającą śladem krasnoluda, który zdawał się być zbyt zatopiony we własnych myślach, aby zwracać uwagę na świat wokół niego. Nie pozostało im nic innego, jak tylko osaczyć go z czterech stron i odzyskać skrzynię wraz z zawartością, lub przynajmniej tym, co z niej wciąż pozostało.

– Koniec tego. Czas oddać co ukradłeś – Sigfrieda, niewiele wyższa od krasnoluda, stanęła przed nim sama, podczas gdy pozostał trójka drużyny zaszła mu drogę z pozostałych trzech stron.

– Ukradłem?? Ja ukradłem!?! – Ryknął gniewnie Thulgrim. Nie takiej reakcji się spodziewali.

– To mnie okradziono! Mnie i moją rodzinę! – Kontynuował czerwony ze złości krasnolud – Myślicie, że skąd Rutger z Johanną wzięli pieniądze na budowę? Krętactwa, oszustwa i kłamliwe, ludzkie prawa. Ogłaszanie bankructw i nowe spółki, aby umorzyć długi wobec moich dzieci i jednocześnie zatrzymać ich złoto! – Thulgrim niemal cały trząsł się ze złości, z pianą na ustach zdawał się niemal puszczać kłęby dymu z nozdrzy pomimo braku dotąd zawsze obecnej fajki. – Tak, ukradłem, ale tylko to co mi skradziono!

– Ale to wciąż niehonorowe – wypaliła Eike, przerywając krasnoludowi w pół zdania.

– Nie waż mi się mówić o honorze! Zrobiłem, co trzeba było, dla rodziny. A teraz zrobię, co trzeba, dla honoru. – W ostatnim zdaniu w głosie krasnoluda nie było już gniewu, lecz tylko smutek i ponura determinacja.

Sigmund nie wiedział, jak mógł tak późno zrozumieć, co dzieje się tuż przed jego oczami. Sam spędził lata u krasnoludzkiego majstra i pewne rzeczy powinny być dla niego oczywiste.

Stanął przed Thulgrimem i wypowiedział kilka szorstkich słów w nieznanym towarzyszom języku. Krasnolud zadarł brodę wysoko, odpowiadając na spojrzenie czarodzieja zeszklonymi oczami. Wymówił jedno słowo, po czym zapadła cisza. Chwilę jeszcze alchemik i krasnolud mierzyli się wzrokiem, po czym Thulgrim odwrócił się i odszedł, na jednym ramieniu wciąż niosąc skrzynię, na drugie zarzuciwszy ekwipunek na wyprawę. Nikt z drużyny nie odważył się go zatrzymać.

– Co się stało? Co mu powiedziałeś? – Zapytała cicho medyczka.

– Życzyłem mu godnej śmierci – odpowiedział alchemik.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

2. Echa przeszłości

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

– Ładnie i praktycznie – Eike lubiła myśleć o swoim ubiorze. Sznury kolorowych korali i skromna tunika były jej równie nieodzowne, co torba na ramie wypchana najpotrzebniejszymi i jednocześnie najtańszymi medykamentami. Na torbę lekarską z prawdziwego zdarzenia nie było jej jeszcze stać, ale miała nadzieję zmienić to w najbliższej przyszłości.

Przedzierała się leśną drogą wraz z resztą drużyny i załogą barki, która niedawno w widowiskowy sposób zakończyła swoją karierę i przeniosła się do Krainy Wiecznych Spokojnych Rzek. Obarczona wszelkimi zapasami, jakie udało się uratować i wyłowić, pocieszała się słowami strzygańskich współtowarzyszy, że Rutger i jego wspólniczka uczciwe płacą za wykonaną pracę.

Wędrówka przez las przypomniała jej czasy dzieciństwa, gdy „pomagając” ojcu myśliwemu poznawała wszystkie leśne ścieżki w okolicach Wahensalle. Wspomnienie ojca jak zawsze wywołało najpierw uśmiech na twarzy dziewczyny, a potem zmywającą wszelką radość falę smutku na myśl o rodzinie, której już nigdy nie zobaczy.

Idąc tak zatopiona we wspomnieniach w końcu zauważyła, że ponury nastrój udzielił się nie tylko jej. Wszystkie rozmowy tej pieszej karawany dawno ucichły, a odgłosom ich kroków towarzyszyły tylko szum rzeki i skrzypienie drzew, skutecznie zresztą tłumione przez wieczorną mgłę. Pogrążona w myślach przestała zwracać uwagę na otoczenie.

– Jesteśmy na miejscu! – Tryumfalnie oświadczył Rutger.

Rzeczywiście, nad brzegiem stalowoszarego jeziora rozpościerała się polana z placem budowy nowego młyna. Wszelkiej maści materiały, drewniane bele oraz narzędzia leżały w nieładzie nieopodal wznoszonej konstrukcji. Z jednej strony placu ustawiono sprawiający wrażenie drogiego namiot, po przeciwnej stronie również nie należący do tanich okazały powóz, zaś na skraju polany rozłożyło się strzygańskie obozowisko. Całość, skąpana we mgle i poświacie wędrujących wysoko po niebie księżyców, z pewnością nie wyglądała przytulnie, a wznoszące się na pobliskim wzgórzu kamienne obeliski dopełniały tylko ponurej i przygnębiającej atmosfery.

– Thulgrim! Tutaj, dotarliśmy wreszcie – kupiec wymachiwał kapeluszem w dłoni i wyraźnie starał się zwrócić uwagę krasnoluda, który wreszcie postanowił podejść do przybyłych. Z zatkniętej między pożółkłymi zębami fajki wydmuchiwał dym w ilościach sugerujących, iż to on jest bezpośrednim sprawcą otaczającej obozowisko mgły.

– A „Trandafir”? – wydusił przez zęby krasnolud, nie pozwalając fajce na opuszczenie jego ust.

– Mieliśmy drobne problemy po drodze, barka stracona. Ale mamy skrzynię i większość zapasów – odpowiedział przepraszająco Rutger, podczas gdy dwójka strzygan postawiła pomiędzy nimi ciężką, drewnianą skrzynię z podwójnym zamkiem. Rutger wyjął spod kubraka klucz, wcześniej zawieszony u szyi i rzucił w stronę dymiącego krasnoluda.

– Zanieś to do Johanny i niech wypłaci tym ludziom należność w srebrze. Ja muszę odpocząć – dokończył kupiec i skierował się w stronę bogato zdobionego namiotu.

Sigmund wypowiedział kilka niezrozumiałych dla Eike słów w kierunku krasnoluda, ten zmierzył go od stóp do głów, w zamyśleniu drapiąc się po brodzie, aż wreszcie odpowiedział w tym samym języku.

– Dobra, chodźcie – krasnolud płynnym ruchem zarzucił sobie skrzynię na ramię i ruszył w kierunku powozu. – Thulgrim jestem, majster tej pożal się przodkowie budowy.

– Rzeczywiście, panuje tu pewien rozgardiasz – zauważył uprzejmie Sigmund.

– Rozgardiasz? Burdel, nie rozgardiasz. Miałbym czterech dobrych krasnoludów, to już dawno by stał tutaj: młyn, browar, a i burdel pewnie też. Wszystko otoczone, równym, kamiennym murem na dwanaście stóp. Ale nie! Uparli się na tę leniwą, strzygańską hałastrę… – tak pomstując na swój los, Thulgrim doprowadził ich do wielkiego, kupieckiego karawanu, stylizowanego na Tileańską modłę, i bez zbędnych ceregieli przywalił mocno pięścią w drzwi, wtachawszy uprzednio skrzynię po drewnianych stopniach.

Po kilku chwilach drzwi powozu stanęły wreszcie otworem, ukazując wnętrze podróżnej, luksusowej sypialni, wyposażonej nawet w toaletkę, która jednakże zasłonięta była postacią Johanny Stielgar. Wysoka blondynka, chociaż nie pierwszej młodości, z pewnością uchodziła za urodziwą. Aktualnie niestety zaspane oczy i rozmazany makijaż na wyraźnie przemęczonej i zdenerwowanej twarzy kobiety odejmowały jej nieco uroku. Werner bynajmniej nie zważał na tak nieistotne detale, już szczerzący zęby w znanym Eike uśmiechu.

– Czego chcesz, miałam nadzieję się wreszcie wyspać! – Rzuciła do Thulgrima bez zbędnego osładzania tonu.

– Rutger wrócił. Barka zatonęła. Ci ludzie pomogli przenieść towar, Rutger oczekuje, że ich wynagrodzisz. Dobrze wynagrodzisz… – równie oschłym tonem i rzeczowo odpowiedział krasnolud.

– Jeszcze tego brakowało, kolejne nieszczęście, a on dalej lekką ręką rozdaje nasze pieniądze na lewo i prawo – wzburzyła się Johanna, śląc zebranym błyskawice spod wciąż półotwartych powiek.

– Jednak umowa, to umowa – od razu dopowiedziała opanowana Eikę, a twarde spojrzenia reszty kompanii, bo przecież nie uśmiech Wernera sprawiły, że kupczyni postanowiła umowę honorować.

Nie dało się nie zauważyć, że Johanna otworzyła skrzynię z pomocą dwóch kluczy: tego który przyniósł krasnolud oraz własnego, zawieszonego na rzemieniu na szyi.

Jeżeli Rutger mówi, że na to zapracowaliście, to tak było. – Bez dalszych dąsów i marudzenia wypłaciła należne srebrniki. – A teraz polecam iść spać. Rano Thulgrim znajdzie wam jakieś zajęcie. Dobranoc!

Uznawszy, że rada Johanny jest jak najbardziej uzasadniona, Eike i reszta postanowili znaleźć stosowne miejsce na spoczynek. Tu z pomocą przyszli strzyganie, wieści o uratowaniu starej Vadomy, jak i zapach skwierczącej na ogniu ryby, szybko rozeszły się po obozie. Znalazły się i miejsca do spania, chociaż w spowitym mgłą obozowisku, wieczerza nie trwała długo, zabrakło radosnych pieśni i historii, za to nie brakowało przestróg o klątwach i urokach.

Eike wybrała w miarę zadowalające miejsce do spania i roztropnie schowała wszystkie swoje precjoza do torby, którą postanowiła wykorzystać jako poduszkę.

***

Nie miała już siły biec. Zapadała się w bagnie po łydki, które już od dawno przestały płonąć bólem. Teraz jej własne mięśnie odmawiały posłuszeństwa, nie potrafiła utrzymać ciężaru ciała w pionie. Trzask gałęzi za plecami.

– Ostatni zryw – pomyślała. – Wydostać się za te drzewa i będę w domu!

Nie ważąc się spojrzeć za siebie zerwała się do biegu, walcząc o każdy kolejny jard. Teraz całe drzewa pękały zaraz za nią w kakofonii trzasków, miażdżone ogromem goniącej ją bestii.

– Już prawie – nadzieja pojawiła się w jej sercu, lecz w tym samym momencie zdradliwe błoto wyślizgnęło się spod jej stóp i tylko kątem oka dostrzegła stojące w płomieniach miasteczko. Bestia ją dopadła.

– Nie! – zerwała się z ziemi z łomoczącym sercem, chcąc za wszelką cenę wydostać się z otaczającej ją, duszącej i zdradzieckiej mgły.

Dopiero po chwili i kilku głębszych oddechach uświadomiła sobie, gdzie jest. Obozowisko strzygan, plac budowy, tu i teraz.

***

– Dobra, starczy tego relaksu nad wodą – oznajmił Thulgrim wyraźnie skupiony na nabijaniu fajki, podczas gdy Eike wraz z towarzyszami kończyli śniadanie w postaci ryby z wczorajszej kolacji.

– Widzicie te kamienie? Trzeba je wykopać, żebyśmy mogli je potem wywieźć. Strzyganie marudzą cały czas o klątwach i urokach, i za żadne skarby nie chcą się zbliżyć do tego miejsca. Myślę sobie, że pozbycie się tego cholerstwa dobrze wpłynie na morale załogi, a wam zapewni dzień uczciwej pracy. – Eike nie potrafiła się zdecydować, czy wspomniana uczciwa praca boleśniej odbiła się na twarzy Sigmunda, czy Wernera? Obaj wyglądali równie mizernie, po zapewne nieprzespanej nocy. Cóż, widocznie nocne koszmary nie były tylko jej domeną.

Thulgrim osłodził jednak swoją wypowiedź wspominając o dodatkowej zapłacie. Żaden pieniądz nie śmierdzi, zatem cała czwórka udała się na pagórek ze sterczącymi kamieniami, uprzednio zabrawszy ze sobą z obozu niezbędne narzędzia. Werner zupełnym przypadkiem zdawał się szukać pretekstu, by zajrzeć do powozu Johanny. Niestety, niebiosa nie były dziś łaskawe, kupczyni przyjmowała właśnie jakichś gości z okolicznej wsi.

Kamienny krąg na wzgórzu składał się z sześciu wysokich na cztery stopy, grubo ciosanych granitowych bloków – umieszczonych w równych odstępach na niewidzialnym okręgu. W samym zaś środku wznosiła się wysoka na jakieś dziewięć stóp, ciemna, bazaltowa kolumna. Całość gęsto porośnięta mchem, jedynie centralny obelisk zdawał się opierać siłom natury.

– To musi tu stać od tysięcy lat – zauważyła Sigfrieda, podczas gdy zaciekawiona Eike uważnie oglądała obelisk z każdej strony. Zdawało się, że kiedyś nosił liczne ślady rozmaitych wzorów, a może nawet pisma, ktoś jednak z pomocą dłuta postanowił skuć wszystkie tego świadectwa, skazując twórców konstrukcji na zapomnienie. – Myślicie, że to dobry pomysł, ruszać to stąd?

– Nie ma co gdybać, zapłata i robota czekają. – Werner zrzucił z siebie koszulę i złapał za łopatę. – Nawet jeśli kiedyś dla kogoś było to ważne miejsce, zainteresowani pewnie wymarli setki lat temu. Z daleka widać, że to martwe jak… tysiącletni kamień. I tyle.

Na początku szło im opornie, drużyna nienawykła do takich zadań miała problemy ze zgraniem wysiłków. Z czasem praca szła coraz sprawniej, a kolejne kamienne bloki upadały na ziemię, starannie podkopywane u dołu i ciągnięte liną wedle szczegółowych instrukcji alchemika.

Ostatni, centralny blok przysporzył drużynie najwięcej problemów, jednak i on w końcu runął. Odsłonięte po raz pierwszy od zapewne setek lat dolne ściany obelisku okazały się pokryte prymitywnymi, jednak wciąż czytelnymi obrazami dalekiej przeszłości. Na szczęście osoby, które skrupulatnie i z takim zaparcie zniszczyły wszystkie dekoracje ponad powierzchnią ziemi, nie wzięły swoje pracy aż tak bardzo do serca, by grzebać również pod ziemią.

Eike wraz z Sigmundem rzucili się studiować znalezisko. Wyryte na długo przed narodzinami Sigmara rysunki opowiadały historię beczułkowatych stworzeń o trójkątnych głowach, historię podboju innych plemion, wziętych potem do niewoli, kreśliły wreszcie wielonogą i ogromną poczwarę oraz, wyróżniająca się na tle innych, postać z rogami i grzywą długich włosów, nad którą umieszczono ogromny kamień.

– Jeden pilnuje, reszta kopie! – Zakomenderowała podekscytowana lekarka, chwytając za szpadel. Nikt nie oponował, a Werner instynktownie stanął na czatach, obserwując z daleka obozowisko. Reszta z nową energią kopała w miejscu, w którym niedawno stał największy z kamiennych bloków.

Wreszcie, po kilku minutach wzmożonego wysiłku, łopata uderzyła o coś twardego. Już ostrożniej, właściwie rękoma odgarniając pozostałą ziemię, Eike zaczęła odsłaniać kolejne znalezisko. Zapadła cisza, wszyscy w skupieniu przyglądali się niepozornej dziurze w ziemi. A w niej dostrzegli, ni mniej ni więcej, tylko pozostałości starej, pożółkłej czaszki przyozdobionej wykrzywionymi, zwierzęcymi rogami, spod których błyskała złota moneta z otworem w środku. 

– O żesz… – wyszeptała Eike. Z jednej strony intuicja podpowiadała jej przecież, gdy zaczynali kopać, że nie jest to pierwsze lepsze miejsce i takie sobie zwykłe kamienie, ale z drugiej nie spodziewała się aż tak podejrzanie mrocznych odkryć tu, na spokojnej łące, w cieniu powstającego młyna. Z uwagą zaczęła studiować czaszkę, nie wyciągając jej jednak z ziemi. Niby ludzka, ale coś się nie zgadzało. Fragmenty odpadły, w innych miejscach coś na kształt zasuszonej skóry oklejało kości i sprawiało wrażenie dziwnych narośli. Zapatrzona i skupiona nie zauważyła nawet, gdy Sigfrieda i Sigmund zostawili ją sam na sam z rogatą czaszką. Prawdę rzekłszy, pochylając się i egzaminując ją ze wszystkich stron, nie dawała szansy pozostałym nawet na obserwację zza ramienia.

Może dlatego pozostała dwójka zaczęła w skupieniu przeczesywać okoliczną ziemię, co zaowocowało odnalezieniem pięciu kolejnych złotych monet. Sigmund zauważył, że jakość złota była raczej marna. Jednak to wciąż złoto. Może udałoby się znaleźć jakiegoś kolekcjonera, który z racji na wartość historyczną zapłaci więcej, niż wart jest sam kruszec?

– Dzień dobry panie majstrze! Melduję wykonanie zadania! – Zabrzmiało ostrzeżenie, niemal wykrzyczane przez Wernera. Sigmund fachowym ruchem schował monety w sakiewce, a Eike, wyrwana ze studium przypadku, z wyraźną pomocą Sigfriedy w pośpiechu przysypywała miejsce pochówku.

Thulgrim wydawał się całkiem zadowolony z ich pracy, a i strzyganie przestali się obawiać powalonych kamieni. Nawet sami ochoczo sprowadzili woły, aby wywieźć i pozbyć się teraz już niestrasznych obelisków.

Wiosenne słońce stało wysoko na niebie, przyjemnie grzejąc i rozpraszając wreszcie wszechobecną mgłę. Czy sprawił to wysiłek uczciwej pracy, czy też może złote antyczne monety w kieszeni? Tak czy owak świat wydawał się Eike dużo lepszy i pozytywniejszy, niż jeszcze kilka godzin wcześniej, o poranku.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”