2. Echa przeszłości

15.02.2511 KI, kilka godzin drogi od wsi Grausee

– Ładnie i praktycznie – Eike lubiła myśleć o swoim ubiorze. Sznury kolorowych korali i skromna tunika były jej równie nieodzowne, co torba na ramie wypchana najpotrzebniejszymi i jednocześnie najtańszymi medykamentami. Na torbę lekarską z prawdziwego zdarzenia nie było jej jeszcze stać, ale miała nadzieję zmienić to w najbliższej przyszłości.

Przedzierała się leśną drogą wraz z resztą drużyny i załogą barki, która niedawno w widowiskowy sposób zakończyła swoją karierę i przeniosła się do Krainy Wiecznych Spokojnych Rzek. Obarczona wszelkimi zapasami, jakie udało się uratować i wyłowić, pocieszała się słowami strzygańskich współtowarzyszy, że Rutger i jego wspólniczka uczciwe płacą za wykonaną pracę.

Wędrówka przez las przypomniała jej czasy dzieciństwa, gdy „pomagając” ojcu myśliwemu poznawała wszystkie leśne ścieżki w okolicach Wahensalle. Wspomnienie ojca jak zawsze wywołało najpierw uśmiech na twarzy dziewczyny, a potem zmywającą wszelką radość falę smutku na myśl o rodzinie, której już nigdy nie zobaczy.

Idąc tak zatopiona we wspomnieniach w końcu zauważyła, że ponury nastrój udzielił się nie tylko jej. Wszystkie rozmowy tej pieszej karawany dawno ucichły, a odgłosom ich kroków towarzyszyły tylko szum rzeki i skrzypienie drzew, skutecznie zresztą tłumione przez wieczorną mgłę. Pogrążona w myślach przestała zwracać uwagę na otoczenie.

– Jesteśmy na miejscu! – Tryumfalnie oświadczył Rutger.

Rzeczywiście, nad brzegiem stalowoszarego jeziora rozpościerała się polana z placem budowy nowego młyna. Wszelkiej maści materiały, drewniane bele oraz narzędzia leżały w nieładzie nieopodal wznoszonej konstrukcji. Z jednej strony placu ustawiono sprawiający wrażenie drogiego namiot, po przeciwnej stronie również nie należący do tanich okazały powóz, zaś na skraju polany rozłożyło się strzygańskie obozowisko. Całość, skąpana we mgle i poświacie wędrujących wysoko po niebie księżyców, z pewnością nie wyglądała przytulnie, a wznoszące się na pobliskim wzgórzu kamienne obeliski dopełniały tylko ponurej i przygnębiającej atmosfery.

– Thulgrim! Tutaj, dotarliśmy wreszcie – kupiec wymachiwał kapeluszem w dłoni i wyraźnie starał się zwrócić uwagę krasnoluda, który wreszcie postanowił podejść do przybyłych. Z zatkniętej między pożółkłymi zębami fajki wydmuchiwał dym w ilościach sugerujących, iż to on jest bezpośrednim sprawcą otaczającej obozowisko mgły.

– A „Trandafir”? – wydusił przez zęby krasnolud, nie pozwalając fajce na opuszczenie jego ust.

– Mieliśmy drobne problemy po drodze, barka stracona. Ale mamy skrzynię i większość zapasów – odpowiedział przepraszająco Rutger, podczas gdy dwójka strzygan postawiła pomiędzy nimi ciężką, drewnianą skrzynię z podwójnym zamkiem. Rutger wyjął spod kubraka klucz, wcześniej zawieszony u szyi i rzucił w stronę dymiącego krasnoluda.

– Zanieś to do Johanny i niech wypłaci tym ludziom należność w srebrze. Ja muszę odpocząć – dokończył kupiec i skierował się w stronę bogato zdobionego namiotu.

Sigmund wypowiedział kilka niezrozumiałych dla Eike słów w kierunku krasnoluda, ten zmierzył go od stóp do głów, w zamyśleniu drapiąc się po brodzie, aż wreszcie odpowiedział w tym samym języku.

– Dobra, chodźcie – krasnolud płynnym ruchem zarzucił sobie skrzynię na ramię i ruszył w kierunku powozu. – Thulgrim jestem, majster tej pożal się przodkowie budowy.

– Rzeczywiście, panuje tu pewien rozgardiasz – zauważył uprzejmie Sigmund.

– Rozgardiasz? Burdel, nie rozgardiasz. Miałbym czterech dobrych krasnoludów, to już dawno by stał tutaj: młyn, browar, a i burdel pewnie też. Wszystko otoczone, równym, kamiennym murem na dwanaście stóp. Ale nie! Uparli się na tę leniwą, strzygańską hałastrę… – tak pomstując na swój los, Thulgrim doprowadził ich do wielkiego, kupieckiego karawanu, stylizowanego na Tileańską modłę, i bez zbędnych ceregieli przywalił mocno pięścią w drzwi, wtachawszy uprzednio skrzynię po drewnianych stopniach.

Po kilku chwilach drzwi powozu stanęły wreszcie otworem, ukazując wnętrze podróżnej, luksusowej sypialni, wyposażonej nawet w toaletkę, która jednakże zasłonięta była postacią Johanny Stielgar. Wysoka blondynka, chociaż nie pierwszej młodości, z pewnością uchodziła za urodziwą. Aktualnie niestety zaspane oczy i rozmazany makijaż na wyraźnie przemęczonej i zdenerwowanej twarzy kobiety odejmowały jej nieco uroku. Werner bynajmniej nie zważał na tak nieistotne detale, już szczerzący zęby w znanym Eike uśmiechu.

– Czego chcesz, miałam nadzieję się wreszcie wyspać! – Rzuciła do Thulgrima bez zbędnego osładzania tonu.

– Rutger wrócił. Barka zatonęła. Ci ludzie pomogli przenieść towar, Rutger oczekuje, że ich wynagrodzisz. Dobrze wynagrodzisz… – równie oschłym tonem i rzeczowo odpowiedział krasnolud.

– Jeszcze tego brakowało, kolejne nieszczęście, a on dalej lekką ręką rozdaje nasze pieniądze na lewo i prawo – wzburzyła się Johanna, śląc zebranym błyskawice spod wciąż półotwartych powiek.

– Jednak umowa, to umowa – od razu dopowiedziała opanowana Eikę, a twarde spojrzenia reszty kompanii, bo przecież nie uśmiech Wernera sprawiły, że kupczyni postanowiła umowę honorować.

Nie dało się nie zauważyć, że Johanna otworzyła skrzynię z pomocą dwóch kluczy: tego który przyniósł krasnolud oraz własnego, zawieszonego na rzemieniu na szyi.

Jeżeli Rutger mówi, że na to zapracowaliście, to tak było. – Bez dalszych dąsów i marudzenia wypłaciła należne srebrniki. – A teraz polecam iść spać. Rano Thulgrim znajdzie wam jakieś zajęcie. Dobranoc!

Uznawszy, że rada Johanny jest jak najbardziej uzasadniona, Eike i reszta postanowili znaleźć stosowne miejsce na spoczynek. Tu z pomocą przyszli strzyganie, wieści o uratowaniu starej Vadomy, jak i zapach skwierczącej na ogniu ryby, szybko rozeszły się po obozie. Znalazły się i miejsca do spania, chociaż w spowitym mgłą obozowisku, wieczerza nie trwała długo, zabrakło radosnych pieśni i historii, za to nie brakowało przestróg o klątwach i urokach.

Eike wybrała w miarę zadowalające miejsce do spania i roztropnie schowała wszystkie swoje precjoza do torby, którą postanowiła wykorzystać jako poduszkę.

***

Nie miała już siły biec. Zapadała się w bagnie po łydki, które już od dawno przestały płonąć bólem. Teraz jej własne mięśnie odmawiały posłuszeństwa, nie potrafiła utrzymać ciężaru ciała w pionie. Trzask gałęzi za plecami.

– Ostatni zryw – pomyślała. – Wydostać się za te drzewa i będę w domu!

Nie ważąc się spojrzeć za siebie zerwała się do biegu, walcząc o każdy kolejny jard. Teraz całe drzewa pękały zaraz za nią w kakofonii trzasków, miażdżone ogromem goniącej ją bestii.

– Już prawie – nadzieja pojawiła się w jej sercu, lecz w tym samym momencie zdradliwe błoto wyślizgnęło się spod jej stóp i tylko kątem oka dostrzegła stojące w płomieniach miasteczko. Bestia ją dopadła.

– Nie! – zerwała się z ziemi z łomoczącym sercem, chcąc za wszelką cenę wydostać się z otaczającej ją, duszącej i zdradzieckiej mgły.

Dopiero po chwili i kilku głębszych oddechach uświadomiła sobie, gdzie jest. Obozowisko strzygan, plac budowy, tu i teraz.

***

– Dobra, starczy tego relaksu nad wodą – oznajmił Thulgrim wyraźnie skupiony na nabijaniu fajki, podczas gdy Eike wraz z towarzyszami kończyli śniadanie w postaci ryby z wczorajszej kolacji.

– Widzicie te kamienie? Trzeba je wykopać, żebyśmy mogli je potem wywieźć. Strzyganie marudzą cały czas o klątwach i urokach, i za żadne skarby nie chcą się zbliżyć do tego miejsca. Myślę sobie, że pozbycie się tego cholerstwa dobrze wpłynie na morale załogi, a wam zapewni dzień uczciwej pracy. – Eike nie potrafiła się zdecydować, czy wspomniana uczciwa praca boleśniej odbiła się na twarzy Sigmunda, czy Wernera? Obaj wyglądali równie mizernie, po zapewne nieprzespanej nocy. Cóż, widocznie nocne koszmary nie były tylko jej domeną.

Thulgrim osłodził jednak swoją wypowiedź wspominając o dodatkowej zapłacie. Żaden pieniądz nie śmierdzi, zatem cała czwórka udała się na pagórek ze sterczącymi kamieniami, uprzednio zabrawszy ze sobą z obozu niezbędne narzędzia. Werner zupełnym przypadkiem zdawał się szukać pretekstu, by zajrzeć do powozu Johanny. Niestety, niebiosa nie były dziś łaskawe, kupczyni przyjmowała właśnie jakichś gości z okolicznej wsi.

Kamienny krąg na wzgórzu składał się z sześciu wysokich na cztery stopy, grubo ciosanych granitowych bloków – umieszczonych w równych odstępach na niewidzialnym okręgu. W samym zaś środku wznosiła się wysoka na jakieś dziewięć stóp, ciemna, bazaltowa kolumna. Całość gęsto porośnięta mchem, jedynie centralny obelisk zdawał się opierać siłom natury.

– To musi tu stać od tysięcy lat – zauważyła Sigfrieda, podczas gdy zaciekawiona Eike uważnie oglądała obelisk z każdej strony. Zdawało się, że kiedyś nosił liczne ślady rozmaitych wzorów, a może nawet pisma, ktoś jednak z pomocą dłuta postanowił skuć wszystkie tego świadectwa, skazując twórców konstrukcji na zapomnienie. – Myślicie, że to dobry pomysł, ruszać to stąd?

– Nie ma co gdybać, zapłata i robota czekają. – Werner zrzucił z siebie koszulę i złapał za łopatę. – Nawet jeśli kiedyś dla kogoś było to ważne miejsce, zainteresowani pewnie wymarli setki lat temu. Z daleka widać, że to martwe jak… tysiącletni kamień. I tyle.

Na początku szło im opornie, drużyna nienawykła do takich zadań miała problemy ze zgraniem wysiłków. Z czasem praca szła coraz sprawniej, a kolejne kamienne bloki upadały na ziemię, starannie podkopywane u dołu i ciągnięte liną wedle szczegółowych instrukcji alchemika.

Ostatni, centralny blok przysporzył drużynie najwięcej problemów, jednak i on w końcu runął. Odsłonięte po raz pierwszy od zapewne setek lat dolne ściany obelisku okazały się pokryte prymitywnymi, jednak wciąż czytelnymi obrazami dalekiej przeszłości. Na szczęście osoby, które skrupulatnie i z takim zaparcie zniszczyły wszystkie dekoracje ponad powierzchnią ziemi, nie wzięły swoje pracy aż tak bardzo do serca, by grzebać również pod ziemią.

Eike wraz z Sigmundem rzucili się studiować znalezisko. Wyryte na długo przed narodzinami Sigmara rysunki opowiadały historię beczułkowatych stworzeń o trójkątnych głowach, historię podboju innych plemion, wziętych potem do niewoli, kreśliły wreszcie wielonogą i ogromną poczwarę oraz, wyróżniająca się na tle innych, postać z rogami i grzywą długich włosów, nad którą umieszczono ogromny kamień.

– Jeden pilnuje, reszta kopie! – Zakomenderowała podekscytowana lekarka, chwytając za szpadel. Nikt nie oponował, a Werner instynktownie stanął na czatach, obserwując z daleka obozowisko. Reszta z nową energią kopała w miejscu, w którym niedawno stał największy z kamiennych bloków.

Wreszcie, po kilku minutach wzmożonego wysiłku, łopata uderzyła o coś twardego. Już ostrożniej, właściwie rękoma odgarniając pozostałą ziemię, Eike zaczęła odsłaniać kolejne znalezisko. Zapadła cisza, wszyscy w skupieniu przyglądali się niepozornej dziurze w ziemi. A w niej dostrzegli, ni mniej ni więcej, tylko pozostałości starej, pożółkłej czaszki przyozdobionej wykrzywionymi, zwierzęcymi rogami, spod których błyskała złota moneta z otworem w środku. 

– O żesz… – wyszeptała Eike. Z jednej strony intuicja podpowiadała jej przecież, gdy zaczynali kopać, że nie jest to pierwsze lepsze miejsce i takie sobie zwykłe kamienie, ale z drugiej nie spodziewała się aż tak podejrzanie mrocznych odkryć tu, na spokojnej łące, w cieniu powstającego młyna. Z uwagą zaczęła studiować czaszkę, nie wyciągając jej jednak z ziemi. Niby ludzka, ale coś się nie zgadzało. Fragmenty odpadły, w innych miejscach coś na kształt zasuszonej skóry oklejało kości i sprawiało wrażenie dziwnych narośli. Zapatrzona i skupiona nie zauważyła nawet, gdy Sigfrieda i Sigmund zostawili ją sam na sam z rogatą czaszką. Prawdę rzekłszy, pochylając się i egzaminując ją ze wszystkich stron, nie dawała szansy pozostałym nawet na obserwację zza ramienia.

Może dlatego pozostała dwójka zaczęła w skupieniu przeczesywać okoliczną ziemię, co zaowocowało odnalezieniem pięciu kolejnych złotych monet. Sigmund zauważył, że jakość złota była raczej marna. Jednak to wciąż złoto. Może udałoby się znaleźć jakiegoś kolekcjonera, który z racji na wartość historyczną zapłaci więcej, niż wart jest sam kruszec?

– Dzień dobry panie majstrze! Melduję wykonanie zadania! – Zabrzmiało ostrzeżenie, niemal wykrzyczane przez Wernera. Sigmund fachowym ruchem schował monety w sakiewce, a Eike, wyrwana ze studium przypadku, z wyraźną pomocą Sigfriedy w pośpiechu przysypywała miejsce pochówku.

Thulgrim wydawał się całkiem zadowolony z ich pracy, a i strzyganie przestali się obawiać powalonych kamieni. Nawet sami ochoczo sprowadzili woły, aby wywieźć i pozbyć się teraz już niestrasznych obelisków.

Wiosenne słońce stało wysoko na niebie, przyjemnie grzejąc i rozpraszając wreszcie wszechobecną mgłę. Czy sprawił to wysiłek uczciwej pracy, czy też może złote antyczne monety w kieszeni? Tak czy owak świat wydawał się Eike dużo lepszy i pozytywniejszy, niż jeszcze kilka godzin wcześniej, o poranku.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

Okiem MG – 01 Dar Morra

W tym wpisie, zgodnie z sugestią jednego z czytelników, postaram się spojrzeć na przygodę z jedynej słusznej perspektywy: z perspektywy Mistrza Gry. Mam nadzieję, że pomoże to innym przygotowującym własne scenariusze, a i mi pozwoli na refleksję z nadzieją, że kolejne sesje zyskają dzięki temu na jakości. Opiszę wam jakie były założenia poszczególnych elementów przygody oraz jak zareagowali na to gracze i na ile udało im się wszystko zepsuć.

Założenia sesji

Zacznijmy od tego, że była to nasza pierwsza przygoda i to w wielu znaczeniach tego słowa: pierwsza w tym składzie, pierwsza na zasadach nowej edycji, wreszcie dla niektórych, pierwsza w ogóle styczność z RPG.

Planowałem względnie prostą sesję drogi, w której główny nacisk położony był na konflikt między graczami a naturą w postaci nieubłaganie zbliżającej się Wissenlandzkiej zimy, z (mam nadzieję) zaskakującym finałem w krasnoludzkich podziemiach.

Biorąc pod uwagę fakt, że część drużyny nigdy nie miała szczęścia poznać uniwersum Warhammera, staram się do tej i do kolejnych przygód wplatać różne elementy pokazujące bogactwo historii, ras i innych motywów młotkowego uniwersum. Oczywiście mając nadzieję, że i starzy wyjadacze znajdą coś dla siebie.

Dodatkowo zdarza mi się wpleść elementy znane z innych gier, filmów, bądź historii. Wszak Warhammer zawsze słynął z podbierania co ciekawszych pomysłów z innych źródeł i sam nie zamierzam rezygnować z tej chwalebnej tradycji.

Ponieważ wszyscy bohaterowie to względnie młodzi i niemajętni ludzie, pieniądze były ich pierwszą i oczywistą motywacją. Dwie postacie należą do klasy Wędrowców, zatem nie bałem się, że mi drużyna zamarznie gdzieś po drodze. Dopiero podczas sesji zdałem sobie sprawę, że umiejętność Sztuka Przetrwania” opiera się na Inteligencji i ze zdziwieniem odkryłem, że najwyższy poziom tej umiejętności prezentował nie kto inny, jak drużynowy czarodziej, a nie, jak można by sądzić, strażnik dróg, bądź łowczyni nagród.

Podróż i karczma

Ponieważ sam nie przygotowywałem żadnego scenariusza od wielu lat, postanowiłem zacząć powoli, wbrew modnemu trendowi rzucania graczy od razu w wir akcji. Zaczęliśmy więc spokojną podróżą, aby gracze mogli się oswoić ze swoimi postaciami, starając się je odgrywać i porozmawiać ze sobą.

Pojawiły się pierwsze rzuty na Percepcję, głównie po to aby pokazać graczom mechanikę w akcji i żeby wiedzieli gdzie i czego szukać na kartach postaci. Chociaż już na pierwszym krótkim postoju Sigmund zaczął kombinować ze splataniem magii, aby uprzykrzyć życie Eike, co zmusiło mnie do refleksji nad tym, jak szybko będę zmuszony spalić go na stosie.

Wieczór w gospodzie dał graczom już więcej możliwości do interakcji, na scenę weszli nowi bohaterowie niezależni, z których wielu pojawi się w późniejszej części scenariusza, lub w kolejnych przygodach.

Panowie z uporem testowali mechanikę hazardu, podczas gdy Eike miała szansę dowieść swojej wartości jako lekarz. Dodatkowo wykonaliśmy trochę rzutów opartych o ogładę i spostrzegawczość, tak aby każdy wiedział czego się spodziewać gdy bierze kości do ręki, oraz gdy chce wyciągnąć garść informacji z BNa.

Sam pomysł na karczmę: miała dać graczom względnie bezpieczne miejsce pełne ciepła i radości, jak również przedstawić im niziołki – zawsze gadatliwe z pokaźną rodziną i gromadką dzieci. Jednak pewne detale sugerowały zbliżające się zagrożenie. Zwłaszcza choroba Esmeraldy oraz postać Karla wybitnie nie pasująca do tego sielskiego obrazka. Dodatkowo inni podróżni również nie byli przypadkowymi ludźmi, wszak mało kto decyduje się na podróż wraz z początkiem zimy. Ponieważ względnie niedaleko znajdują się również ruiny browaru Bugmana, był pretekst aby przedstawić graczom najznamienitszy z trunków Starego świata.

Napad na drodze

Scena z atakiem na dyliżans miała za zadanie zburzyć wreszcie spokój sesji (rzuty na atletykę, oraz niewielkie obrażenia dla tych, którym się nie powiodły), oraz dać graczom pretekst i motywację do działania z powodu odnalezionych, tajemniczych kluczy. Dyliżans oczywiście był zaopatrzony we wszelkie, niezbędne do przetrwania zapasy, wszak dopiero co stworzone postacie mają raczej ograniczony ekwipunek. Tu było również miejsce na pierwszą, ważną decyzję graczy: wrócić na miejsce zasadzki, czy podążać dalej, pozostawiając nieznanych sprawców za plecami?

Ciekawość, czy może ostrożność, wzięła nad graczami górę – po dłuższej dyskusji powrócili na miejsce napadu. Oczywiście, skradając się przez las tak, aby nikt ich nie zauważył, ale szli tam, gdzie powinni.

Samo miejsce napadu stanowiło zagadkę. Zwłoki zarówno bandytów jak i goblinów chociaż sugerowały co się wydarzyło, nie dawały jednak jasnej odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Dodatkowe znaleziska takie jak stara mapa, miały powoli przedstawiać historię pewnych minionych wydarzenia, oraz zapowiedź tych, które dopiero nadejdą na kolejnych sesjach jak i utwierdzić graczy w przekonaniu, że całe to wydarzenie nie jest jedynie nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności.

Natomiast znalezione złote korony miały zmotywować drużynę do podążania śladami goblinów, co dałoby szansę na przetestowanie mechaniki podczas pierwszej walki, oraz pozwolić im zdobyć dodatkowe informacje zachęcające do odnalezienia starego kasztelu. Zresztą same monety datowane na panowanie Magnusa Pobożnego, również będą powracającym tropem w kampanii.

Zakładałem, że strażnik dróg i łowczyni nagród z chęcią podąża śladem zielonoskórych i ich więźnia pociągając resztę drużyny za sobą. Gobliny wydawały się dobrym przeciwnikiem na pierwszą walkę – relatywnie słabe, jednak liczne i przebiegłe mogły rzucić wyzwanie graczom. Planowałem, że bohaterowie odnajdą zielonoskórych podczas pojedynku dwójki największych z nich, o to, kto zostanie nowym szefem bandy. Świetna okazja do ataku ze strony graczy, lub do uwolnienia więźnia podczas gdy zieloni są zajęci własnymi sprawami.

Droga do kasztelu

Niestety gracze postanowili być rozsądni i udać się w kierunku przeciwnym do tego w którym spodziewali się zastać przeciwników, co wzbudziło we mnie głęboki niepokój, że szlag trafi cały mój misterny plan, a drużyna grzecznie pójdzie do kolejnej wsi, za nic mając sobie cały scenariusz.

Na szczęście pojawił się – specjalnie przygotowany na taką okoliczność – Rupert, a jego wzmianka o skarbie nakierowała drużynę na właściwe tory. Prawdę powiedziawszy spodziewałem się, że gracze zabiją go na miejscu, lub przynajmniej odstawią do jakiejś strażnicy jako współsprawcę napadu.

Jednak z jakiegoś powodu gracze polubili młodzieńca. Zaopiekowali się nim, a ostatecznie nawet hojnie wynagrodzili za informację i pomoc jaką był im wstanie zaoferować. Od tego momentu Rupert że wsi Hëuten jest największym fanem drużyny, zatem nie pozostawało mi nic innego, jak przyjąć jego imię na potrzeby tego bloga.

Podczas samej drogi gracze mieli okazję do wykazania się rzutami na Sztukę Przetrwania, w celu pozyskania żywności po zjedzeniu pocztowych gołębi (o których myślałem, że zostaną wykorzystane do próby sprowadzenia pomocy), szukanie dogodnego miejsca na nocleg oraz Odporność podczas trudów forsownego marszu w bardzo niesprzyjających warunkach.

Stary kasztel i kopalnia

Cały pomysł z kasztelem opierał się na założeniu, że Stary świat rzeczywiście jest stary. Dlatego starałem się to wszystko zrobić tak, aby miało sens i wynikało jedno z drugiego:

Meteoryt – fragment Morrslieba spadł tu dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy lat temu, tworząc krater. Kolejne tysiąclecia mijały, trzęsienia ziemi i powolna erozja sprawiły że znalazł się on gdzieś pod powierzchnią ukryty przed światem.

Oczywiście do czasu, aż pojawiły się krasnoludy, które wybudowały kopalnie i zaczęły pozyskiwać wszelkie kosztowności z ziemi, aż same natrafiły na wielką kule spaczenia. Krasnoludy, chociaż same względnie odporne na mutację, postanowiły uporać się z problemem pieczętując go w specjalnej komnacie.

Komnata działa trochę na zasadzie magicznej klatki Faradaya (starożytny krasnoludzki klan kowali run). Runy na jej wewnętrznych i zewnętrznych ścianach zasilane magia sącząca się z meteorytu uniemożliwiają jej wycieknięcie na zewnątrz komnaty, jednocześnie wzmacniają całą konstrukcję czyniąc ją niemal niezniszczalną od zewnątrz konwencjonalnymi metodami.

Cała kopalnia została potem zalana wodą. Zastanawiając się nad tym jak działają krasnoludzkie twierdze, szybko doszedłem do wniosku, że brodacze muszą być absolutnymi mistrzami jeżeli chodzi o całą kwestie wodno-ściekową.

Oczywiście później nastała Wojna o brodę. Minęły kolejne stulecia, zapomniano o kopalni, a pieczętujące ją klucze znalazły się w różnych stronach świata.

Wreszcie nadszedł czas Lazarusa i Leorica, których historię bezwstydnie ukradłem z pewnej serii gier zgodnie z najlepszymi tradycjami WFRP, jednocześnie wszystko odpowiednio przycinając pod swoje potrzeby.

Jednak najpierw drużyna musiała dostać się do kasztelu po tafli zamarzniętego jeziora. Tutaj poprosiłem o rzut:

1k100 > BS + BWt + Aktualne obciążenie = wszystko ok
1k100 < BS + BWt + Aktualne obciążenie = lód zaczyna pękać pod postacią

W wypadku niepowodzenia planowałem wykorzystać zasady pościgu, gdzie postać uciekałaby przed pęknięciami lodu, a przy kolejnym niepowodzeniu musiałaby liczyć na dobre rzuty na atletykę, lub pomoc kompanów. Potem oczywiście dodatkowe rzuty na odporność (btw: w nowej edycji kampanii Wewnętrzny Wróg pojawił się nawet opis choroby przeziębienie – common cold). Niestety, gracze bez większych przeszkód pokonali tę przeszkodę. Cóż… Nie można mieć wszystkiego.

Sam kasztel dał graczom dostęp do notatek, które jeszcze okażą się przydatne w odkrywaniu historii tego miejsca, jak i samej postaci Lazarusa. Ruiny starego kasztelu, były świadectwem pierwszego uwięzienia Maga Niebios w komnacie z ogromną ilością spaczenia pod ręką. Próbował się on wydostać używając jednego z bardziej znanych młotkowych zaklęć: Kometa Kasandory, jednak był uwięziony zbyt głęboko pod ziemią, aby udało mu się odzyskać w ten sposób wolność. Dodam tutaj, że komnata potrzebuję trochę czasu zanim zacznie szczelnie blokować przepływ magii i dlatego Lazarus mógł sobie pozwolić na rzucanie gwiazdami, jakby świat się kończył.

Kapłanka

Na scenę ponownie wkroczyła Agatha, tym razem w dużo poważniejszej roli wybranki Sigmara przywodzącej na myśl siostry z Mordheim, czy nawet te z WH40K. Sama wykonywała właśnie zadanie z rozpalaniem ognia w okolicznych kapliczkach, również bezczelnie ukradzionego z pierwszej części słabo znanej serii gier komputerowych.

Agatha miał nie tylko pomóc graczom oraz udzielić im dodatkowych informacji, ale również wprowadzić na sesję temat boskiego panteonu. Wszystko to, co postacie graczy zrobiły na sesji było ich decyzją, jednak z jej perspektyw kierowani byli właśnie wola Sigmara, aby pomóc jej osiągnąć cel “oczyszczenia” tego miejsca.

Stojąca sama naprzeciw hordy goblinów, miała również być ukłonem w stronę bardziej heroicznej części Starego Świata, w którym wszak istnieją postacie takie jak Gotrek czy Teclis, a może i postacie graczy kiedyś zbliżą się do podobnego poziomu doświadczenia i “mocy”. To, czy celem samego Sigmara było właśnie wybicie hordy goblinów za pomocą piątki ludzi, to już inna sprawa.

Same gobliny oczywiście nie mają powodu, aby interesować się spaczeniem, jednak rozpoczęcie osuszania kopalni, a potem otworzenie komnaty mogło na tyle wpłynąć na okoliczne wiatry magii, aby zesłać zielonoskórym szamanom wizję od Gorka i Morka. Spaczeń może być zbędny goblinom, ale dobra walka jest zawsze mile widziana. Zatem wszystkie okoliczne plemiona zielonoskórych zostały ściągnięte do kasztelu.

Licz na pierwszej sesji?

Konfrontacja z Lazarusem z założenia nie mogła być sprawiedliwa, Astromancer był praktycznie liczem. Chociaż nie wykonał odpowiednich rytuałów, to jednak bardzo zdolny i chorobliwie ambitny czarodziej nie zgodził się na to, aby po prostu umrzeć, przez dziesięciolecia więc wykorzystywał źródło mrocznej magii aby utrzymać się przy życiu, będąc nieubłaganie przez nią zmienianym.

Nie planowałem, aby brał on czynny udział w walce, zbyt łatwo byłoby zabić całą drużynę, zatem postanowiłem, że po 70 latach „drzemki” jeszcze nie do końca rozbudzony ograniczy się do wykorzystania sianej przez siebie Grozy, oraz zaklęć wskrzeszających straż hrabiego, a jeżeli trzeba by było, to i samego Leorica. Trochę szkoda, że Król Szkieletów nie miał okazji pojawić się na sesji, ale może w przyszłości zapuści się do tych podziemi jeszcze jakiś śmiałek w poszukiwaniu tajemniczego skarbu skrytego pod ziemią.

Na szczęście gracze wykazali się przytomnością umysłu i postanowili nie toczyć walki z nieumarłymi w komnacie pełnej spaczenia, co pozwoliło zminimalizować liczbę zdobytych punktów korupcji.

Jakie były efekty decyzji graczy?

Cóż, o ile zagrożenie ze strony zielonoskórych nie powinno zagrażać okolicznym ziemiom w najbliższym czasie, o tyle wysadzenie sporej ilości spaczenia wraz z “nie do końca umarłym” czarodziejem pozostawia wiele otwartych możliwości.

Dodatkowo postacie, chcąc nie chcąc, pojawiły się na radarze wielu wpływowych ludzi odpowiedzialnych za klucze, dyliżans, jaki i przygotowany napad, którzy z pewnością upomną się o to, co im się należy.

Ostatecznie bohaterowie uciekli i tylko szósty zmysł Sigmunda wyjawił, że nie wszystko co znaleźli w kopalni zostało tam na zawsze. Przetrwali jednak chrzest ognia i nauczyli się na sobie polegać, wszak któż inny uwierzyłby w bajania o krasnoludzkich kopalniach, grobowcach i hordach goblinów.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę, że teraz dobry rok po sesji wciąż prowadzę tę kampanię, to z pewnością można stwierdzić, że się udało. Oczywiście nie obyło się bez problemów i improwizacji, ale takie już życie MG.

Z perspektywy czasu muszę przyznać, że przygodę lepiej byłoby podzielić na dwie osobne sesję. Końcówkę dogrywaliśmy na szybko, bez zbędnej mechaniki, opierając się na storytellingu – było już późno w nocy, a przecież następny dzień wymagał od niemal wszystkich pojawienia się w pracy o nieprzyzwoicie wczesnej porze.

Mam nadzieję, że taka forma opisu przygody, pomoże innym MG bardziej niż zwyczajowa proza pojawiająca się na tym blogu, którą oczywiście z pewnością będę kontynuował. Jeżeli natomiast macie jakieś dodatkowe pytania, to zachęcam do komentowania.

Niech Sigmar was błogosławi!

Spis treści
Inne przygody

#1 Trybiki władzy, czyli słów kilka o Imperium – podcast

Pokusiliśmy się o popełnienie podcastu. Taki mały dowód na to, że przez święta nie tylko obżeraliśmy i opijaliśmy się bez umiaru, ale również staraliśmy się zrobić coś względnie konstruktywnego.

Jest to nasze pierwsze podejście do takiego formatu, co zapewne słychać, ale z pewnością nie ostatnie. Póki co z niecierpliwością oczekujemy na wasze reakcjie i sugestie teamów na kolejne odcinki.

Podcast dostępny jest na naszych stronach YouTube i SoundCloud

Chwała Sigmarowi!

1. Trandafir

14.02.2511 KI, Sonnefurtr, przystań

– Twoje oczy się śmieją, ale serce smutne jest! Daj dwa miedziaki dobry człowieku – dobiegło uszu Sigmunda wołania starej strzyganki, która przmierzała skąpaną w blasku wiosennego poranka przystań. Wciąż zacumowany“Trandaffir” leniwie kołysał się wraz z nurtem rzeki.

– Wypływamy skoro świt, bądź gotów – powtarzał w myślach poirytowany czarodziej, mocno tuląc do piersi torbę ze swoim nowym nabytkiem. Ciężka księga poświęcona sztuce kryptografii była ostatnio jedynym ukojeniem jego nerwów, skołatanych powracającym na jawie koszmarem bycia nieustannie śledzonym.

Ani razu niczego nie zauważył, chociaż niejednokrotnie próbował oglądać się przez ramię, czy niby przypadkiem wyglądać o późnych porach przez okna karczemnej izby. Jednak na ulicach i w zaułkach miasta nigdy nie dostrzegł czegokolwiek, co tłumaczyłoby jego podejrzenia. Pomimo tego, powracające zimne mrowienie na karku nie dawało o sobie zapomnieć. Chociaż uważał się się za racjonalistę, Sigmund nie lekceważył swoich instynktów i wciąż im ufał. Wszak to one skierowały go na ścieżkę magii, którą starał się teraz dostojnie kroczyć.

– To co, odbijamy? – Ze śmiechem zakrzyknął Werner, w przyjacielskim geście klepiąc po plecach kapitana tej podłej łajby. Reiko, bo tak nazywał się kapitan, mógłby uchodzić za chodzący stereotyp Strzyganina: kolczyki w uszach, sygnety na palcach oraz nieprzyzwoita wręcz ilość tatuaży, wisiorków, korali i innych ozdób mających odganiać, takie czy inne złe duchy, klątwy i uroki.

– Czekaj, tylko teściową zaciągnę na pokład. Cholera wie, czy większy pech ją tu zostawić, czy wieźć ze sobą – parsknął kapitan, odsłaniając przy tym uśmiech pełen złotych zębów i oddalając się w kierunku starej kobiety, która wciąż zaczepiała ludzi na przystani.

– No, pięknie. Jeszcze stara wiedźma do towarzystwa. W co ten Werner nas wpakował? – Zaklął w duchu alchemik. Dobrze jednak zdawał sobie sprawę, że oferta transportu za którą jeszcze mu zapłacą nie jest czymś, czym mógłby ot tak po prostu wzgardzić.

Za samą księgę ściskaną w dłoniach winien jest jeszcze pięć złotych koron i zapewne będzie musiał się odwzajemnić przysługą za możliwość rozłożenia spłaty. Do tego Kolegia Magii w Altdorfie wciąż oczekują od niego wpłaty kolejnych pięćdziesięciu koron… Nie, więcej to będzie, przecież zaczął się nowy rok i suma urosła o procent, ponieważ zamiast zdobytą wiedzę spożytkować ku chwale imperialnych armii, postanowił wyruszyć w podróż życia, tak jak jego przyjaciel Adalbert.

Barka wreszcie odcumowała i powoli niesiona prądem oddalała się od miejskiej przystani, podczas gdy Sigmund zatopiony w myślach rozważał, jak zareagowałby jego stary przyjaciel na wieść o tym, że on sam za kilka szylingów najął się do ochrony towarów na budowę młyna gdzieś na krańcu Imperium. Adalbert pewnie zrozumie, choć będzie się śmiał, grunt żeby Inge się nie dowiedziała…

– Patrz machają nam! – Radosny okrzyk Eike wyrwał go z zamyślenia. Młoda dziewczyna, wystrojona w nową tunikę i sznury kolorowych korali z radością machała ludziom pozostałym na przystani. Co ciekawe, zastępy marynarzy i dokerów z wielkim entuzjazmem odpowiadały na pozdrowienie, chociaż, jak domniemywał Sigmund, życzenie im udanej podróży nie było ich główną motywacją, raczej nadzieja na wkupienie się w łaski rudowłosej lekarki.

– Bardziej interesuje mnie ten, który nas obserwuje – dodała Sigfrieda. Łowczyni nagród swoim zwyczajem pojawiła się znikąd i wskazywała teraz dłonią jedno miejsce na przystani.

Rzeczywiście, brodaty, siwowłosy mężczyzna pilnie studiował barkę przez trzymaną w dłoniach lunetę. Sam “Trandafir” w swojej skrzypiącej i niemal rozpadającej się chwale z pewnością nie zasługiwał na taką uwagę.

Sigmund wlepiał wzrok w oddalającą się postać mężczyzny i zadawał sobie pytanie, czy może to być człowiek, którego spojrzenie czuł na karku nieustannie od opuszczenia kasztelu von Leoric? Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, podczas gdy przystań i miasto Sonnefurt zniknęły za zakrętem rzeki.

***

Podróż mijała spokojnie, w południe z kajuty wyszedł również na pokład sam głównodowodzący całego przedsięwzięcia – Rutger Reuter. Młody przedstawiciel jednej z kupieckich rodzin Wusterburga sprawiał wrażenie nad wyraz sympatycznego i otwartego.

Barwnie opowiadał, jak to wraz ze swoją wspólniczką stawiają nowy młyn, który z pewnością przyniesie wszystkim tu zebranym bogactwa ponad miarę, wszak Rutger potrzebuje zaufanych i pracowitych ludzi, a właśnie takich można znaleźć na pokładzie “Trandafira”.

Kipiący optymizmem chętny do snucia opowieści o przyszłych projektach kupiec nie wydawał się jednak Sigmundowi dobrym kompanem do zabicia czasu na barce. Z niejakim zaskoczeniem doszedł do wniosku, że strzygańska załoga, wbrew jego wcześniejszym uprzedzeniom, okazała się być dużo wdzięczniejszym towarzystwem.

To prawda, że przystrajają się w zbyt dużą ilość wisiorków i amuletów. To prawda, że są głośni i przesądni aż do bólu zębów, nieustannie wspominają o tym, jak to przeklęte jest miejsce, do którego płyną. Chociaż z rozmowy wynikało, że ma całkiem dobrą sprawę, to każde miejsce jest przeklęte, chociaż niektóre bardziej niż inne. To prawda, że stara i niemal ślepa wróżbitka Vadoma podnosiła co jakiś czas zawodzący jęk o nadchodzącym końcu czy innej bestii.

To wszystko prawda, lecz Sigmund nie oceniał ludzi tak powierzchownie. To, co dla niego było ważne, skrywało się w sercu człowieka, a w strzygańskich sercach znalazło się miejsce na miłość do hazardu. Fakt faktem to kości, a nie karty, były ich ulubioną rozrywką, ale w takiej sytuacji nie należy zanadto wybrzydzać.

Suma sumarum, Sigmund wraz z Wernerem z niejaką radością spędzili znaczną część dnia (oraz nocy, bo dopiero wtedy przybili do przystani jednej z gospód przy brzegu, bezpiecznego miejsca na odpoczynek dla strudzonych podróżnych) turlając sześcianami na wieku beczki, radośnie wykrzykując wyniki i odliczając miedziaki z podróżnej sakiewki.

***

Kolejnego poranka ruszyli w drogę już o czasie, jednak i to nie spotkało się z aprobatą czarodzieja. Strzygańskie serca znalazły w sobie również miejsce na liczne napitki, a Sigmund nie lubił odmawiać gościnności, gdy grał. Zatem jej nie odmówił, co zaowocowało delikatnym weltschmerzem, który aż prosił się o rozpoczęcie podróży dnia kolejnego o rozsądniejszej, późniejszej godzinie.

Nikt jednak nie brał pod uwagę opinii czarodzieja. Barka sunęła leniwie naprzód, złowrogo kołysząc się na falach, jakby umyślnie chciała przywołać z gardła alchemika spożyte poprzedniej nocy trunki. Wsparty o burtę Sigmund zaszklonymi oczami wpatrywał się w linię brzegu.

– To browar Bugmana – wtrącił przechadzający się po pokładzie i podejrzanie rześki Werner, wskazując nadbrzeżne ruiny.

Myśli obu pasażerów powędrowały do prowadzonej przez niziołki karczmy, w której podczas minionej zimy mogli rozkoszować podniebienia legendarnym, krasnoludzkim trunkiem. Przyjemne wspomnienie pociągnęło za sobą jednak lawinę innych, już mniej przyjemnych: kasztel, kopalnia i zło w podziemiach…

Sigmund nie odpowiedział.

Łódź płynęła.

***

– Chwała duchom za przeprowadzenie nas bezpiecznie przez te przeklęte wody!, Chwała za litość jaką… – Kolejny okrzyk siedzącej na dziobie starej strzyganki został przerwany głośnym hukiem.

“Trandafir” zatrząsł się i przeraźliwe zgrzytnął dnem sunącym po mieliźnie, wytrącając Sigmunda z równowagi i posyłając go na pokład, który z całą pewnością nie był już ustawiony w poziomie względem reszty światła.

– Aaaa! Ratuuuj! – rozległo się po głośnym plusku wołanie wróżbitki.

– Cóż, to by było na tyle jeżeli chodzi o przepowiadanie przyszłości, trzeba było nie siedzieć na dziobie – nie skrywając uśmiechu pomyślał Sigmund, starając się podnieść i utrzymać równowagę na przechylonym pokładzie barki.

Pośród ogólnego rozgardiaszu i licznych krzyków załogi, jakie rozległy się po uderzeniu o dno, paniczne krzyki Vadomy wyraźnie nabierały na sile i zwiastowały gorsze doświadczenie niż tylko nieplanowaną, choć z pewnością wskazaną kąpiel.

Sigmund ruszył w kierunku dziobu, z którego rozpościerał się widok na całą scenę. Zgodnie z jego przypuszczeniami, to nie czysta woda była głównym powodem paniki wróżbitki, ale grzbiet wielkiej ryby, dłuższej niż powóz. Zbliżał się on nieubłaganie w kierunku tak zgrabnie dostarczonego posiłku.

Brzęk cięciwy rozdarł powietrze

– Cholera jasna – warknął Werner z kuszą w dłoniach, bełt chybił celu. Mytnik starał się jak najszybciej przeładować broń.

– Kawał ryby! – Eike spuściła z cięciwy strzałę, która dla odmiany dosięgnęła morskiego potwora, lecz nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Płynął dalej w tym samym tempie i rozwierał szczęki, by pochłonąć bezradnie miotającą się w wodzie Vadomę.

Sigmund skupił uwagę, odpędzając od siebie natrętne myśli o kołysaniu, kacu i przemożnej chęci zwymiotowania. Tak jak ćwiczył w kolegiach, starał się spleść złoty wiatr magii, skupić umysł i okiełznać pełnię dzierżonej przezeń potęgi.

Mieniący się złotem magiczny pocisk uformował się między wzniesionymi dłońmi Sigmunda i popędził celnie naprzód, wbijając się w łuskowate, obślizgłe cielsko. Wprawdzie swym pojawieniem się wzbudził zrozumiałe poruszenie wśród strzygańskiej widowni, o tyle w opinii ogromnej ryby nie był wart większej uwagi, co niezmiernie Sigmunda zirytowało.

Tymczasem Siegfrieda już przeskakiwała przez burtę, i zanurzywszy się z głośnym pluskiem niemal po pas w chłodnych wodach górnego Sollu, jęła dźgać potwora ostrzem rapiera.

Werner, który najwyraźniej nie potrafił sobie poradzić z przeładowaniem kuszy w tych stresujących okolicznościach, również skoczył do wody, z bluźnierczym okrzykiem na ustach i messerem w dłoni.

Cóż było robić?

– Nie narzędzie, a osiągnięty efekt ma znacznie – zwykł powtarzać mu mistrz Otto podczas nauki w Altdorfie. Z kosturem ujętym mocno w dłoń Sigmund skoczył do wody z zamiarem ubicia morskiej bestii. I chociaż decyzja czarodzieja z pewnością była heroiczna (w opinii głównego zainteresowanego) oraz widowiskowa (poły tuniki furkotały przy skoku, a potem skutecznie krępowały wszelkie ruchy), o tyle okazała się nieco spóźniona.

W międzyczasie skoków, walecznych okrzyków i innego oceniania szans łowczyni nagród kilkoma precyzyjnymi ruchami rapierem poradziła sobie z morską bestią. Z dumnym i lekko zawadiackim uśmiechem skinieniem głowy podziękowała dwóm przemoczonym kompanom za „wysiłek i dobre chęci”.

Rybę nie tylko skutecznie zabito, ale również wyłowiono z myślą o kolacji. Eike zajęła się opatrywaniem licznych, choć przeważnie niegroźnych, ran załogi. Wszystkie materiały budowlane i zapasy, które nie znalazły się na dnie rzeki, zniesiono na brzeg z zamiarem przeniesienia do ponoć niedalekiego już obozowiska.

Pośród ogólnego zamieszania kapitan Reiko ze smutkiem wbijał wzrok w rozłożoną na mieliźnie barkę, kaleką i niezdolną do ruchu.

– Nie ma strachu – stwierdził optymistycznie Rutger – zbierzemy chłopaków z obozu, trochę desek, trochę gwoździ i będzie jak nowa! Jakby drwiąc z tych słów “Trandafir” ostatnim wysiłkiem swej woli rozpadł się na dwie części, z których jedna niesiona prądem zaczęła tonąć, podczas gdy druga pozostała na mieliźnie jako ostrzeżenie dla kolejnych pokoleń marynarzy.

– Pięknie. Po prostu, kurwa pięknie – pomyślał Sigmund, któremu najwyraźniej zaczął udzielać się optymizm kupca.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

9. Długa zima w Sonnefurtr

Zima upłynęła drużynie we względnym spokoju w mieście Sonnefurtr. Każdy z bohaterów starał się dorobić trochę grosza z nadzieją, że wiosną wraz z topniejącymi śniegami ruszą w dalszą podróż.

Sigfrieda zajmowała się głównie łapaniem pomniejszych złodziejaszków, za których władze miasta zechciały wystawić nagrodę. Współpracując z miejscowymi organami ścigania zdołała również ustalić, że Olivier Kurtz – właściciel fiołkowego kapelusza – pochodził z Reiklandu, natomiast dwójka ludzi z jego bandy o imionach Heinrich i Steffan pochodziła z Wusterburga.

Złote korony zdobyte podczas ostatniej, obfitującej w atrakcje podróży, młoda łowczyni nagród postanowiła przeznaczyć na zakup skórzanego pancerza słusznie przewidując, że taka inwestycja opłaci się w przyszłości.

Natomiast Eike miała pecha, znaleziony w starej leśniczówce mieszek wypełniony złotymi monetami został jej skradziony, zatem zmuszona była spieniężyć swoje medyczne umiejętności świadcząc usługi cyrulika, z nadzieją że uda jej się zarobić nie tylko na utrzymanie, ale również na nieodzowną parę nowych korali.

Pomijając jednak pogoń za pieniędzmi, lekarka postanowiła również przetrząsnąć miejscowe biblioteki i księgozbiory w poszukiwaniu miejsc oznaczonych na starej mapie. odnalezionej w podszewce fiołkowego kapelusza. Udało jej się uzyskać następujące informacje:

2475 KI – Wieś Mütten

We wsi Mütten rozgorzała zaraza “Ratte Fever” jak donieśli nieliczni uciekinierzy. Jednak gdy siostry z zakonu Shally dotarły tam by nieść pomoc potrzebującym, wieś zastały całkowicie opustoszałą – bez ludzi, bez zwłok, bez widocznych śladów walki.

Sigmund, również starał się uciułać kilka miedziaków użyczając swojej ekspertyzy alchemicznej. Dodatkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się trafić na aukcje prywatnej biblioteki jednego ze zmarłych radców miejskich.

Jego uwagę przyciągnęła pozycja “Polygraphiae Libri Sex”. Chociaż cena 10 złotych koron była zbyt wysoka jak na możliwości wciąż obciążonego kredytem studenckim czarodzieja, udało mu się dojść do porozumienia z reprezentantem antykwariatu “Morte-Unnbenant” z siedzibą w Nuln prowadzącym aukcję. Na mocy zawartej, dżentelmeńskiej umowy Sigmund połowę ceny zapłacił z góry, a pozostałą jej część zobowiązał się uiścić w dogodniejszym terminie, oczywiście w zamian za przyszłą, bliżej niesprecyzowana przysługę.

Werner natomiast spędził zimę na rogatkach miasta. Długie i spokojne noce przerywane czasem pobieraniem miedziaka od każdej nogi przekraczającej bramy zapewniły mu jakże zasłużony wypoczynek, a fakt że wiele z wpłaconych przez podróżnych miedziaków często wędrowały do jego własnej sakiewki, zdecydowanie zrekompensował mu wszelkie straty moralne związane z piastowanym stanowiskiem.

Jedynym wydarzeniem zasługującym na uwagę był przyjazd Guntera Langa – strażnika dróg. Wracając z Kreutzhoffen natknął się on na wrak dyliżansu, którym podróżowali bohaterowie i powodowany poczuciem obowiązku, prowadził właśnie śledztwo w tej sprawie. Postanowił zasięgnąć języka u Wernera, ten opisał mu wszystkie wydarzenia związane z napędem, za którym stał Olivier Kurtz wraz ze swoimi zbirami, historię kasztelu von Leoric i znajdującej się pod nim kopalni pozwolił sobie jednak pominąć.

Gunter wyjawił natomiast, że właścicielką kompanii “Elfia Strzała” do której należał dyliżans jest niejaka Anna Vergun, mieszkająca w Wusterburgu.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Sergey Lameyko

8. Dar Morra

22.10.2511, kasztel von Leoric

– Dum, dum! Dum, dum! – skąpany w zielonym blasku Morrslieba kasztel zdawał się drżeć w rytm uderzeń bębnów, podczas gdy okrzyki zielonoskórych nieuchronnie przybliżały się ze wszystkich stron, niesione mroźnym wiatrem.

Agatha pewnym ruchem zrzuciła z siebie płaszcz, odsłaniając skrywaną pod nim kolczugę. W nieco bardziej sprzyjających okolicznościach drużyna byłaby mocno zdziwiona i napewno nie pozostawiłaby sytuacji bez zadania mnóstwa pytań. Nie tym razem jednak. Agatha zdjęła lampion z zawsze towarzyszącego jej kostura podróżnego, sam kostur zaś odrzuciła na bok, niczym niepotrzebną już zabawkę.

– Weźcie to! – wyjęła świecę i zdarła pergamin z lampionu, który okazał się być niczym innym, jak kolejnym krasnoludzkim kluczem! Bliźniaczo podobnym do dwóch znalezionych przez bohaterów w powypadkowych resztkach dyliżansu. Następnie uklękła przy swoim worku podróżnym, i ku dalszemu zdziwieniu wszystkich obecnych (gdyby mieli czas i sposobność, by czemuś się dziwić) wyciągnęła z worka całkiem pokaźnych rozmiarów młot bojowy.

Kobieta, która mogłaby być nawet nie matką, ale zapewne babką bohaterów, stojąc teraz w pełni wyprostowana, w lśniącej zbroi i z bronią w rękach, bynajmniej nie przywodziła na myśl słabej i wymagającej pomocy staruszki. Zgoła odwrotnie, siła i zdecydowanie bijące od kapłanki zdawały się promieniować wokół i dodawać otuchy struchlałym w sercu.

– Szybciej! Do kopalni! – krzyknęła tonem wyraźnie nawykłym do wydawania rozkazów. Nie sposób było nie usłuchać. Nogi same niosły. Nikt nie chciał zostać na dziedzińcu. Porwali ze sobą to, co mieli pod ręką.

Biegli, każde z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na broni. Strach powoli przeradzał się w panikę, którą usilnie starali się przegonić, biegnąc coraz szybciej. Zostawili za sobą rozświetlony blaskiem mniejszego księżyca dziedziniec, ruszyli w głąb kopalni. Przy świetle pochodni gorączkowo odnajdywali drogę, poganiani coraz głośniejszymi krzykami zielonoskórych. Tylko modlitwa o wstawiennictwo Sigmara, powtarzana niestrudzenie przez Agathę, zdawała się blokować paniczny strach i zatrzymywać czarne myśli o nadchodzącej i nieuchronnej śmierci.

– Agatha! Ten proch krasnoludzki, o którym mówiłaś, jest tu gdzieś jeszcze? – olśniło Sigmunda. Starał się przekrzyczeć swoją zadyszkę, obładowany pakunkami, w tym oczywiście najcenniejszym z nich: magicznym Grymuarem.

– W dole, w korytarzu. Tam był skład narzędzi – wskazała kapłanka, gdy dobiegli do basenu. W miejscu gdzie jeszcze niedawno stała woda, teraz otwierał się kolejny, prowadzący w głąb podziemi korytarz.

– Zdążymy? – Werner nerwowo spoglądał w górę tunelu. Widział sylwetki ścigających ich goblinów. Złowrogo błyszczące w mroku ślepia zbliżały się zastraszająco szybko.

– Zdążycie. Jeżeli dokończycie to, co wtedy zaczęłam, uciekajcie dalej w dół kopalni. Nie czekajcie. – Agatha odwróciła się do nich plecami, uspokoiła oddech i rozpoczęła:

– Sigmarze, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom chaosu bądź naszą obroną. Oby go mój młot pogromić raczył, pokornie o to proszę, a Ty, Wodzu Imperialnych zastępów, demony i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą swoją strąć do otchłani z której wylęgły! – Dźwięczny głos Agathy odbijał się od skał.

Z płonącym młotem w dłoni i ogniem prawdziwej wiary w sercu, wojowniczka Sigmara ruszyła w górę, na spotkanie nadciągającej hordzie.

***

– Szybciej, szybciej! – krzyczał Werner, gdy zbiegali korytarzem. Z góry dochodziły ich odgłosy walki i przerażone krzyki goblinów. Wszystko wzmocnione wielokrotnym echem odbijającym się od ścian podziemi. Zdawało się, jakby to sam Sigmar zstąpił na ziemię i upomniał się o należne mu ciała znienawidzonych wrogów.

– Tutaj! – rzuciła Sigfrieda, wskazując na przegniłe i rozpadające się drzwi po prawej stronie korytarza.

W małym pomieszczeniu, błyskawicznie przegrzebując wszystkie zgromadzone tu rupiecie, znaleźli kilkanaście beczk wielkości dorodnej dyni. Wszystkie opieczętowane były dobrze znanymi Sigmundowi krasnoludzkimi runami oznaczającymi czarny proch.

– Fachowa robota. Patrzcie! Zawinięte w pergamin i zalane woskiem. Proch wciąż może być suchy! – zdumiał się alchemik i niemal zapatrzył, a rzemieślink w nim wyraźnie pragnął poświęcić chwilę na kontemplację tak rzetelnego podejścia do sprawy. Szybko się jednak zreflektował. – Każdy po jednej i lecimy!

Tak też zrobili. Obładowani kolejnym ciężarem biegli dalej w dół. Wypluwali resztki oddechu, opadali z sił z każdym krokiem. Chwilowy przypływ energii napędzony widokiem hordy goblinów wyraźnie był na wyczerpaniu. W głowach kołatały się myśli: „Nie wypuść beczki z rąk”, „Nie przewróć się”, „Byle w dół”.

Odgłosy walki z góry korytarza stopniowo przycichały, ustępując miejsca ponurej ciszy podziemi. Nie byli pewni, czy są już tak daleko, czy też walka dobiegła końca. Nie mieli wątpliwości, że mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Pojedynczy człowiek nie pokona hordy. Pełni niepokoju o to, co przed nimi, i to, co za nimi, parli do przodu.

W końcu przed nimi pochodnia oświetliła wrota do okrągłej komnaty. Nie wydawała się szersza niż dwa imperialne trakty. Zewnętrzne ściany przyozdobione były tysiącem znaków runicznych, które mieniły się bladym światłem, a przed wejściem w posadzce znajdował się znajomy już kształt sześciokątnego wycięcia.

– Wrócić i tak nie możemy. – Sigfrieda głośno wyraziła to, co wszystkim chodziło po głowie. W stronę Wernera, który z kluczem w dłoni klęczał na posadzce z pytającym spojrzeniem, rzuciła: – Teraz albo nigdy!

Werner przekręcił klucz.

Wrota niemal natychmiast wsunęły się w mechanizm ukryty w podłodze, a głośny huk obwieścił wszem i wobec, że są otwarte. Powietrze, zamknięte od dziesięcioleci w sarkofagu, wdarło się w nozdrza zapachem zgnilizny. Lecz nie samo powietrze wydostało się z wnętrza – Dhar niemal wylewał się, niby skwaśniałe piwo z pękniętej beczki. Spoglądając na tracące blask starożytne runy Sigmund zdał sobie sprawę, że cała komnata stworzona została, aby zatrzymać sączącą się ze środka magię zepsucia. Oni natomiast właśnie dali jej ujście na świat.

– Pięknie, kurwa. – pomyślał rzeczowo alchemik. A może powiedział?

Jakby tego było mało, dopiero zaczynali dostrzegać detale wnętrza sali. Na skalnej podłodze leżały szkielety obleczone w pozostałości zbroi i przegniłe strażnicze mundury. Pomiędzy nimi zobaczyli zwłoki byłego władcy tej kopalni i kasztelu, z którego pleców wciąż sterczały sztylety zdrajców. Na samym środku pomieszczenia tkwiła wielka, przynajmniej metrowej średnicy, idealnie okrągła kula. I chociaż zdawała się być całkowicie czarna, to każdy jej fragment pozostający poza centrum pola widzenia błyskał kotłującą się zielenią przechodzącą w zgniłą żółć. Złowrogi blask, dostrzegalny jedynie kątem oka, układał się w bezsensowne wzory. Przywodziły one na myśl ludzkie twarze, które jednak w swej groteskowości nie mogłyby być twarzami, a tym bardziej na pewno nie ludzkimi.

Pochylony nad nią, niby pomnik, wartę pełnił mężczyzna. Odziany w powłóczyste i bogato zdobione, ale rozpadające się szaty, wsparty na kosturze zdobionym w gwiazdy i półksiężyce. Z zamkniętymi oczyma, o skórze białej i cienkiej jak najdelikatniejszy pergamin. Od dziesiątek lat trzymany przy życiu jedynie swoją szaloną ambicją i niegasnącym uporem, czerpiąc siły ze źródła czarnej magii, która zgodnie z zamysłem nie miała nigdy opuścić granic tego pomieszczenia. Lazarus, bo nie mógł to być nikt inny, powoli zaczął wybudzać się ze swojego półwiecznego stuporu. Powoli uniósł powieki, które skrywały jadowitą zieleń spaczeni, sączącą się z jego oczu.

Groza lodowatymi dłońmi ścisnęła serca bohaterów, zamarli w bezruchu. Nie byli wstanie wykonać nawet najdrobniejszego gestu. Ich oddechy zamarły, a krew w żyłach zastygła, rozlewając chłód śmierci po całym ciele. Świat przestał mieć znaczenie. Sparaliżowani, w niezmiennej rzeczywistości przerażenia rozciągającej się przez niezliczone eony, stali. Zamarli obok czasu przelewającego się rwącą rzeką przez cały świat. Zbyt przerażeni, aby móc nawet pomyśleć o ucieczce. Tkwili tak sekundę, minutę, wieczność?

– Agrhhhh!!! – Wydarł wreszcie ze swojego gardła Sigmund, starając się cisnąć jakąś klątwę na ogarniającą go bezsilność. Drżącą ręką rozdarł papier z dna przytaszczonej beczułki i odsłonił zawinięty lont. Wreszcie odpalił go od pochodni, zatkniętej w zastygłej dłoni Eike, i wrzucił do pomieszczenia.

– Dawaj następną! – krzyknął do Wernera, któremu bezpośredni rozkaz pomógł wreszcie otrząsnąć się z paraliżującego przerażenia.

Kolejna beczka poszybowała w głąb komnaty, ciągnąc za sobą strugę błyszczących iskier niby kometa. Za nią podążyły dwie następne i wtedy Werner ponownie przekręcił klucz. Drzwi drgnęły i powoli zaczęły podnosić się z posadzki, przesłaniając zalegające ciała. Był to ostatni moment, gdyż owe ciała niezgrabnie i z trudnością zaczynały poruszać się, jakby ktoś tchnął w nie nowe życie.

– Nie mogę go wyciągnąć! – Krzyczał przyszły strażnik dróg, mocując się z kluczem.

– Zostaw w cholerę i spieprzamy! – Odkrzyknął alchemik, już w biegu, pokazujący wszystkim podeszwy swych butów.

Pozostali bez specjalnego dywagowania poszli w jego ślady, zostawiając za plecami domykającą się komnatę. Na jej ścianach runiczne pismo krasnoludów ponownie zaczynało jarzyć się bladym blaskiem. Zgodnie z ostatnią wskazówką Agaty biegli cały czas w dół, z nadzieją na odnalezienie wyjścia, podczas gdy podziemiami wstrząsały kolejne uderzenia. To same gwiazdy spadały na kasztel, strącone z firmamentu wolą Lazarusa, który pragnął uwolnić się ze swojego więzienia.

***

Po kolejnej szalonej gonitwie skalnymi tunelami bohaterom udało się dotrzeć do jednego z wyjść z kopalni. Nad brzegiem jeziora odnaleźli porzuconą lodź, która z nurtem rzeki zaniosła ich do Hëuten. W zabitej dechami wiosce znaleźli schronienie i upragniony odpoczynek. Jak się okazało, Rupert zdążył już wrócić do rodzinnego domu.

Noc, podczas której przybyli do wioski, przez miejscowych nazwana została Nocą spadających gwiazd. Co starsi wieśniacy pamiętali opowieści o podobnym wydarzeniu kilkadziesiąt lat temu. Rada wioski zgodnie uznała, że jest to zły omen i do starego kasztelu nie lza łazić, bo nic dobrego to nie przyniesie. Decyzja ta świadczy o głębokim rozsądku i sile instynktu zachowawczego wśród mieszkańców. 

Niedługo później drużyna ruszyła w dalszą drogę prowadzącą do miasta Sonnefurtr, pozostawiające wszystkie te wydarzenia za sobą i tylko Sigmund czasami nie mógł oprzeć się dziwnemu przeczuciu jakby cały czas był przez kogoś obserwowany.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa goodfon

7. Z woli bogów

21.10.2511, kasztel von Leoric

– Krasnoludzka kopalnia – obwieścił światu oraz wszystkim zebranym Sigmund, rozświetlając wejście złotym światłem sączącym się z magicznej kuli na szczycie kostura.

– To by wyjaśniało legendy o skarbie – zauważył Werner, dzierżąc w dłoni dużo bardziej tradycyjne źródło światła w postaci zwykłej pochodni.

– To co, zobaczmy, czy kryje się w nich jakieś ziarno prawdy? – Entuzjastycznie zaproponowała Eike.

Powoli, ostrożnie drużyna ruszyła ciemnym korytarzem. Z wyciągniętą bronią zagłębiali się w coraz gęstszą ciemność. Przedtem nie określiliby dziedzińca kasztelu jako wybitnie gościnnego, teraz jednak, z każdym kolejnym krokiem oddalając się od wyjścia na powierzchnię, dziedziniec wydawał im się wyjątkowo bezpieczny i zapraszający.

Równy korytarz stopniowo schodził coraz niżej, co jakiś czas odsłaniając jakieś odgałęzienie, wykute jednak w dużo bardziej prymitywny sposób. Wąskie i nieregularne mniejsze korytarze przywodziły Sigmundowi na myśl słowa mistrza kowalskiego, u którego kiedyś terminował. Krasnolud nie miał zbyt wysokiego mniemania o ludzkim rzemiośle i zwykł nazywać je: partactwem, odwaloną na szybko chałturą, bez polotu i finezji. W tym momencie Sigmund musiał w myślach przyznać rację brodaczowi.

Przy drgającym świetle płomieni, w ciszy przerywanej jedynie ich własnymi krokami, dotarli wrzeszczcie do końca głównego tunelu. Ich oczom ukazał się kwadratowy, wypełniony zatęchłą wodą basen, którego brzegi oznaczono licznymi znakami runicznymi, zaś na posadzce zauważyli dwa sześcioboczne otwory.

Sigmund, chociaż znał podstawy krasnoludzkiego pisma, nie potrafił rozpoznać  znaków. Podejrzewał, że jest to jakaś forma starszych run. Przeznaczenia otworów natomiast domyślił się w lot i wyciągnął jeden z metalowych przedmiotów odnalezionych w skrzyni dyliżansu. Zgodnie z przewidywaniami, idealnie wpasował się w sześciokątne wycięcie w podłodze.

– Teraz drugi – rzucił z ekscytacją do Wernera.

Werner nie kazał na siebie długo czekać i rychło oba klucze znalazły się w miejscach ewidentnie do tego stworzonych. Wprawdzie brakowało instrukcji, ale intuicja bohaterów podpowiedziała im, że nie powinna zaszkodzić próba równoczesnego ich przekręcenia.  W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło (dobrego ani złego, co czasem liczy się bardzo na plus), jednakże jakiś dawno zapomniany mechanizm musiał wciąż spełniać swoje zadanie. Coś drgnęło, a po chwili zauważyli, że poziom wody w basenie powoli, bardzo powoli się obniża i zaczyna odsłaniać kolejny, biegnący w dół korytarz. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w wodę.

– W tym tempie zajmie to dobrych kilka godzin, zanim będziemy mogli ruszyć dalej – stwierdziła w końcu zniecierpliwiona Sigfrieda. – Wróćmy na powierzchnię odpocząć. Będziemy mieli lepszy widok na okolicę, zamiast siedzieć tu jak szczury w piwnicach.

Przyznawszy rację głosowi rozsądku, rozbili obozowisko na zniszczonym dziedzińcu. Ruiny kasztelu nie wzbudzały wystarczającego zaufania, aby spędzić noc pod jego stropami, zaś sama kopalnia, przesiąknięta wilgotnym i stęchłym powietrzem, również nie napawała nadzieją na spokojny sen.

***

Sigmund obudził się nagle, całkowicie przytomny i drżący ze strachu. Coś usłyszał, czy tylko mu się przyśniło? Wytężył słuch, wiatr hulał po dziedzińcu i opuszczonych budynkach, a żar skrzył się w ognisku, rozstawionym pod firmamentem gwiazd i księżyców.

– Dum dum. Dum dum. – Ledwie słyszalne rytmiczne uderzenia niosły się z oddali. Natychmiast zerwał się z posłania. Pozostała dwójka wciąż spała, zaś Sigfrida, ledwie dostrzegalna na szczycie muru, wpatrywała się w ciemność.

– Słyszałaś? Bębny! – Bardziej wyszeptał niż krzyknął, wbiegając na blanki.

– Tak. Będziemy mieli też gościa – Sigfrieda wskazała niewielkie światło latarni zmierzające w ich stronę po tafli zamarzniętego jeziora. – Czas obudzić pozostałych.

Pośpiesznie zebrali obozowisko i w napięciu oczekiwali na nieznajomego. Po dłuższej chwili nerwowego wyczekiwania, przez bramę przeszła zakapturzona postać wspierająca się długim kosturem, u szczytu którego tańczył świetlisty lampion.

– Niechaj spłynie na was łaska Młotodzierżcy, dobrzy ludzie – przywitała się Agatha, odsłoniwszy skrytą w cieniu kaptura twarz. Jej słowa, chociaż uspokoiły bohaterów, wywołały w ich głowach cały nawał pytań.

– Co tutaj robisz? – Pierwsza wybiła się ze zdziwienia Eike.

– Wypełniam wolę Sigmara, tak jak i wy – odparła kapłanka, zrzucając obok dogasającego ogniska pokaźnych rozmiarów podróżny worek i siadając na nim.

– A niby skąd wiedziałaś, że tu będziemy? – Dorzucił Sigmund z dozą, jak sądził, zdrowego sceptycyzmu.

– Kowal nie tłumaczy podkowie, co z nią zrobi. Podobnie bogowie nie wyjawiają swoich planów zwykłym śmiertelnikom, którymi się posługują – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem kapłanka.

– Ty, jak rozumiem nie jesteś jednak zwykłą śmiertelniczką – dodał z przekąsem Werner, który z pewnością nie miał najmniejszej ochoty mieszać się w sprawy bogów i szczerze pragnął pozostać przez nich niezauważonym.

– Powiedzmy, że jestem narzędziem, które wreszcie zdaje sobie sprawę do czego je przeznaczono – cierpliwie opowiedziała Agatha przeczesując siwe włosy spięte w gruby warkocz.

– Dum, dum. Dum, dum. – Ponownie rozległ się słyszany teraz już wyraźnie przez wszystkich tętent bębnów.

– Nie jesteśmy jednak jedynymi narzędziami, które komuś służą – kapłanka odpowiedziała na malującą się na twarzach zebranych trwogę.

– To co my tu robimy? – Dociekała zakłopotana Eike.

– To długa historia, ale mamy jeszcze czas – wzrok Agathy spoczął na żarzącym się ognisku. – Ten kasztel powstał ponad siedemdziesiąt lat temu, choć jego obecny stan mógłby wskazywać na dużo dłuższą historie. Hrabia Dietrich von Leoric postanowił obrać to niegościnne miejsce na swoją siedzibę za namową pewnego czarodzieja, Lazarusa. Ten ambitny astrolog twierdził, że spoglądając w gwiazdy odnalazł miejsce największego skarbu w Imperium. By się do niego dostać potrzebował wsparcia kogoś, kto miał prawa do tej ziemi oraz majątek, który pozwoliłby na rozpoczęcie badań i wykopalisk.

Lazarus nie kłamał, na wyspie na jeziorze w górskim kraterze rzeczywiście odnaleźli pozostałości starożytnej, krasnoludzkiej kopalni. Nasi brodaci bracia nie wyczerpali jednak wszystkich bogactw tego miejsca. W skałach wciąż skrzyły się żyły złota, co pozwoliło na wznowienie pracy kopalni oraz sfinansowanie budowy wszystkiego, co widzicie dookoła – zmęczony wzrok Agathy skupił się teraz na ziejących pustką oknach kasztelu.

I chociaż kopalnia stała się źródłem wielkiego majątku dla hrabiego, to jedna jej część wciąż pozostała niezbadana. Krasnoludzcy inżynierowie, wykorzystując dawno zapomniane artefakty, zalali wiele ze starożytnych szybów. Drążąca w głowach władcy i czarodzieja myśl o tym, jakie jeszcze skarby mogą się tam ukrywać, nie dawała im spokoju.

Całe lata zajęło im odnalezienie kluczy, które pozwalały na ponowne uruchomienie mechanizmu kontrolującego poziom wody w czeluściach kopalni. W końcu, gdy osuszono całe podziemia, na jaw wyszła prawdziwą ich głębia i ogrom. To, co widzieli dotychczas, stanowiło jedynie przedsionek właściwych podziemi, korytarze i szyby ciągnęły się niemalże w nieskończoność. Na samym dole dotarli do niezwykłej komnaty ozdobionej tajemniczymi runami. Była ona jednak zamknięta, brakowało trzeciego krasnoludzkiego klucza.

Jakaż była wściekłość Lazarusa, gdy dowiedział się, że jego skarb, do którego drogę odnalazł w gwiazdach, wciąż jest poza jego zasięgiem. Próbował wszystkiego, by przedrzeć się do tajemniczego pomieszczenia, lecz ani jego magia, ani najlepszy proch ściągany z Imperialnych Arsenałów nie był wstanie skruszyć skał wokół komnaty.

Jednak wszystko, co zostało zapisane w niebiosach, musi się spełnić. Szlachcic i czarodziej wzajemnie podsycali swoją obsesję i wydali niejedną fortunę próbując dostać się do środka. Wynajmowali całe grupy najemników, którzy przeczesywali najdalsze zakątki Starego Świata, próbując odnaleźć ostatni, brakujący klucz. Na daremno.

Pewnego dnia sam z siebie pojawił się nieznajomy, który posiadał to, czego tyle lat bezowocnie szukali. Oddawszy mu wszystko, co jeszcze pozostało z ich niegdyś ogromnego majątku, zdobyli wreszcie upragniony ostatni klucz. Czarodziej, w godzinę swojego tryumfu, wraz ze swoim panem i jego gwardią honorową zeszli w mrok najgłębszych korytarzy, by odpieczętować komnatę.

W środku znajdował się wielki kamień, który wyglądał, jakby spoczywał w tym miejscu na długo przed narodzinami samego Sigmara. Lazarus, pochłonięty rządzą posiadania skarbu nie zwrócił uwagi na dziwną i niepokojącą moc bijącą z kamienia. Rozkazał strażnikom, od dawna już posłusznym jego rozkazom, by zabili hrabiego.

– Skąd wiesz to wszystko? – Wyszeptała Eike, dla której historia o starożytnych kopalniach i podziemiach wydawała się nieprzyzwoicie wręcz interesująca.

– Astromanta widział wiele patrząc w niebo, lecz tam w dole, pod skalnym sklepieniem nie dostrzegł dziecka, skrywającego się w cieniach. Dziewczynka widziała jak jej ojciec, który od tylu lat skupiał się jedynie na swoim dążeniu do skarbu, zostaje zamordowany przez własną straż. W przerażeniu i rozpaczy wybiegła z ciemności komnaty i przekręciła ponownie klucz, zamykając maga i zdrajców w środku. Gdy Lazarus w gniewie przywołał swoje moce i ciskał z nieba gwiazdy, które obracały wszystko w ruinę, dziewczynka uciekała już z wyspy, przełykając gorzkie łzy i mając tylko nadzieję, że nigdy przenigdy nie zobaczy już tego miejsca.

Zapadło długie milczenie, przerywane jedynie odgłosem dogasającego ogniska.

– Jeżeli ten Lazarus został zamknięty tam na dole kilka dekad temu – przerwał w końcu ciszę Werner –  to co my do cholery tu robimy?

– Obawiam się, że on tam wciąż jest. I czeka – odpowiedziała niemal przepraszająco Agatha.

– Dum, dum! Dum, dum! – Nagle zdali sobie sprawę, że odgłos bębnów cały czas narastał, podczas gdy wsłuchiwali się w opowieść kapłanki.

Sigfrieda wbiegła na mury i z przerażeniem patrzyła na dziesiątki pochodni posuwających się po jeziorze w kierunku zamku. Tafla lodu pękała pod ciężarem małych, pokracznych postaci, zsyłając je w lodowatą toń, lecz były ich setki, jeżeli nie tysiące. Wszystkie nie utoną, nie ma takiej możliwości – pomyślała i podniosła alarm:

– Zielonoskórzy! Armia Zielonoskórych!

– Czy ten kamień na dole to… – Nie zdążył dokończyć Sigmund.

– Tak – odpowiedziała kapłanka wznosząc głowę ku niebu, na którym mniejszy z księżyców lśnił wyjątkowo jasnym, zielonkawym światłem – Ukochany Morra. Jego dar dla ludzkości.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Eduardo Pena

6. Stary kasztel

21.10.2511, w drodze do kasztelu von Leoric

Ryby złowione przez Ruperta ze wsi Hëuten świetnie sprawiły się jako śniadanie. Drużyna dziarsko maszerowała po starym gościńcu, w towarzystwie młodzieńca, który, jak się okazało, nie potrafi znieść otaczającej go ciszy. A u stóp majestatycznych Gór Czarnych ciszy było aż nadto. Promienie słońca rozlewały się po ośnieżonej scenerii i gdyby nie okoliczności oraz nieubłaganie narastający mróz, wędrówka mogłaby być niemal przyjemnością.

Zgodnie z zawartą o poranku umową, Rupert jeszcze przed zmrokiem doprowadził wszystkich do starej leśniczówki, o której wcześniej wspomniał podczas „przesłuchania”. Mała drewniana chatka z pewnością nie pozostawała w czynnym użytku, jednak ślady niedawnych mieszkańców potwierdzały słowa młodzieńca. Ktoś się tu zatrzymał, o czym świadczyły: pozatykane dziury w ścianach i dachu, przygotowane na podłodze posłania, rozstawione przy palenisku drewno na opał, i nawet resztki jedzenia lekko tylko nadpsute w kociołku.

Skrzypienie jednej z podłogowych desek zasugerowało Eike obecność „ukrytej” pod podłogą skrytki. której zawartość postanowiła dyskretnie sprawdzić. Ku jej miłemu zaskoczeniu trafiła na wytarty mieszek z dziesięcioma złotymi koronami, pięknie mieniącymi się w blasku zachodzącego słońca. Bez chwili wahania medyczka obwieściła całej kompanii dobrą nowinę, działając w imię zasady, że radość powiększa się wraz z ilością odczuwających ją osób. Oczywiście przed podziałem uczciwie odliczyła koszty swoich dotychczasowych strat moralnych, minimalne koszty ekspertyzy lekarskiej, a także dodatek funkcyjny na zakup nowych korali. Wszak stare, jak sama nazwa wskazuje, są już stare.

Pozostałą połowę zawartości mieszka Eike podzieliła równo między wszystkich, wzbudzając zgodnie z przewidywaniami uśmiechy na twarzach całej drużyny. Wśród ogólnej wesołości tylko poborca myta, przez którego ręce przeszło już wiele cudzych pieniędzy zauważył, że nie oberżnięte monety błyszczały licem Imperatora Magnusa Pobożnego. Musiały mieć zatem ponad dwieście lat! Obserwacja ta bynajmniej nie miała powstrzymać go przed przyjęciem monet, wszak ładnie dopełniały kolekcję wcześniejszych, opatrzonych wizerunkiem tego samego władcy, które znalazł w bucie leżącym na szlaku.

Po zadomowieniu się w leśniczówce rozgorzała wśród drużyny dyskusja pod tytułem „co dalej”. Z jednej strony kilka złotych monet zostało uznane za uczciwą zapłatę za spacer po górach, z drugiej słowo „skarb” zdążyło się już zadomowić w głowach bohaterów.

– No dobrze, rozstawimy warty i rankiem wszyscy ruszamy do kasztelu – postanowił zakończyć dyskusję Werner.
– Nie, panie! Starsi we wsi gadają, że nie lza tam łazić! – Nagle wyraźnie poddenerwowany Rupert pozwolił sobie dołączyć do rozmowy.
– No, oczywiście że tak gadają! Jak inaczej mogliby gadać! – Alchemik ponownie podjął swoją tyradę.

Reszta jednak szybko uznała, że młody chłopak w zasadzie nie jest już potrzebny, zatem rano może ruszyć w swoją stronę, całkowicie nie przypadkiem będącą przeciwną do kasztelu. Oni natomiast, motywowani akademickim pędem do wiedzy i poznania, podejmą się w imię nauki zbadania zabytkowych ruin.

Jak postanowili, tak też zrobili. Noc minęła bez większych niespodzianek, po śniadaniu pożegnano Ruperta i nawet wyposażono go w kilka srebrnych monet, co najpierw wprawiło go w osłupienie, a zaraz potem wywołało kolejną lawinę słów: o jego wdzięczności, o wspaniałomyślności szacownych podróżnych (tu wszyscy zgodnie pokiwali głowami), życzeń błogosławieństw wszystkich bogów, jak i zapewnień o dozgonnej przyjaźni.

Cały dzień minął na mozolnej wspinaczce zniszczonym, kamiennym gościńcem. Podczas gdy drużyna pięła się coraz wyżej, temperatura, jak to ona ma w zwyczaju, systematycznie malała. Krajobraz, przez niektórych nazwany pięknym, naszym bohaterom wydawał się jednak głównie niegościnny. Zdeterminowani podążali jednak dalej wytyczonym szlakiem.

Późnym popołudniem udało im się wreszcie dotrzeć do przełęczy, z której rozpościerał się widok na cel ich podróży. Ogromne, skute lodem jezioro usadowiło się w okręgu pasma górskiego niby w kraterze, zaś na jego środku, na niewielkiej wyspie wznosiły się ruiny kasztelu. Zapewne w dniach jego świetności można było dostać się tam mostem, jednak teraz jedynie szczerbate przęsła sterczały z zamarzniętej tafli jeziora, jednoznacznie wskazując bohaterom konieczność obrania innej drogi.

Marsz po skrzypiącym lodzie okazał się męczącym i wysoce niebezpiecznym wyzwaniem. Buty ślizgały się na poduszce świeżego śniegu, który przykrywał lodową powierzchnię jeziora i dawał złudne wrażenie stąpania po stałym gruncie. Im dalej w stronę wyspy, tym mniej tego złudzenia pozostawało. Każdy krok wydobywał niemiłosierne skrzypienie, a niepokojącym wrażeniom słuchowym towarzyszyły wizualne, w postaci drobnych, lecz złowrogich pęknięć, wieszczących rychły koniec całej podróży.

Zdeterminowani, i nieco już zdesperowani, bohaterowie odrzucili cały zbędny bagaż i wytrwale posuwali się dalej. Przewiązana linami, krocząca w równych odstępach czteroosobowa tyraliera pod koniec przeprawy wznosiła modły do wszystkich po kolei bogów. Prawdopodobnie któryś z nich rzeczywiście usłyszał wołania i postanowił okazać łaskawość, jako że mroczna i lodowata toń jeziora nie otwarła się przed żadnym z bohaterów aż do samego celu tej ryzykownej przeprawy.

Na dziedziniec dostali się przez zbutwiałe pozostałości otwartej bramy. Przywitał ich posępny widok zniszczonego kasztelu, ozdobionego jedynie smukłą wieżą oraz smętnymi ruinami budynków gospodarczych, których stan nie pozwalał dociekać, do czego mogły służyć dawnym mieszkańcom. Cały dziedziniec, wraz ze stojącymi jeszcze kamiennymi budynkami usiany był śladami po uderzeniach pocisków, które musiałyby być chyba ciskane przez gigantów, czy może to same niebiosa w złości postanowiły wymazać to miejsce z oblicza świata.

Z posępną ostrożnością, w towarzystwie świszczącego wiatru, bohaterowie rozglądali się po głównej budowli. Niewątpliwie byli pierwszymi ludźmi od wielu lat wędrującymi po szerokich korytarzach, wśród pokoi dla służby i dla panujących. Szybko przekonali się, że cokolwiek, co mogło przedstawiać jakąś wartość lub rzucać światło na losy tego miejsca, już dawno zostało zrabowane lub zniszczone, jeżeli nie przez rozumne istoty, to przez nieubłagany upływ czasu i siły natury.

– Proponowałbym sprawdzić teraz wieżę – z widocznym entuzjazmem zaproponował Sigmund.

Smukła konstrukcja pięła się wysoko ponad zapadnięty dach kasztelu, jej szczyt zwieńczały pozostałości czegoś, co mogło być kiedyś kopułą. Czarodziej od razu pomyślał o znanych mu z Altdorfu obserwatoriach astronomicznych. Takie miejsce musiało wiązać się z wiedzą, a jak pamiętał z formuł alchemicznych wiedza równa się potędze.

Wewnątrz wieży parter zdawał się być dawno temu niewielką komnatą, piętro nad nią sugerowało prywatny pokój. Wyżej pięły się już tylko spiralne schody, prowadzące zapewne na szczyt. Jednak gdzieś w połowie drogi do góry drewniane stopnie zmieniały się w ich blade wspomnienie, ostrzegawczo skrzypiąc pod najmniejszym nawet naciskiem.

– Będzie lepiej, jak sama tam wejdę – stwierdziła Sigfrieda. Pozbyła się ostatnich bagaży i zgrabnie zaczęła wspinać się po coraz rzadziej rozmieszonych deskach. Dla pozostałej części drużyny zwinność jej ruchów przypominała bardziej akrobatę balansującego na linie lub dzikiego kota na polowaniu. Chwilę stali, przyglądając się znikającej w górze Sigfriedzie.

Sigmund musiał przyznać, że niewielka blondynka z pewnością poradzi sobie lepiej od niego, ale bezczynne czekanie mierziło go okrutnie. Postanowił zatem jeszcze raz gruntownie zbadać podnóże wieży. Eike i Werner także rozsądnie uznali, że przeszukanie pomieszczeń bliżej poziomu gruntu jest właśnie tym, czym chcą się zająć. Przeczucie nie zawiodło czarodzieja, gdyż po dokładnym sprawdzeniu ścian okazało się, że za jedną z nich skrywają się schody, dla odmiany prowadzące w dół.

Wyszeptał kilka tajemnych słów, które przywołały niewielką kulę złotego światła umieścił ją na szczycie laski, którą się wspierał i w jej blasku postanowił przekonać się, co skrywa mrok podziemi.

Tymczasem droga Sigfriedy coraz bardziej przypominała wspinaczkę, niż wchodzenie po pozostałościach schodów. Lekkość jej niewielkiej postury oraz doświadczenie w wymykaniu się z rodzinnego domu pozwoliły znajdować oparcie dla rąk i nóg w miejscach, gdzie nikt inny z drużyny nie utrzymałby się nawet kilka sekund.

Gdy wreszcie dotarła na szczyt, przywitał ją mroźny świst wiatru oraz widok rozciągający się na otaczające jezioro szczyty. W ruinach obserwatorium, bo było to rzeczywiście obserwatorium astronomiczne, nie znalazła niczego wartościowego. Zniszczone instrumenty nie dawały nawet odrobiny nadziei, aby mogłyby posłużyć do czegokolwiek nawet w rękach najbardziej zdeterminowanego badacza. Po dłuższej chwili, w jednym z kątów, przygniecione nogą stołu, znalazła kilkanaście złożonych kart pergaminu wypełnionych rzędami cyfr. Przy braku bardziej treściwych znalezisk, postanowiła zanieść je alchemikowi z nadzieją, że może jemu wyjawią jakieś informacje.

Tymczasem piwnica wieży stała się domeną żywiołu wody, i do tego zatęchłej. Zirytowany czarodziej, brodząc w wodzie niemal po kolana i bardzo starał się odnaleźć coś interesującego, co w jego własnych oczach nadałoby sens jego aktualnemu położeniu. Jednak i ta część budynku doznała wielu zniszczeń przez lata opuszczenia. Ostatecznie udało mu się wyłowić z przegniłej szuflady przegniłego biurka stary, dla odmiany nieprzegniły notatnik, który sprawiał wrażenie, jakby tylko czekał na uratowanie z tego zapomnianego miejsca.

– Tablice astronomiczne i zapiski z obserwacji nieba – domniemywał głośno czarodziej świdrując wzrokiem zawartość notatnika oraz kart przyniesionych przez Sigfriedę, gdy cała czwórka spotkała się ponownie na dziedzińcu i raczyła kolejnym prowizorycznym posiłkiem.

Astronomia nie była jednak jego życiową pasją, której poświęcałby każdą wolną (i niewolną) chwilę, dlatego też szczegóły znalezisk miały pozostać na razie zagadką. Kierując się uzasadnionym podejrzeniem o znacznej wartości, pieniężnej lub naukowej, papierów, postanowił wszystko pieczołowicie spakować, wraz z przyrządami do pisania, które stanowiły jedną z jego najcenniejszych ruchomości.

– Wydaje mi się, że przed zmrokiem zdążymy jeszcze sprawdzić, co jest tam… – Werner wskazał w kierunku pokaźniej bramy wykutej w skale tworzącej naturalny mur na tyłach kasztelu.

– No oczywiście, że musi być jeszcze jakieś „tam” – zgryźliwie skomentował Sigmund, chlupocząc stopami w przemoczonych butach, z niezadowoleniem odklejając od mokrych spodni poły równie mokrego i tylko trochę uwalanego szlamem płaszcza.

Spis treści
Inne przygody

Zdjęcie pochodzi z exposenature.blogspot.com