4. Za garść srebrników

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Człowiek o przeciętnej inteligencji zapewne chwaliłby wielkie szczęście jakie go spotkało, wszak z woli bogów udało mu się przetrwać spotkanie z bestią z bagien, i czym prędzej postanowiłby się oddalić z tego ponurego, przytłaczającego duszną wilgocią mokradła.

Werner jednak odznaczał się inteligencją dalece wykraczającą ponad przeciętną, i o ile jego serce wciąż biło w szaleńczym rytmie po wydarzeniach ostatnich minut, o tyle umysł już zastanawiał się, jakie to nowe możliwości otworzyły się przed nim i w jaki sposób najlepiej je wykorzystać.

Podczas gdy Eike swoim zwyczajem opatrywała rany wieśniaków, a Sigfrieda wraz z Sigmundem wnikliwe przepytywała ich z zamiarem dowiedzenia się, co tu właściwie robią, mytnik postanowił bliżej się przyjrzeć powalonej bestii.

Obrzydliwe, szarozielone cielsko, osadzone na ośmiu grubych nogach – każdej zakończonej czterema, długimi jak sztylety pazurami – leżało w błocie. Martwy łeb o ślepych oczach z pyskiem jeżącym się groźnymi kłami wciąż wywoływał ciarki na plecach, jednak Werner zastanawiał się tylko nad jednym:

– Ile to może być warte? I jak to do cholery przetransportować? – Zastanawiał się poborca myta.

– Nawet z pomocą wieśniaków, będzie ich tylko siedmioro, za mało, aby wyciągnąć całe truchło z bagien. Zresztą wieśniacy mogą nie chcieć współpracować, a jak zechcą to będą oczekiwali zapłaty. Do tego transport do miasta, strażnicy na rogatkach też nie wpuszczą za darmo, wszak cła, zezwolenia… ale gdyby to w jakiś inny sposób to przewieźć? – Obchodząc truchło dookoła zauważył pozostawione w panicznej ucieczce przez trójkę uciekinierów pakunki i kije podróżne. Postanowił przyjrzeć się bliżej.

Kije zostały u dołu związane rzemieniami z gałęziami i okutane w szmaty, tworząc coś, co mogło zostawiać trójpalczaste ślady, po których doszli tu z obozowiska. Ślady te zupełnie nie pasowały do do czteropalczastych łap bazyliszka, ale takiego potwora nie spotyka się na co dzień. W samych pakunkach, pomijając narzędzia pracy przeciętnego kłusownika, znalazł się również zawinięty w szmaty i zakrwawiony, sporej wielkości nóż.

Werner uśmiechnął się sam do siebie, wiedząc już co się stało. Lepiej, wiedział co zrobić dalej, żeby zarobić. Zebrał porzucone pakunki i wrócił do towarzyszy.

-Słowo, pani! Na wszystkich bogów się zaklinam. Myśmy tylko na węgorze przyszli, bo we wsi bieda… – lamentował Hans, samozwańczy szef trójki wypytywanej przez Sigfriedę wciąż niby oczyszczającą swój, będący już od dawna w idealnej czystości, rapier.

– Skończ łgać! – Warknął Werner rzucając na ziemię ich pakunki i zakrwawiony nóż.

– Nie! Błagam, litości… – Krzyczał Gurdt na widok twarzy łowczyni nagród, która wyraźnie sugerowała, że z okłamującymi ją ludźmi robi to samo co z bazyliszkami

– Myśmy nie chcieli złego. To Rutger wszystko jej psuł i pieniądze marnował, myśmy jej pomóc chcieli, – cała trójka przekrzykiwała się w zeznaniach dowodzących o ich dobrych intencjach i wątpliwej niewinności.

Ile? – Lodowatym tonem zapytała Siegfrieda

– Cały mieszek pani, dwadzieścia srebrników. Ale weźcie. To wasze, potwora żeście ubili i nam życie darowali, – bronił się Hans rzucając w stronę łowczyni nagród brzęczący mieszek, mając jednocześnie nadzieję, że jego przypuszczenia o darowaniu życia okażą się trafne.

– Módlcie się, abyście nie skończyli na szafocie, ale najpierw weźcie się do roboty – zakończył przesłuchanie Werner wskazując na truchło bazyliszka.

Werner słusznie podejrzewał, że taki potwór musi być coś wart, zresztą Sigmund i Eike potwierdzili jego przypuszczenia, mówiąc o rozmaitych rzadkich składnikach używanych zarówno w medycynie jak i sztukach magicznych, pozyskiwanych z wszelkiej maści bestii.

Problem polegał na tym, że nikt z zebranych nie wiedział, co w bazyliszku jest naprawdę wartościowe i jak to uzyskać nie uszkadzając najcenniejszych jego części. Zatem ze zdroworozsądkowym podejściem zdecydowali się odciąć bestii łeb, wyrwać pazury i wyciąć tyle mięsa ile zdołają unieść. Wykorzystując do maksimum możliwości swojej trójki jakże ochoczych do niesienia pomocy, choć powiązanych, nowych znajomych.

***

Podróż do obozu była długa i męcząca, wędrówka przez mokradła z dodatkowym ciężarem na plecach, oraz trójką więźniów, którzy w każdej chwili mogą próbować ucieczki, ostatecznie wyczerpała i tak już nadszarpnięte siły bohaterów. A i sama przeprawa łodzią nie należało do łatwych, biorąc pod uwagę ilość pasażerów i ładunek.

Jednak to nie fizyczne trudy dawały się najbardziej we znaki. Myśl, że za jedną, złotą koronę można kogoś zamordować dobitnie pokazywała jak niewiele niektórzy ludzie mają. Dodatkowo główną winowajczynią była przecież Johanna, która wszak zleciła morderstwo, co do czego Werner nie miał najmniejszej wątpliwości – zdając sobie sprawę, że to Hansa widział wchodzącego do jej powozu na spotkanie. Do tego dochodziła kwestia obozu i koszmarnych snów, na które wszyscy wszyscy się uskarżali. Czy można winić miejsce za decyzje przez kogoś podjęte?

Podczas długiej przeprawy, takie myśli i rozmowy zaprzątały bohaterów. Werner jednak wciąż zastanawiał się jak na tym wszystkim może skorzystać. O tym że świat jest zły i niesprawiedliwy wiedział wszak od dawna.

***

Do obozu dotarli już po zapadnięciu zmroku, jednak miejsce wyglądało zupełnie inaczej niż wtedy gdy je pozostawili. Strzygańskie obozowisko zostało złożone, sznur wagonów oświetlonych latarniami wciąż widoczny był na północnym szlaku wiodącym do Wusterburga.

W samym zaś obozie pozostały ostatnie dwa strzygańskie wozy, na które pakowano resztki dobytku, namiot Rutgera, oraz powóz Johanny.

– Co się tu stało? – Werner zapytał znajomego strzyganina, byłego kapitana barki „Trandafir” – zajętego, pakowaniem wozu.

– Klątwa dalej trwa. Skrzynia z pieniędzmi zniknęła. Johana płacze w powozie, a Thulgrima od południa nikt nie widział. To i my się zbieramy, nic tu po nas. Nie lza tak siedzieć i kolejne nieszczęścia kusić – nakreślił sytuację Reiko, będący w wyraźnie podłym nastroju.

Werner ciężko westchnął, nie rezygnując jednak ze swojego planu.

– Słuchaj, jest interes do zrobienia – zagadnął z szelmowskim uśmiechem.

– A ile można stracić? – odpowiedział błyszczącym złotymi zębami uśmiechem strzyganin.

– Co ty się mnie pytasz ile można stracić? Zapytaj się mnie ile można zarobić? Mam łeb i inne kawałki bazyliszka. Do sprzedania, trzeba tylko to przewieźć do Wusterburga, no i sprzedać. Na pewno znasz właściwych ludzi – dokończył z nadzieją w głosie.

– A oni? – Reiko wskazał trójkę wyraźnie załamanych swoim losem wieśniaków.

– Nimi się nie przejmuj, trzeba ich tylko chwilę popilnować, powiązani są to krzywdy ci nie zrobią.

– Dobra, wezmę wszystko na wóz, tych trzech też przyprowadź. Piątego dnia od dziś, w południe, w gospodzie Trzy Korony się spotkamy, to rozliczymy co się udało stracić, a co się udało zarobić. – Reiko teraz już promieniejąc z radości spluną w dłoń wyciągniętą w celu przypieczętowania umowy. Werner postąpił podobnie.

Niebo słyszało, ziemia słyszała. Za pięć dni – pożegnał się Reiko i zagonił nieszczęsną trójkę pogromców potworów do załadowania całego łupu na wóz.

Uradowany mytnik powrócił do towarzyszy, a w jego głowie już pojawiła się myśl, że jeżeli interes się uda to powinien sobie kupić psa.

Dobra, to mamy z głowy. Czas zająć się Johanną – oświadczył reszcie Werner, nie wdając się w szczegóły, co rozumiał przez słowa: „zająć się”.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

1. Trandafir

14.02.2511 KI, Sonnefurtr, przystań

– Twoje oczy się śmieją, ale serce smutne jest! Daj dwa miedziaki dobry człowieku – dobiegło uszu Sigmunda wołania starej strzyganki, która przmierzała skąpaną w blasku wiosennego poranka przystań. Wciąż zacumowany“Trandaffir” leniwie kołysał się wraz z nurtem rzeki.

– Wypływamy skoro świt, bądź gotów – powtarzał w myślach poirytowany czarodziej, mocno tuląc do piersi torbę ze swoim nowym nabytkiem. Ciężka księga poświęcona sztuce kryptografii była ostatnio jedynym ukojeniem jego nerwów, skołatanych powracającym na jawie koszmarem bycia nieustannie śledzonym.

Ani razu niczego nie zauważył, chociaż niejednokrotnie próbował oglądać się przez ramię, czy niby przypadkiem wyglądać o późnych porach przez okna karczemnej izby. Jednak na ulicach i w zaułkach miasta nigdy nie dostrzegł czegokolwiek, co tłumaczyłoby jego podejrzenia. Pomimo tego, powracające zimne mrowienie na karku nie dawało o sobie zapomnieć. Chociaż uważał się się za racjonalistę, Sigmund nie lekceważył swoich instynktów i wciąż im ufał. Wszak to one skierowały go na ścieżkę magii, którą starał się teraz dostojnie kroczyć.

– To co, odbijamy? – Ze śmiechem zakrzyknął Werner, w przyjacielskim geście klepiąc po plecach kapitana tej podłej łajby. Reiko, bo tak nazywał się kapitan, mógłby uchodzić za chodzący stereotyp Strzyganina: kolczyki w uszach, sygnety na palcach oraz nieprzyzwoita wręcz ilość tatuaży, wisiorków, korali i innych ozdób mających odganiać, takie czy inne złe duchy, klątwy i uroki.

– Czekaj, tylko teściową zaciągnę na pokład. Cholera wie, czy większy pech ją tu zostawić, czy wieźć ze sobą – parsknął kapitan, odsłaniając przy tym uśmiech pełen złotych zębów i oddalając się w kierunku starej kobiety, która wciąż zaczepiała ludzi na przystani.

– No, pięknie. Jeszcze stara wiedźma do towarzystwa. W co ten Werner nas wpakował? – Zaklął w duchu alchemik. Dobrze jednak zdawał sobie sprawę, że oferta transportu za którą jeszcze mu zapłacą nie jest czymś, czym mógłby ot tak po prostu wzgardzić.

Za samą księgę ściskaną w dłoniach winien jest jeszcze pięć złotych koron i zapewne będzie musiał się odwzajemnić przysługą za możliwość rozłożenia spłaty. Do tego Kolegia Magii w Altdorfie wciąż oczekują od niego wpłaty kolejnych pięćdziesięciu koron… Nie, więcej to będzie, przecież zaczął się nowy rok i suma urosła o procent, ponieważ zamiast zdobytą wiedzę spożytkować ku chwale imperialnych armii, postanowił wyruszyć w podróż życia, tak jak jego przyjaciel Adalbert.

Barka wreszcie odcumowała i powoli niesiona prądem oddalała się od miejskiej przystani, podczas gdy Sigmund zatopiony w myślach rozważał, jak zareagowałby jego stary przyjaciel na wieść o tym, że on sam za kilka szylingów najął się do ochrony towarów na budowę młyna gdzieś na krańcu Imperium. Adalbert pewnie zrozumie, choć będzie się śmiał, grunt żeby Inge się nie dowiedziała…

– Patrz machają nam! – Radosny okrzyk Eike wyrwał go z zamyślenia. Młoda dziewczyna, wystrojona w nową tunikę i sznury kolorowych korali z radością machała ludziom pozostałym na przystani. Co ciekawe, zastępy marynarzy i dokerów z wielkim entuzjazmem odpowiadały na pozdrowienie, chociaż, jak domniemywał Sigmund, życzenie im udanej podróży nie było ich główną motywacją, raczej nadzieja na wkupienie się w łaski rudowłosej lekarki.

– Bardziej interesuje mnie ten, który nas obserwuje – dodała Sigfrieda. Łowczyni nagród swoim zwyczajem pojawiła się znikąd i wskazywała teraz dłonią jedno miejsce na przystani.

Rzeczywiście, brodaty, siwowłosy mężczyzna pilnie studiował barkę przez trzymaną w dłoniach lunetę. Sam “Trandafir” w swojej skrzypiącej i niemal rozpadającej się chwale z pewnością nie zasługiwał na taką uwagę.

Sigmund wlepiał wzrok w oddalającą się postać mężczyzny i zadawał sobie pytanie, czy może to być człowiek, którego spojrzenie czuł na karku nieustannie od opuszczenia kasztelu von Leoric? Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, podczas gdy przystań i miasto Sonnefurt zniknęły za zakrętem rzeki.

***

Podróż mijała spokojnie, w południe z kajuty wyszedł również na pokład sam głównodowodzący całego przedsięwzięcia – Rutger Reuter. Młody przedstawiciel jednej z kupieckich rodzin Wusterburga sprawiał wrażenie nad wyraz sympatycznego i otwartego.

Barwnie opowiadał, jak to wraz ze swoją wspólniczką stawiają nowy młyn, który z pewnością przyniesie wszystkim tu zebranym bogactwa ponad miarę, wszak Rutger potrzebuje zaufanych i pracowitych ludzi, a właśnie takich można znaleźć na pokładzie “Trandafira”.

Kipiący optymizmem chętny do snucia opowieści o przyszłych projektach kupiec nie wydawał się jednak Sigmundowi dobrym kompanem do zabicia czasu na barce. Z niejakim zaskoczeniem doszedł do wniosku, że strzygańska załoga, wbrew jego wcześniejszym uprzedzeniom, okazała się być dużo wdzięczniejszym towarzystwem.

To prawda, że przystrajają się w zbyt dużą ilość wisiorków i amuletów. To prawda, że są głośni i przesądni aż do bólu zębów, nieustannie wspominają o tym, jak to przeklęte jest miejsce, do którego płyną. Chociaż z rozmowy wynikało, że ma całkiem dobrą sprawę, to każde miejsce jest przeklęte, chociaż niektóre bardziej niż inne. To prawda, że stara i niemal ślepa wróżbitka Vadoma podnosiła co jakiś czas zawodzący jęk o nadchodzącym końcu czy innej bestii.

To wszystko prawda, lecz Sigmund nie oceniał ludzi tak powierzchownie. To, co dla niego było ważne, skrywało się w sercu człowieka, a w strzygańskich sercach znalazło się miejsce na miłość do hazardu. Fakt faktem to kości, a nie karty, były ich ulubioną rozrywką, ale w takiej sytuacji nie należy zanadto wybrzydzać.

Suma sumarum, Sigmund wraz z Wernerem z niejaką radością spędzili znaczną część dnia (oraz nocy, bo dopiero wtedy przybili do przystani jednej z gospód przy brzegu, bezpiecznego miejsca na odpoczynek dla strudzonych podróżnych) turlając sześcianami na wieku beczki, radośnie wykrzykując wyniki i odliczając miedziaki z podróżnej sakiewki.

***

Kolejnego poranka ruszyli w drogę już o czasie, jednak i to nie spotkało się z aprobatą czarodzieja. Strzygańskie serca znalazły w sobie również miejsce na liczne napitki, a Sigmund nie lubił odmawiać gościnności, gdy grał. Zatem jej nie odmówił, co zaowocowało delikatnym weltschmerzem, który aż prosił się o rozpoczęcie podróży dnia kolejnego o rozsądniejszej, późniejszej godzinie.

Nikt jednak nie brał pod uwagę opinii czarodzieja. Barka sunęła leniwie naprzód, złowrogo kołysząc się na falach, jakby umyślnie chciała przywołać z gardła alchemika spożyte poprzedniej nocy trunki. Wsparty o burtę Sigmund zaszklonymi oczami wpatrywał się w linię brzegu.

– To browar Bugmana – wtrącił przechadzający się po pokładzie i podejrzanie rześki Werner, wskazując nadbrzeżne ruiny.

Myśli obu pasażerów powędrowały do prowadzonej przez niziołki karczmy, w której podczas minionej zimy mogli rozkoszować podniebienia legendarnym, krasnoludzkim trunkiem. Przyjemne wspomnienie pociągnęło za sobą jednak lawinę innych, już mniej przyjemnych: kasztel, kopalnia i zło w podziemiach…

Sigmund nie odpowiedział.

Łódź płynęła.

***

– Chwała duchom za przeprowadzenie nas bezpiecznie przez te przeklęte wody!, Chwała za litość jaką… – Kolejny okrzyk siedzącej na dziobie starej strzyganki został przerwany głośnym hukiem.

“Trandafir” zatrząsł się i przeraźliwe zgrzytnął dnem sunącym po mieliźnie, wytrącając Sigmunda z równowagi i posyłając go na pokład, który z całą pewnością nie był już ustawiony w poziomie względem reszty światła.

– Aaaa! Ratuuuj! – rozległo się po głośnym plusku wołanie wróżbitki.

– Cóż, to by było na tyle jeżeli chodzi o przepowiadanie przyszłości, trzeba było nie siedzieć na dziobie – nie skrywając uśmiechu pomyślał Sigmund, starając się podnieść i utrzymać równowagę na przechylonym pokładzie barki.

Pośród ogólnego rozgardiaszu i licznych krzyków załogi, jakie rozległy się po uderzeniu o dno, paniczne krzyki Vadomy wyraźnie nabierały na sile i zwiastowały gorsze doświadczenie niż tylko nieplanowaną, choć z pewnością wskazaną kąpiel.

Sigmund ruszył w kierunku dziobu, z którego rozpościerał się widok na całą scenę. Zgodnie z jego przypuszczeniami, to nie czysta woda była głównym powodem paniki wróżbitki, ale grzbiet wielkiej ryby, dłuższej niż powóz. Zbliżał się on nieubłaganie w kierunku tak zgrabnie dostarczonego posiłku.

Brzęk cięciwy rozdarł powietrze

– Cholera jasna – warknął Werner z kuszą w dłoniach, bełt chybił celu. Mytnik starał się jak najszybciej przeładować broń.

– Kawał ryby! – Eike spuściła z cięciwy strzałę, która dla odmiany dosięgnęła morskiego potwora, lecz nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Płynął dalej w tym samym tempie i rozwierał szczęki, by pochłonąć bezradnie miotającą się w wodzie Vadomę.

Sigmund skupił uwagę, odpędzając od siebie natrętne myśli o kołysaniu, kacu i przemożnej chęci zwymiotowania. Tak jak ćwiczył w kolegiach, starał się spleść złoty wiatr magii, skupić umysł i okiełznać pełnię dzierżonej przezeń potęgi.

Mieniący się złotem magiczny pocisk uformował się między wzniesionymi dłońmi Sigmunda i popędził celnie naprzód, wbijając się w łuskowate, obślizgłe cielsko. Wprawdzie swym pojawieniem się wzbudził zrozumiałe poruszenie wśród strzygańskiej widowni, o tyle w opinii ogromnej ryby nie był wart większej uwagi, co niezmiernie Sigmunda zirytowało.

Tymczasem Siegfrieda już przeskakiwała przez burtę, i zanurzywszy się z głośnym pluskiem niemal po pas w chłodnych wodach górnego Sollu, jęła dźgać potwora ostrzem rapiera.

Werner, który najwyraźniej nie potrafił sobie poradzić z przeładowaniem kuszy w tych stresujących okolicznościach, również skoczył do wody, z bluźnierczym okrzykiem na ustach i messerem w dłoni.

Cóż było robić?

– Nie narzędzie, a osiągnięty efekt ma znacznie – zwykł powtarzać mu mistrz Otto podczas nauki w Altdorfie. Z kosturem ujętym mocno w dłoń Sigmund skoczył do wody z zamiarem ubicia morskiej bestii. I chociaż decyzja czarodzieja z pewnością była heroiczna (w opinii głównego zainteresowanego) oraz widowiskowa (poły tuniki furkotały przy skoku, a potem skutecznie krępowały wszelkie ruchy), o tyle okazała się nieco spóźniona.

W międzyczasie skoków, walecznych okrzyków i innego oceniania szans łowczyni nagród kilkoma precyzyjnymi ruchami rapierem poradziła sobie z morską bestią. Z dumnym i lekko zawadiackim uśmiechem skinieniem głowy podziękowała dwóm przemoczonym kompanom za „wysiłek i dobre chęci”.

Rybę nie tylko skutecznie zabito, ale również wyłowiono z myślą o kolacji. Eike zajęła się opatrywaniem licznych, choć przeważnie niegroźnych, ran załogi. Wszystkie materiały budowlane i zapasy, które nie znalazły się na dnie rzeki, zniesiono na brzeg z zamiarem przeniesienia do ponoć niedalekiego już obozowiska.

Pośród ogólnego zamieszania kapitan Reiko ze smutkiem wbijał wzrok w rozłożoną na mieliźnie barkę, kaleką i niezdolną do ruchu.

– Nie ma strachu – stwierdził optymistycznie Rutger – zbierzemy chłopaków z obozu, trochę desek, trochę gwoździ i będzie jak nowa! Jakby drwiąc z tych słów “Trandafir” ostatnim wysiłkiem swej woli rozpadł się na dwie części, z których jedna niesiona prądem zaczęła tonąć, podczas gdy druga pozostała na mieliźnie jako ostrzeżenie dla kolejnych pokoleń marynarzy.

– Pięknie. Po prostu, kurwa pięknie – pomyślał Sigmund, któremu najwyraźniej zaczął udzielać się optymizm kupca.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”