#83 Myrmidia, czyli strategia, zemsta i honor

Z dala od barbarzyńskiej północy zwanej Imperium, Tilea i Estalia od wieków spierają się o rodowód córki Morra i Vereny. Bogini: piękna, cywilizacji, oraz sztuki wojennej znana jest w głównej mierze na ziemiach Sigmara dzięki Zakonowi Rycerzy Gorejącego Słońca, jednak dziś postaramy się przybliżyć odrobinę jej sylwetkę, towarzyszące jej legendy, oraz opiewający ją kult, wraz z mnogością odłamów i zakonów jakie go tworzą.

#81 Hexensnacht, czyli noc wiedźm

Hexensnacht, czyli ostatni dzień kalendarza Imperium, to specyficzne święto, które przychodzi nieubłaganie każdego roku. Dlatego dziś zastanowimy się, w jaki sposób można wykorzystać ten fakt do czegoś innego, niż tylko straszenia graczy pełnią obu księżyców.

Krasnoludy

Wzloty, upadki, namiętności i tragedie

Stary krasnolud szedł powoli, każdy kolejny krok ciążył mu jak sumienie. Delikatny podmuch chłodził jego świeżo podgoloną głowę, którą zdobił imponujący czub. Podmuch ten niósł ze sobą zapach ziemi i butwiejących roślin mieszający się z zapachem wołowego łoju, jakim usztywniono pozostałe na głowie krasnoluda włosy. Do tego drugiego niebawem się przyzwyczai.

Punkty odniesienia pozwalające zapomnieć o prawdziwej skali istnienia

Krasnolud szedł korytarzem wykutym w skale, w jednej ręce niosąc pochodnię, druga spoczywała na medalionie zwisającym z jego szyi na solidnym, złotym łańcuchu. Płomienie pochodni odbijały się od śliskich ścian tunelu znacząc krwistymi śladami drogę Dawi, na którego czekało jeszcze kilka zakrętów. Medalion w jego ręku drżał lekko.

Złudzenia zbudowane by ukryć się przed rzeczywistością

Podmuch przyniósł coś jeszcze. Krasnolud zmarszczył szeroki nos, wciągając powietrze. Kwiaty? W podziemiach? Dawi ruszył powoli w stronę kolejnego załomu, medalion w jego dłoni drżał teraz rytmicznie.

Tylko czas jest stały

Za kolejnym zakrętem delikatna poświata oświetla jedną ze ścian chodnika. Pochodnia spada na ziemię, stary krasnolud stawia kolejne kroki. Dłoń zaciśnięta na amulecie. Do celu już niedaleko. Jeszcze tylko kilka kroków.

Przyjdź do mnie

Jego oczom ukazuje się kryształowy sarkofag umieszczony na kamiennym katafalku. Poświata pulsuje, krasnolud mruży oczy. W kryształowym więzieniu zamknięta młoda kobieta, usta na wpół otwarte, szata delikatnie faluje na piersi.

Wiem, że tego chcesz

Komnatę zalewa złote światło.

Już czas

Powrót

Skaveni

„Szybciej, szybciej,” pisk szarego proroka odbijał się echem od ścian szerokiego korytarza skąpanego w zielonkawej rzucanej przez porozwieszane w nim latarnie, mieszając się ze szczękiem oręża i skrzypieniem ekwipunku. Ze swojego miejsca na tronie niesionym przez czterech potężnych ochroniarzy, Skreerikk widział czoło kolumny, które właśnie znikało za najbliższym zakrętem.

„Szybciej, tak, tak, już blisko,” pazury szczuroczłeka zaciskały się na zdobionym oparciu fotela, a on sam wychylony był do przodu, jakby to on pierwszy chciał zobaczyć cel wyprawy. Stado czuło woń ekscytacji. I wojny.

„Przeklęte brodate-rzeczy. Nie być pierwsi-pierwsi. Nie zabrać mi to, co jest moje, moje!” Skreerikk sięgnął po pleciony skórzany bat, który do tej pory zwinięty leżał u jego stóp. „Przeklęte, przeklęte brodate mięso.”

Powietrze przeciął trzask bata, który strzelił nad ostatnim szeregiem wojowników sunących przed jego lektyką. Szereg ten rzeczywiście nieznacznie przyspieszył, na tyle by nie wpaść na wojowników idących przed nimi. Skreerikk, dla pewności, strzelił z bata jeszcze raz.

Tym razem jednak trzask uderzenia nie urwał się tak szybko, jak się rozpoczął. Zawisł w powietrzu lekkim basowym drżeniem, narastającym stopniowo, ale stale. Kiedy lektyka minęła zakręt Skreerikk był już pewien, że dźwięk ten niesie się korytarzem i podejrzewał, że może mieć swoje źródło u celu ich wyprawy.

„Nie, nie, przeklęte brodacze rzeczy! Szybciej, szybciej!” Szary prorok ciskał przekleństwa, ale gubiły się one w ogólnym pisku i zamieszaniu, jakie opanowało pierwsze szeregi. Dźwięk przybierał na sile, powietrze drżało. Jedna z drewnianych belek zabezpieczających korytarz pękła, ze sklepienia oderwał się fragment skały przygniatając kilku wojowników. Pozostali zaczęli w nieładzie cofać się, dźwięk stawał się coraz głośniejszy. Kiedy spadły kolejne głazy, część szczuroludzi rzuciła się do ucieczki ignorując uderzenia bata, którymi Skreerikk starał się utrzymać szyk, ale po chwili fala uciekających przed skałami szczuroludzi zabrała również jego lektykę.

„Za późno, późno! Przeklęte brodate rzeczy być pierwsze! To jeszcze nie koniec, koniec!”

Krzyk szarego proroka gubił się w ogólnym zamieszaniu.

Powrót

Norska

Zdobione wizerunkami mitycznych stworzeń długie łodzie stały wyciągnięte na brzeg przy zakolu rzeki. Pilnowało ich tylko kilku pechowych norsmenów, którzy z utęsknieniem patrzyli w kierunku nieodległego wzgórza, na którego szczycie płonęło potężne ognisko. Cienie powbijanych wokół niego na pale łbów zwierzoludzi układały się na trawie wokół ognia jak szprychy wokół piasty.

Przy ognisku zebrała się reszta pozostałych przy życiu wojowników. Bogato zdobiony bretoński puchar, któremu brakowało już jednak kilku szmaragdów, krążył pomiędzy zebranymi. Wielu zginęło, ale łup był godny. Obciążone longskipy wyruszą w długą drogę powrotną na północ wraz z porannym przypływem.

Kielich nieubłaganie zbliżał się do siedzącego na podwyższeniu jarla. Zgodnie ze zwyczajem to on napełniał go po brzegi, wznosił toast i jako pierwszy wypijał haust piekącego szczęścia. Później naczynie krążyło wśród ludzi i miało wrócić do niego. Jarl już pięciokrotnie dawał zadość tradycji. Za każdym razem południowe brandy smakowało mu mniej. Podczas gdy jego ludzie świętowali bawiąc się, pijąc i grając w kości o łupy, jego duszę ogarniało poczucie beznadziejnej pustki. Pustki, którą czuł już wcześniej, ale nigdy jeszcze nie była tak głęboka. Nie zapełniły jej łupy. Nie zapełniła jej przelana krew ani trupy przeciwników. Nie zapełni jej też zdobyczne brandy ani świętowanie przy ognisku. Nie przepłynął połowy świata, by świętować. Zrobił to z powodu przepowiedni, która miała zapełnić tę pustkę. Przepowiedni, która paliła go teraz swoim brakiem.

Kielich wrócił do jarla, który bez entuzjazmu napełnił go po raz kolejny. Nie chcąc dać po sobie niczego poznać wstał i zmusił się do tego, by się uśmiechnąć.

„Za tą wyprawę i za powodzenie kolejnych!” Jarl uniósł kielich, po czym pociągnął z niego długi łyk.

Brandy nie miało smaku.

Powrót

Bretonia

„Zawiodłem cię pani…” Sir Tristan d’Alembert klęczał przed kobiecą postacią w powłóczystej sukni w kwiatowe wzory. Jej długie blond włosy wyglądały jakby falowały na wietrze, choć drzewa otaczające leśną polanę, na której się znajdowali, wydawały się być spokojne. Jesienne słońce znikało już za wierzchołkami drzew, a cykady zaczynały już swój wieczorny śpiew. Na obliczu kobiety pojawił się tajemniczy uśmiech.

„Nie zdobyliśmy klucza, nie mamy tarczy,” bretoński rycerz kontynuował swoją samoosarżycielską litanię. „Gdyby nie te przeklęte…”

„Wystarczy,” przerwała mu kobieta kładąc dłoń na jego opuszczonej w dół, kędzierzawej głowie. „Spisałeś się dobrze.”

„Nie rozumiem, pani,” ośmielony ciepłem jej dłoni sir Tristan zdobył się na to, by podnieść lekko wzrok, który natrafił na dwie splecione łodygi polnych kwiatów zwieńczone różnobarwnymi kielichami na jej szacie. „Przecież zawiedliśmy.”

Kobieta podniosła dłonie, a jej ciało uniosło się lekko w górę. Wydawało się, że klęczący przed nią rycerz z każdą chwilą stawał się coraz mniejszy.

„Byłeś tam, gdzie miałeś być, wtedy, kiedy miałeś tam być,” jej głos, do tej pory łagodny i cichy, zagrzmiał teraz z wysokości. „Dokładnie tak, jak powinno być.”

Powrót

Imperium

„Przeklęci zdrajcy!” ryknął książę rzucając zgnieciony raport w kąt namiotu dowodzenia. Zebrani w nim doradcy zadrżeli. „Czemu nikt tego nie przewidział?”

„Mój panie,” na odwagę zebrał się stary pułkownik z ręką na temblaku, który przywiózł wieści o zdradzie. „Tego nikt nie mógł się spodziewać.”

Książę oparł się obiema dłońmi o stół. Jego wzrok spoczął na mapach sztabowych, na których porozstawiane były figurki reprezentujące jego wojska.

„A jednak mogliśmy wziąć pod uwagę również taką ewentualność,” wzrok księcia zaczął krążyć po zebranych w namiocie notablach. Zatrzymał się na Dietriechu Wanke, koncepiście drugiego stopnia książęcej kancelarii, który stał z pochyloną głową przesłaniany częściowo przez masywny lichtarz, w którym osadzone były świece oświetlające wnętrze namiotu. „Ty. Podejdź bliżej.”

Dietriech nie lubił publicznych wystąpień. Nie był też przekonany do pomysłu, by jechać z armią do Księstw Granicznych. Wolał swoje książki i dokumenty. Ale pan każe, sługa musi. Teraz niemrawo wyszedł przed wszystkich oficerów i dygnitarzy, którzy zebrani byli w namiocie dowodzenia.

„Ostrzegałeś, żeby nie ufać nikomu,” zwrócił się do niego książę.

„Mój panie, jestem tylko koncepistą, nie strategiem,” odpowiedział zmieszany Dietriech. „Nie znam się na woj…”

„Ale miałeś rację,” bezceremonialnie przerwał mu władca. „Tak jak miałeś rację w przypadku klucza,” książę wbił w niego swój sokoli wzrok. „Co według ciebie stanie się teraz?”

„Mój panie, podczas wyprawy udało się zdobyć wiele nowych informacji, jednak końcówki szyfru Van Leeuwena, nie udało mi się złamać. Nie jestem nawet pewien, czy jest to szyfr. Nie wiem, co…”

„Nie pytam o pisma. Pytam o to, co uważasz, że wydarzy się po tym, jak wydarto nam klucz.”

Pytanie zawisło w powietrzu. Dietriech przełknął ślinę.

„Będą próbowali ją uwolnić. Skutki mogą być katastrofalne.”

„Musimy się więc przegrupować,” powiedział książę. „W jakimś bezpiecznym miejscu.”

Władca powolnym ruchem ręki przewrócił połowę figurek stojących na stole.

Powrót