Okiem MG – 01 Dar Morra

W tym wpisie, zgodnie z sugestią jednego z czytelników, postaram się spojrzeć na przygodę z jedynej słusznej perspektywy: z perspektywy Mistrza Gry. Mam nadzieję, że pomoże to innym przygotowującym własne scenariusze, a i mi pozwoli na refleksję z nadzieją, że kolejne sesje zyskają dzięki temu na jakości. Opiszę wam jakie były założenia poszczególnych elementów przygody oraz jak zareagowali na to gracze i na ile udało im się wszystko zepsuć.

Założenia sesji

Zacznijmy od tego, że była to nasza pierwsza przygoda i to w wielu znaczeniach tego słowa: pierwsza w tym składzie, pierwsza na zasadach nowej edycji, wreszcie dla niektórych, pierwsza w ogóle styczność z RPG.

Planowałem względnie prostą sesję drogi, w której główny nacisk położony był na konflikt między graczami a naturą w postaci nieubłaganie zbliżającej się Wissenlandzkiej zimy, z (mam nadzieję) zaskakującym finałem w krasnoludzkich podziemiach.

Biorąc pod uwagę fakt, że część drużyny nigdy nie miała szczęścia poznać uniwersum Warhammera, staram się do tej i do kolejnych przygód wplatać różne elementy pokazujące bogactwo historii, ras i innych motywów młotkowego uniwersum. Oczywiście mając nadzieję, że i starzy wyjadacze znajdą coś dla siebie.

Dodatkowo zdarza mi się wpleść elementy znane z innych gier, filmów, bądź historii. Wszak Warhammer zawsze słynął z podbierania co ciekawszych pomysłów z innych źródeł i sam nie zamierzam rezygnować z tej chwalebnej tradycji.

Ponieważ wszyscy bohaterowie to względnie młodzi i niemajętni ludzie, pieniądze były ich pierwszą i oczywistą motywacją. Dwie postacie należą do klasy Wędrowców, zatem nie bałem się, że mi drużyna zamarznie gdzieś po drodze. Dopiero podczas sesji zdałem sobie sprawę, że umiejętność Sztuka Przetrwania” opiera się na Inteligencji i ze zdziwieniem odkryłem, że najwyższy poziom tej umiejętności prezentował nie kto inny, jak drużynowy czarodziej, a nie, jak można by sądzić, strażnik dróg, bądź łowczyni nagród.

Podróż i karczma

Ponieważ sam nie przygotowywałem żadnego scenariusza od wielu lat, postanowiłem zacząć powoli, wbrew modnemu trendowi rzucania graczy od razu w wir akcji. Zaczęliśmy więc spokojną podróżą, aby gracze mogli się oswoić ze swoimi postaciami, starając się je odgrywać i porozmawiać ze sobą.

Pojawiły się pierwsze rzuty na Percepcję, głównie po to aby pokazać graczom mechanikę w akcji i żeby wiedzieli gdzie i czego szukać na kartach postaci. Chociaż już na pierwszym krótkim postoju Sigmund zaczął kombinować ze splataniem magii, aby uprzykrzyć życie Eike, co zmusiło mnie do refleksji nad tym, jak szybko będę zmuszony spalić go na stosie.

Wieczór w gospodzie dał graczom już więcej możliwości do interakcji, na scenę weszli nowi bohaterowie niezależni, z których wielu pojawi się w późniejszej części scenariusza, lub w kolejnych przygodach.

Panowie z uporem testowali mechanikę hazardu, podczas gdy Eike miała szansę dowieść swojej wartości jako lekarz. Dodatkowo wykonaliśmy trochę rzutów opartych o ogładę i spostrzegawczość, tak aby każdy wiedział czego się spodziewać gdy bierze kości do ręki, oraz gdy chce wyciągnąć garść informacji z BNa.

Sam pomysł na karczmę: miała dać graczom względnie bezpieczne miejsce pełne ciepła i radości, jak również przedstawić im niziołki – zawsze gadatliwe z pokaźną rodziną i gromadką dzieci. Jednak pewne detale sugerowały zbliżające się zagrożenie. Zwłaszcza choroba Esmeraldy oraz postać Karla wybitnie nie pasująca do tego sielskiego obrazka. Dodatkowo inni podróżni również nie byli przypadkowymi ludźmi, wszak mało kto decyduje się na podróż wraz z początkiem zimy. Ponieważ względnie niedaleko znajdują się również ruiny browaru Bugmana, był pretekst aby przedstawić graczom najznamienitszy z trunków Starego świata.

Napad na drodze

Scena z atakiem na dyliżans miała za zadanie zburzyć wreszcie spokój sesji (rzuty na atletykę, oraz niewielkie obrażenia dla tych, którym się nie powiodły), oraz dać graczom pretekst i motywację do działania z powodu odnalezionych, tajemniczych kluczy. Dyliżans oczywiście był zaopatrzony we wszelkie, niezbędne do przetrwania zapasy, wszak dopiero co stworzone postacie mają raczej ograniczony ekwipunek. Tu było również miejsce na pierwszą, ważną decyzję graczy: wrócić na miejsce zasadzki, czy podążać dalej, pozostawiając nieznanych sprawców za plecami?

Ciekawość, czy może ostrożność, wzięła nad graczami górę – po dłuższej dyskusji powrócili na miejsce napadu. Oczywiście, skradając się przez las tak, aby nikt ich nie zauważył, ale szli tam, gdzie powinni.

Samo miejsce napadu stanowiło zagadkę. Zwłoki zarówno bandytów jak i goblinów chociaż sugerowały co się wydarzyło, nie dawały jednak jasnej odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dodatkowe znaleziska takie jak stara mapa, miały powoli przedstawiać historię pewnych minionych wydarzenia, oraz zapowiedź tych, które dopiero nadejdą na kolejnych sesjach jak i utwierdzić graczy w przekonaniu, że całe to wydarzenie nie jest jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Natomiast znalezione złote korony miały zmotywować drużynę do podążania śladami goblinów, co dałoby szansę na przetestowanie mechaniki podczas pierwszej walki, oraz pozwolić im zdobyć dodatkowe informacje zachęcające do odnalezienia starego kasztelu. Zresztą same monety datowane na panowanie Magnusa Pobożnego, również będą powracającym tropem w kampanii.

Zakładałem, że strażnik dróg i łowczyni nagród z chęcią podąża śladem zielonoskórych i ich więźnia pociągając resztę drużyny za sobą. Gobliny wydawały się dobrym przeciwnikiem na pierwszą walkę – relatywnie słabe, jednak liczne i przebiegłe mogły rzucić wyzwanie graczom. Planowałem, że bohaterowie odnajdą zielonoskórych podczas pojedynku dwójki największych z nich, o to, kto zostanie nowym szefem bandy. Świetna okazja do ataku ze strony graczy, lub do uwolnienia więźnia podczas gdy zieloni są zajęci własnymi sprawami.

Droga do kasztelu

Niestety gracze postanowili być rozsądni i udać się w kierunku przeciwnym do tego w którym spodziewali się zastać przeciwników, co wzbudziło we mnie głęboki niepokój, że szlag trafi cały mój misterny plan, a drużyna grzecznie pójdzie do kolejnej wsi, za nic mając sobie cały scenariusz.

Na szczęście pojawił się – specjalnie przygotowany na taką okoliczność – Rupert, a jego wzmianka o skarbie nakierowała drużynę na właściwe tory. Prawdę powiedziawszy spodziewałem się, że gracze zabiją go na miejscu, lub przynajmniej odstawią do jakiejś strażnicy jako współsprawcę napadu.

Jednak z jakiegoś powodu gracze polubili młodzieńca. Zaopiekowali się nim, a ostatecznie nawet hojnie wynagrodzili za informację i pomoc jaką był im wstanie zaoferować. Od tego momentu Rupert że wsi Hëuten jest największym fanem drużyny, zatem nie pozostawało mi nic innego, jak przyjąć jego imię na potrzeby tego bloga.

Podczas samej drogi gracze mieli okazję do wykazania się rzutami na Sztukę Przetrwania, w celu pozyskania żywności po zjedzeniu pocztowych gołębi (o których myślałem, że zostaną wykorzystane do próby sprowadzenia pomocy), szukanie dogodnego miejsca na nocleg oraz Odporność podczas trudów forsownego marszu w bardzo niesprzyjających warunkach.

Stary kasztel i kopalnia

Cały pomysł z kasztelem opierał się na założeniu, że Stary świat rzeczywiście jest stary. Dlatego starałem się to wszystko zrobić tak, aby miało sens i wynikało jedno z drugiego:

Meteoryt – fragment Morrslieba spadł tu dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy lat temu, tworząc krater. Kolejne tysiąclecia mijały, trzęsienia ziemi i powolna erozja sprawiły że znalazł się on gdzieś pod powierzchnią ukryty przed światem.

Oczywiście do czasu, aż pojawiły się krasnoludy, które wybudowały kopalnie i zaczęły pozyskiwać wszelkie kosztowności z ziemi, aż same natrafiły na wielką kule spaczenia. Krasnoludy, chociaż same względnie odporne na mutację, postanowiły uporać się z problemem pieczętując go w specjalnej komnacie.

Komnata działa trochę na zasadzie magicznej klatki Faradaya (starożytny krasnoludzki klan kowali run). Runy na jej wewnętrznych i zewnętrznych ścianach zasilane magia sącząca się z meteorytu uniemożliwiają jej wycieknięcie na zewnątrz komnaty, jednocześnie wzmacniają całą konstrukcję czyniąc ją niemal niezniszczalną od zewnątrz konwencjonalnymi metodami.

Cała kopalnia została potem zalana wodą. Zastanawiając się nad tym jak działają krasnoludzkie twierdze, szybko doszedłem do wniosku, że brodacze muszą być absolutnymi mistrzami jeżeli chodzi o całą kwestie wodno-ściekową.

Oczywiście później nastała Wojna o brodę. Minęły kolejne stulecia, zapomniano o kopalni, a pieczętujące ją klucze znalazły się w różnych stronach świata.

Wreszcie nadszedł czas Lazarusa i Leorica, których historię bezwstydnie ukradłem z pewnej serii gier zgodnie z najlepszymi tradycjami WFRP, jednocześnie wszystko odpowiednio przycinając pod swoje potrzeby.

Jednak najpierw drużyna musiała dostać się do kasztelu po tafli zamarzniętego jeziora. Tutaj poprosiłem o rzut:

1k100 > BS + BWt + Aktualne obciążenie = wszystko ok
1k100 < BS + BWt + Aktualne obciążenie = lód zaczyna pękać pod postacią

W wypadku niepowodzenia planowałem wykorzystać zasady pościgu, gdzie postać uciekałaby przed pęknięciami lodu, a przy kolejnym niepowodzeniu musiałaby liczyć na dobre rzuty na atletykę, lub pomoc kompanów. Potem oczywiście dodatkowe rzuty na odporność (btw: w nowej edycji kampanii Wewnętrzny Wróg pojawił się nawet opis choroby przeziębienie – common cold). Niestety, gracze bez większych przeszkód pokonali tę przeszkodę. Cóż… Nie można mieć wszystkiego.

Sam kasztel dał graczom dostęp do notatek, które jeszcze okażą się przydatne w odkrywaniu historii tego miejsca, jak i samej postaci Lazarusa. Ruiny starego kasztelu, były świadectwem pierwszego uwięzienia Maga Niebios w komnacie z ogromną ilością spaczenia pod ręką. Próbował się on wydostać używając jednego z bardziej znanych młotkowych zaklęć: Kometa Kasandory, jednak był uwięziony zbyt głęboko pod ziemią, aby udało mu się odzyskać w ten sposób wolność. Dodam tutaj, że komnata potrzebuję trochę czasu zanim zacznie szczelnie blokować przepływ magii i dlatego Lazarus mógł sobie pozwolić na rzucanie gwiazdami, jakby świat się kończył.

Kapłanka

Na scenę ponownie wkroczyła Agatha, tym razem w dużo poważniejszej roli wybranki Sigmara przywodzącej na myśl siostry z Mordheim, czy nawet te z WH40K. Sama wykonywała właśnie zadanie z rozpalaniem ognia w okolicznych kapliczkach, również bezczelnie ukradzionego z pierwszej części słabo znanej serii gier komputerowych.

Agatha miał nie tylko pomóc graczom oraz udzielić im dodatkowych informacji, ale również wprowadzić na sesję temat boskiego panteonu. Wszystko to, co postacie graczy zrobiły na sesji było ich decyzją, jednak z jej perspektyw kierowani byli właśnie wola Sigmara, aby pomóc jej osiągnąć cel “oczyszczenia” tego miejsca.

Stojąca sama naprzeciw hordy goblinów, miała również być ukłonem w stronę bardziej heroicznej części Starego Świata, w którym wszak istnieją postacie takie jak Gotrek czy Teclis, a może i postacie graczy kiedyś zbliżą się do podobnego poziomu doświadczenia i “mocy”. To, czy celem samego Sigmara było właśnie wybicie hordy goblinów za pomocą piątki ludzi, to już inna sprawa.

Same gobliny oczywiście nie mają powodu, aby interesować się spaczeniem, jednak rozpoczęcie osuszania kopalni, a potem otworzenie komnaty mogło na tyle wpłynąć na okoliczne wiatry magii, aby zesłać zielonoskórym szamanom wizję od Gorka i Morka. Spaczeń może być zbędny goblinom, ale dobra walka jest zawsze mile widziana. Zatem wszystkie okoliczne plemiona zielonoskórych zostały ściągnięte do kasztelu.

Licz na pierwszej sesji?

Konfrontacja z Lazarusem z założenia nie mogła być sprawiedliwa, Astromancer był praktycznie liczem. Chociaż nie wykonał odpowiednich rytuałów, to jednak bardzo zdolny i chorobliwie ambitny czarodziej nie zgodził się na to, aby po prostu umrzeć, przez dziesięciolecia więc wykorzystywał źródło mrocznej magii aby utrzymać się przy życiu, będąc nieubłaganie przez nią zmienianym.

Nie planowałem, aby brał on czynny udział w walce, zbyt łatwo byłoby zabić całą drużynę, zatem postanowiłem, że po 70 latach „drzemki” jeszcze nie do końca rozbudzony ograniczy się do wykorzystania sianej przez siebie Grozy, oraz zaklęć wskrzeszających straż hrabiego, a jeżeli trzeba by było, to i samego Leorica. Trochę szkoda, że Król Szkieletów nie miał okazji pojawić się na sesji, ale może w przyszłości zapuści się do tych podziemi jeszcze jakiś śmiałek w poszukiwaniu tajemniczego skarbu skrytego pod ziemią.

Na szczęście gracze wykazali się przytomnością umysłu i postanowili nie toczyć walki z nieumarłymi w komnacie pełnej spaczenia, co pozwoliło zminimalizować liczbę zdobytych punktów korupcji.

Jakie były efekty decyzji graczy?

Cóż, o ile zagrożenie ze strony zielonoskórych nie powinno zagrażać okolicznym ziemiom w najbliższym czasie, o tyle wysadzenie sporej ilości spaczenia wraz z “nie do końca umarłym” czarodziejem pozostawia wiele otwartych możliwości.

Dodatkowo postacie, chcąc nie chcąc, pojawiły się na radarze wielu wpływowych ludzi odpowiedzialnych za klucze, dyliżans, jaki i przygotowany napad, którzy z pewnością upomną się o to, co im się należy.

Ostatecznie bohaterowie uciekli i tylko szósty zmysł Sigmunda wyjawił, że nie wszystko co znaleźli w kopalni zostało tam na zawsze. Przetrwali jednak chrzest ognia i nauczyli się na sobie polegać, wszak któż inny uwierzyłby w bajania o krasnoludzkich kopalniach, grobowcach i hordach goblinów.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, że teraz dobry rok po sesji wciąż prowadzę tę kampanię, to z pewnością można stwierdzić, że się udało. Oczywiście nie obyło się bez problemów i improwizacji, ale takie już życie MG.

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że przygodę lepiej byłoby podzielić na dwie osobne sesję. Końcówkę dogrywaliśmy na szybko, bez zbędnej mechaniki, opierając się na storytellingu – było już późno w nocy, a przecież następny dzień wymagał od niemal wszystkich pojawienia się w pracy o nieprzyzwoicie wczesnej porze.

Mam nadzieję, że taka forma opisu przygody, pomoże innym MG bardziej niż zwyczajowa proza pojawiająca się na tym blogu, którą oczywiście z pewnością będę kontynuował. Jeżeli natomiast macie jakieś dodatkowe pytania, to zachęcam do komentowania.

Niech Sigmar was błogosławi!

Spis treści
Inne przygody

4 odpowiedzi do “Okiem MG – 01 Dar Morra”

  1. Dzięki za ten wpis! Niewiele jest takich z perspektywy MG, mogłem się z niego czegoś nauczyć. Bardzo dobrze się to czyta i pojawiają się aspekty budowania dynamiki, dopasowywana fabuły do poczynań graczy i mechaniki. Będę czytał dalej. 🙂

    1. Miło to słyszeć, będę dalej pisał takie (i inne) rzeczy, zatem witamy na pokładzie i dzięki za komentarz, mam dzięki niemu dziś +10 do stats’ów (może z wyjątkiem percepcji, ponieważ moje rozdmuchane ego może mi trochę przesłaniać obraz świata) 😀

  2. To bardzo fajny pomysł. Taki opis z punktu widzenia MG to rzadkość. Szczególnie, że nie ograniczyłeś się do „było trudno, ale fajnie”, tylko podzieliłeś się przemyśleniami i przeanalizowałeś, ku uciesze czytelników, przebieg sesji. A najciekawiej chyba wypadło porównanie zamierzeń z faktycznym przebiegiem sesji. Dzięki wielkie 🙂

    1. Cieszę się, że się przydaje 😉
      BTW: Czy myślicie, że tego typu teksty, bez otoczki w postaci opisów z perspektywy bohaterów, wciąż będą czytelne i zrozumiałe dla was i innych MG?
      Ostatnio robimy sporo rzeczy na bloga i kanał na YouTube, a „opisanie” jednej przygody prozą zajmuje mi jakieś dwa miesiące, więc zastanawiam się jak najlepiej spożytkować czas, którego nawet pomimo kwarantanny wiecznie mi brakuje 😉

Pozostaw odpowiedź Rupert ze wsi Heüten Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *