6. Czekając na wiosnę

Wusterburg

Znalazłszy wreszcie wytchnienie wśród murów Wusterburga, z wypchanymi sakiewkami przy pasach, bohaterowie postanowili zakosztować odrobiny spokoju i wytchnienia. Mając wciąż w planie spieniężenie złotych medalionów odnalezionych pod starodawnym obeliskiem, postanowili poczekać na wielki, doroczny jarmark organizowany z okazji Mitterfruhl – równonocy wiosennej.

Na tę doniosłą okazję do miasta docierali zarówno podróżujący w górę rzeki Soll kupcy z Imperium, jak również Tileańscy handlarze, którzy wijącą się pod górskimi stropami Rzeką Szeptów zmierzali do ziemi Sigmara. Z okazji najważniejszego wydarzenia handlowego w roku i jednego z większych jarmarków w okolicy do miasta ściągali także wszelkiej maści oszuści i awanturnicy, czasem aż z Księstw Granicznych.

Drużyna zgodnie podzielała opinię, że w całym tym tłumie z pewnością uda im się odnaleźć jakiegoś kolekcjonera skłonnego zapłacić dobrą cenę za niecodzienne znalezisko. Jednakże do jarmarku wciąż pozostawało kilka tygodni, a nikt nie chciał przez ten czas przejeść i przehulać wszystkich oszczędności zgromadzonych przecież z narażeniem życia. Bohaterowie, odrobinę zmęczeni swoim towarzystwem, zdecydowali się, każdy na własną rękę, z pożytkiem spędzić czas do święta równonocy.

Werner, zgodnie z umową, stawił się w gospodzie Trzy Korony, gdzie już oczekiwał nań Reiko z szerokim uśmiechem i kolejnym mieszkiem równie pełnym złota, co jego strzygański uśmiech.

– Dobra robota – mytnik fachowo zważył zawiniątko w dłoni. Wrodzona przezorność, lub też chęć zaskarbienia sobie, na wszelki wypadek, przychylności Strzyganina, skłoniły go do decyzji o rozstaniu się z niewielką częścią łupu.

– Powiedz Reiko, nie masz ty jakiegoś szczęśliwego amuletu, z którym mógłbyś się pożegnać? Karty mi świadkiem, że szczęścia nigdy za wiele…

Na myśl o tym, że cześć oddanego właśnie złota wróci do prawowitego właściciela, uśmiech Strzyganina rozświetlił wnętrze karczmy, a jego dłonie sprawnym ruchem już rozkładały na stole wyciągnięte nie wiadomo skąd rozmaite kolorowe wisiorki, przypinki i inne strzygańskie utensylia.

– To wezmę – Werner podniósł ze stołu srebrną broszę oprawiającą czarny kamień.

Cień zdziwienia przemknął po strzygańskiej twarzy, ponownie jednak zastąpiony szerokim uśmiechem.

– To chyba teściowej. Ech, jej i tak się już na długo nie przyda. Dwie złote korony i będzie twoja! – Zakończył kapitan bez statku, co oczywiście poskutkowało kontrofertą ze strony mytnika.

Negocjacji trwały długo, kolejne kufle pojawiały się na stole, lecz ostatecznie obie strony odeszły usatysfakcjonowane i, jak twierdził Werner, „jedynie krztynkę dziabnięte„.

Siegfrieda, wykazując się większym pragmatyzmem, postanowiła zająć się ekwipunkiem. Długotrwałe poszukiwania wśród miejskich kowali i płatnerzy okazały się owocne – w końcu znalazła odpowiedniego mistrza płatnerskiego, u którego zdecydowała się zamówić zbroję. I to nie pierwszą lepszą kolczugę zdjętą z pechowego wojaka i wielokrotnie reperowaną, lecz wysokiej klasy sprzęt spod dłoni prawdziwego rzemieślnika. Każde z kółek nitowane i spłaszczone, aby zapewnić pancerzowi odpowiednią lekkość. Łowczyni nagród wiedziała, że będzie przygotowana na wszystko, co może jeszcze rzucić przed nią los.

Eike, której szczytne cele praktykowania medycyny nie uległy zmianie, musiała zrewidować swoje ambicje. Bez stosownych papierów Wusterbuskiego cechu lekarzy nie mogła oficjalnie otworzyć praktyki. Zdecydowała się zatem zaoferować swoje usługi w Świątyni Shaylli, gdzie mogła przynajmniej pomagać chorym, a czasami nawet otrzymać drobną ofiarę.

O ile siostry miłosierdzia nie podzielały fascynacji Eike technicznymi aspektami rzemiosła, takimi jak chirurgia, o tyle dały jej sposobność do praktykowania podstaw. Niesienie prostej pomocy innym zdawało się wypełniać jakąś pustkę w duszy lekarki. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy takie życie poświęcone niesieniu pomocy innym nie byłoby właśnie tym, czego poszukuje?

Wszystko zmieniło się pewnej nocy, gdy do świątyni Sheilli przyniesiono starą, umierającą kobietę, kurczowo przyciskającą do piersi zmięty pakunek. Eike, wraz z siostrami oczywiście, zajęła się nią, tak jak i wszystkimi innymi nieszczęśnikami, którzy w nadziei na pomoc przekraczali świątynny próg. Dopiero po dłuższej chwili, nie wierząc własnym oczom, rozpoznała w wychudzonej, ledwie trzymającej się ostatniej nitki życia kobiecie, nikogo innego jak samą Agathę – kapłankę Sigmara, którą spotkali na szlaku kilka miesięcy temu.

Dziś kobieta była jedynie bladym cieniem tamtej wojowniczki, która uratowała im życie. Na plecach widniały dwie podłużne i równoległe względem siebie rany. Jakby po pazurach jakiejś bestii. Rany nie goiły się, bez względu na to, jakich ziół, maści i okładów kapłanki próbowały stosować. Eike czuwała przy posłaniu chorej aż do samego końca, oferując towarzystwo majaczącej w gorączce na ostatniej ze swoich dróg kobiecie. Nie byłaby jednak sobą, gdyby dyskretnie nie sprawdziła pakunku, który umierająca ze sobą przyniosła. Znalazła w nim, ni mniej ni więcej, a stary notatnik.

Nadpalony z jednej strony, w przeszłości z pewnością wielokrotnie zalany, pełen nakreślonych równym pismem znaków, cyfr i symboli, które zdawały się nie mieć żadnego sensu. Lekarka nie zastanawiała się zbyt długo i postanowiła znalezisko zanieść do Sigmunda. Wszak któż inny, jak właśnie czarodziej, będzie wiedział, jak to odczytać!

Tymczasem Sigmund był szczerze zadowolony z nadarzającej się okazji, by chociaż trochę odetchnąć w bezpiecznych murach miasta. Nawet świadomość wciąż piętrzących się długów, zaciągniętych w czasach studenckich oraz później, nie psuła mu humoru. Bezczynne odpoczywanie nie było jednak jego mocną stroną, dlatego też z ciekawością przyjął znalezisko Eike. Szybki rzut oka, przewertowanie notatnika, i zdał sobie sprawę, że całość jest zaszyfrowana! Co więcej, krój pisma odpowiadał notatkom poczynionym na marginesie tablic astronomicznych znalezionych przez Sigfriedę w wieży Maga Niebios – Lazarusa.

Notatnik pochłonął go bez reszty. Skąd miała go Agatha? Dlaczego właśnie to znaleziono przy konającej wojowniczce Sigmara? Przez kolejne dni wytrwale ślęczał nad papierami. Z pomocą tablic astronomicznych oraz ‚Polygraphiae Libri Sex’ – księgi, której zakup znacząco uszczuplił jego sakiewkę, starał się złamać szyfr skrywający tajemnice notatnika. Nieoczekiwaną dlań pomocą okazał się Werner, który choć sam niepiśmienny, okazało się posiadał wyjątkowy talent do operowania w pamięci cyframi i przeprowadzania na nich skomplikowanych operacji logicznych. Umiejętności te zrobiłyby wrażenie nawet w Altdorfskich kolegiach. Po kilku dniach wypracowali rytm pracy i potem już wytrwale, strona po stronie, odszyfrowywali powoli tekst, który okazywał się być dziennikiem prowadzonym przez Lazarusa.

Sam mytnik, chociaż wyraźnie dumny, że potrafi w kwestiach nauk być pomocny swoim akademickim towarzyszom, sam zaczął się poważnie zastanawiać, czy jednak umiejętność czytania i pisania mogłaby mu się w życiu przydać. W końcu nigdy nic nie wiadomo, a przezorny zawsze przygotowany.

Dni mijały, zima ustąpiła wiośnie, a Mitterfruhl i dzień jarmarku zbliżały się wielkimi krokami.

Spis treści
Inne przygody

1. Trandafir

14.02.2511 KI, Sonnefurtr, przystań

– Twoje oczy się śmieją, ale serce smutne jest! Daj dwa miedziaki dobry człowieku – dobiegło uszu Sigmunda wołania starej strzyganki, która przmierzała skąpaną w blasku wiosennego poranka przystań. Wciąż zacumowany“Trandaffir” leniwie kołysał się wraz z nurtem rzeki.

– Wypływamy skoro świt, bądź gotów – powtarzał w myślach poirytowany czarodziej, mocno tuląc do piersi torbę ze swoim nowym nabytkiem. Ciężka księga poświęcona sztuce kryptografii była ostatnio jedynym ukojeniem jego nerwów, skołatanych powracającym na jawie koszmarem bycia nieustannie śledzonym.

Ani razu niczego nie zauważył, chociaż niejednokrotnie próbował oglądać się przez ramię, czy niby przypadkiem wyglądać o późnych porach przez okna karczemnej izby. Jednak na ulicach i w zaułkach miasta nigdy nie dostrzegł czegokolwiek, co tłumaczyłoby jego podejrzenia. Pomimo tego, powracające zimne mrowienie na karku nie dawało o sobie zapomnieć. Chociaż uważał się się za racjonalistę, Sigmund nie lekceważył swoich instynktów i wciąż im ufał. Wszak to one skierowały go na ścieżkę magii, którą starał się teraz dostojnie kroczyć.

– To co, odbijamy? – Ze śmiechem zakrzyknął Werner, w przyjacielskim geście klepiąc po plecach kapitana tej podłej łajby. Reiko, bo tak nazywał się kapitan, mógłby uchodzić za chodzący stereotyp Strzyganina: kolczyki w uszach, sygnety na palcach oraz nieprzyzwoita wręcz ilość tatuaży, wisiorków, korali i innych ozdób mających odganiać, takie czy inne złe duchy, klątwy i uroki.

– Czekaj, tylko teściową zaciągnę na pokład. Cholera wie, czy większy pech ją tu zostawić, czy wieźć ze sobą – parsknął kapitan, odsłaniając przy tym uśmiech pełen złotych zębów i oddalając się w kierunku starej kobiety, która wciąż zaczepiała ludzi na przystani.

– No, pięknie. Jeszcze stara wiedźma do towarzystwa. W co ten Werner nas wpakował? – Zaklął w duchu alchemik. Dobrze jednak zdawał sobie sprawę, że oferta transportu za którą jeszcze mu zapłacą nie jest czymś, czym mógłby ot tak po prostu wzgardzić.

Za samą księgę ściskaną w dłoniach winien jest jeszcze pięć złotych koron i zapewne będzie musiał się odwzajemnić przysługą za możliwość rozłożenia spłaty. Do tego Kolegia Magii w Altdorfie wciąż oczekują od niego wpłaty kolejnych pięćdziesięciu koron… Nie, więcej to będzie, przecież zaczął się nowy rok i suma urosła o procent, ponieważ zamiast zdobytą wiedzę spożytkować ku chwale imperialnych armii, postanowił wyruszyć w podróż życia, tak jak jego przyjaciel Adalbert.

Barka wreszcie odcumowała i powoli niesiona prądem oddalała się od miejskiej przystani, podczas gdy Sigmund zatopiony w myślach rozważał, jak zareagowałby jego stary przyjaciel na wieść o tym, że on sam za kilka szylingów najął się do ochrony towarów na budowę młyna gdzieś na krańcu Imperium. Adalbert pewnie zrozumie, choć będzie się śmiał, grunt żeby Inge się nie dowiedziała…

– Patrz machają nam! – Radosny okrzyk Eike wyrwał go z zamyślenia. Młoda dziewczyna, wystrojona w nową tunikę i sznury kolorowych korali z radością machała ludziom pozostałym na przystani. Co ciekawe, zastępy marynarzy i dokerów z wielkim entuzjazmem odpowiadały na pozdrowienie, chociaż, jak domniemywał Sigmund, życzenie im udanej podróży nie było ich główną motywacją, raczej nadzieja na wkupienie się w łaski rudowłosej lekarki.

– Bardziej interesuje mnie ten, który nas obserwuje – dodała Sigfrieda. Łowczyni nagród swoim zwyczajem pojawiła się znikąd i wskazywała teraz dłonią jedno miejsce na przystani.

Rzeczywiście, brodaty, siwowłosy mężczyzna pilnie studiował barkę przez trzymaną w dłoniach lunetę. Sam “Trandafir” w swojej skrzypiącej i niemal rozpadającej się chwale z pewnością nie zasługiwał na taką uwagę.

Sigmund wlepiał wzrok w oddalającą się postać mężczyzny i zadawał sobie pytanie, czy może to być człowiek, którego spojrzenie czuł na karku nieustannie od opuszczenia kasztelu von Leoric? Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, podczas gdy przystań i miasto Sonnefurt zniknęły za zakrętem rzeki.

***

Podróż mijała spokojnie, w południe z kajuty wyszedł również na pokład sam głównodowodzący całego przedsięwzięcia – Rutger Reuter. Młody przedstawiciel jednej z kupieckich rodzin Wusterburga sprawiał wrażenie nad wyraz sympatycznego i otwartego.

Barwnie opowiadał, jak to wraz ze swoją wspólniczką stawiają nowy młyn, który z pewnością przyniesie wszystkim tu zebranym bogactwa ponad miarę, wszak Rutger potrzebuje zaufanych i pracowitych ludzi, a właśnie takich można znaleźć na pokładzie “Trandafira”.

Kipiący optymizmem chętny do snucia opowieści o przyszłych projektach kupiec nie wydawał się jednak Sigmundowi dobrym kompanem do zabicia czasu na barce. Z niejakim zaskoczeniem doszedł do wniosku, że strzygańska załoga, wbrew jego wcześniejszym uprzedzeniom, okazała się być dużo wdzięczniejszym towarzystwem.

To prawda, że przystrajają się w zbyt dużą ilość wisiorków i amuletów. To prawda, że są głośni i przesądni aż do bólu zębów, nieustannie wspominają o tym, jak to przeklęte jest miejsce, do którego płyną. Chociaż z rozmowy wynikało, że ma całkiem dobrą sprawę, to każde miejsce jest przeklęte, chociaż niektóre bardziej niż inne. To prawda, że stara i niemal ślepa wróżbitka Vadoma podnosiła co jakiś czas zawodzący jęk o nadchodzącym końcu czy innej bestii.

To wszystko prawda, lecz Sigmund nie oceniał ludzi tak powierzchownie. To, co dla niego było ważne, skrywało się w sercu człowieka, a w strzygańskich sercach znalazło się miejsce na miłość do hazardu. Fakt faktem to kości, a nie karty, były ich ulubioną rozrywką, ale w takiej sytuacji nie należy zanadto wybrzydzać.

Suma sumarum, Sigmund wraz z Wernerem z niejaką radością spędzili znaczną część dnia (oraz nocy, bo dopiero wtedy przybili do przystani jednej z gospód przy brzegu, bezpiecznego miejsca na odpoczynek dla strudzonych podróżnych) turlając sześcianami na wieku beczki, radośnie wykrzykując wyniki i odliczając miedziaki z podróżnej sakiewki.

***

Kolejnego poranka ruszyli w drogę już o czasie, jednak i to nie spotkało się z aprobatą czarodzieja. Strzygańskie serca znalazły w sobie również miejsce na liczne napitki, a Sigmund nie lubił odmawiać gościnności, gdy grał. Zatem jej nie odmówił, co zaowocowało delikatnym weltschmerzem, który aż prosił się o rozpoczęcie podróży dnia kolejnego o rozsądniejszej, późniejszej godzinie.

Nikt jednak nie brał pod uwagę opinii czarodzieja. Barka sunęła leniwie naprzód, złowrogo kołysząc się na falach, jakby umyślnie chciała przywołać z gardła alchemika spożyte poprzedniej nocy trunki. Wsparty o burtę Sigmund zaszklonymi oczami wpatrywał się w linię brzegu.

– To browar Bugmana – wtrącił przechadzający się po pokładzie i podejrzanie rześki Werner, wskazując nadbrzeżne ruiny.

Myśli obu pasażerów powędrowały do prowadzonej przez niziołki karczmy, w której podczas minionej zimy mogli rozkoszować podniebienia legendarnym, krasnoludzkim trunkiem. Przyjemne wspomnienie pociągnęło za sobą jednak lawinę innych, już mniej przyjemnych: kasztel, kopalnia i zło w podziemiach…

Sigmund nie odpowiedział.

Łódź płynęła.

***

– Chwała duchom za przeprowadzenie nas bezpiecznie przez te przeklęte wody!, Chwała za litość jaką… – Kolejny okrzyk siedzącej na dziobie starej strzyganki został przerwany głośnym hukiem.

“Trandafir” zatrząsł się i przeraźliwe zgrzytnął dnem sunącym po mieliźnie, wytrącając Sigmunda z równowagi i posyłając go na pokład, który z całą pewnością nie był już ustawiony w poziomie względem reszty światła.

– Aaaa! Ratuuuj! – rozległo się po głośnym plusku wołanie wróżbitki.

– Cóż, to by było na tyle jeżeli chodzi o przepowiadanie przyszłości, trzeba było nie siedzieć na dziobie – nie skrywając uśmiechu pomyślał Sigmund, starając się podnieść i utrzymać równowagę na przechylonym pokładzie barki.

Pośród ogólnego rozgardiaszu i licznych krzyków załogi, jakie rozległy się po uderzeniu o dno, paniczne krzyki Vadomy wyraźnie nabierały na sile i zwiastowały gorsze doświadczenie niż tylko nieplanowaną, choć z pewnością wskazaną kąpiel.

Sigmund ruszył w kierunku dziobu, z którego rozpościerał się widok na całą scenę. Zgodnie z jego przypuszczeniami, to nie czysta woda była głównym powodem paniki wróżbitki, ale grzbiet wielkiej ryby, dłuższej niż powóz. Zbliżał się on nieubłaganie w kierunku tak zgrabnie dostarczonego posiłku.

Brzęk cięciwy rozdarł powietrze

– Cholera jasna – warknął Werner z kuszą w dłoniach, bełt chybił celu. Mytnik starał się jak najszybciej przeładować broń.

– Kawał ryby! – Eike spuściła z cięciwy strzałę, która dla odmiany dosięgnęła morskiego potwora, lecz nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Płynął dalej w tym samym tempie i rozwierał szczęki, by pochłonąć bezradnie miotającą się w wodzie Vadomę.

Sigmund skupił uwagę, odpędzając od siebie natrętne myśli o kołysaniu, kacu i przemożnej chęci zwymiotowania. Tak jak ćwiczył w kolegiach, starał się spleść złoty wiatr magii, skupić umysł i okiełznać pełnię dzierżonej przezeń potęgi.

Mieniący się złotem magiczny pocisk uformował się między wzniesionymi dłońmi Sigmunda i popędził celnie naprzód, wbijając się w łuskowate, obślizgłe cielsko. Wprawdzie swym pojawieniem się wzbudził zrozumiałe poruszenie wśród strzygańskiej widowni, o tyle w opinii ogromnej ryby nie był wart większej uwagi, co niezmiernie Sigmunda zirytowało.

Tymczasem Siegfrieda już przeskakiwała przez burtę, i zanurzywszy się z głośnym pluskiem niemal po pas w chłodnych wodach górnego Sollu, jęła dźgać potwora ostrzem rapiera.

Werner, który najwyraźniej nie potrafił sobie poradzić z przeładowaniem kuszy w tych stresujących okolicznościach, również skoczył do wody, z bluźnierczym okrzykiem na ustach i messerem w dłoni.

Cóż było robić?

– Nie narzędzie, a osiągnięty efekt ma znacznie – zwykł powtarzać mu mistrz Otto podczas nauki w Altdorfie. Z kosturem ujętym mocno w dłoń Sigmund skoczył do wody z zamiarem ubicia morskiej bestii. I chociaż decyzja czarodzieja z pewnością była heroiczna (w opinii głównego zainteresowanego) oraz widowiskowa (poły tuniki furkotały przy skoku, a potem skutecznie krępowały wszelkie ruchy), o tyle okazała się nieco spóźniona.

W międzyczasie skoków, walecznych okrzyków i innego oceniania szans łowczyni nagród kilkoma precyzyjnymi ruchami rapierem poradziła sobie z morską bestią. Z dumnym i lekko zawadiackim uśmiechem skinieniem głowy podziękowała dwóm przemoczonym kompanom za „wysiłek i dobre chęci”.

Rybę nie tylko skutecznie zabito, ale również wyłowiono z myślą o kolacji. Eike zajęła się opatrywaniem licznych, choć przeważnie niegroźnych, ran załogi. Wszystkie materiały budowlane i zapasy, które nie znalazły się na dnie rzeki, zniesiono na brzeg z zamiarem przeniesienia do ponoć niedalekiego już obozowiska.

Pośród ogólnego zamieszania kapitan Reiko ze smutkiem wbijał wzrok w rozłożoną na mieliźnie barkę, kaleką i niezdolną do ruchu.

– Nie ma strachu – stwierdził optymistycznie Rutger – zbierzemy chłopaków z obozu, trochę desek, trochę gwoździ i będzie jak nowa! Jakby drwiąc z tych słów “Trandafir” ostatnim wysiłkiem swej woli rozpadł się na dwie części, z których jedna niesiona prądem zaczęła tonąć, podczas gdy druga pozostała na mieliźnie jako ostrzeżenie dla kolejnych pokoleń marynarzy.

– Pięknie. Po prostu, kurwa pięknie – pomyślał Sigmund, któremu najwyraźniej zaczął udzielać się optymizm kupca.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”