#1 Trybiki władzy, czyli słów kilka o Imperium – podcast

Pokusiliśmy się o popełnienie podcastu. Taki mały dowód na to, że przez święta nie tylko obżeraliśmy i opijaliśmy się bez umiaru, ale również staraliśmy się zrobić coś względnie konstruktywnego.

Jest to nasze pierwsze podejście do takiego formatu, co zapewne słychać, ale z pewnością nie ostatnie. Póki co z niecierpliwością oczekujemy na wasze reakcje i sugestie teamów na kolejne odcinki.

Podcast dostępny jest na naszych stronach YouTube i SoundCloud

Chwała Sigmarowi!

1. Trandafir

14.02.2511 KI, Sonnefurtr, przystań

– Twoje oczy się śmieją, ale serce smutne jest! Daj dwa miedziaki dobry człowieku – dobiegło uszu Sigmunda wołania starej strzyganki, która przmierzała skąpaną w blasku wiosennego poranka przystań. Wciąż zacumowany“Trandaffir” leniwie kołysał się wraz z nurtem rzeki.

– Wypływamy skoro świt, bądź gotów – powtarzał w myślach poirytowany czarodziej, mocno tuląc do piersi torbę ze swoim nowym nabytkiem. Ciężka księga poświęcona sztuce kryptografii była ostatnio jedynym ukojeniem jego nerwów, skołatanych powracającym na jawie koszmarem bycia nieustannie śledzonym.

Ani razu niczego nie zauważył, chociaż niejednokrotnie próbował oglądać się przez ramię, czy niby przypadkiem wyglądać o późnych porach przez okna karczemnej izby. Jednak na ulicach i w zaułkach miasta nigdy nie dostrzegł czegokolwiek, co tłumaczyłoby jego podejrzenia. Pomimo tego, powracające zimne mrowienie na karku nie dawało o sobie zapomnieć. Chociaż uważał się się za racjonalistę, Sigmund nie lekceważył swoich instynktów i wciąż im ufał. Wszak to one skierowały go na ścieżkę magii, którą starał się teraz dostojnie kroczyć.

– To co, odbijamy? – Ze śmiechem zakrzyknął Werner, w przyjacielskim geście klepiąc po plecach kapitana tej podłej łajby. Reiko, bo tak nazywał się kapitan, mógłby uchodzić za chodzący stereotyp Strzyganina: kolczyki w uszach, sygnety na palcach oraz nieprzyzwoita wręcz ilość tatuaży, wisiorków, korali i innych ozdób mających odganiać, takie czy inne złe duchy, klątwy i uroki.

– Czekaj, tylko teściową zaciągnę na pokład. Cholera wie, czy większy pech ją tu zostawić, czy wieźć ze sobą – parsknął kapitan, odsłaniając przy tym uśmiech pełen złotych zębów i oddalając się w kierunku starej kobiety, która wciąż zaczepiała ludzi na przystani.

– No, pięknie. Jeszcze stara wiedźma do towarzystwa. W co ten Werner nas wpakował? – Zaklął w duchu alchemik. Dobrze jednak zdawał sobie sprawę, że oferta transportu za którą jeszcze mu zapłacą nie jest czymś, czym mógłby ot tak po prostu wzgardzić.

Za samą księgę ściskaną w dłoniach winien jest jeszcze pięć złotych koron i zapewne będzie musiał się odwzajemnić przysługą za możliwość rozłożenia spłaty. Do tego Kolegia Magii w Altdorfie wciąż oczekują od niego wpłaty kolejnych pięćdziesięciu koron… Nie, więcej to będzie, przecież zaczął się nowy rok i suma urosła o procent, ponieważ zamiast zdobytą wiedzę spożytkować ku chwale imperialnych armii, postanowił wyruszyć w podróż życia, tak jak jego przyjaciel Adalbert.

Barka wreszcie odcumowała i powoli niesiona prądem oddalała się od miejskiej przystani, podczas gdy Sigmund zatopiony w myślach rozważał, jak zareagowałby jego stary przyjaciel na wieść o tym, że on sam za kilka szylingów najął się do ochrony towarów na budowę młyna gdzieś na krańcu Imperium. Adalbert pewnie zrozumie, choć będzie się śmiał, grunt żeby Inge się nie dowiedziała…

– Patrz machają nam! – Radosny okrzyk Eike wyrwał go z zamyślenia. Młoda dziewczyna, wystrojona w nową tunikę i sznury kolorowych korali z radością machała ludziom pozostałym na przystani. Co ciekawe, zastępy marynarzy i dokerów z wielkim entuzjazmem odpowiadały na pozdrowienie, chociaż, jak domniemywał Sigmund, życzenie im udanej podróży nie było ich główną motywacją, raczej nadzieja na wkupienie się w łaski rudowłosej lekarki.

– Bardziej interesuje mnie ten, który nas obserwuje – dodała Sigfrieda. Łowczyni nagród swoim zwyczajem pojawiła się znikąd i wskazywała teraz dłonią jedno miejsce na przystani.

Rzeczywiście, brodaty, siwowłosy mężczyzna pilnie studiował barkę przez trzymaną w dłoniach lunetę. Sam “Trandafir” w swojej skrzypiącej i niemal rozpadającej się chwale z pewnością nie zasługiwał na taką uwagę.

Sigmund wlepiał wzrok w oddalającą się postać mężczyzny i zadawał sobie pytanie, czy może to być człowiek, którego spojrzenie czuł na karku nieustannie od opuszczenia kasztelu von Leoric? Pytanie pozostało jednak bez odpowiedzi, podczas gdy przystań i miasto Sonnefurt zniknęły za zakrętem rzeki.

***

Podróż mijała spokojnie, w południe z kajuty wyszedł również na pokład sam głównodowodzący całego przedsięwzięcia – Rutger Reuter. Młody przedstawiciel jednej z kupieckich rodzin Wusterburga sprawiał wrażenie nad wyraz sympatycznego i otwartego.

Barwnie opowiadał, jak to wraz ze swoją wspólniczką stawiają nowy młyn, który z pewnością przyniesie wszystkim tu zebranym bogactwa ponad miarę, wszak Rutger potrzebuje zaufanych i pracowitych ludzi, a właśnie takich można znaleźć na pokładzie “Trandafira”.

Kipiący optymizmem chętny do snucia opowieści o przyszłych projektach kupiec nie wydawał się jednak Sigmundowi dobrym kompanem do zabicia czasu na barce. Z niejakim zaskoczeniem doszedł do wniosku, że strzygańska załoga, wbrew jego wcześniejszym uprzedzeniom, okazała się być dużo wdzięczniejszym towarzystwem.

To prawda, że przystrajają się w zbyt dużą ilość wisiorków i amuletów. To prawda, że są głośni i przesądni aż do bólu zębów, nieustannie wspominają o tym, jak to przeklęte jest miejsce, do którego płyną. Chociaż z rozmowy wynikało, że ma całkiem dobrą sprawę, to każde miejsce jest przeklęte, chociaż niektóre bardziej niż inne. To prawda, że stara i niemal ślepa wróżbitka Vadoma podnosiła co jakiś czas zawodzący jęk o nadchodzącym końcu czy innej bestii.

To wszystko prawda, lecz Sigmund nie oceniał ludzi tak powierzchownie. To, co dla niego było ważne, skrywało się w sercu człowieka, a w strzygańskich sercach znalazło się miejsce na miłość do hazardu. Fakt faktem to kości, a nie karty, były ich ulubioną rozrywką, ale w takiej sytuacji nie należy zanadto wybrzydzać.

Suma sumarum, Sigmund wraz z Wernerem z niejaką radością spędzili znaczną część dnia (oraz nocy, bo dopiero wtedy przybili do przystani jednej z gospód przy brzegu, bezpiecznego miejsca na odpoczynek dla strudzonych podróżnych) turlając sześcianami na wieku beczki, radośnie wykrzykując wyniki i odliczając miedziaki z podróżnej sakiewki.

***

Kolejnego poranka ruszyli w drogę już o czasie, jednak i to nie spotkało się z aprobatą czarodzieja. Strzygańskie serca znalazły w sobie również miejsce na liczne napitki, a Sigmund nie lubił odmawiać gościnności, gdy grał. Zatem jej nie odmówił, co zaowocowało delikatnym weltschmerzem, który aż prosił się o rozpoczęcie podróży dnia kolejnego o rozsądniejszej, późniejszej godzinie.

Nikt jednak nie brał pod uwagę opinii czarodzieja. Barka sunęła leniwie naprzód, złowrogo kołysząc się na falach, jakby umyślnie chciała przywołać z gardła alchemika spożyte poprzedniej nocy trunki. Wsparty o burtę Sigmund zaszklonymi oczami wpatrywał się w linię brzegu.

– To browar Bugmana – wtrącił przechadzający się po pokładzie i podejrzanie rześki Werner, wskazując nadbrzeżne ruiny.

Myśli obu pasażerów powędrowały do prowadzonej przez niziołki karczmy, w której podczas minionej zimy mogli rozkoszować podniebienia legendarnym, krasnoludzkim trunkiem. Przyjemne wspomnienie pociągnęło za sobą jednak lawinę innych, już mniej przyjemnych: kasztel, kopalnia i zło w podziemiach…

Sigmund nie odpowiedział.

Łódź płynęła.

***

– Chwała duchom za przeprowadzenie nas bezpiecznie przez te przeklęte wody!, Chwała za litość jaką… – Kolejny okrzyk siedzącej na dziobie starej strzyganki został przerwany głośnym hukiem.

“Trandafir” zatrząsł się i przeraźliwe zgrzytnął dnem sunącym po mieliźnie, wytrącając Sigmunda z równowagi i posyłając go na pokład, który z całą pewnością nie był już ustawiony w poziomie względem reszty światła.

– Aaaa! Ratuuuj! – rozległo się po głośnym plusku wołanie wróżbitki.

– Cóż, to by było na tyle jeżeli chodzi o przepowiadanie przyszłości, trzeba było nie siedzieć na dziobie – nie skrywając uśmiechu pomyślał Sigmund, starając się podnieść i utrzymać równowagę na przechylonym pokładzie barki.

Pośród ogólnego rozgardiaszu i licznych krzyków załogi, jakie rozległy się po uderzeniu o dno, paniczne krzyki Vadomy wyraźnie nabierały na sile i zwiastowały gorsze doświadczenie niż tylko nieplanowaną, choć z pewnością wskazaną kąpiel.

Sigmund ruszył w kierunku dziobu, z którego rozpościerał się widok na całą scenę. Zgodnie z jego przypuszczeniami, to nie czysta woda była głównym powodem paniki wróżbitki, ale grzbiet wielkiej ryby, dłuższej niż powóz. Zbliżał się on nieubłaganie w kierunku tak zgrabnie dostarczonego posiłku.

Brzęk cięciwy rozdarł powietrze

– Cholera jasna – warknął Werner z kuszą w dłoniach, bełt chybił celu. Mytnik starał się jak najszybciej przeładować broń.

– Kawał ryby! – Eike spuściła z cięciwy strzałę, która dla odmiany dosięgnęła morskiego potwora, lecz nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Płynął dalej w tym samym tempie i rozwierał szczęki, by pochłonąć bezradnie miotającą się w wodzie Vadomę.

Sigmund skupił uwagę, odpędzając od siebie natrętne myśli o kołysaniu, kacu i przemożnej chęci zwymiotowania. Tak jak ćwiczył w kolegiach, starał się spleść złoty wiatr magii, skupić umysł i okiełznać pełnię dzierżonej przezeń potęgi.

Mieniący się złotem magiczny pocisk uformował się między wzniesionymi dłońmi Sigmunda i popędził celnie naprzód, wbijając się w łuskowate, obślizgłe cielsko. Wprawdzie swym pojawieniem się wzbudził zrozumiałe poruszenie wśród strzygańskiej widowni, o tyle w opinii ogromnej ryby nie był wart większej uwagi, co niezmiernie Sigmunda zirytowało.

Tymczasem Siegfrieda już przeskakiwała przez burtę, i zanurzywszy się z głośnym pluskiem niemal po pas w chłodnych wodach górnego Sollu, jęła dźgać potwora ostrzem rapiera.

Werner, który najwyraźniej nie potrafił sobie poradzić z przeładowaniem kuszy w tych stresujących okolicznościach, również skoczył do wody, z bluźnierczym okrzykiem na ustach i messerem w dłoni.

Cóż było robić?

– Nie narzędzie, a osiągnięty efekt ma znacznie – zwykł powtarzać mu mistrz Otto podczas nauki w Altdorfie. Z kosturem ujętym mocno w dłoń Sigmund skoczył do wody z zamiarem ubicia morskiej bestii. I chociaż decyzja czarodzieja z pewnością była heroiczna (w opinii głównego zainteresowanego) oraz widowiskowa (poły tuniki furkotały przy skoku, a potem skutecznie krępowały wszelkie ruchy), o tyle okazała się nieco spóźniona.

W międzyczasie skoków, walecznych okrzyków i innego oceniania szans łowczyni nagród kilkoma precyzyjnymi ruchami rapierem poradziła sobie z morską bestią. Z dumnym i lekko zawadiackim uśmiechem skinieniem głowy podziękowała dwóm przemoczonym kompanom za „wysiłek i dobre chęci”.

Rybę nie tylko skutecznie zabito, ale również wyłowiono z myślą o kolacji. Eike zajęła się opatrywaniem licznych, choć przeważnie niegroźnych, ran załogi. Wszystkie materiały budowlane i zapasy, które nie znalazły się na dnie rzeki, zniesiono na brzeg z zamiarem przeniesienia do ponoć niedalekiego już obozowiska.

Pośród ogólnego zamieszania kapitan Reiko ze smutkiem wbijał wzrok w rozłożoną na mieliźnie barkę, kaleką i niezdolną do ruchu.

– Nie ma strachu – stwierdził optymistycznie Rutger – zbierzemy chłopaków z obozu, trochę desek, trochę gwoździ i będzie jak nowa! Jakby drwiąc z tych słów “Trandafir” ostatnim wysiłkiem swej woli rozpadł się na dwie części, z których jedna niesiona prądem zaczęła tonąć, podczas gdy druga pozostała na mieliźnie jako ostrzeżenie dla kolejnych pokoleń marynarzy.

– Pięknie. Po prostu, kurwa pięknie – pomyślał Sigmund, któremu najwyraźniej zaczął udzielać się optymizm kupca.

Spis treści
Inne przygody

Grafika pochodzi z oficjalnego scenariusza „If looks could kill”

9. Długa zima w Sonnefurtr

Zima upłynęła drużynie we względnym spokoju w mieście Sonnefurtr. Każdy z bohaterów starał się dorobić trochę grosza z nadzieją, że wiosną wraz z topniejącymi śniegami ruszą w dalszą podróż.

Sigfrieda zajmowała się głównie łapaniem pomniejszych złodziejaszków, za których władze miasta zechciały wystawić nagrodę. Współpracując z miejscowymi organami ścigania zdołała również ustalić, że Olivier Kurtz – właściciel fiołkowego kapelusza – pochodził z Reiklandu, natomiast dwójka ludzi z jego bandy o imionach Heinrich i Steffan pochodziła z Wusterburga.

Złote korony zdobyte podczas ostatniej, obfitującej w atrakcje podróży, młoda łowczyni nagród postanowiła przeznaczyć na zakup skórzanego pancerza słusznie przewidując, że taka inwestycja opłaci się w przyszłości.

Natomiast Eike miała pecha, znaleziony w starej leśniczówce mieszek wypełniony złotymi monetami został jej skradziony, zatem zmuszona była spieniężyć swoje medyczne umiejętności świadcząc usługi cyrulika, z nadzieją że uda jej się zarobić nie tylko na utrzymanie, ale również na nieodzowną parę nowych korali.

Pomijając jednak pogoń za pieniędzmi, lekarka postanowiła również przetrząsnąć miejscowe biblioteki i księgozbiory w poszukiwaniu miejsc oznaczonych na starej mapie. odnalezionej w podszewce fiołkowego kapelusza. Udało jej się uzyskać następujące informacje:

2475 KI – Wieś Mütten

We wsi Mütten rozgorzała zaraza “Ratte Fever” jak donieśli nieliczni uciekinierzy. Jednak gdy siostry z zakonu Shally dotarły tam by nieść pomoc potrzebującym, wieś zastały całkowicie opustoszałą – bez ludzi, bez zwłok, bez widocznych śladów walki.

Sigmund, również starał się uciułać kilka miedziaków użyczając swojej ekspertyzy alchemicznej. Dodatkowo szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mu się trafić na aukcje prywatnej biblioteki jednego ze zmarłych radców miejskich.

Jego uwagę przyciągnęła pozycja “Polygraphiae Libri Sex”. Chociaż cena 10 złotych koron była zbyt wysoka jak na możliwości wciąż obciążonego kredytem studenckim czarodzieja, udało mu się dojść do porozumienia z reprezentantem antykwariatu “Morte-Unnbenant” z siedzibą w Nuln prowadzącym aukcję. Na mocy zawartej, dżentelmeńskiej umowy Sigmund połowę ceny zapłacił z góry, a pozostałą jej część zobowiązał się uiścić w dogodniejszym terminie, oczywiście w zamian za przyszłą, bliżej niesprecyzowana przysługę.

Werner natomiast spędził zimę na rogatkach miasta. Długie i spokojne noce przerywane czasem pobieraniem miedziaka od każdej nogi przekraczającej bramy zapewniły mu jakże zasłużony wypoczynek, a fakt że wiele z wpłaconych przez podróżnych miedziaków często wędrowały do jego własnej sakiewki, zdecydowanie zrekompensował mu wszelkie straty moralne związane z piastowanym stanowiskiem.

Jedynym wydarzeniem zasługującym na uwagę był przyjazd Guntera Langa – strażnika dróg. Wracając z Kreutzhoffen natknął się on na wrak dyliżansu, którym podróżowali bohaterowie i powodowany poczuciem obowiązku, prowadził właśnie śledztwo w tej sprawie. Postanowił zasięgnąć języka u Wernera, ten opisał mu wszystkie wydarzenia związane z napędem, za którym stał Olivier Kurtz wraz ze swoimi zbirami, historię kasztelu von Leoric i znajdującej się pod nim kopalni pozwolił sobie jednak pominąć.

Gunter wyjawił natomiast, że właścicielką kompanii “Elfia Strzała” do której należał dyliżans jest niejaka Anna Vergun, mieszkająca w Wusterburgu.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Sergey Lameyko

8. Dar Morra

22.10.2511, kasztel von Leoric

– Dum, dum! Dum, dum! – skąpany w zielonym blasku Morrslieba kasztel zdawał się drżeć w rytm uderzeń bębnów, podczas gdy okrzyki zielonoskórych nieuchronnie przybliżały się ze wszystkich stron, niesione mroźnym wiatrem.

Agatha pewnym ruchem zrzuciła z siebie płaszcz, odsłaniając skrywaną pod nim kolczugę. W nieco bardziej sprzyjających okolicznościach drużyna byłaby mocno zdziwiona i napewno nie pozostawiłaby sytuacji bez zadania mnóstwa pytań. Nie tym razem jednak. Agatha zdjęła lampion z zawsze towarzyszącego jej kostura podróżnego, sam kostur zaś odrzuciła na bok, niczym niepotrzebną już zabawkę.

– Weźcie to! – wyjęła świecę i zdarła pergamin z lampionu, który okazał się być niczym innym, jak kolejnym krasnoludzkim kluczem! Bliźniaczo podobnym do dwóch znalezionych przez bohaterów w powypadkowych resztkach dyliżansu. Następnie uklękła przy swoim worku podróżnym, i ku dalszemu zdziwieniu wszystkich obecnych (gdyby mieli czas i sposobność, by czemuś się dziwić) wyciągnęła z worka całkiem pokaźnych rozmiarów młot bojowy.

Kobieta, która mogłaby być nawet nie matką, ale zapewne babką bohaterów, stojąc teraz w pełni wyprostowana, w lśniącej zbroi i z bronią w rękach, bynajmniej nie przywodziła na myśl słabej i wymagającej pomocy staruszki. Zgoła odwrotnie, siła i zdecydowanie bijące od kapłanki zdawały się promieniować wokół i dodawać otuchy struchlałym w sercu.

– Szybciej! Do kopalni! – krzyknęła tonem wyraźnie nawykłym do wydawania rozkazów. Nie sposób było nie usłuchać. Nogi same niosły. Nikt nie chciał zostać na dziedzińcu. Porwali ze sobą to, co mieli pod ręką.

Biegli, każde z dłońmi kurczowo zaciśniętymi na broni. Strach powoli przeradzał się w panikę, którą usilnie starali się przegonić, biegnąc coraz szybciej. Zostawili za sobą rozświetlony blaskiem mniejszego księżyca dziedziniec, ruszyli w głąb kopalni. Przy świetle pochodni gorączkowo odnajdywali drogę, poganiani coraz głośniejszymi krzykami zielonoskórych. Tylko modlitwa o wstawiennictwo Sigmara, powtarzana niestrudzenie przez Agathę, zdawała się blokować paniczny strach i zatrzymywać czarne myśli o nadchodzącej i nieuchronnej śmierci.

– Agatha! Ten proch krasnoludzki, o którym mówiłaś, jest tu gdzieś jeszcze? – olśniło Sigmunda. Starał się przekrzyczeć swoją zadyszkę, obładowany pakunkami, w tym oczywiście najcenniejszym z nich: magicznym Grymuarem.

– W dole, w korytarzu. Tam był skład narzędzi – wskazała kapłanka, gdy dobiegli do basenu. W miejscu gdzie jeszcze niedawno stała woda, teraz otwierał się kolejny, prowadzący w głąb podziemi korytarz.

– Zdążymy? – Werner nerwowo spoglądał w górę tunelu. Widział sylwetki ścigających ich goblinów. Złowrogo błyszczące w mroku ślepia zbliżały się zastraszająco szybko.

– Zdążycie. Jeżeli dokończycie to, co wtedy zaczęłam, uciekajcie dalej w dół kopalni. Nie czekajcie. – Agatha odwróciła się do nich plecami, uspokoiła oddech i rozpoczęła:

– Sigmarze, wspomagaj nas w walce, a przeciw niegodziwości i zasadzkom chaosu bądź naszą obroną. Oby go mój młot pogromić raczył, pokornie o to proszę, a Ty, Wodzu Imperialnych zastępów, demony i inne duchy złe, które na zgubę dusz ludzkich po tym świecie krążą, mocą swoją strąć do otchłani z której wylęgły! – Dźwięczny głos Agathy odbijał się od skał.

Z płonącym młotem w dłoni i ogniem prawdziwej wiary w sercu, wojowniczka Sigmara ruszyła w górę, na spotkanie nadciągającej hordzie.

***

– Szybciej, szybciej! – krzyczał Werner, gdy zbiegali korytarzem. Z góry dochodziły ich odgłosy walki i przerażone krzyki goblinów. Wszystko wzmocnione wielokrotnym echem odbijającym się od ścian podziemi. Zdawało się, jakby to sam Sigmar zstąpił na ziemię i upomniał się o należne mu ciała znienawidzonych wrogów.

– Tutaj! – rzuciła Sigfrieda, wskazując na przegniłe i rozpadające się drzwi po prawej stronie korytarza.

W małym pomieszczeniu, błyskawicznie przegrzebując wszystkie zgromadzone tu rupiecie, znaleźli kilkanaście beczk wielkości dorodnej dyni. Wszystkie opieczętowane były dobrze znanymi Sigmundowi krasnoludzkimi runami oznaczającymi czarny proch.

– Fachowa robota. Patrzcie! Zawinięte w pergamin i zalane woskiem. Proch wciąż może być suchy! – zdumiał się alchemik i niemal zapatrzył, a rzemieślink w nim wyraźnie pragnął poświęcić chwilę na kontemplację tak rzetelnego podejścia do sprawy. Szybko się jednak zreflektował. – Każdy po jednej i lecimy!

Tak też zrobili. Obładowani kolejnym ciężarem biegli dalej w dół. Wypluwali resztki oddechu, opadali z sił z każdym krokiem. Chwilowy przypływ energii napędzony widokiem hordy goblinów wyraźnie był na wyczerpaniu. W głowach kołatały się myśli: „Nie wypuść beczki z rąk”, „Nie przewróć się”, „Byle w dół”.

Odgłosy walki z góry korytarza stopniowo przycichały, ustępując miejsca ponurej ciszy podziemi. Nie byli pewni, czy są już tak daleko, czy też walka dobiegła końca. Nie mieli wątpliwości, że mogła zakończyć się tylko w jeden sposób. Pojedynczy człowiek nie pokona hordy. Pełni niepokoju o to, co przed nimi, i to, co za nimi, parli do przodu.

W końcu przed nimi pochodnia oświetliła wrota do okrągłej komnaty. Nie wydawała się szersza niż dwa imperialne trakty. Zewnętrzne ściany przyozdobione były tysiącem znaków runicznych, które mieniły się bladym światłem, a przed wejściem w posadzce znajdował się znajomy już kształt sześciokątnego wycięcia.

– Wrócić i tak nie możemy. – Sigfrieda głośno wyraziła to, co wszystkim chodziło po głowie. W stronę Wernera, który z kluczem w dłoni klęczał na posadzce z pytającym spojrzeniem, rzuciła: – Teraz albo nigdy!

Werner przekręcił klucz.

Wrota niemal natychmiast wsunęły się w mechanizm ukryty w podłodze, a głośny huk obwieścił wszem i wobec, że są otwarte. Powietrze, zamknięte od dziesięcioleci w sarkofagu, wdarło się w nozdrza zapachem zgnilizny. Lecz nie samo powietrze wydostało się z wnętrza – Dhar niemal wylewał się, niby skwaśniałe piwo z pękniętej beczki. Spoglądając na tracące blask starożytne runy Sigmund zdał sobie sprawę, że cała komnata stworzona została, aby zatrzymać sączącą się ze środka magię zepsucia. Oni natomiast właśnie dali jej ujście na świat.

– Pięknie, kurwa. – pomyślał rzeczowo alchemik. A może powiedział?

Jakby tego było mało, dopiero zaczynali dostrzegać detale wnętrza sali. Na skalnej podłodze leżały szkielety obleczone w pozostałości zbroi i przegniłe strażnicze mundury. Pomiędzy nimi zobaczyli zwłoki byłego władcy tej kopalni i kasztelu, z którego pleców wciąż sterczały sztylety zdrajców. Na samym środku pomieszczenia tkwiła wielka, przynajmniej metrowej średnicy, idealnie okrągła kula. I chociaż zdawała się być całkowicie czarna, to każdy jej fragment pozostający poza centrum pola widzenia błyskał kotłującą się zielenią przechodzącą w zgniłą żółć. Złowrogi blask, dostrzegalny jedynie kątem oka, układał się w bezsensowne wzory. Przywodziły one na myśl ludzkie twarze, które jednak w swej groteskowości nie mogłyby być twarzami, a tym bardziej na pewno nie ludzkimi.

Pochylony nad nią, niby pomnik, wartę pełnił mężczyzna. Odziany w powłóczyste i bogato zdobione, ale rozpadające się szaty, wsparty na kosturze zdobionym w gwiazdy i półksiężyce. Z zamkniętymi oczyma, o skórze białej i cienkiej jak najdelikatniejszy pergamin. Od dziesiątek lat trzymany przy życiu jedynie swoją szaloną ambicją i niegasnącym uporem, czerpiąc siły ze źródła czarnej magii, która zgodnie z zamysłem nie miała nigdy opuścić granic tego pomieszczenia. Lazarus, bo nie mógł to być nikt inny, powoli zaczął wybudzać się ze swojego półwiecznego stuporu. Powoli uniósł powieki, które skrywały jadowitą zieleń spaczeni, sączącą się z jego oczu.

Groza lodowatymi dłońmi ścisnęła serca bohaterów, zamarli w bezruchu. Nie byli wstanie wykonać nawet najdrobniejszego gestu. Ich oddechy zamarły, a krew w żyłach zastygła, rozlewając chłód śmierci po całym ciele. Świat przestał mieć znaczenie. Sparaliżowani, w niezmiennej rzeczywistości przerażenia rozciągającej się przez niezliczone eony, stali. Zamarli obok czasu przelewającego się rwącą rzeką przez cały świat. Zbyt przerażeni, aby móc nawet pomyśleć o ucieczce. Tkwili tak sekundę, minutę, wieczność?

– Agrhhhh!!! – Wydarł wreszcie ze swojego gardła Sigmund, starając się cisnąć jakąś klątwę na ogarniającą go bezsilność. Drżącą ręką rozdarł papier z dna przytaszczonej beczułki i odsłonił zawinięty lont. Wreszcie odpalił go od pochodni, zatkniętej w zastygłej dłoni Eike, i wrzucił do pomieszczenia.

– Dawaj następną! – krzyknął do Wernera, któremu bezpośredni rozkaz pomógł wreszcie otrząsnąć się z paraliżującego przerażenia.

Kolejna beczka poszybowała w głąb komnaty, ciągnąc za sobą strugę błyszczących iskier niby kometa. Za nią podążyły dwie następne i wtedy Werner ponownie przekręcił klucz. Drzwi drgnęły i powoli zaczęły podnosić się z posadzki, przesłaniając zalegające ciała. Był to ostatni moment, gdyż owe ciała niezgrabnie i z trudnością zaczynały poruszać się, jakby ktoś tchnął w nie nowe życie.

– Nie mogę go wyciągnąć! – Krzyczał przyszły strażnik dróg, mocując się z kluczem.

– Zostaw w cholerę i spieprzamy! – Odkrzyknął alchemik, już w biegu, pokazujący wszystkim podeszwy swych butów.

Pozostali bez specjalnego dywagowania poszli w jego ślady, zostawiając za plecami domykającą się komnatę. Na jej ścianach runiczne pismo krasnoludów ponownie zaczynało jarzyć się bladym blaskiem. Zgodnie z ostatnią wskazówką Agaty biegli cały czas w dół, z nadzieją na odnalezienie wyjścia, podczas gdy podziemiami wstrząsały kolejne uderzenia. To same gwiazdy spadały na kasztel, strącone z firmamentu wolą Lazarusa, który pragnął uwolnić się ze swojego więzienia.

***

Po kolejnej szalonej gonitwie skalnymi tunelami bohaterom udało się dotrzeć do jednego z wyjść z kopalni. Nad brzegiem jeziora odnaleźli porzuconą lodź, która z nurtem rzeki zaniosła ich do Hëuten. W zabitej dechami wiosce znaleźli schronienie i upragniony odpoczynek. Jak się okazało, Rupert zdążył już wrócić do rodzinnego domu.

Noc, podczas której przybyli do wioski, przez miejscowych nazwana została Nocą spadających gwiazd. Co starsi wieśniacy pamiętali opowieści o podobnym wydarzeniu kilkadziesiąt lat temu. Rada wioski zgodnie uznała, że jest to zły omen i do starego kasztelu nie lza łazić, bo nic dobrego to nie przyniesie. Decyzja ta świadczy o głębokim rozsądku i sile instynktu zachowawczego wśród mieszkańców. 

Niedługo później drużyna ruszyła w dalszą drogę prowadzącą do miasta Sonnefurtr, pozostawiające wszystkie te wydarzenia za sobą i tylko Sigmund czasami nie mógł oprzeć się dziwnemu przeczuciu jakby cały czas był przez kogoś obserwowany.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa goodfon

7. Z woli bogów

21.10.2511, kasztel von Leoric

– Krasnoludzka kopalnia – obwieścił światu oraz wszystkim zebranym Sigmund, rozświetlając wejście złotym światłem sączącym się z magicznej kuli na szczycie kostura.

– To by wyjaśniało legendy o skarbie – zauważył Werner, dzierżąc w dłoni dużo bardziej tradycyjne źródło światła w postaci zwykłej pochodni.

– To co, zobaczmy, czy kryje się w nich jakieś ziarno prawdy? – Entuzjastycznie zaproponowała Eike.

Powoli, ostrożnie drużyna ruszyła ciemnym korytarzem. Z wyciągniętą bronią zagłębiali się w coraz gęstszą ciemność. Przedtem nie określiliby dziedzińca kasztelu jako wybitnie gościnnego, teraz jednak, z każdym kolejnym krokiem oddalając się od wyjścia na powierzchnię, dziedziniec wydawał im się wyjątkowo bezpieczny i zapraszający.

Równy korytarz stopniowo schodził coraz niżej, co jakiś czas odsłaniając jakieś odgałęzienie, wykute jednak w dużo bardziej prymitywny sposób. Wąskie i nieregularne mniejsze korytarze przywodziły Sigmundowi na myśl słowa mistrza kowalskiego, u którego kiedyś terminował. Krasnolud nie miał zbyt wysokiego mniemania o ludzkim rzemiośle i zwykł nazywać je: partactwem, odwaloną na szybko chałturą, bez polotu i finezji. W tym momencie Sigmund musiał w myślach przyznać rację brodaczowi.

Przy drgającym świetle płomieni, w ciszy przerywanej jedynie ich własnymi krokami, dotarli wrzeszczcie do końca głównego tunelu. Ich oczom ukazał się kwadratowy, wypełniony zatęchłą wodą basen, którego brzegi oznaczono licznymi znakami runicznymi, zaś na posadzce zauważyli dwa sześcioboczne otwory.

Sigmund, chociaż znał podstawy krasnoludzkiego pisma, nie potrafił rozpoznać  znaków. Podejrzewał, że jest to jakaś forma starszych run. Przeznaczenia otworów natomiast domyślił się w lot i wyciągnął jeden z metalowych przedmiotów odnalezionych w skrzyni dyliżansu. Zgodnie z przewidywaniami, idealnie wpasował się w sześciokątne wycięcie w podłodze.

– Teraz drugi – rzucił z ekscytacją do Wernera.

Werner nie kazał na siebie długo czekać i rychło oba klucze znalazły się w miejscach ewidentnie do tego stworzonych. Wprawdzie brakowało instrukcji, ale intuicja bohaterów podpowiedziała im, że nie powinna zaszkodzić próba równoczesnego ich przekręcenia.  W pierwszej chwili nic się nie wydarzyło (dobrego ani złego, co czasem liczy się bardzo na plus), jednakże jakiś dawno zapomniany mechanizm musiał wciąż spełniać swoje zadanie. Coś drgnęło, a po chwili zauważyli, że poziom wody w basenie powoli, bardzo powoli się obniża i zaczyna odsłaniać kolejny, biegnący w dół korytarz. Jak zahipnotyzowani wpatrywali się w wodę.

– W tym tempie zajmie to dobrych kilka godzin, zanim będziemy mogli ruszyć dalej – stwierdziła w końcu zniecierpliwiona Sigfrieda. – Wróćmy na powierzchnię odpocząć. Będziemy mieli lepszy widok na okolicę, zamiast siedzieć tu jak szczury w piwnicach.

Przyznawszy rację głosowi rozsądku, rozbili obozowisko na zniszczonym dziedzińcu. Ruiny kasztelu nie wzbudzały wystarczającego zaufania, aby spędzić noc pod jego stropami, zaś sama kopalnia, przesiąknięta wilgotnym i stęchłym powietrzem, również nie napawała nadzieją na spokojny sen.

***

Sigmund obudził się nagle, całkowicie przytomny i drżący ze strachu. Coś usłyszał, czy tylko mu się przyśniło? Wytężył słuch, wiatr hulał po dziedzińcu i opuszczonych budynkach, a żar skrzył się w ognisku, rozstawionym pod firmamentem gwiazd i księżyców.

– Dum dum. Dum dum. – Ledwie słyszalne rytmiczne uderzenia niosły się z oddali. Natychmiast zerwał się z posłania. Pozostała dwójka wciąż spała, zaś Sigfrida, ledwie dostrzegalna na szczycie muru, wpatrywała się w ciemność.

– Słyszałaś? Bębny! – Bardziej wyszeptał niż krzyknął, wbiegając na blanki.

– Tak. Będziemy mieli też gościa – Sigfrieda wskazała niewielkie światło latarni zmierzające w ich stronę po tafli zamarzniętego jeziora. – Czas obudzić pozostałych.

Pośpiesznie zebrali obozowisko i w napięciu oczekiwali na nieznajomego. Po dłuższej chwili nerwowego wyczekiwania, przez bramę przeszła zakapturzona postać wspierająca się długim kosturem, u szczytu którego tańczył świetlisty lampion.

– Niechaj spłynie na was łaska Młotodzierżcy, dobrzy ludzie – przywitała się Agatha, odsłoniwszy skrytą w cieniu kaptura twarz. Jej słowa, chociaż uspokoiły bohaterów, wywołały w ich głowach cały nawał pytań.

– Co tutaj robisz? – Pierwsza wybiła się ze zdziwienia Eike.

– Wypełniam wolę Sigmara, tak jak i wy – odparła kapłanka, zrzucając obok dogasającego ogniska pokaźnych rozmiarów podróżny worek i siadając na nim.

– A niby skąd wiedziałaś, że tu będziemy? – Dorzucił Sigmund z dozą, jak sądził, zdrowego sceptycyzmu.

– Kowal nie tłumaczy podkowie, co z nią zrobi. Podobnie bogowie nie wyjawiają swoich planów zwykłym śmiertelnikom, którymi się posługują – odpowiedziała ze smutnym uśmiechem kapłanka.

– Ty, jak rozumiem nie jesteś jednak zwykłą śmiertelniczką – dodał z przekąsem Werner, który z pewnością nie miał najmniejszej ochoty mieszać się w sprawy bogów i szczerze pragnął pozostać przez nich niezauważonym.

– Powiedzmy, że jestem narzędziem, które wreszcie zdaje sobie sprawę do czego je przeznaczono – cierpliwie opowiedziała Agatha przeczesując siwe włosy spięte w gruby warkocz.

– Dum, dum. Dum, dum. – Ponownie rozległ się słyszany teraz już wyraźnie przez wszystkich tętent bębnów.

– Nie jesteśmy jednak jedynymi narzędziami, które komuś służą – kapłanka odpowiedziała na malującą się na twarzach zebranych trwogę.

– To co my tu robimy? – Dociekała zakłopotana Eike.

– To długa historia, ale mamy jeszcze czas – wzrok Agathy spoczął na żarzącym się ognisku. – Ten kasztel powstał ponad siedemdziesiąt lat temu, choć jego obecny stan mógłby wskazywać na dużo dłuższą historie. Hrabia Dietrich von Leoric postanowił obrać to niegościnne miejsce na swoją siedzibę za namową pewnego czarodzieja, Lazarusa. Ten ambitny astrolog twierdził, że spoglądając w gwiazdy odnalazł miejsce największego skarbu w Imperium. By się do niego dostać potrzebował wsparcia kogoś, kto miał prawa do tej ziemi oraz majątek, który pozwoliłby na rozpoczęcie badań i wykopalisk.

Lazarus nie kłamał, na wyspie na jeziorze w górskim kraterze rzeczywiście odnaleźli pozostałości starożytnej, krasnoludzkiej kopalni. Nasi brodaci bracia nie wyczerpali jednak wszystkich bogactw tego miejsca. W skałach wciąż skrzyły się żyły złota, co pozwoliło na wznowienie pracy kopalni oraz sfinansowanie budowy wszystkiego, co widzicie dookoła – zmęczony wzrok Agathy skupił się teraz na ziejących pustką oknach kasztelu.

I chociaż kopalnia stała się źródłem wielkiego majątku dla hrabiego, to jedna jej część wciąż pozostała niezbadana. Krasnoludzcy inżynierowie, wykorzystując dawno zapomniane artefakty, zalali wiele ze starożytnych szybów. Drążąca w głowach władcy i czarodzieja myśl o tym, jakie jeszcze skarby mogą się tam ukrywać, nie dawała im spokoju.

Całe lata zajęło im odnalezienie kluczy, które pozwalały na ponowne uruchomienie mechanizmu kontrolującego poziom wody w czeluściach kopalni. W końcu, gdy osuszono całe podziemia, na jaw wyszła prawdziwą ich głębia i ogrom. To, co widzieli dotychczas, stanowiło jedynie przedsionek właściwych podziemi, korytarze i szyby ciągnęły się niemalże w nieskończoność. Na samym dole dotarli do niezwykłej komnaty ozdobionej tajemniczymi runami. Była ona jednak zamknięta, brakowało trzeciego krasnoludzkiego klucza.

Jakaż była wściekłość Lazarusa, gdy dowiedział się, że jego skarb, do którego drogę odnalazł w gwiazdach, wciąż jest poza jego zasięgiem. Próbował wszystkiego, by przedrzeć się do tajemniczego pomieszczenia, lecz ani jego magia, ani najlepszy proch ściągany z Imperialnych Arsenałów nie był wstanie skruszyć skał wokół komnaty.

Jednak wszystko, co zostało zapisane w niebiosach, musi się spełnić. Szlachcic i czarodziej wzajemnie podsycali swoją obsesję i wydali niejedną fortunę próbując dostać się do środka. Wynajmowali całe grupy najemników, którzy przeczesywali najdalsze zakątki Starego Świata, próbując odnaleźć ostatni, brakujący klucz. Na daremno.

Pewnego dnia sam z siebie pojawił się nieznajomy, który posiadał to, czego tyle lat bezowocnie szukali. Oddawszy mu wszystko, co jeszcze pozostało z ich niegdyś ogromnego majątku, zdobyli wreszcie upragniony ostatni klucz. Czarodziej, w godzinę swojego tryumfu, wraz ze swoim panem i jego gwardią honorową zeszli w mrok najgłębszych korytarzy, by odpieczętować komnatę.

W środku znajdował się wielki kamień, który wyglądał, jakby spoczywał w tym miejscu na długo przed narodzinami samego Sigmara. Lazarus, pochłonięty rządzą posiadania skarbu nie zwrócił uwagi na dziwną i niepokojącą moc bijącą z kamienia. Rozkazał strażnikom, od dawna już posłusznym jego rozkazom, by zabili hrabiego.

– Skąd wiesz to wszystko? – Wyszeptała Eike, dla której historia o starożytnych kopalniach i podziemiach wydawała się nieprzyzwoicie wręcz interesująca.

– Astromanta widział wiele patrząc w niebo, lecz tam w dole, pod skalnym sklepieniem nie dostrzegł dziecka, skrywającego się w cieniach. Dziewczynka widziała jak jej ojciec, który od tylu lat skupiał się jedynie na swoim dążeniu do skarbu, zostaje zamordowany przez własną straż. W przerażeniu i rozpaczy wybiegła z ciemności komnaty i przekręciła ponownie klucz, zamykając maga i zdrajców w środku. Gdy Lazarus w gniewie przywołał swoje moce i ciskał z nieba gwiazdy, które obracały wszystko w ruinę, dziewczynka uciekała już z wyspy, przełykając gorzkie łzy i mając tylko nadzieję, że nigdy przenigdy nie zobaczy już tego miejsca.

Zapadło długie milczenie, przerywane jedynie odgłosem dogasającego ogniska.

– Jeżeli ten Lazarus został zamknięty tam na dole kilka dekad temu – przerwał w końcu ciszę Werner –  to co my do cholery tu robimy?

– Obawiam się, że on tam wciąż jest. I czeka – odpowiedziała niemal przepraszająco Agatha.

– Dum, dum! Dum, dum! – Nagle zdali sobie sprawę, że odgłos bębnów cały czas narastał, podczas gdy wsłuchiwali się w opowieść kapłanki.

Sigfrieda wbiegła na mury i z przerażeniem patrzyła na dziesiątki pochodni posuwających się po jeziorze w kierunku zamku. Tafla lodu pękała pod ciężarem małych, pokracznych postaci, zsyłając je w lodowatą toń, lecz były ich setki, jeżeli nie tysiące. Wszystkie nie utoną, nie ma takiej możliwości – pomyślała i podniosła alarm:

– Zielonoskórzy! Armia Zielonoskórych!

– Czy ten kamień na dole to… – Nie zdążył dokończyć Sigmund.

– Tak – odpowiedziała kapłanka wznosząc głowę ku niebu, na którym mniejszy z księżyców lśnił wyjątkowo jasnym, zielonkawym światłem – Ukochany Morra. Jego dar dla ludzkości.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Eduardo Pena

6. Stary kasztel

21.10.2511, w drodze do kasztelu von Leoric

Ryby złowione przez Ruperta ze wsi Hëuten świetnie sprawiły się jako śniadanie. Drużyna dziarsko maszerowała po starym gościńcu, w towarzystwie młodzieńca, który, jak się okazało, nie potrafi znieść otaczającej go ciszy. A u stóp majestatycznych Gór Czarnych ciszy było aż nadto. Promienie słońca rozlewały się po ośnieżonej scenerii i gdyby nie okoliczności oraz nieubłaganie narastający mróz, wędrówka mogłaby być niemal przyjemnością.

Zgodnie z zawartą o poranku umową, Rupert jeszcze przed zmrokiem doprowadził wszystkich do starej leśniczówki, o której wcześniej wspomniał podczas „przesłuchania”. Mała drewniana chatka z pewnością nie pozostawała w czynnym użytku, jednak ślady niedawnych mieszkańców potwierdzały słowa młodzieńca. Ktoś się tu zatrzymał, o czym świadczyły: pozatykane dziury w ścianach i dachu, przygotowane na podłodze posłania, rozstawione przy palenisku drewno na opał, i nawet resztki jedzenia lekko tylko nadpsute w kociołku.

Skrzypienie jednej z podłogowych desek zasugerowało Eike obecność „ukrytej” pod podłogą skrytki. której zawartość postanowiła dyskretnie sprawdzić. Ku jej miłemu zaskoczeniu trafiła na wytarty mieszek z dziesięcioma złotymi koronami, pięknie mieniącymi się w blasku zachodzącego słońca. Bez chwili wahania medyczka obwieściła całej kompanii dobrą nowinę, działając w imię zasady, że radość powiększa się wraz z ilością odczuwających ją osób. Oczywiście przed podziałem uczciwie odliczyła koszty swoich dotychczasowych strat moralnych, minimalne koszty ekspertyzy lekarskiej, a także dodatek funkcyjny na zakup nowych korali. Wszak stare, jak sama nazwa wskazuje, są już stare.

Pozostałą połowę zawartości mieszka Eike podzieliła równo między wszystkich, wzbudzając zgodnie z przewidywaniami uśmiechy na twarzach całej drużyny. Wśród ogólnej wesołości tylko poborca myta, przez którego ręce przeszło już wiele cudzych pieniędzy zauważył, że nie oberżnięte monety błyszczały licem Imperatora Magnusa Pobożnego. Musiały mieć zatem ponad dwieście lat! Obserwacja ta bynajmniej nie miała powstrzymać go przed przyjęciem monet, wszak ładnie dopełniały kolekcję wcześniejszych, opatrzonych wizerunkiem tego samego władcy, które znalazł w bucie leżącym na szlaku.

Po zadomowieniu się w leśniczówce rozgorzała wśród drużyny dyskusja pod tytułem „co dalej”. Z jednej strony kilka złotych monet zostało uznane za uczciwą zapłatę za spacer po górach, z drugiej słowo „skarb” zdążyło się już zadomowić w głowach bohaterów.

– No dobrze, rozstawimy warty i rankiem wszyscy ruszamy do kasztelu – postanowił zakończyć dyskusję Werner.
– Nie, panie! Starsi we wsi gadają, że nie lza tam łazić! – Nagle wyraźnie poddenerwowany Rupert pozwolił sobie dołączyć do rozmowy.
– No, oczywiście że tak gadają! Jak inaczej mogliby gadać! – Alchemik ponownie podjął swoją tyradę.

Reszta jednak szybko uznała, że młody chłopak w zasadzie nie jest już potrzebny, zatem rano może ruszyć w swoją stronę, całkowicie nie przypadkiem będącą przeciwną do kasztelu. Oni natomiast, motywowani akademickim pędem do wiedzy i poznania, podejmą się w imię nauki zbadania zabytkowych ruin.

Jak postanowili, tak też zrobili. Noc minęła bez większych niespodzianek, po śniadaniu pożegnano Ruperta i nawet wyposażono go w kilka srebrnych monet, co najpierw wprawiło go w osłupienie, a zaraz potem wywołało kolejną lawinę słów: o jego wdzięczności, o wspaniałomyślności szacownych podróżnych (tu wszyscy zgodnie pokiwali głowami), życzeń błogosławieństw wszystkich bogów, jak i zapewnień o dozgonnej przyjaźni.

Cały dzień minął na mozolnej wspinaczce zniszczonym, kamiennym gościńcem. Podczas gdy drużyna pięła się coraz wyżej, temperatura, jak to ona ma w zwyczaju, systematycznie malała. Krajobraz, przez niektórych nazwany pięknym, naszym bohaterom wydawał się jednak głównie niegościnny. Zdeterminowani podążali jednak dalej wytyczonym szlakiem.

Późnym popołudniem udało im się wreszcie dotrzeć do przełęczy, z której rozpościerał się widok na cel ich podróży. Ogromne, skute lodem jezioro usadowiło się w okręgu pasma górskiego niby w kraterze, zaś na jego środku, na niewielkiej wyspie wznosiły się ruiny kasztelu. Zapewne w dniach jego świetności można było dostać się tam mostem, jednak teraz jedynie szczerbate przęsła sterczały z zamarzniętej tafli jeziora, jednoznacznie wskazując bohaterom konieczność obrania innej drogi.

Marsz po skrzypiącym lodzie okazał się męczącym i wysoce niebezpiecznym wyzwaniem. Buty ślizgały się na poduszce świeżego śniegu, który przykrywał lodową powierzchnię jeziora i dawał złudne wrażenie stąpania po stałym gruncie. Im dalej w stronę wyspy, tym mniej tego złudzenia pozostawało. Każdy krok wydobywał niemiłosierne skrzypienie, a niepokojącym wrażeniom słuchowym towarzyszyły wizualne, w postaci drobnych, lecz złowrogich pęknięć, wieszczących rychły koniec całej podróży.

Zdeterminowani, i nieco już zdesperowani, bohaterowie odrzucili cały zbędny bagaż i wytrwale posuwali się dalej. Przewiązana linami, krocząca w równych odstępach czteroosobowa tyraliera pod koniec przeprawy wznosiła modły do wszystkich po kolei bogów. Prawdopodobnie któryś z nich rzeczywiście usłyszał wołania i postanowił okazać łaskawość, jako że mroczna i lodowata toń jeziora nie otwarła się przed żadnym z bohaterów aż do samego celu tej ryzykownej przeprawy.

Na dziedziniec dostali się przez zbutwiałe pozostałości otwartej bramy. Przywitał ich posępny widok zniszczonego kasztelu, ozdobionego jedynie smukłą wieżą oraz smętnymi ruinami budynków gospodarczych, których stan nie pozwalał dociekać, do czego mogły służyć dawnym mieszkańcom. Cały dziedziniec, wraz ze stojącymi jeszcze kamiennymi budynkami usiany był śladami po uderzeniach pocisków, które musiałyby być chyba ciskane przez gigantów, czy może to same niebiosa w złości postanowiły wymazać to miejsce z oblicza świata.

Z posępną ostrożnością, w towarzystwie świszczącego wiatru, bohaterowie rozglądali się po głównej budowli. Niewątpliwie byli pierwszymi ludźmi od wielu lat wędrującymi po szerokich korytarzach, wśród pokoi dla służby i dla panujących. Szybko przekonali się, że cokolwiek, co mogło przedstawiać jakąś wartość lub rzucać światło na losy tego miejsca, już dawno zostało zrabowane lub zniszczone, jeżeli nie przez rozumne istoty, to przez nieubłagany upływ czasu i siły natury.

– Proponowałbym sprawdzić teraz wieżę – z widocznym entuzjazmem zaproponował Sigmund.

Smukła konstrukcja pięła się wysoko ponad zapadnięty dach kasztelu, jej szczyt zwieńczały pozostałości czegoś, co mogło być kiedyś kopułą. Czarodziej od razu pomyślał o znanych mu z Altdorfu obserwatoriach astronomicznych. Takie miejsce musiało wiązać się z wiedzą, a jak pamiętał z formuł alchemicznych wiedza równa się potędze.

Wewnątrz wieży parter zdawał się być dawno temu niewielką komnatą, piętro nad nią sugerowało prywatny pokój. Wyżej pięły się już tylko spiralne schody, prowadzące zapewne na szczyt. Jednak gdzieś w połowie drogi do góry drewniane stopnie zmieniały się w ich blade wspomnienie, ostrzegawczo skrzypiąc pod najmniejszym nawet naciskiem.

– Będzie lepiej, jak sama tam wejdę – stwierdziła Sigfrieda. Pozbyła się ostatnich bagaży i zgrabnie zaczęła wspinać się po coraz rzadziej rozmieszonych deskach. Dla pozostałej części drużyny zwinność jej ruchów przypominała bardziej akrobatę balansującego na linie lub dzikiego kota na polowaniu. Chwilę stali, przyglądając się znikającej w górze Sigfriedzie.

Sigmund musiał przyznać, że niewielka blondynka z pewnością poradzi sobie lepiej od niego, ale bezczynne czekanie mierziło go okrutnie. Postanowił zatem jeszcze raz gruntownie zbadać podnóże wieży. Eike i Werner także rozsądnie uznali, że przeszukanie pomieszczeń bliżej poziomu gruntu jest właśnie tym, czym chcą się zająć. Przeczucie nie zawiodło czarodzieja, gdyż po dokładnym sprawdzeniu ścian okazało się, że za jedną z nich skrywają się schody, dla odmiany prowadzące w dół.

Wyszeptał kilka tajemnych słów, które przywołały niewielką kulę złotego światła umieścił ją na szczycie laski, którą się wspierał i w jej blasku postanowił przekonać się, co skrywa mrok podziemi.

Tymczasem droga Sigfriedy coraz bardziej przypominała wspinaczkę, niż wchodzenie po pozostałościach schodów. Lekkość jej niewielkiej postury oraz doświadczenie w wymykaniu się z rodzinnego domu pozwoliły znajdować oparcie dla rąk i nóg w miejscach, gdzie nikt inny z drużyny nie utrzymałby się nawet kilka sekund.

Gdy wreszcie dotarła na szczyt, przywitał ją mroźny świst wiatru oraz widok rozciągający się na otaczające jezioro szczyty. W ruinach obserwatorium, bo było to rzeczywiście obserwatorium astronomiczne, nie znalazła niczego wartościowego. Zniszczone instrumenty nie dawały nawet odrobiny nadziei, aby mogłyby posłużyć do czegokolwiek nawet w rękach najbardziej zdeterminowanego badacza. Po dłuższej chwili, w jednym z kątów, przygniecione nogą stołu, znalazła kilkanaście złożonych kart pergaminu wypełnionych rzędami cyfr. Przy braku bardziej treściwych znalezisk, postanowiła zanieść je alchemikowi z nadzieją, że może jemu wyjawią jakieś informacje.

Tymczasem piwnica wieży stała się domeną żywiołu wody, i do tego zatęchłej. Zirytowany czarodziej, brodząc w wodzie niemal po kolana i bardzo starał się odnaleźć coś interesującego, co w jego własnych oczach nadałoby sens jego aktualnemu położeniu. Jednak i ta część budynku doznała wielu zniszczeń przez lata opuszczenia. Ostatecznie udało mu się wyłowić z przegniłej szuflady przegniłego biurka stary, dla odmiany nieprzegniły notatnik, który sprawiał wrażenie, jakby tylko czekał na uratowanie z tego zapomnianego miejsca.

– Tablice astronomiczne i zapiski z obserwacji nieba – domniemywał głośno czarodziej świdrując wzrokiem zawartość notatnika oraz kart przyniesionych przez Sigfriedę, gdy cała czwórka spotkała się ponownie na dziedzińcu i raczyła kolejnym prowizorycznym posiłkiem.

Astronomia nie była jednak jego życiową pasją, której poświęcałby każdą wolną (i niewolną) chwilę, dlatego też szczegóły znalezisk miały pozostać na razie zagadką. Kierując się uzasadnionym podejrzeniem o znacznej wartości, pieniężnej lub naukowej, papierów, postanowił wszystko pieczołowicie spakować, wraz z przyrządami do pisania, które stanowiły jedną z jego najcenniejszych ruchomości.

– Wydaje mi się, że przed zmrokiem zdążymy jeszcze sprawdzić, co jest tam… – Werner wskazał w kierunku pokaźniej bramy wykutej w skale tworzącej naturalny mur na tyłach kasztelu.

– No oczywiście, że musi być jeszcze jakieś „tam” – zgryźliwie skomentował Sigmund, chlupocząc stopami w przemoczonych butach, z niezadowoleniem odklejając od mokrych spodni poły równie mokrego i tylko trochę uwalanego szlamem płaszcza.

Spis treści
Inne przygody

Zdjęcie pochodzi z exposenature.blogspot.com

5. Stojąc przy koniach


21.10.2511, okolice wsi Hëuten


– Trzecia warta jest najgorsza – przeklinała w myślach pełniąca ją Sigfrieda. Ciepło ogniska przyjemnie grzało ją w plecy, podczas gdy wzrok wbijała w ledwie widoczny w dole szlak. Pozostali towarzysze spali w najlepsze, rozścieliwszy posłania na tyle blisko ognia, na ile było to możliwe, by nie zamienić się przy okazji w żywą pochodnię.

Wciąż mając w pamięci jakże wykwintny obiad, składający się z gołębi pocztowych oraz podróżnych racji żywnościowych, dodatkowo zakrapiany resztkami z Wernerowej flaszki, wpatrywała się w otaczający ich mrok.

Wielkie i mokre płatki śniegu nieprzerwanie sypały się z nieba, skutecznie przesłaniając światło gwiazd i obu księżyców, również zasłoniętych całunem chmur.

– To dobrze – kontynuowała swój wewnętrzny monolog. – Zasypią nasze ślady, chociaż wytropienie nas w taką pogodę i tak byłoby niemożliwe. Słaba widoczność ukryje też blask ogniska, a w taką noc nie wiadomo, czy groźniejsze jest światło, co zdradza nas tutaj, czy jego brak i przenikliwe zimno oddechu Ulryka…

Wtem kątem oka zauważyła jakiś ruch na szlaku rozpościerającym się kilkadziesiąt stóp poniżej obozowiska. Pośpiesznie rzuciła w ogień kilka garści śniegu. Dała sobie parę chwil, aby źrenice przyzwyczaiły się do ciemności i bezszelestnie, skrywając się za pniami drzew, ruszyła w kierunku drogi.

Wzrok jej nie mylił. Na białym tle gościńca wyraźnie odcinała się sylwetka leżącego wędrowca. Nie zwlekając, podeszła do ciała i upewniła się, że wciąż tli się w nim życie. Ledwo bo ledwo, ale jednak. Starając się działać jak najszybciej, choć z wyraźnym mozołem, przyciągnęła ciało do obozu. Niezwłocznie obudziła też Eike, wybitnie niezadowoloną z takiego obrotu sytuacji.

W świetle ponownie wznieconego ognia wyszło na jaw, że tajemniczym wędrowcem jest nie kto inny jak Rupert – młodzieniec poznany poprzedniej nocy w karczmie.

– Rana na boku, kilka siniaków, zadrapań i drobnych otarć, ale będzie żył. Jest tylko zmarznięty, wycieńczony i pewnie głodny jak diabli – zakończyła swoje oględziny lekarka, podczas gdy reszta towarzyszy z niechęcią żegnała wspomnienia snu.

– To co z nim robimy? – Zawisło w powietrzu pytanie Wernera.

Eike nie zamierzała dopuścić, by pozostawiono rannego na pastwę losu, tym bardziej, że po oględzinach stał się już jej „pacjentem” – pierwszym prawidzwym na szlaku! Pragmatyzm reszty drużyny wymógł jednak przedsięwzięcie pewnych środków ostrożności. Nieprzytomnego Ruperta położono przy ogniu i w miarę możliwości nakarmiono pozostałością “pocztowej polewki”, a na koniec Siegfrieda prewencyjnie i fachowo skrępowała mu ręce i stopy. Akceptując taki kompromis wszyscy poszli spać i tylko Sigmund został na posterunku, wszak to jemu przypadła w udziale ostatnia warta.

Opady śniegu ustały wraz z nadejściem poranka, a szare chmury rozstąpiły się, pozwalając słońcu mienić się i iskrzyć w kryształkach świeżego śniegu. Jedyne czego jego blask nie rozświetlił, to przerażona twarz obudzonego kopniakiem Ruperta, który związany z narastającą paniką w oczach obserwował czwórkę otaczających go, uzbrojonych ludzi.

– Chyba musimy porozmawiać – zaczął Werner nonszalancko siadając na pobliskim pieńku i kładąc jednocześnie swój wysłużony masser na kolanach.

– Ja naprawdę nie wiedziałem, co oni planują, wielmożny Panie – Rupert od razu przeszedł do defensywy, wybałuszywszy w przerażeniu wielkie, brązowe oczy.

– Jacy oni? – Chłodno zapytała Sigfrieda, niby od niechcenia kręcąc wolne młynki rapierem.

– No, Olivier i ta jego banda – pośpiesznie dopowiedział chłopak.

– Jaki Olivier? – Ciągnął beznamiętnie Werner.

– No, taki bogaty, w wymyślnym kapeluszu. Musowo z jakiego wielkiego miasta przyjechał i srebrem płacił – Rupert wypluwał słowa z prędkością karabinu. Eike, obserwując pośpiesznie unoszącą się i opadającą się pierś młodzieńca, zastanawiała się, czy zaraz ze strachu nie straci on przytomności.

– W takim kapeluszu? – Pokazał swoje znalezisko Werner.

– Właśnie w takim! Kurtz, Olivier Kurtz. Z Nuln chyba, albo z Reiklandu, bo gadał jakoś tak dziwnie – dodał Rupert z wyraźną ulgą, że jego słowa znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości.

– A ty, co tu tak właściwie robisz? – Dodała miękko Eike, starając się zapobiec ewentualnemu zawałowi.

– Za przewodnika robiłem, dobra Pani – Rupert najwyraźniej zauważył, całkiem rozsądnie zresztą, że tak długo jak mówi, tak długo nikt krzywdy mu nie robi. A skoro mówić przecież potrafił, to nie zamierzał przestawać. Miało mu to zostać na dłużej.

– U nas we wsi bieda, ojciec chory i jak pojawił się taki bogacz i szukał przewodnika, coby go oprowadzić po naszej okolicy, tom pierwszy się zgłosił – wypinając pierś dumnie zakończył chłopak.

– I gdzie go oprowadzałeś, po tej waszej okolicy? – Z prawie szczerym zainteresowaniem wtrąciła Sigfrieda.

– No wszędzie, wielmożna Pani, wszędzie! I po wsi dokładnie, i szlak pokazałem jeden i drugi – Wyraźnie chciał dalej prowadzić opis atrakcji turystycznych tej zapomnianej przez bogów okolicy. – I starą leśniczówkę pokazałem też, coby z kompanami na łowach mieli się gdzie zatrzymać…

– Dość! Jak zorganizowaliście napad? – Warknął zniecierpliwiony Werner.

– Ja nie wiedział, że napad będzie – panika wróciła do głosu chłopca ze zdwojoną siłą. – Pan Olivier mówił, że odebrać z dyliżansu musi rzeczy i kazał zatrzymać się w karczmie, a jak dyliżans się pojawi, to na sam pierw rankiem na przełaj gnać przez las i mu powiedzieć, że jedzie – cicho dokończył, zdając sobie sprawę, że nie stawia go to w najlepszym świetle.

– A potem? – Ponaglał Werner

– Ano, przy koniach kazali mi stanąć i pilnować, coby się nie zerwały. Ale potem jakieś krzyki i ryki, i konie się zerwały. No to ja na jednego żem wskoczył, ino konia poniosło, a potem zdechł, bo taką strzałę miał w… we sobie, o taką – tutaj Rupert wyraźnie chciał pokazać, jaka wielka to była strzała, jednak skrępowane z plecami ręce na to nie pozwalały. Rezygnując z prób demonstracji, ciągnął dalej:

– I potem to już piechotą samojeden starałem się do Hëuten wrócić. Ale noc była, coraz zimniej, ja coraz słabszy. No i tu się obudziłem – powiedział Rupert z wyrazem twarzy mającym zapewniać o jego całkowitej niewinności.

– A widziałeś coś może podczas ataku, to znaczy „odbierania rzeczy z dyliżansu”? – Ośmielająco dopytywała Eike.

– No, nic nie widziałem, bom jedynie w lesie stał. Przy koniach… – Kontynuował z rozbrajającą szczerością.

– No, oczywiście że stałeś przy koniach! – Krzyk Sigmunda przerwał zdanie chłopaka wprawiając wszystkich w osłupienie. – Gdzie indziej mógłbyś być, jak nie stać przy koniach!? – Kontynuował czarodziej retorycznie, wypluwając z siebie całą frustrację i niewyspanie, metaforycznie i dosłownie.

– Ze wszystkich możliwych miejsc w całym Imperium, z których mógłbyś dostrzec cokolwiek użytecznego, musiałeś oczywiście… stać… przy koniach… – tyrada Sigmunda rozpoczęta rykiem złości zakończyła się smutnym, bezsilnym szeptem. Szeptem człowieka, który doskonale zdaje sobie sprawę, że za wszystkim wydarzeniami na całym świecie, za wszystkim co złe co mu się kiedykolwiek przydarzyło, bądź przydarzy w przyszłości, nie stoi przypadek, los, lub nawet sami bogowie. Nie. Za tym wszystkim stoi nieugięta wola jednej istoty, która z jakiegoś powodu go nie lubi i całe dzieło stworzenia służy tylko temu, aby w pełni wyrazić tę jakże osobistą i niczym niesprowokowana niechęć do jego osoby.

– …pytali też o stary kasztel i skarb – przepraszająco dodał Rupert.

– Skarb? – Zapytali wszyscy jednogłośnie.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Yousaf Ejaz

4. Na starej mapie krajobraz utopijny

20.10.2511, na szlaku do Sonnefurt

Wiatr targał gniewnie płatkami śniegu, ograniczając widoczność pod sklepieniem szarych chmur. Jednocześnie wytłumiał jednak skrzypienie śniegu pod stopami podróżnych,  co akurat liczyło mu się na plus. Przedzierając się przez las wdychali mroźną, sosnową woń, starając się jednocześnie nie stracić z oczu leżącego w dole szlaku i pozostać w ukryciu.

Drobna postać Sigfriedy przewodziła grupie. Tuż za nią podążał Werner ze skostniałym palcem na spuście kuszy. Potem Eike ze strzałą opartą na cięciwie łuku i wreszcie Sigmund. Wspierał się ciężko na swoim podróżnym kiju, dlatego że został „obarczony” lwią częścią zapasów, które udało się im zebrać z pozostałości dyliżansu.

Wspinając się po wzniesieniu dotarli wreszcie do szczytu, który kończył się skalną skarpą zaraz nad ostrym zakrętem szlaku w dole. To tam niedawno padli ofiarą zasadzki. Teraz, patrząc z góry, jak na dłoni mogli wreszcie dostrzec ślady i zrekonstruować bieg wydarzeń, których mimowolnie stali się uczestnikami.

– Zielonoskórzy? Zaatakowali nas zielonoskórzy – wyszeptała bardziej do siebie niż do reszty rudowłosa lekarka, spoglądając na porozrzucane jak szmaciane lalki żylaste ciała, odziane w strzępy zwierzęcych skór.

– I bandyci. Jeden przy linii drzew, a tam drug. – dodała Sigfrieda, mocniej zaciskając dłoń na rękojeści broni.

– Wygląda na to, że tutaj przygotowali napad – Werner wskazał obalone drzewo, umieszczone na szlaku w takim miejscu, że dostrzeżenie go z drogi było niemożliwe, aż do ostatniej chwili.

– Detlev jednak wiedział, co robi – dodał Sigmund z uznaniem w głosie, zwracając uwagę na ślad dyliżansu kreślący odwróconą literę “U”. Gdy woźnica dostrzegł niebezpieczeństwo, gwałtownie skęcił i zjechał ze szlaku, aby ominąć przeszkodę. To właśnie zamieniło pojazd w wielką grzechotkę z uwięzionymi w środku pasażerami. Kilkadziesiąt jardów dalej wrócił na szlak. Tam nastąpiło drugie uderzenie o nawierzchnię, które wstrząsnęło dyliżansem i złamało jedną z osi.

– Wszyscy prawie na pewno martwi, proponuję przyjrzeć się z bliska – zaproponowała fachowo łowczyni nagród, chowając rapier do pochwy i wypatrując dogodnego miejsca do zejścia w dół. Reszta drużyny, z nieco mniejszym entuzjazmem i widoczną rezerwą, podążyła jej śladem. Gdyż cóż mieli zrobić?

Świeża krew szybko zastygła na śniegu, jednak jej ciężki zapach wciąż roznosił się w okolicach drogi, mieszając się z inną, zaskakującą w tym kontekście wonią: brudu, ziół i …grzybów? która unosiła się nad truchłami zastygłymi w kałużach zielonej posoki. Powykręcane, chude ciała o nienaturalnych proporcjach, z zaskakująco wielkimi głowami i sterczącymi z pysków przetrzebionymi kłami, usłały biel śniegu. Niektóre wciąż zaciskały martwe dłonie na prymitywnych ostrzach i łukach. Eike nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaraz poruszą się i zaatakują.

Blondwłosa szlachcianka, powoli i metodycznie badała tropy i ułożenie ciał, starała się odtworzyć przebieg wydarzeń, podczas gdy lekarka dokładnie oglądała rany na zwłokach zarówno bandytów, jak i zielonoskórych. Werner od razu odnotował, że martwych bandytów leżało trzech, zaś goblinów szesnaście. Jego szare oczy zabłysnęły na widok przygniecionego śmierdzącym, bladozielonym trupem, trzepoczącego na wietrze kapelusza.

Fiołkowy, o szerokim zawiniętym z jednej strony rondzie, z wielkim, chociaż teraz już wystrzępionym, piórem.

– Nietania rzecz, reiklandzka moda – zmiarkował z wyraźnym. rozbawieniem – zapewne ktoś wielkomiejski i majętny.

– …lub przynajmniej chcący za takiego uchodzić – dokończył Sigmund, poprawiając machinalnie lecące mu do oczu przetłuszczone włosy.

Po części wrodzona, a po części nabyta podejrzliwość kazała Wernerowi dokładnie i od każdej strony, także wierzchniej i spodniej, obejrzeć ekstrawagancki kapelusz. Ku swojemu zadowoleniu znalazł coś ukrytego pod podszewką tego, z pewnością bardzo modnego kilkaset mil stąd, nakrycia głowy. Była to starannie złożona mapa południowego Wisenlandu.

Przyszły strażnik dróg może nie potrafił czytać, ale mapę niejedną widział w swoim życiu. Po wstępnych oględzinach uznał, że można skorzystać z obecności czytatych akademików i nie zaszkodzi przekazać mapy komuś, kto wiecznie trzyma jakąś księgę w dłoni i chyba wie, jak zrobić z niej użytek. Przekazał więc znalezisko w ręce Sigmunda, sam natomiast postanowił poszukać innych pamiątek po właścicielu fiołkowego kapelusza, którego to wciąż nie wypuścił z dłoni.

Sigmund ochoczo przyjął stary kawałek wyprawionej skóry. Mapa musiała mieć ponad dwa stulecia, sądząc nie tylko po jej stanie, ale również po rozrysowanych na niej granicach. Kilka miejsc zostało zaznaczonych koślawym okręgiem. Zwłaszcza jedno z nich wzbudziło zainteresowanie alchemika, ponieważ wyraźnie użyto tu innego atramentu, a i ślad wydawał się dużo świeższy, niż pozostałe oznaczenia. Najnowszy „wpis” na mapie zakreślał miejsce jakiś dzień, może dwa dni drogi na południe.

– A wiesz, że to jest ludzka skóra? – Wyszeptała zaglądając przez ramię Eike, która również nigdy nie przepuściła okazji, aby zerknąć na stare i podejrzane zapiski.

– Ha! Ha! Ha! – przerwał im Werner, tryumfalnie wznosząc skórzany but i z wielkim uśmiechem prezentując w drugiej dłoni dwie błyszczące złotem monety.

W tym samym momencie powróciła Sigfrieda, która po przeszukaniu okolicznego lasu wróciła, by podzielić się swoimi obserwacjami i ustaleniami. Wszyscy bohaterowie przysiedli więc na chwilę pośród miejsca rzezi, aby skromnym posiłkiem wzmocnić znużone ciała i ustalić dalszy plan działania. Dyskusja zajęła więcej czasu, niż można by przypuszczać, bohaterom udało się jednak dojść do porozumienia co do najbardziej prawdopodobnego, przynajmniej na ich aktualny stan wiedzy, przebiegu wydarzeń:

Czwórka bandytów przygotowała zasadzkę na dyliżans. Czy ich celem były znalezione w tajnej skrytce przedmioty, czy też dobra doczesne pasażerów, pozostaje niewiadome. Natomiast niemal w tym samym czasie co dyliżans, pojawiła się również licząca ze trzy tuziny banda zielonoskórych, która zaatakowała zarówno bandytów, jak i pojazd na szlaku.

W powstałym zamieszaniu woźnicy udało się uniknąć zasadzki, chociaż swój wyczyn i tak przypłacił życiem. Dwójka bandytów padła pod przewagą liczebną goblinów, o czym świadczą liczne obrażenia jakie odnieśli. Trzeci prawdopodobnie został obezwładniony i porwany, podobnie jak i jeden z koni, które zostały uwiązane nieopodal. Drugie zwierzę zostało zjedzone na miejscu, a pozostałe poniosły gdzieś w las. Któryś z bandytów, zapewne ten porwany, miał przy sobie zaskakująco dużo pieniędzy oraz wyraźną słabość do drogich i krzykliwych akcesoriów (patrz: kapelusz). Śladów czwartego bandyty nie udało się jednak odnaleźć. W kierunku północnym wiódł łatwy do wyśledzenia trop zielonoskórych, którzy najwyraźniej ciągnęli bandytę oraz martwego konia, w tylko sobie znanym celu.

Nastała dłuższa chwila ciszy, a po niej krótka dyskusja, której z radością przewodził Werner. Według niego w obecnej sytuacji jedynym rozsądnym wyjściem byłoby oddalenie się z miejsca zdarzenia jak najprędzej i znalezienie dogodnej kryjówki do rozłożenia obozu. Zaś bandytami, goblinami i całym złem tego świata powinni przejmować się stosownie opłacani ludzie, do których Werner nie należy i należeć nie zamierza.

– Zresztą co mnie obchodzi jakiś bandyta we fiołkowym kapeluszu? – dodał na koniec.

I tylko Sigfrieda zastanawiała się, na jaką kwotę może opiewać głowa, która jeszcze niedawno skrywała się pod wspomnianym kapeluszem.

Spis treści
Inne przygody

Grafika autorstwa Kobe Sek

3. Drugie dno

20.10.2511, na szlaku do Sonnefurtr

Złowrogi ryk blaszanego demona dosięgnął niespodziewających się zasadzki bohaterów, wbijając swe okrutne szpony przez uszy i rozszarpując ich głowy na tysiące kawałków.

– Wstawać, do cholery! – krzyczał Detlev, waląc jednocześnie łyżką w blaszany cebrzyk z gorliwością jakiej zwykł szczędzić koniom gdy trzymał w dłoni bat. Uśmiech na jego twarzy dobitnie świadczył o tym, że jest to jego ulubiona część podróży. Tak, woźnica uwielbiał wykorzystywać swój wypraktykowany przez lata pracy talent do delikatnego wybudzania pasażerów ze snu.

– Przecież nie śpię. – warknął rozespany, i co gorsza, skacowany Werner wstając z posłania. Podobnie reszta kompanii opuściła królestwo snów i ponurym orszakiem ruszyła w kierunku śniadania.

W karczmie pozostał jeszcze Günter – strażnik dróg, wraz z trójką swoich podopiecznych, którzy również ponieśli ciężkie straty moralne podczas wczorajszego boju z alkoholem. Co gorsza, ich sakiewki zauważalnie zelżały za sprawą Sigmunda, Wernera, kart i wyjątkowego pecha. Jedynie złożona z niziołków obsługa i zawsze stoicka, odbywająca pielgrzymkę Agatha, nie wydawali się cierpieć tego poranka. Dzieląc się strawą wymieniono uprzejmości, pożegnania i życzenia pomyślnej drogi. Szlak jednak nie czeka, więc pośpiesznie każdy ruszył w swoją stronę.

Poranek był zimny, a chmury opierające się o górskie szczyty nie zwiastowały nadejścia promieni słonecznych. Skuleni w dyliżansie bohaterowie dołożyli starań, aby kocami zatkać wszelkie szpary, którymi chłód mogłoby dostać się do środka i każdy opatulony w swoje najcieplejsze odzienie starał się wydrzeć jeszcze odrobinę snu, wsłuchując się w świst wiatru i rytmiczny stukot kół.

Trzask! – Dyliżans wzbił się na chwilę w powietrze. Krzyki i wrzaski dobiegały zza zasłoniętych okien niesione mroźnym wiatrem, podczas gdy pojazd podskakiwał na wybojach. W środku każdy starał się uchwycić czegokolwiek. Wtem huk wystrzału rozdarł górskie powietrze. Sigfrieda chciała dojrzeć coś przez okno, odsłaniając jeden z kocy, lecz pnie mijanych drzew nie zdradzały co właśnie się wydarzyło.

Kolejne uderzenie podwozia, wzdrygnęło dyliżansem, który podskoczył a koła ponownie zazgrzytały na nawierzchnię gościńca.
– Co się tam dzieje?! – wykrzyczane przez Eike zlewało się w jeden dźwięk z:
– Zatrzymaj się! – Sigmunda, oraz klątwami ciskanymi przez Wernera.
Jedyną odpowiedzią pozostawał jednak świst wiatru i rżenie galopujących koni. Dyliżans nabierał prędkości. Pasażerowie jednocześnie starali się uchwycić czegokolwiek, oraz zabezpieczyć swój dobytek i broń.

Wernerowi w głowie zaświtał nawet pomysł zaczerpnięty z awanturniczych historii, aby przez drzwi pędzącego dyliżansu dostać się do kozła woźnicy. Nim jednak zdążył wprowadzić go w życie, jeden z koni wydał swój ostatni ryk i padając przechylił cały dyliżans na bok.

Absolwent Altdorfskich Kolegiów Magii swoim dostojnym upadkiem na aktualnie dolną ścianę dyliżansu, zamortyzował spadających nań współpasażerów. I tylko Sigfrieda uczepiona skórzanego paska przy drzwiach otwierających się właśnie ku niebu, zgrabnie i jakby od niechcenia wsparła się stopami o oparcia ławek, oczekując, aż przewrócony pojazd wytraci swój pęd. Nim dyliżans zdążył się całkowicie zatrzymać, wspięła się na górę i z wyciągniętym rapierem w doskonałej pozycji szermierczej oczekiwała tego co ma nadejść.

Nic jednak jednak nie nadchodziło, gościniec z jednej strony niknął za skalnym zakrętem, z drugiej prowadził w nieznane. Ranny koń rżał przeraźliwie, a płatki śniegu zaczęły powoli lecieć z nieba.

– Może jednak stąd wyjdziemy? – Zaproponował zgryźliwie Sigmund, uprzednio pozbywszy się brzemienia współpasażerów. Nikt nie protestował. Z pomocą Sigfriedy wszystkim udało się szybko opuścić przewrócony pojazd.

Minęły wreszcie długie sekundy pełne napięcia, gdy każdy z bronią w dłoniach spodziewał się kolejnego ataku, jednak żaden bandyta, ani żadna bestia nie pojawili się na drodze. Nadszedł czas, aby zacząć działać.

Werner litościwie dobił ranne zwierzę, drugi z koni już zdechł. Strzała sterczała spomiędzy żeber zwierzęcia. Sigmund postanowił przetrząsnąć zawartość wozu, w poszukiwaniu wszystkiego co może pomóc w przetrwaniu najbliższej nocy, podczas gdy Eike odnalazła leżącego w śniegu Detleva. Również martwego ze strzałą tkwiącą pod obojczykiem i leżącym nieopodal garłaczem, który wciąż rozsiewał woń prochu po niedawnym wystrzale.

Poszukiwania Sigmunda były owocne: dwa dni racji żywnościowych, kilka kocy, pochodni i drewno na opał, a nawet namiot. Kufer z tyłu pojazdu był zaskakująco dobrze przygotowany na nieoczekiwany postój na szlaku, ocalało również kilka gołębi pocztowych w klatkach umieszczonych na dachu. Praktyczne podejście z którego tak słyną Wissenlandczycy, miało uratować życie naszych bohaterów.

Jednak Wrener, poborca myta mający doświadczenie w przeszukiwaniu wszelkiej maści powozów pod kątem przewożonej kontrabandy, nie dał się tak łatwo zwieść i postanowił sprawdzić całość raz jeszcze. Jak się okazało jego przeczucie było słuszne. Uszkodzenia jakich doznała skrzynia podczas wypadku pozwoliła mu dostrzec starannie zakamuflowane drugie dno, a w tajnej skrytce znajdowało się starannie zapakowane, spore zawiniątko.

Nikt się długo nie zastanawiał. Szybko odpakowano całość, były tam dwa stalowe cylindry, lecz o sześciokątnym przekroju. Długie na stopę, o średnicy jakichś trzech cali i puste w środku. Z czymś co mogło służyć za uchwyt na jednym końcu, oraz pozbawione dna na drugim. Na całej powycinano rozmaite wzory i symbole, nadające ażurowy wygląd całej konstrukcji.

– Krasnoludzka robota – bez wahania rzucił Sigmund, lecz nie potrafił wyjaśnić do czego owe przedmioty miały służyć. Z pewnością jednak były wartościowe, co zauważył zawsze pragmatyczny Werner.

Znalezisko chociaż interesujące, na chwilę obecną było jednak całkowicie bezużyteczne. Należało podjąć decyzję: wrócić się tam gdzie dyliżans został zaatakowany, czy też ruszyć naprzód, zostawiając za plecami nieznane niebezpieczeństwo?

Spis treści
Inne przygody

Grafika: „Winter in the Mountains” autorstwa Fle-X

Wiedza w Starym Świecie

Ponieważ umiejętności z grupy Wiedza o „Czymś” nie zostały nigdy usystematyzowane w podręczniku, a dodatkowe, oficjalne przygody wprowadzają specjalizacje, które w podręczniku nigdy się nie pojawiają, postanowiłem to naprawić i usystematyzować dziedziny wiedzy Starego Świata.

Służyć to ma ułatwieniu życia MG, który ma teraz ściągawkę na podstawie której szybko może sprawdzić dlaczego pewne postacie mogą o czymś wiedzieć, jak i samym graczom, aby wiedzieli o co mogą zapytać, ponieważ istnieją szansę, że ich postać na dany temat jednak coś wie.

Rozpisałem również dodatkowe zasady, które pozwalają to przełożyć na mechanikę WFRP 4E. Zdecydowałem się na wprowadzenie dzielenia PS, aby zachować równowagę w ilości posiadanych informacji na dany temat między specjalistami, a generalistami. Oczywiście, wszystko to powinno być traktowane jedynie jako wskazówka, a nie prawda objawiona przez samego Sigmara.

Zasady:

1. Umiejętności Wiedza, dzielą się na nadrzędne i podrzędne. Umiejętność może być nadrzędna względem jednej umiejętności i jednocześnie podrzędna względem innej.

2. MG może pozwolić na wykonanie testu umiejętności nadrzędnej, w celu poznania informacji z dziedziny umiejętności podrzędnej. W takiej sytuacji PS są dzielone przez 2 +1 za każdy kolejny poziom oddalenia od umiejętności nadrzędnej.

Przykład: Bohater z umiejętnością Lore (the Empire) może dowiedzieć się czegoś z dziedziny Lore (Politics) – PS dzielone przez 2, lub z dziedziny Lore (Nobles) – PS dzielone przez 3, etc.

3. MG może pozwolić na dodanie +1 PS do udanego testu umiejętności podrzędnej, jeżeli bohater posiada umiejętność do niej nadrzędną.

Bohater starający się ustalić przyczynę czyjejś śmierci może przy udanym rzucie na Lore (Medicine), dodać +1 PS jeżeli posiada również umiejętność Lore (Poisons).


Link do dokumentu w formacie draw.io