3. Pierwsza nocka

01.03.2511

Karząca ręka prawa sięgnęła po naszych bohaterów i zamknęła ich w żelaznym uścisku kajdan. Na nic zdały się zwyczajowe tłumaczenia i zapewnienia o dobrej woli, czy pojawieniu się w wyjątkowo niefortunnym miejscu oraz czasie.

Nawet oburzenie i powoływanie się na błękitną krew Sigfriedy, czy status Sigmunda jako absolwenta Altdorfskich Kolegiów Magii nie powstrzymały służbistów ze straży wykonujących z werwą swoje obowiązki pod czujnym spojrzeniem rudowłosej pani kapitan.

Ostatecznie, tak jak i wielu innych pechowców, którym nie udało się w porę zbiec, całą czwórkę odprowadzono – wraz z nieodłącznym już czworonogiem – do miejscowego aresztu znajdującej się w piwnicach koszar Straży Miejskiej Miasta Wusterburg.

Stłoczeni w brudnej i śmierdzącej celi bohaterowie z topniejącą nadzieją i rosnącą niecierpliwością oczekiwali pojawienia się kogoś, kto wstawi się za nimi, zapewniając o powstałej pomyłce, w wyniku czego miejscy oficjele zapewne przeproszą za wszelkiego rodzaju kłopoty jakie spotkały tak niesprawiedliwie pomówionych i całkowicie niewinnych podróżnych. Nikt taki jednak nie nadchodził.

Zrezygnowani, odliczając kolejne, nieśpiesznie mijające godziny, świeżo upieczeni pensjonariusze aresztu, zwrócili swoją uwagę pozostałym towarzyszom niedoli, którzy skutecznie pomagali ściśle wypełnić niezbyt rozległy metraż lochu.

Okazali się nimi być cyrkowcy z trupy „Marienburgscy Korsarze”, którzy również brali czynny udział w całym jarmarcznym zamieszaniu. Podobnie jak członkowie drużyny, także i cyrkowcy wykazali się optymistycznym usposobieniem, nakazującym wszelakie niejasności wyjaśnić z przedstawicielami władz – co leżało w jawnej opozycji do miejscowego zwyczaju brania nóg za pas na dźwięk nadchodzącego patrolu straży.

Umalowanej i poprzebieranej w najrozmaitsze kostiumy grupie przewodziła Geri – niziołkini przebrana za krasnoluda, z włosami misternie zaplecionymi i podwiązanymi tak, aby udawały brodę dumnego, górskiego ludu. Nastrój kuglarzy był wyjątkowo smętny i paskudny, nawet jak na kogoś, komu właśnie odebrano wolność i wtrącono do lochu, aby tam mógł w spokoju kontemplować nadchodzącą wiosenną równonoc.

Ponad cichymi pomrukami niezadowolenia i dobiegającymi z kątów celi stłumionymi szlochami wznosił się piskliwy głos rudowłosej niziołkini, która niewybrednymi żartami i karczemnymi historiami starała się wprowadzić odrobinę radości w cuchnący i wilgotny mrok podziemia, jednak bez większych sukcesów.

Zdecydowanie lepszy wpływ na morale więźniów miał Henroth – przebrany za mutanta, rosły Nordlandczyk ze skrywającą ramię macką stworzoną z przewiązanych rzemieniami barwionych skór, w której wnętrzu skrywała się rozsądnych rozmiarów flaszka przedniego samogonu.

„To tylko atrapa, ale strażnicy i tak wolą jej nie dotykać,” – mrugnął porozumiewawczo, pozwalając butelczynie ruszyć w podróż po celi, aby mogła pokrzepić zarówno serca, jak i ciała mimowolnie zebranych.

Korzystając z gościnności kuglarzy i dzieląc się swoimi historiami, drużyna dowiedziała się, że przyczyną podłego nastroju cyrkowców była śmierć jednego z najważniejszych członków trupy. Ogniomistrz Fosten, którego bezskutecznie próbowała ocalić Eike, zapewne przeszedł już przez portal Pana Snów.

Wśród ścisku, barwnych cyrkowych kreacji i makijażu, bezczelnych szczurów, brudnych sienników, oraz wygłodniałych pluskiew, wszyscy w końcu poddali się zmęczeniu i zapadli w sen.

***

Następnego dnia od samego świtu przed celą pojawiali się strażnicy, ochryple wykrzykując imiona poszczególnych więźniów i wyprowadzając ich w celu złożenia wyjaśnień. Czasem pojedynczo, czasem w niewielkich grupach odeskortowano kolejnych zatrzymanych, uszczuplając populację pustoszejącej celi. Wreszcie jeden ze strażników odczytał imiona bohaterów, na powrót umieszczając ich dłonie w okowach oraz wyprowadzając ich zarówno z celi, jak i samego aresztu.

Słońce stało już wysoko na niebie, a gwar miejski dobiegał z rynku, na który byli prowadzeni tą samą drogą, którą poprzedniego dnia prowadzono ich do aresztu. I tym razem towarzyszył im patrol straży, prowadząc ich do stojącego przy rynku ratusza, będącego jednocześnie budynkiem sądu.

Imponująca budowla z początku ubiegłego wieku ozdobiona była herbem samego miasta, jak i co znamienitszych rodów z jego historii. U jej szczytu znajdował się pomnik Vereny – bogini z zasłoniętymi oczami w jednej dłoni dzierżyła miecz, w drugiej zaś szalę, na której ważyła los i serca śmiertelników.

Sigfrieda zmówiła pod nosem krótką modlitwę do swej patronki i dumnym krokiem ruszyła do pałacu sprawiedliwości z takim zdecydowaniem, że prowadzący ją strażnicy musieli przyśpieszyć, aby dotrzymać jej kroku.

Widząc to Sigmund również dumnie wyprężył pierś i starał się zrównać ze szlachcianką. Wszak jest Imperialnym Czarodziejem, a nie jakimś chłopem, którego bezkarnie można zamknąć na noc w śmierdzącej budzie niczym znaleźnego kundla, w myślach już zaczął układać przemowę, która nie tylko zapewni mu wolność, ale jednocześnie poskutkuje tym, że cała straż gorzko pożałuje, że ośmieliła się podnieść na niego rękę.

Prowadzeni po kamiennej posadzce przestronnych korytarzy zbliżali się do szerokich, drewnianych drzwi. Jeden ze strażników już naciskał klamkę, by otworzyć drzwi, czarodziej jednak ruszył do przodu i zamaszyście przekroczył próg, a na ustach już gościły mu pierwsze słowa słusznej skargi kierowanej do wysokiego sądu… Niestety salka okazała się niewielka i pusta, jeśli nie liczyć drewnianego stołu otoczonego kilkoma równie pustymi krzesłami. Słowa zamarły na ustach Sigmunda.

– Zaczekacie tutaj. Wprowadzimy was na salę gdy rozpocznie się rozprawa – strażnik beznamiętnie spojrzał w przygasające oczy alchemika.

Całe lata, miesiące, czy ledwie godziny? Nie sposób powiedzieć, jak długo trwali w wyłożonej drewnem sali, pozostawieni sami sobie. Już dawno ucichły się miarowe kroki i rytmiczne stukanie palcami o blat, dzięki którym starali się walczyć z nudą. Nieustanne napięcie ostatecznie samo się rozmyło, pozostawiając jedynie miejsce dla bezsilnej rezygnacji.

Wreszcie drugie z drzwi izby otworzyły się, ukazując rozległą salę rozpraw, a głos strażnika nakazał im wstać i zająć wskazane na niej miejsca. Całą czwórką usiedli za długą, dębową ławą, za plecami mając pęczniejące zgromadzenie miejscowych, co raz wyzywające ich od rabusiów, przestępców i bezbożników. Nad tymi wznoszącymi się okrzykami zapanować starał się wiekowy mężczyzna w sędziowskiej todze, nieustannie nawołujący o spokój i z zaciekłością godną samego Sigmara walący drewnianym młotkiem o blat, nakazując raz po raz wyprowadzać z sali co głośniejszych widzów rozprawy.

Gdy udało się wreszcie zagwarantować względną ciszę i powagę wymaganą przez instytucję, oskarżyciel z ramienia rady miasta rozpoczął swą przemowę. I chociaż język, jakim się posługiwał, był powszechnie znany, o tyle większość zebranych (w tym sama drużyna) nie była w stanie odnaleźć sensu w rozwlekłej przemowie, która zdawała się ciągiem niby przypadkowych zdań, przerywanych zarówno Tileańskimi, Bretońskimi, jak i Khazaalidzkimi wtrąceniami.

Słowa oskarżyciela wiły się niczym plątanina jadowitych węży – nie sposób było określić, gdzie zaczynał się jeden, a kończył drugi, i który z nich wreszcie zdecyduje się zaatakować i odsłonić groźne kły. Dopiero pod sam koniec, gdy ton głosu oskarżyciela się zmienił, a zarówno słowa, jak i zdania przybrały bardziej znaną, choć zdecydowanie nieprzyjazną formę, Werner zdał sobie sprawę, że to właśnie są jadowite kły, zwiastujące nieuchronny koniec:

…zarzuca się: zniszczenie własności prywatnej i publicznej, zakłócanie porządku, podburzanie w celu wywołania zamieszek, sianie rozpusty, defetyzmu, fermentu, generalnej krotochwili, oraz – co najważniejsze – mordu z premedytacją! – przeciągłe „Aaaach!” rozeszło się przez salę, pozostawiając ją w nieprzeniknionej ciszy przerywanej tylko skrzypieniem drewna.

W tym momencie do oskarżonych dotarło, że o ile niewzruszona dłoń prawa złapała ich za karki i cisnęła o bruk, o tyle jej siostra reprezentująca sprawiedliwość dopiero teraz zaciśnie się na ich gardłach i pozbawi przyszłości, planów, nadziei, a najpewniej i życia. Oddech zamarł, a ciarki przeszły całej czwórce po plecach. Nie tak miało być.

– Stać! – Czysty, lecz mocny głos dobiegł od drzwi z końca sali, a za nim podążał odgłos obcasów stukających po marmurowej posadzce. Wzrok całej sali zwrócił się w kierunku zbliżającej się pośpiesznie przed oblicze Sądu szczupłej blondynki w prawniczej todze, która mijając bohaterów posłała im perlisty uśmiech i skierowała twarz w stronę sędziego.

Witam, Wysoki Sądzie, prosiłabym o krótką przerwę, abym mogła skonsultować się z moimi klientami, zanim zdążą powiedzieć coś, czego będą żałować, – z pełnym gracji, delikatnym ukłonem oznajmiła nowo przybyła.

– Osano Winandus, czyż to kolejna z beznadziejnych spraw, dla której postanowiłaś marnować zarówno swój, jak i co gorsza mój czas? – Niemal wyrecytowane z pamięci słowa dobitnie świadczyły, iż nie padają one z ust sędziego po raz pierwszy.

– Każde z nas służy Pani Prawa i Sprawiedliwości najlepiej jak potrafi, Wysoki Sądzie, – niewinnie odparła blondynka, co wprawiło w ponowny ruch drewniany młoteczek.

– Zarządzam przerwę, wznowimy rozprawę po drugim dzwonie, – padły słowa z wokandy, o dziwo nie niosąc ze sobą irytacji, lecz nutę rozbawienia i sympatii.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

2. Jarmark

Mitterfruhl 2511, Wusterburg

Niczym kamień tworzący okręgi fal rozchodzące się od miejsca, w którym przebił spokojne lustro wody, podobnie rymarska pięść wybijająca się w lico Wernera zaburzyła normalny harmider targowiska.

Podświadomie, niczym jeden organizm, cała zebrana tłuszcza w lot pojęła, że właśnie zaczęła się rozróba. Kolejne pięści szukały nosów, którym ochoczo wybiegły na spotkanie. Stopy wbijały się w golenie, zęby kąsały tłamszące je dłonie, a paznokcie celowały w odsłonięte połacie skóry. Jednocześnie co bystrzejsi starli się uciec przed przebiegającą przez tłum falą chęci odreagowania stresów dnia powszedniego.

Sigmund, który już w trakcie pobierania nauk w Altdorfie zrozumiał dobrze jarmarczne tradycje, bezceremonialnie zaczął odganiać się od zebranych swą podróżna lagą, bez kozery tłukąc głowy, kolana oraz tyłki, starając się jednocześnie wybić w tłumie odrobinę wolnego miejsca nie ogarniętego bojową zawieruchą.

Eike z wdzięcznym krzykiem schroniła się pod jednym ze straganów, dostrzegając z przerażeniem jednego z cyrkowców, który zionął ogniem niczym legendarne smoki.

Tymczasem Sigfrieda sadziła kuksańce opancerzonymi dłońmi, zacietrzewieniem nadrabiając niedostatki postury i ze zdziwieniem obserwując niezwykle wysokiego jegomościa w płaszczu, który krótkimi dłońmi bił wszystko w około. Co ciekawe, dłoni miał trzy pary, a dolne dwie wydobywały się spod płaszczą rażąc zarówno wrogów jak i przyjaciół. Zupełnie jakby odzienie skrywało trzech niziołków stojących jeden na drugim, spragnionych zemsty za setki lat tradycji polegającej na robieniu sobie niewybrednych żartów kosztem niewielkiego lecz jakże bitnego ludu.

Całości dopełniała skoczna muzyka rozlewająca się po placu targowym z zadaszenia jednego z solidniejszych straganów, na które wdrapał się wyraźnie zachwycony całą sytuacja grajek. Skoczna melodia akompaniująca uderzeniom, plasknięciom i przekleństwom nie zagłuszyła jednak krzyku przerażenia młodego dziewczęcia, a krzyk nie uszedł uwadze Wernera.

Gdy pobliskie stoisko z ciastkami zostało pospiesznie przekształcone w magazyn amunicji, a ciastka wszelkich smaków i kolorów zaroiły się w powietrzu z zagęszczeniem i celnością mogąca wzbudzić podziw nawet u wykładowców Imperialnej Szkoły Artyleryjskiej w Nuln, Werner porzucił myśl o zemście na rymarzu i skwapliwie poszukiwał wzrokiem wciąż krzyczącej damy w opałach. Wreszcie dojrzał ją pośród splątanych cukierniczymi wyrobami ciał: młoda, piękna i zapewne bogata, wraz z że służką cofała się ze strachem przed trzema bandytami w długich płaszczach z błyszczącymi w dłoniach sztyletami.

Okrzyk bojowy towarzyszący szarży Wernera zapewne zmroziłby strachem serca wrogów, jednak utonął we wszechobecnym hałasie bójki podsycanej skoczną melodią. Co oczywiście nie powstrzymało mytnika przed kontynuowaniem natarcia. Z impetem przebił się przez półokrąg napastników, niemal nokautując jednego uderzeniem w głowę rękojeścią wiernego messera i zasłaniając ich niedoszłą zdobycz z odsłonięta bronią niczym rycerz z bretońskich legend, wspierany przez radośnie poszczekujące i niemal groźnie warczące szczenię.

W tym samym momencie, chociaż kilkanaście jardów dalej, dziki kwik przedarł się przez tłum, i coś zaczęło rozrzucać walczących niczym szmaciane lalki. Uwolniona maciora pokaźnych rozmiarów pędziła naprzód, za nic mając sobie stojące na jej drodze przeszkody. Sigfrieda ledwie zdołała uskoczyć z jej drogi, jednak alchemik, który z taką wprawą radził sobie z mieszczanami, padł powalony wielkim cielskiem.

Czy to z powodu niespodziewanej siły uderzenia zadanego cielskiem miejskiej bestii, czy też za sprawą samego Rynku, który nagle postanowił stanąć dęba i uderzyć go w potylicę, ciemność osnuła świat i zmysły czarodzieja.

Eike już chciała rzucić się na ratunek, lecz w tym momencie gardło ziejącego ogniem cyrkowca przebite zostało bełtem, i zamiast ognia trysnęła zeń fontanna krwi. Młoda medyczka zachowała jednak przytomność umysłu i ostrożnie wychyliła się spod straganu, aby dojrzeć miejsce, z którego mógł nadlecieć śmiertelny pocisk.

Na jednym z dachów spostrzegła siwowłosego mężczyznę z usianą mozaiką blizn twarzą i okiem pokrytym bielmem, właśnie zarzucającego na plecy ciężka kuszę i zeskakującego w pobliski zaułek. Wiedząc, że nie da rady dosięgnąć go z łuku w ściśniętym bojową zawieruchą tłumie, czym prędzej rzuciła się na pomoc krwawiącemu ogniomistrzowi.

W tym samym momencie Sigfrieda, widząc szaleńczą szarżę Wernera i doskonale zdając sobie sprawę, iż może on sobie nie poradzić z trójką napastników, przytomnie skoczyła mu z pomocą, przy okazji zgrabnie unikając wciąż nadlatujących zewsząd ciastek i smakołyków. Migocząc ostrzem rapiera błyskawicznie i ostatecznie przechyliła szale zwycięstwa na korzyść swoją oraz dzielnego mytnika.

Tak jak w pradawnych legendach: z ciemności wyłoniła się światłość, a przed czarodziejem objawił się najpiękniejszy świński pysk, jaki dane mu było podziwiać. Usadowione za nim ogromne ciało radośnie sobie chrumkało, mokrym nosem wciskając mu się w twarz. W przypływie świadomości, lub właśnie jej braku, objął zwierzę z czułością, przez pęknięte wargi wznosząc okrzyk:

– Kocham cię, Helga!

Starania lekarki nie zdołały tym razem opóźnić nadejścia Morra – pomimo opatrunków i ucisku życiodajna krew opuściła ciało, a zaraz za nią podążyła dusza cyrkowca. Smutek nie zdołał jednak sprać zaciętości z twarzy młodej dziewczyny, świadomej, że chociaż jej kunszt medyczny wciąż wymaga pracy, to jednak zrobiła wszystko co było w ludzkiej mocy, aby ocalić to życie. Reszta pozostała w rękach bogów, którzy jak zwykle pozostali niewzruszeni.

Werner natomiast był wyraźnie z siebie zadowolony, nie tylko przepędził złoczyńców z niezbędną – bądź jak sam wolał myśleć, niewielką – pomocą Sigfriedy, lecz również ocalił szlachetnie urodzoną. Nim jeszcze krew w jego żyłach przestała wrzeć po stoczonej walce, myśli już wybiegły na spotkanie niewyobrażalnych nagród, podziękowań i zaszczytów, jakie spadną na jego głowę za sprawą młodej szlachcianki, której wdzięczność niekoniecznie pragnąłby odmierzać w złocie.

Jednak odgłos zarówno wszechobecnej bijatyki, jak i towarzyszącej jej melodii ucichł nagle, brutalnie zdeptany miarowym krokiem wojskowych buciorów. Ze wszystkich otaczających rynek uliczek wylali się jednolicie umundurowani i uzbrojeni przedstawiciele straży miejskiej. Na czele pojawiła się pani kapitan ze stanowczą twarzą otoczoną burzą rudych loków i zwieńczoną wielkim kapeluszem, która donośnym głosem z wyraźnym Nulńskim akcentem oznajmiła:

Wszyscy jesteście aresztowani!

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z „Starter Set – The Adventure Book”

Wusterburg

Granica między Starym Sollandem, a Wissenlandem wytyczona jest przez rzekę Soll, która od szczytów Gór Szarych biegnie przez całą długość prowincji przecinając Nuln, aby dalej już w Altdorfie stać się jednym z dopływów wielkiego Reiku. Jednak nim Soll sam stanie się wielką rzeką Imperium Sigmara, w miejscu w którym jest zasilany przez Hornberg, na wzgórzu od wielu stuleci spogląda nań miasto Wusterburg.

Chociaż miasto to nie jest równie wpływowe co Wissenburg i z pewnością daleko mu do ogromu i splendoru Nuln, stanowi jednak ważny węzeł komunikacyjny stojąc na skrzyżowaniu szlaków handlowych. Tutaj przecinają się drogi prowadzące z: Krasnoludzkich twierdz, Księstw Granicznych i dalekiej Tieli – połączonej z Imperium ukrytą pod masywami górskimi Rzeką Szeptów. Na tutejszych straganach Averlandzkie bydło, zamieniane jest na rzadkie przyprawy sprowadzane z Arabii i dalekiego orientu, podczas gdy arcydzieła krasnoludzkich rzemieślników wędrują na północ i zachód ku stolicy Imperium, a później dalej w kierunku Marienburga.

Wusterburg? Pewnie, że byłem. Miasto, jak miasto. Zamek na wzgórzu, niżej bogaci szlachcice i ich posiadłości, a dalej to już cała reszta. Z rynsztoka to wszystkie miasta wyglądają tak samo panie, daj miedziaka weteranowi…

Plan miasta
Generator map miejskich

Na wschód od Wusterburga, po drugie stornie rzeki Soll znajduje się miasteczko Hornfurt słynące z hodowli kuców i koni – przeważnie krępych i wytrwałych odmian dostosowanych do przetrwania wędrówek po górzystych szlakach Wssenlandu.

Z kolei na południomwym-wschodzie, między Sollem, a Hornbergiem góruje twierdza rycerzy zakonu Wiekuistej Światłości – świadectwo dawnych pokoleń imigrantów, którzy z południa i zachodu przynieśli ze sobą nie tylko towary na wymianę, ale również bogów nowego panteonu, w tym Verenę.

Polityka

Wusterburg z racji swojego położenia od zawsze był tyglem w którym stapiały się rozmaite kultury i narodowości. Od krasnobrodzkiej diaspory mającej nie tylko liczną reprezentację wśród mieszkańców miasta, ale również mający wielką wagę głos w radzie miejskiej, oraz decydujące zdanie w wielu cechach rzemieślniczych.

Miasto od czasów ostatniej inwazji zielonoskórych znajduje się nieprzerwanie pod władzą rodziny von Groth, która z kolei tradycyjnie powiązana jest z pobliskim zakonem rycerzy Vereny.

Już uświęconą tradycją stało się, że najstarszy z synów rodziny panującej dziedziczy tytuł, podczas gdy młodsi składają śluby rycerskie wstępując do zakonu pechowych rycerzy i jeszcze ściślej związując go z przeznaczeniem swojego rodu. Podobnie synowie ostatniego władcy Otto von Groth wypełnili rodzinną tradycję. Starszy – Hermann von Grotha po ojcu odziedziczył tytuł i obowiązki pana na włościach, podczas gdy młodszy – Archibald złożył śluby w zakonie, gdzie szybko wspina się po kolejnych szczeblach kariery i tylko nieliczni wypominają mu fakt, że to jego wuj trzyma pieczę nad twierdzą zakonu.

Rodzina von Danneberg pierwotnie o ziemiańskich korzeniach, dostąpiła zaszczytu wyniesienia do szlacheckiego stanu dzięki ich zasługom na rzecz Imperium w minionych wojnach. Miasteczko Hornfurt, wraz z przyległymi ziemiami znajduje się w ich dziedzinie. Po wieloletnich konfliktach rody von Groth i von Danneberg postanowiły jednak ostatecznie połączyć siły pieczętując przymierze małżeństwem jedynej dziedziczki Mathildy von Danneberg, z Haemannem von Groth.

Ważnym graczem w miejskiej polityce jest również rodzina von Bode o szlacheckim, lecz bretońskim pochodzeniu. Nie mogąc pochwalić się jednak tak długimi i dostojnymi tradycjami jak Grothowie, Bode dysponują jednak znacznym majątkiem i wieloma kontaktami w dalekich, wielkich miastach uzyskanymi dzięki handlowi: winem, koniakiem i innymi dobrami luksusowymi.

Baron Sieghart von Bode, pomimo młodego wieku jest wyjątkowo ambitnym człowiekiem, stawiającym sobie za cel wyniesienie zarówno rodziny jak i siebie samego do należnej mu władzy i poważania.

Jedną z mniej znanych, a jednocześnie najważniejszych postaci w miejskiej polityce jest radca Leopold Cossman, siwiejący starzec przykuty do wózka – mechanicznego cuda wartego majątek i sprowadzanego z samego Nuln. Chociaż wielu mieszkańców miasta o nim nie wie, jeszcze mniej go spotkało, to jednak on stoi za wieloma decyzjami rady miejskiej, starając się zachować względny spokój między zapędami rodziny panującej, władzą zakonu, krasnoludzką tradycją, a potrzebami kupców i mieszkańców.

Legenda:
Złoto – Wzgórze
Fiolet – Dzielnica Kupiecka
Czerwień – Dzielnica Rzemieślnicza
Pomarańcz – Krasnoludzka Kwarta
Zieleń – Podmurze
Błękit – Dzielnica Portowa

Dzielnica rzemieślnicza

Stanowi największą i najgęściej zaludnioną część miasta. Bielone wapnem, niewysokie budynki, wsparte na konstrukcji z drewnianych bali, pochylają się nad wąskimi, brukowanymi ulicami pełnymi miejscowych, jaki i przyjezdnych handlarzy.

Stukot wozów i taczek z towarami, nieczystości na ulicach, szczury, psy, konie, gołębie, dzieci i wszechobecny harmider są nieodłączną częścią tego miejsca które: cieśle, kowale, drobni sprzedawcy, służący i wielu innych nazywa domem.

W samym centrum miasta znajduje się rynek, na którego środku dumnie stoi statua Imperatora Magnusa Pobożnego, swoją obecnością chroniąc mieszkańców przed zakusami mrocznych potęg, podczas gdy wzrok Imperatora spogląda na dom Sigmara.

Świątynia Młotodzierżcy do której prowadzą szerokie, strome schody z czarnego kamienia, odbiega stylem od budowli tradycyjnie stawianych w Reiklandzie. Tutaj Wisenlandzki pragmatyzm i krasnoludzkie tradycje sztuki kamieniarskiej wyraźnie odcisnęły swe piętno. Brak jest ogromnych witraży, wąskie szpary w kamiennych ścianach umieszczone wysoko nad ziemią przypominają bardziej otwory strzelnicze, niż tradycyjne okna. Jedne, potężne wrota otwierają się na rynkowy plac zapraszając do swego ciemnego i chłodnego wnętrza wiernych i tylko dodana w późniejszym okresie dzwonnica zdradza, że rzeczywiście ma się do czynienia ze świątynią, a nie warownią w środku miasta.

Ratusz, będący drugim najważniejszym budynkiem na rynku jest widocznie nowocześniejszą konstrukcją, która już w założeniach architektów miała przysporzyć miastu splendoru swoimi strzelistymi wieżami, a nie walorów obronnych. W jego wnętrzu pomijając sieć biur burmistrza i rozmaitych urzędników, oraz gabinety radnych znajdują się również sale sądowe, tymczasowy areszt, archiwa jak i główna kaplica Vereny.

W kierunku północnym można natknąć się na świątynię Shallyi z przyległym doń szpitalem, w którym kapłanki i nowicjuszki starają się przynieść ulgę chorym i cierpiącym, wewnątrz świątynnych murów. Stąd też wyruszają w drogę w inne części miasta niosąc pomoc biednym, głodnym i zapomnianym.

Z kolei przy Bramie Zachodniej znaleźć można koszary straży miejskiej, oraz cuchnące wilgocią więzienie. Tutaj w kompleksie starych budowli, na których odnowienia budżet miasta nigdy nie ma złota, stacjonuje garnizon Straży Miejskiej Miasta Wusterbutg, jak również przewidziane są kwatery dla strażników dróg patrolujących okoliczne szlaki.

Z miejsc wartych odwiedzenia, dla podróżników zainteresowanych bardziej przyziemnymi sprawami niż potrzeby ducha z pewnością można wymienić: „Gospodę Trzy Korony” – prowadzoną przez dwie siostry i oferującą zarówno pokoje jak i jedzenie o zadowalającej jakości i przystępnej cenie, oraz karczmę „Pod Głową Bazyliszka” – będącą równie podłym miejscem co maszkara, której odrąbana głowa wisi nad szynkwasem. Jednak lokalne ceny przyciągają wielu gości, zwykle o niewysublimowanych smakach i podejrzanej proweniencji.

Podmurze

Znajdujące się na wschodnim krańcu miasta, jednak wciąż w obrębie jego murów jest najgorszą z dzielnic Wusterbruga. Rozpadające się domy, smród zgnilizny, rozkładu i straconych nadziei przetacza się prze przez brudne ulice. A jedyne co można na swej drodze tu spotkać pomijając żebraków, szczury i przemytników są ludzie, którzy z radością wbiją nóż w plecy każdemu nieznajomemu, jak i również większości ze swoich znajomych.

Jednak, od pewnego czasu po mieście krąży plotka jakoby tu właśnie miał swoje domostwo Znachor, który potrafi ponoć uleczyć ze wszystkich chorób i dolegliwości, nawet tych z którymi łaska Shayllyi nie potrafiła sprostać. Zapewne jest to jedna z wielu miejscowych legend nie mająca poparcia w rzeczywistości.

Krasnoludzka kwarta

Niewysokie kamienne domostwa rozmieszczone wzdłuż wybrukowanych, uliczek wydają się być w całkowitym nieładzie, tworząc labirynt przejść i ślepych ulic zastawionych wozami, lub starymi straganami, potwierdzając stereotypy o niechlujności barczystych brodaczy i ich niechęci do zrobienia czegokolwiek przed osuszeniem kilku antałków piwa.

Jest to jednak mylne wrażę, gdyby spojrzeć na krasnoludzką kwartę z lotu ptaka, można dostrzec że tak naprawdę z resztą miasta łączy ją jedynie pojedyncza ulica, a umieszczone wzdłuż niej budowle wyglądające na domostwa, stanowią tka naprawdę cześć większej fortyfikacji ciągnących się aż do miejskich murów, które na tym odcinku są obsadzone wyłącznie „ochotnikami” z krasnoludzkich cechów.

Centrum dzielnicy jest zaskakująco schludne, nie tylko utrzymane w nienagannej czystości, ale każdy kamień i budowla, każda brukowa kostka i każda okiennica wykonane są podług najwyższych krasnoludzkich standardów, chociaż jest to widok zwykle niedostępny dla większości pozostałych mieszkańców miasta.

Pozostawiając to wszystko nad sobą można zstąpić do podziemi które tworzą jeden kompleks łączący wszystkie naziemne, krasnoludzkie budowle i stanowiący prawdziwe serce tego miejsca. Cuda inżynierii krasnoludzkiej: windy, systemy doprowadzania wody i odprowadzania nieczystości, oraz podziemne tunele, niegdyś prowadzące do pozostałych części krasnoludzkiego imperium, wciąż są utrzymywane na miarę możliwości ograniczonej populacji.

Ludzka pamięć jest krótka, a i atrament z czasem blaknie w promieniach słońca, to co mieszkańcy uważają za imperialne miasto, od tysięcy lat, na długo przed narodzinami Sigmara, a nawet przed wielką Wojną o Zemstę było krasnoludzkim posterunkiem, utrzymywanym w tym miejscu i to nie bez powodu. Warta i przysięga klanu Grimhand wciąż trwają, wieczne niczym górskie szczyty.

Dzielnica portowa

Jest to miejsce wyjątkowych kontrastów nawet jak na standardy imperialnych miast, przegniłe tawerny i drewniane chaty stoją nieopodal nowych kupieckich magazynów znajdujących się pod czujną opieką wynajętych i dobrze opłacanych strażników. Budynki kapitana portu i służby celnej dumnie błyszczą w promieniach słońca, które ledwie kilka przecznic dalej osuszają kałuże na ulicach pełnych nieczystości, pijanych marynarzy i portowych kurtyzan.

Dzielnica rozciąga się poza murami miejskimi od Bramy Północnej, wzdłuż nabrzeża do bramy południowej, za którą dumnie stoi wzniesiony z białego kamienia posterunek Zakonu Rycerskiego, strzegący nie tylko bramy, ale będący kolejną miejską warownią sam w sobie.

Poszukujący nocnych rozrywek z pewnością powinni odwiedzić „Krzywą Łajbę” – jeżeli nie najlepszy, to z pewnością najsławniejszy zamtuz w mieście. Stara barka rzeczna wsparta bokiem o miejskie mury z wciętym w dnie wejściem zaprasza do środka na poły rozwartymi, karmazynowymi zasłonami.

I chociaż wnętrze jak i sama łajba zgodnie z treścią szyldu jest ustawiony pod niewielkim, acz irytującym kątem względem ziemi co sprawia, że wszystko jest lekko pochyłe. To ponoć właśnie ta cecha, a nie wada – jak twierdzą niektórzy, zapewnia odpowiednie wrażenia znudzonym marynarzom. Goście chcący rozstać się z zawartością swoich sakiewek i spragnieni wrażeń nie znajdą lepszego miejsca gdzie alkohol leje się do bladego świtu, kości i karty rzucane są o stół, a nikomu z pełnym mieszkiem nie odmówiono tu jeszcze godziny ciepła i miłości.

Jednak pomimo trunków rozmaitych i ochoczej obsługi należy wykazać się rozsądkiem, zarówno przed jak i po wejściu do Łajby. Przed nią zwykle leniwie opierając się i spoglądając w otchłań studni siedzi Friedrich – ogr i wykidajła tego zacnego przybytku.

Natomiast jeżeli komukolwiek zdarzyłoby się uchybić jednej z panien nocy, zaleca się w ramach przeprosin nabyć odpowiedni bukiet kwiatów ze straganu Pani Róży, która rozłożona jest ze swoimi dobrami nieopodal i obdarzana wielkim szacunkiem, przez wszystkich miejscowych i co roztropniejszych przejezdnych.

Dzielnica kupiecka

Rozciągające się na południe od rynku, bielone wapnem domy ustępują miejsca kamienicom, których okna ozdobione drogimi zasłonami spoglądają na równe i regularnie patrolowane ulice. Bogaci kupcy, prawnicy i inni którym sprzyja fortuna nazywają to miejsce domem. Można tu nabyć wszelkiego rodzaju luksusowe materiały i dobra, stroje szyte na miarę, zdobione księgi, bądź rzadkie medykamenty.

Z pewnością na uwagę zasługuje również gospoda „Pod Złotą Ostrogą” – chełpiąca się najlepszą kuchnią w mieście, na ile to prawda można się spierać, bez wątpliwości jest ona jednak najdroższa. Z pewnością kolacja w taki przybytku sprawi, że każda dama łaskawszym okiem spojrzy na smalącego doń cholewki panicza, rozsądnym byłoby jednak dokonać rezerwacji z odpowiednim wyprzedzeniem, gdyż lokal jest wyjątkowo popularny wśród śmietanki towarzyskiej miasta.

Tutaj dodałem ikony, pokazujące gdzie co jest, może nie wygląda to pięknie, ale daje jakieś pojęcie 😉
Wzgórze

Najbogatsza dzielnica miasta usiana wielkimi posiadłościami, każda z nich posiada własny ogród, jak również wielu strażników pomimo faktu, że patrole straży miejskiej na poły dzielą swoje siły między tę dzielnicę i resztę miasta. Nie jest to miejsce w którym wystarczy być bogatym, tutaj każdy taki jest – wyjąwszy oczywiście służbę – aby zamieszkać na wzgórzu pomijając fortunę, należy mieć również odpowiedni rodowód, chociaż co bardziej konserwatywni mieszkańcy skarżą się, że w ostatnich latach jakość nowych sąsiadów mocno się pogorszyła.

Nad samym zaś miastem góruje zamek rodziny panującej, otoczony kolejnymi murami jest fortecą strzegącą zarówno miasta, jak i jego najznamienitszych mieszkańców.

Mapa Wissenlandu pochodzi z Gitzman’s Gallery

6. Czekając na wiosnę

Wusterburg

Znalazłszy wreszcie wytchnienie wśród murów Wusterburga, z wypchanymi sakiewkami przy pasach, bohaterowie postanowili zakosztować odrobiny spokoju i wytchnienia. Mając wciąż w planie spieniężenie złotych medalionów odnalezionych pod starodawnym obeliskiem, postanowili poczekać na wielki, doroczny jarmark organizowany z okazji Mitterfruhl – równonocy wiosennej.

Na tę doniosłą okazję do miasta docierali zarówno podróżujący w górę rzeki Soll kupcy z Imperium, jak również Tileańscy handlarze, którzy wijącą się pod górskimi stropami Rzeką Szeptów zmierzali do ziemi Sigmara. Z okazji najważniejszego wydarzenia handlowego w roku i jednego z większych jarmarków w okolicy do miasta ściągali także wszelkiej maści oszuści i awanturnicy, czasem aż z Księstw Granicznych.

Drużyna zgodnie podzielała opinię, że w całym tym tłumie z pewnością uda im się odnaleźć jakiegoś kolekcjonera skłonnego zapłacić dobrą cenę za niecodzienne znalezisko. Jednakże do jarmarku wciąż pozostawało kilka tygodni, a nikt nie chciał przez ten czas przejeść i przehulać wszystkich oszczędności zgromadzonych przecież z narażeniem życia. Bohaterowie, odrobinę zmęczeni swoim towarzystwem, zdecydowali się, każdy na własną rękę, z pożytkiem spędzić czas do święta równonocy.

Werner, zgodnie z umową, stawił się w gospodzie Trzy Korony, gdzie już oczekiwał nań Reiko z szerokim uśmiechem i kolejnym mieszkiem równie pełnym złota, co jego strzygański uśmiech.

– Dobra robota – mytnik fachowo zważył zawiniątko w dłoni. Wrodzona przezorność, lub też chęć zaskarbienia sobie, na wszelki wypadek, przychylności Strzyganina, skłoniły go do decyzji o rozstaniu się z niewielką częścią łupu.

– Powiedz Reiko, nie masz ty jakiegoś szczęśliwego amuletu, z którym mógłbyś się pożegnać? Karty mi świadkiem, że szczęścia nigdy za wiele…

Na myśl o tym, że cześć oddanego właśnie złota wróci do prawowitego właściciela, uśmiech Strzyganina rozświetlił wnętrze karczmy, a jego dłonie sprawnym ruchem już rozkładały na stole wyciągnięte nie wiadomo skąd rozmaite kolorowe wisiorki, przypinki i inne strzygańskie utensylia.

– To wezmę – Werner podniósł ze stołu srebrną broszę oprawiającą czarny kamień.

Cień zdziwienia przemknął po strzygańskiej twarzy, ponownie jednak zastąpiony szerokim uśmiechem.

– To chyba teściowej. Ech, jej i tak się już na długo nie przyda. Dwie złote korony i będzie twoja! – Zakończył kapitan bez statku, co oczywiście poskutkowało kontrofertą ze strony mytnika.

Negocjacji trwały długo, kolejne kufle pojawiały się na stole, lecz ostatecznie obie strony odeszły usatysfakcjonowane i, jak twierdził Werner, „jedynie krztynkę dziabnięte„.

Siegfrieda, wykazując się większym pragmatyzmem, postanowiła zająć się ekwipunkiem. Długotrwałe poszukiwania wśród miejskich kowali i płatnerzy okazały się owocne – w końcu znalazła odpowiedniego mistrza płatnerskiego, u którego zdecydowała się zamówić zbroję. I to nie pierwszą lepszą kolczugę zdjętą z pechowego wojaka i wielokrotnie reperowaną, lecz wysokiej klasy sprzęt spod dłoni prawdziwego rzemieślnika. Każde z kółek nitowane i spłaszczone, aby zapewnić pancerzowi odpowiednią lekkość. Łowczyni nagród wiedziała, że będzie przygotowana na wszystko, co może jeszcze rzucić przed nią los.

Eike, której szczytne cele praktykowania medycyny nie uległy zmianie, musiała zrewidować swoje ambicje. Bez stosownych papierów Wusterbuskiego cechu lekarzy nie mogła oficjalnie otworzyć praktyki. Zdecydowała się zatem zaoferować swoje usługi w Świątyni Shaylli, gdzie mogła przynajmniej pomagać chorym, a czasami nawet otrzymać drobną ofiarę.

O ile siostry miłosierdzia nie podzielały fascynacji Eike technicznymi aspektami rzemiosła, takimi jak chirurgia, o tyle dały jej sposobność do praktykowania podstaw. Niesienie prostej pomocy innym zdawało się wypełniać jakąś pustkę w duszy lekarki. Zaczęła się nawet zastanawiać, czy takie życie poświęcone niesieniu pomocy innym nie byłoby właśnie tym, czego poszukuje?

Wszystko zmieniło się pewnej nocy, gdy do świątyni Sheilli przyniesiono starą, umierającą kobietę, kurczowo przyciskającą do piersi zmięty pakunek. Eike, wraz z siostrami oczywiście, zajęła się nią, tak jak i wszystkimi innymi nieszczęśnikami, którzy w nadziei na pomoc przekraczali świątynny próg. Dopiero po dłuższej chwili, nie wierząc własnym oczom, rozpoznała w wychudzonej, ledwie trzymającej się ostatniej nitki życia kobiecie, nikogo innego jak samą Agathę – kapłankę Sigmara, którą spotkali na szlaku kilka miesięcy temu.

Dziś kobieta była jedynie bladym cieniem tamtej wojowniczki, która uratowała im życie. Na plecach widniały dwie podłużne i równoległe względem siebie rany. Jakby po pazurach jakiejś bestii. Rany nie goiły się, bez względu na to, jakich ziół, maści i okładów kapłanki próbowały stosować. Eike czuwała przy posłaniu chorej aż do samego końca, oferując towarzystwo majaczącej w gorączce na ostatniej ze swoich dróg kobiecie. Nie byłaby jednak sobą, gdyby dyskretnie nie sprawdziła pakunku, który umierająca ze sobą przyniosła. Znalazła w nim, ni mniej ni więcej, a stary notatnik.

Nadpalony z jednej strony, w przeszłości z pewnością wielokrotnie zalany, pełen nakreślonych równym pismem znaków, cyfr i symboli, które zdawały się nie mieć żadnego sensu. Lekarka nie zastanawiała się zbyt długo i postanowiła znalezisko zanieść do Sigmunda. Wszak któż inny, jak właśnie czarodziej, będzie wiedział, jak to odczytać!

Tymczasem Sigmund był szczerze zadowolony z nadarzającej się okazji, by chociaż trochę odetchnąć w bezpiecznych murach miasta. Nawet świadomość wciąż piętrzących się długów, zaciągniętych w czasach studenckich oraz później, nie psuła mu humoru. Bezczynne odpoczywanie nie było jednak jego mocną stroną, dlatego też z ciekawością przyjął znalezisko Eike. Szybki rzut oka, przewertowanie notatnika, i zdał sobie sprawę, że całość jest zaszyfrowana! Co więcej, krój pisma odpowiadał notatkom poczynionym na marginesie tablic astronomicznych znalezionych przez Sigfriedę w wieży Maga Niebios – Lazarusa.

Notatnik pochłonął go bez reszty. Skąd miała go Agatha? Dlaczego właśnie to znaleziono przy konającej wojowniczce Sigmara? Przez kolejne dni wytrwale ślęczał nad papierami. Z pomocą tablic astronomicznych oraz ‚Polygraphiae Libri Sex’ – księgi, której zakup znacząco uszczuplił jego sakiewkę, starał się złamać szyfr skrywający tajemnice notatnika. Nieoczekiwaną dlań pomocą okazał się Werner, który choć sam niepiśmienny, okazało się posiadał wyjątkowy talent do operowania w pamięci cyframi i przeprowadzania na nich skomplikowanych operacji logicznych. Umiejętności te zrobiłyby wrażenie nawet w Altdorfskich kolegiach. Po kilku dniach wypracowali rytm pracy i potem już wytrwale, strona po stronie, odszyfrowywali powoli tekst, który okazywał się być dziennikiem prowadzonym przez Lazarusa.

Sam mytnik, chociaż wyraźnie dumny, że potrafi w kwestiach nauk być pomocny swoim akademickim towarzyszom, sam zaczął się poważnie zastanawiać, czy jednak umiejętność czytania i pisania mogłaby mu się w życiu przydać. W końcu nigdy nic nie wiadomo, a przezorny zawsze przygotowany.

Dni mijały, zima ustąpiła wiośnie, a Mitterfruhl i dzień jarmarku zbliżały się wielkimi krokami.

Spis treści
Inne przygody

5. Kwestia honoru

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

Mansslieb stał już wysoko na niebie oświetlając srebrzystą poświatą opustoszały obóz, podczas gdy mniejszy z księżyców przyczaił się za drzewami rosnącymi na pobliskich mokradłach.

Niewyobrażalnie zmęczeni lecz zdeterminowani, ruszyli w kierunku powozu Johanny. Werner, dla zachowania pozorów kurtuazji, przywalił zaciśniętą pięścią w drzwi, lecz zaraz potem bezceremonialnie wparował do środka. Reszta kompanii wroczyła za nim.

Kupczyni prezentowała się w jeszcze gorszym stanie, niż podczas ich pierwszego spotkania. Poczerwieniałe oczy zdradzały potoki wylanych łez, których już nie próbowała nawet ukrywać pod makijażem. Jednak na widok przybyłych odruchowo poprawiła zmierzwione włosy.

– Zabiliśmy bestię z bagien. Do wglądu mamy odcięty łeb, gdybyś chciała mieć pewność. Gdzie obiecana nagroda? – Bez zbędnych wstępów wypaliła Eike

– To wszystko co zostało. – Johanna wskazała na pękaty mieszek leżący na zasłanym rozmaitymi papierami sekretarzyku. – Thulgrim ukradł skrzynię ze złotem. Wszystko stracone… – dodała przez drżące wargi.

Eike bez dodatkowej zachęty czym prędzej chwyciła mieszek wypełniony monetami.

– Przez ciekawość pytam, Thulgrim uciekł przed czy po tym, jak dowiedział się, że zleciłaś morderstwo Rutgera? – lodowatym tonem rzuciła Sigfrieda, wspierając dłoń na rękojeści rapiera.

– To nie tak… – Johanna chciała wykrzyknąć w swojej obronie, lecz jej głos złamał się w pół zdania. – …to przez to przeklęte miejsce. Koszmary we śnie i na jawie przez całe tygodnie… Chciałam stąd tylko uciec. Zbudować ten cholerny młyn i nigdy tu więcej nie wracać… A teraz wszystko stracone! Cała fortuna przepadła przez tego podłego krasnoluda! – Wypowiedź Johanny zmieniła się w beznadziejny szloch rozpaczy, w którym tonęły wypowiadane z widocznym wysiłkiem słowa. – Nie chciałam, żeby komuś się się coś stało… Ale Rutger… On wszystko psuł… Budowa stała… Nie mogłam już tego znieść… 

Werner, który młodość spędził słuchając ballad o ratowaniu dam w opałach, zdał sobie sprawę, że właśnie może jedną uratować. Co ważniejsze, rzeczona dama zdaje się być wciąż na tyle majętna, aby ów ratunek sowicie wynagrodzić.

– Nie martw się. Zajmiemy się tym. Zawieziemy cię do domu, do Wusterburga – rzekł miękkim, głębokim tonem, jednocześnie rzucając porozumiewawcze spojrzenie w kierunku Sigmunda, i przysiadł obok Johanny, obejmując ją ramieniem. Ta wtuliła się weń mocno, dalej pogrążona w rozpaczy.

Pozostali szybko zebrali swoje rzeczy z obozowiska i czym prędzej wyruszyli. Eike, najpewniej czująca się na koźle, prowadziła powóz z Sigmundem i Sigfriedą po bokach, podczas gdy Werner na tyłach wozu służył Johannie wsparciem, czule ocierając jej łzy.

***

Ruszyli w kierunku Wusterburga. Eike nie oszczędzała koni, chcąc jak najszybciej dogonić migocący latarniami korowód strzygańskich wozów. Droga nie była długa, jednak w grupie zawsze bezpieczniej. Po doświadczeniach dzisiejszego dnia nie mogła się doczekać, kiedy sama stanie w obrębie murów miejskich, zza których nie dosięgnie jej żadna straszliwa bestia.

Siegfrieda, wyraźnie niezadowolona z obrotu sytuacji, pogrążyła się w rozmyślaniach. Zdała sobie sprawę, że ostatecznie nikt nie opowie za morderstwo Rutgera, który – choć może zbyt gadatliwy i lekkomyślny – wciąż jednak zatrudnił ich do ochrony. Coraz bardziej stawało się jasne, że przynajmniej na równi chodziło mu o miejsce budowy, jak i o własne życie. Drużynie udało się nie wywiązać z ani jednej części zlecenia, co wprawiało Siegfriedę w podły nastrój.

Sigmund natomiast starał się za wszelką cenę znaleźć pozytywy ich obecnej sytuacji. Odkopane stare medaliony, łeb potwora, a także mieszek złota od Johanny, która dodatkowo zaoferowała dziesiątą część złota ze skrzyni skradzionej przez Thulgrima, jeżeli tylko uda się im ją odnaleźć. Sporo pieniędzy i sporo powodów do radości dla tonącego w długach alchemika. Dlaczego zatem zupełnie nie było mu wesoło?

***

Wreszcie dotarli do miasta. Strażnicy przy bramach ociągali się z przepuszczaniem strzygańskich wozów, sprawdzając wszystko po trzy razy, wielokrotnie licząc poszczególne nogi całego inwentarza zwierzęcego i doszukując się wszędzie nielegalnej kontrabandy.

Jednakże ich powóz został przepuszczony szybko i bez większych problemów. Wystarczył,o aby Johanna, opatulona w narzucony na ramiona koc, wychyliła się przez jedno z okien i stanowczym tonem zażądała widzenia się z dowódcą straży, ponieważ nie ma ona najmniejszej ochoty dłużej podziwiać przedmurza. Chwilę potem ruszyli naprzód, omijając całą kolejkę.

– Tak to jest być bogatym i szanowanym – pomyślała Eike, przyznając w duchu, że zapewne mogłaby się sama dość łatwo przyzwyczaić do takiego traktowania.

Dotarli wreszcie pod wskazany adres, w jednej z bogatszych dzielnic miasta. Johanna pożegnała się szybko, podczas gdy jej służba przejęła powóz.

Cóż, najpierw chyba musimy znaleźć jakiś nocleg, ledwo żywy jestem po tym wszystkim – rzekł Werner z szerokim uśmiechem, który Sigmund, jak zawsze elokwentny, uznał za wyjątkowo głupi.

Nikt jednak nie miał siły i ochoty na wypominanie mytnikowi jego zachowania, ruszyli zatem do najbliższej karczmy.

***

Poszukiwania krasnoluda zajęły im kolejne dwa dni chodzenia po mieście, wypytywania, przekupywania, a czasem nawet i grożenia. Ustalili, że Thulgrim najwięcej czasu spędził w Krasnoludzkiej Kwarcie, której mieszkańcy z oczywistych względów nie chcieli zbytnio współpracować ze wścibskimi ludźmi. Jednak zgromadzone informacje jasno wskazywały, że były majster budowy zawitał do wielu kupców w celu uregulowania rozmaitych należności rodzinnych.

Sigfrieda, jako łowczyni nagród mająca już doświadczenie w znajdywaniu osób nie chcących zostać odnalezionymi, obrała sobie dogodne miejsce do obserwacji – główne przejście łączącą krasnoludzką część miasta z jego resztą – i tam też postanowiła czekać, aż wreszcie trafi na Thulgrima.

Po wielu godzinach i powoli narastającej irytacji jej cierpliwość została nagrodzona. Dojrzała krasnoluda paradującego z pokaźną skrzynią na ramieniu. Rzuciła kilka miedziaków jednemu z wszędobylskich, miejskich dzieciaków, aby zaniósł wiadomość do reszty towarzyszy w karczmie, sama zaś postanowiła śledzić podejrzanego.

Thulgrim odwiedzał rozmaite kupieckie stragany i wszystko wskazywało, że szykuje się na wyprawę. Zaopatrzył się w broń, niezbędny prowiant oraz ekwipunek podróżny. Reszta drużyny odnalazła Sigfriedę podążającą śladem krasnoluda, który zdawał się być zbyt zatopiony we własnych myślach, aby zwracać uwagę na świat wokół niego. Nie pozostało im nic innego, jak tylko osaczyć go z czterech stron i odzyskać skrzynię wraz z zawartością, lub przynajmniej tym, co z niej wciąż pozostało.

– Koniec tego. Czas oddać co ukradłeś – Sigfrieda, niewiele wyższa od krasnoluda, stanęła przed nim sama, podczas gdy pozostał trójka drużyny zaszła mu drogę z pozostałych trzech stron.

– Ukradłem?? Ja ukradłem!?! – Ryknął gniewnie Thulgrim. Nie takiej reakcji się spodziewali.

– To mnie okradziono! Mnie i moją rodzinę! – Kontynuował czerwony ze złości krasnolud – Myślicie, że skąd Rutger z Johanną wzięli pieniądze na budowę? Krętactwa, oszustwa i kłamliwe, ludzkie prawa. Ogłaszanie bankructw i nowe spółki, aby umorzyć długi wobec moich dzieci i jednocześnie zatrzymać ich złoto! – Thulgrim niemal cały trząsł się ze złości, z pianą na ustach zdawał się niemal puszczać kłęby dymu z nozdrzy pomimo braku dotąd zawsze obecnej fajki. – Tak, ukradłem, ale tylko to co mi skradziono!

– Ale to wciąż niehonorowe – wypaliła Eike, przerywając krasnoludowi w pół zdania.

– Nie waż mi się mówić o honorze! Zrobiłem, co trzeba było, dla rodziny. A teraz zrobię, co trzeba, dla honoru. – W ostatnim zdaniu w głosie krasnoluda nie było już gniewu, lecz tylko smutek i ponura determinacja.

Sigmund nie wiedział, jak mógł tak późno zrozumieć, co dzieje się tuż przed jego oczami. Sam spędził lata u krasnoludzkiego majstra i pewne rzeczy powinny być dla niego oczywiste.

Stanął przed Thulgrimem i wypowiedział kilka szorstkich słów w nieznanym towarzyszom języku. Krasnolud zadarł brodę wysoko, odpowiadając na spojrzenie czarodzieja zeszklonymi oczami. Wymówił jedno słowo, po czym zapadła cisza. Chwilę jeszcze alchemik i krasnolud mierzyli się wzrokiem, po czym Thulgrim odwrócił się i odszedł, na jednym ramieniu wciąż niosąc skrzynię, na drugie zarzuciwszy ekwipunek na wyprawę. Nikt z drużyny nie odważył się go zatrzymać.

– Co się stało? Co mu powiedziałeś? – Zapytała cicho medyczka.

– Życzyłem mu godnej śmierci – odpowiedział alchemik.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”