Imperium

„Przeklęci zdrajcy!” ryknął książę rzucając zgnieciony raport w kąt namiotu dowodzenia. Zebrani w nim doradcy zadrżeli. „Czemu nikt tego nie przewidział?”

„Mój panie,” na odwagę zebrał się stary pułkownik z ręką na temblaku, który przywiózł wieści o zdradzie. „Tego nikt nie mógł się spodziewać.”

Książę oparł się obiema dłońmi o stół. Jego wzrok spoczął na mapach sztabowych, na których porozstawiane były figurki reprezentujące jego wojska.

„A jednak mogliśmy wziąć pod uwagę również taką ewentualność,” wzrok księcia zaczął krążyć po zebranych w namiocie notablach. Zatrzymał się na Dietriechu Wanke, koncepiście drugiego stopnia książęcej kancelarii, który stał z pochyloną głową przesłaniany częściowo przez masywny lichtarz, w którym osadzone były świece oświetlające wnętrze namiotu. „Ty. Podejdź bliżej.”

Dietriech nie lubił publicznych wystąpień. Nie był też przekonany do pomysłu, by jechać z armią do Księstw Granicznych. Wolał swoje książki i dokumenty. Ale pan każe, sługa musi. Teraz niemrawo wyszedł przed wszystkich oficerów i dygnitarzy, którzy zebrani byli w namiocie dowodzenia.

„Ostrzegałeś, żeby nie ufać nikomu,” zwrócił się do niego książę.

„Mój panie, jestem tylko koncepistą, nie strategiem,” odpowiedział zmieszany Dietriech. „Nie znam się na woj…”

„Ale miałeś rację,” bezceremonialnie przerwał mu władca. „Tak jak miałeś rację w przypadku klucza,” książę wbił w niego swój sokoli wzrok. „Co według ciebie stanie się teraz?”

„Mój panie, podczas wyprawy udało się zdobyć wiele nowych informacji, jednak końcówki szyfru Van Leeuwena, nie udało mi się złamać. Nie jestem nawet pewien, czy jest to szyfr. Nie wiem, co…”

„Nie pytam o pisma. Pytam o to, co uważasz, że wydarzy się po tym, jak wydarto nam klucz.”

Pytanie zawisło w powietrzu. Dietriech przełknął ślinę.

„Będą próbowali ją uwolnić. Skutki mogą być katastrofalne.”

„Musimy się więc przegrupować,” powiedział książę. „W jakimś bezpiecznym miejscu.”

Władca powolnym ruchem ręki przewrócił połowę figurek stojących na stole.

Powrót

Wampiry

Do posterunku granicznego położonego poniżej przełączy podjechał konno stary mężczyzna. Za sobą zostawiał krętą ścieżką, Mroczny Las i niewygody, jakie musiał znosić w ciągu ostatnich kilku miesięcy. Kiedy opuszczał Sylvanię, łany żyta i pszenicy pod Vanhaldenhofem dopiero wschodziły. Teraz pierwsze liście spadały już z drzew.

W srebrzystej poświacie Morrslieba widać było małe ognisko, przy którym grzało się trzech żołnierzy rozmawiając cicho. Usłyszawszy powolny stukot końskich kopyt, jeden z nich wstał opierając się na halabardzie i podszedł do szlabanu, który zastawiał drogę podróżnym chcącym dotrzeć do siodła przełęczy.

„Wer da?” Krzyknął w stronę starego mężczyzny, który w tym czasie zdążył już zbliżyć się do szlabanu na odległość kilku metrów.

„Moje prawo pytać, twoje odpowiadać! Kto wy?”

„Żołnierze,” odpowiedział skonfundowany trochę postawą podróżnego żołnierz. Jego dwaj towarzysze wstali przysłuchując się tej wymianie zdań.

„Jacy żołnierze?” spytał stary mężczyzna, po czym nie czekając na odpowiedź zeskoczył z siodła z młodzieńczą zwinnością.

„Mytnicy.”

„Skąd?” zapytał mężczyzna, podchodząc powoli do żołnierza i rozchylając prawą ręką poły czarnego, bogato zdobionego płaszcza, odsłaniając przy tym przypasaną sakiewkę.

„Z Akendorfu. Władyka Niegosz ustanowił latem myto za przejście przełęczy. Na utrzymanie dróg i walkę z bandytami i hultajstwem,” jego wzrok spoczął na sakiewce podróżnego.

„Walka z bandytami? Ile na ten zbożny cel?” Palce starego mężczyzny zaczęły rozplątywać rzemyk krępujący sakiewkę. Mytnik uśmiechnął się półgębkiem.

„Szylinga od nogi.”

„Tanio,” powiedział stary mężczyzna, a jego otwarta dłoń błyskawicznie znalazła się przy szyi żołnierza, który zacharczał żałośnie krztusząc się własną krwią. Szpikulec, ukryty do tej pory w rękawie płaszcza, wykwitł z szyi żołnierza by schować się w niej ponownie, kiedy mężczyzna cofnął lewą rękę. Żołnierz upadł. „Ale ja wezmę sobie za darmo. Was też,” powiedział cicho w kierunku dwóch żołnierzy, którzy rzucili się na pomoc towarzyszowi.

Kilka minut później cztery cienie przekroczyły siodło przełęczy. Jedna postać na koniu i trzy postacie ludzkie niezgrabnie powłóczące nogami.

Powrót

Leśne Elfy

Posępny korowód niegdyś barwnych postaci ciągnął się powoli przez las, na którym jesień odbijała już swoje nieuchronne piętno. Potężne niegdyś rumaki, jeszcze niedawno przyozdabiane girlandami kwiatów i liści, człapały niemrawo z zapadniętymi bokami. Popołudniowy wiatr wiał lekko od gór niosąc ze sobą coraz więcej wilgoci.

Elessa prowadziła jednego z nich za jeden z rzemieni, którym przewiązana była jego szyja. Koń szedł stępa kulejąc lekko na przednią nogę, miękka ściółka amortyzowała jego chód.

„Zawiedliśmy mistrzu,” odezwała się do Dolwena Ceyldri idącego obok niej z opuszczoną głową. „Nie mamy sił, żeby im już teraz przeszkodzić.”

„Możliwe,” wyrwany z rozmyślań Dolwen podniósł głowę i spojrzał uważnie na swoją uczennicę, która odwróciła się na chwilę by uspokoić prowadzone zwierze, jakby chciałą uciec przed jego wzrokiem. „Ale to jeszcze nie znaczy, że ostatecznie dostaną to, czego chcieli,” koniuszek ust starego maga uniósł się lekko.

„To znaczy?” Elessa spojrzała na nauczyciela z zainteresowaniem.

„To znaczy, że czeka nas długa droga.”

„Nie wracamy do domu?” Zapytała Elessa wyraźnie już zaintrygowana.

„Na chwilę tak, ale nasza ścieżka prowadzi dalej, dużo dalej,” Dolwen stawiał swoje kroki ostrożnie, by nie zostawiać niepotrzebnych śladów. „Obawiam się, że będziemy musieli udać się za morze, by naszym zaślepionym kuzynom otworzyć oczy na prawdę, o której od wieków próbują zapomnieć. A to może być trudniejsze, niż dotychczasowe bitwy.”

Elessa zatrzymała się na chwilę. Dereszowaty koń, którego prowadziła, zarżał cicho i zarzucił gniadą grzywą. Dolwen przeszedł kilka kroków po czym odwrócił się do niej.

„Są zadufani w sobie, to prawda. Ale potrzebujemy wsparcia.”

Elessa przytaknęła i ruszyła w dalszą drogę.

Z gór zeszła mgła, w której zniknął orszak Asrai.

Powrót

Zwierzoludzie

Stado poszło w rozsypkę. Młody byk pędził przez las, jak najdalej od cierpkiego zapachu strachu. Gałęzie smagały jego wydłużony pysk, zaczepiając się o rogi. Biegł długo, prąc całym ciałem w górę przez gęste zarośla, roztrącając je na boki, jak dziób okrętu rozdzierający taflę wody. Nie zważał na to, czy i jakie zostawi za sobą ślady, w tej chwili najważniejszy był instynkt przetrwania, który pompował adrenalinę w zmęczone nogi.

Znajdzie nowe stado, znajdzie nowych przywódców. Będą nowe obrzędy, nowe szlaki, nowe obeliski i totemy. Nowe tereny łowieckie i nowe ofiary. Teraz najważniejsze, to nie dać się dogonić.

Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy przyzwyczajone do wysiłku ciało zaczęło odmawiać mu posłuszeństwa. Oparł się o pień dysząc ciężko, płuca płonęły.

Z niewielkiej polany, na której się znajdował, miał widok na całą dolinę. W oddali, spomiędzy zasłony ciężkich, stalowoszarych chmur, majaczyły górskie szczyty. Pusta przestrzeń dzieliła go od ściany lasu, którą w każdej chwili mogła przebić pogoń.

Oddychał ciężko, ale coraz wolniej, kłucie w boku ustępowało. Zebrał się w sobie i wciągnął powietrze w nozdrza. Pachniało żywicą, wilgocią i liśćmi. Wiatr nie przyniósł zapachu spoconych ludzi, przed którymi uciekał. Udało się.

Byk wstał, zaczął ocierać się bokiem i plecami o pień, znacząc go swoimi zapachem. Ruszył przed siebie, tym razem już spokojniej. Czas znaleźć nowe stado.

Z pomiędzy dalekich szczytów wystrzelił w górę złoty promień.

Powrót

Epilog – Wybrańcy

Wreszcie ociężała karawana schodzi z przełęczy wijącą się ścieżką. Dalej w dole tafla czarnej wody czeka naszego przybycia. W jej lustrze spoglądają w naszą stronę odbicie gwiazd i komety. Teraz tak bliskiej jakby miała zaraz zostać schwycona i kowalskimi szczypcami i zahartowana w mrocznej toni. Dość mam tej mordęgi w ślamazarnej wędrówce. Zeskakuję z muła i biegnę w dół kamienistej ścieżki nad brzeg. Pozostawiając za sobą karawanę, dysząc i ściskając kryształ w dłoniach…

…opancerzonej rękawicy, wisior spleciony ze srebrzystych włosów leśnego ludu. Czy dlatego ich zaatakowali w tym obcym kraju, aby zdobyć utracony artefakt? Czy cała krucjata istniała po to aby odzyskać od sług ciemności starą tarczę i świecidełko? – Takie wątpliwości pojawiały się w jego głowie ostatnimi dniami, a na pytania jakie stawiały nie potrafił odnaleźć odpowiedzi.

Wiedział jednak, że dowiódł swego męstwa stając naprzeciw wrogom, a gdy powrócą do ojczyzny służki Pani z pewnością pomogą obrać im właściwą drogę i wskażą cel. Tymczasem załogi już szykowały statki do podróży, czas wracać do domu…

…po śmierć ze starości i zgryzoty? – Przekrzykiwał szalejący wiatr podczas gdy Głowa Liefa podrywa się z lewa na prawą w rytm uderzających o kadłub fal, co raz to uderzając o szamańskie rogi. – Wrogowie za życia, kochankowie po śmierci! – kontynuował ze śmiechem młodzieniec patrząc na łby zawieszone na maszcie.

Wiosłujcie, pot i odciski są jednymi z wielu czekających was nagród. Wasze podniebienia czekają na smaki najsłodszych Tileańskich win, nozdrza na woń przypraw Arabii, cierpnąca skóra na ukąszenia Estalijskich szpad, a głodne lędźwie na przysmaki Imperialnych brzegów…

…warkocze odbijające się w falach, jak jej włosy skryte za kryształem. Nieme odbicie zastygłe w wiecznym śnie poza czasem. Gdy biegnę kalecząc stopy na kamieniach, jej pierś się nie podnosi, choć moje płuca płoną żywym ogniem, jednak jej oddech nie rozgrzewa ust…

…karmazynowych i wygiętych w ostatnim już uśmiech wystających kłów obracających się w proch, tak jak powinny były to zrobić wieki temu. Tak-tak. Zaskrzeczał prorok, odwracając się do księgi. Amulet niepotrzebny, wiemy gdzie spoczywa sarkofag. Tak-tak. Wcześniej klucze wszystkie zebrać musisz. Tak-tak.

Zabójca odwrócił się bez słowa i wyszedł. Wyprostowany, powoli i głośno stawiając kroki szczurzymi stopami, tak aby prorok wyraźnie widział i słyszał go. Niech wie, że pozwala mu się dostrzec. Tym razem – brzmiała niewypowiedziana groźba…

…tego, że przybędę zbyt późno, ale nie! Jestem! Zdążyłem! Brzeg już bliski, chociaż w mroku nocy nie potrafię dostrzec krateru. A gdzie armie? Czyżbym jednak dotarł za późno? Nie słychać żołnierzy, nigdzie nie widać namiotów…

…rozłożonych nad brzegiem. Inżynierowie zdali raport z wykopalisk. Amulet znaleziono w kraterze. Zamknięty w pękniętym krysztale czekał na nich zapewne od wieków. Zadanie wykonane. Jednak nie to zaprzątało jego myśli gdy wsłuchany był w szorstki dźwięk brzytwy przesuwającej się po skórze. Myślał o wszystkich mogiłach jakie musieli wykopać. O tarczach zdobionych w gryfy, wieńce i młoty. Myślał o swojej dumie, honorze i tradycji klanu.

Jego ciało wciąż było obolałe od setek maleńkich ran, lecz dzięki temu chłodny wiatr z gór tulący się do nagiego torsu przynosił ulgę gdy opuścił namiot. Praca w obozie wrzała pomimo wczesnej godziny. Każdy miał coś do zrobienia, każdy miał jakieś ważne zadanie. Nikt nie poświęcił mu nawet spojrzenia. Nikt się nie odważył.
Borsh Długobrody ogarnął obozowisko wzrokiem i spoglądając na krzątających się wojowników, inżynierów i resztę armii i po raz ostatni w swoim życiu poczuł dumę.

Przeniósł wzrok na ośnieżone szczy gór. Wielkie i potężne wzywały go obietnicą godnej śmierci. Bosymi stopami ruszył im na spotkanie wzdłuż brzegu…

…nad którym staję łapczywie łapiąc oddech. Padam na kolana oszukany i zdradzony. Nie ma krateru, nie ma kresu mej wędrówki. Zęby górskich szczytów szczerzą się prześmiewczo, tym samym uśmiechem który tyle razy już widziałem w swoich wizjach.

Przewodnicy karawany rozbijają obóz niemo mamrocząc przekleństwa pod moim adresem. Tak jak mówiono nie ma tu nic. Żadnej armii, żadnego krateru, w którym miałem odnaleźć boginię zamkniętą w krysztale.

Jedynie wysoko nade mną na gwiaździstym niebie płonie kometa, która przez tygodnie wędrówki była mi towarzyszką. Tak jak w moich wizjach, płonie hen w niebiosach, odbijając się w tafli czarnej wody, otoczona górskimi szczytami.

I wtedy wreszcie rozumiem swoje zadanie. Rozumiem, o co mnie prosiłaś. Dotarłem do celu. Wiem, że nie jestem wybranym, ale jednym z wielu potrzebnych, aby cię uwolnić. Miejsce jest właściwe, tylko odpowiedni czas jeszcze nie nastał.

Wydobywam z mieszka resztki sproszkowanego, zielonego kamienia, rozcierając je w dłoniach. Słowa mocy wypływają z popękanych ust, czuję w sobie moc i płynące przez świat wiatry magii. Chaos próbuje mnie dotknąć, splugawić duszę i zniszczyć umysł, lecz ja jasno widzę swój cel.

Nie ma strachu w moim sercu i wątpliwości w moich myślach.

Spoglądam na jarzący się na niebie blask w którym jaśnieje jej twarz, gdy dłońmi Azyru staram się ją schwycić i przyciągnąć do siebie, aby wybiegła na spotkanie mych warg. Już czuję gorąc jej ciała na mej skórze. Azyr przepływa przeze mnie unosząc w powietrze i zbliżając do niej coraz szybciej i szybciej. Pędzi mi na spotkanie uśmiechnięta i szczęśliwa z jasnym ogonem włosów radośnie trzepoczącym na wietrze.

Ostatni już raz przyciskam kryształ dłonią do serca, czekając na Moment Upadku.

Powrót

#79 Nurgle, czyli o zarazie, śmierci i odrodzeniu

Dziadek Nurgle – powszechnie znany, chociaż niekoniecznie lubiany, pan zarazy, chorób, ale też życia i odrodzenia. Dziś poświęcamy kilka chwil najstarszej z mrocznych potęg, starając przyjrzeć się jak przedstawiano ją na przestrzeni rozmaitych edycji Warhammera, oraz gdzie można znaleźć miejsce dla Wielkiego Nieumytego na naszych sesjach 😉

Akt III – Braterstwo Krwi

Złodzieje, oszuści, zdrajcy – jeden po drugim uciekają pod osłoną nocy, porzucając karawanę. Decydując się szukać szczęścia na własną rękę w dzikich ostępach.

Głupcy! – Mój krzyk niesie się wzdłuż drogi po której cierpliwe wspinają się zwierzęta, przynajmniej te, których jeszcze nie ukradli. – Armie zbliżają się, nikt nie jest bezpieczny! – ostrzegam pozostałych.

Wymieniają ukradkiem spojrzenia patrząc potem na mnie z mieszaniną obawy i rozbawienia, jakby strach odebrał im rozum. Nieważne, wyciągam lunetę aby rozejrzeć się wzdłuż Rzeki Czaszek, lecz nie mogę dostrzec żadnych śladów. Brak dymów z ognisk, tumanów wzbijanego kurzu, czy odległego echa dudniącej od butów i kopyt ziemi. Ich czarodzieje muszą dysponować potężną magią, jeżeli są w stanie ukryć całe armie, lecz już mam kryształ w dłoni, a przed jego spojrzeniem nic się nie ukryje…

…nie przed jego wzrokiem, nie przed jego węchem. Bez ciepła krążącego w żyłach. Bez serca nawołującego swoim biciem. Bez materialnej formy. Niczym mgła spływa, dalej i głębiej przez poskręcane tunele.

Setki i tysiące ciał, żyło i poruszało się w sobie tylko znanym rytmie, żywiąc się setkami i tysiącami tych, które jeszcze przed chwilą też były żywe. Wystające siekacze i zdzierały jasną skórę z mięsa i wgryzały aż po kości, plamiąc futra aromatyczną czerwienią. Stęchłe powietrze pełne było ekscytacji i obrzydliwych odgłosów – odgłosów życia, jednak innego, obcego i całkowicie bezużytecznego.

Przynajmniej już bezużytecznego – pomyślała rozglądając się po ogromnej pieczarze, po której porozrzucano rozmaite szmaty zapisane bazgrołami, niezliczone kawałki kości, skór – w tym ludzkich i elfich jak zauważyła, będąc wszak koneserką w temacie – oraz alchemicznych alembików, retort i wszelakich utensyliów, które zapewne miały wskazywać, iż mieszkaniec posiada jakąś wyjątkową wiedzę.

I wreszcie on sam – odwrócony plecami – z rogami pozwalającymi mu górować nad pobratymcami, skulony przed stołem i wpatrzony w umorusane, lecz wciąż srebrzyście lśniące strony wielkiej księgi.

Jej karmazynowe wargi wygięły się w uśmiechu – Zakończy całą sprawę szybko i bezgłośnie – wybił się z całej siły prostując ogon, a paszcza przeklętego topora z rozdziawionym, demonicznym pyskiem sunęła w kierunku jej karku…

…delikatnego i alabastrowego, który każdy chciałby otoczyć ramieniem, chronić przed wszelkim złem i czcić jego właścicielkę po wsze czasy, gdy ta spała pozostając nieruchomą i obojętną na wydarzenia świata. Lecz czas ją obudzić, czas wyrwać z tego snu dla jej dobra i dla dobra nas wszystkich…

…klucz musi wrócić na swoje miejsce, pod naszą opiekę. Nie stać nas na luksus twierdzenia, jak ci, którzy odpłynęli, że Chaos jest jedynym niebezpieczeństwem, gdy to Porządek zagraża światu w ten sam sposób – tak zakończyła się narada.

Teraz wytężając wzrok było jej trochę żal, gdy patrzyła na ogromne wierzchowce dosiadane przez zakutych w zbroje mężczyzn. Barwne szaty i ozdobne herby przedstawiające: rozmaite zwierzęta, zamki i bronie, kielichy i lilie miały swój urok.

A dziś świętowali zwycięstwo i zdobyte łupy. Zasłużona nagroda po czymś, co było ciężką kampanią. Ich twarze czerwieniały od wina, ciepła ognisk, radosnych śpiewów i szczerych uśmiechów. I chociaż widziała twarze ich braci, ojców a pewnie i dziadów sprowadzonych do lasu, aby służyć tej którą nazywają Panią, to w tamtych obliczach nigdy nie widać było tej radości, tej chęci życia.

Gdyby mogła ofiarowała by im jeszcze kilka chwil szczęścia i radości. Cóż mogą znaczyć dla ich krótkich żyć te skradzione uderzenia serca? Jednak miała swoje obowiązki, spuszczona cięciwa poderwała do lotu strzałę, a do niej dołączyły setki innych lecąc im na spotkanie…

…w kraterze nad brzegiem obmywanym czarną wodą i otoczonym śnieżnobiałymi zębami górskich szczytów – tam skąd mnie woła od samego początku. Najważniejsze to się nie poddawać i przeć naprzód. Zanim oni do niej dotrą. Zanim będą mogli mnie zatrzymać. Zanim nadejdzie koniec nas wszystkich, a przez świat przeleją się rzeki krwi…

…w ustach rozlewała się z metalicznym posmakiem. Musiał przegryźć własny policzek. Ogniska tliły się lekko w chłodną noc, aby nie przytłaczać świtała księżyców. Srebro i zieleń rozlewały się po ciałach walczących, podkolorowane czerwienią żarzącego się blasku.

Spoglądali na prymitywną arenę rozsiadłszy się naprzeciw siebie. Szaman z dwiema parami powywijanych rogów, wyrastających z koziej głowy o niebieskiej sierści, wydobywał z gardzieli dziki ryk triumfu za każdym razem gdy jeden ze zwierzoludzi na arenie wygrywał pojedynek.

A powodów do radości miał sporo. Wojownicy Leifa z radością oferowali swe życie, aby przebłagać mrocznych ojców, lecz wciąż nie byli w stanie dorównać siłą i wytrzymałością tym wielkim, owłosionym bestiom. Z pierwszej ósemki pozostało już tylko dwóch jego ludzi. Kolejny ryk szamana rozdarł powietrze zagłuszając rytmiczne uderzenia bębnów.

Pojedynczy wojownik z nagim torsem kreślił coraz mniejsze koła na arenie, podczas gdy otaczające go potwory zbliżały się coraz bliżej. Leif uniósł swój róg w geście szacunku dla samotnego wojownika, aby ten godnie przywitał nadchodzącą śmierć. Jednak na młodej twarzy nie widać było strachu, ani gniewu i żądzy walki, ale rosnącą ekscytację i najprawdziwszą radość.

Włócznia zamigotała błyskawicznie, podczas gdy wojownik zawirował niczym smuga, stając się niemal niewidoczny przez kilka uderzeń serca. Upadające ciała pokryte sierścią chlusnęły posoką obmywając tors młodego wojownika.

Tylko jeden ze zwierzoludzi pozostał, zdezorientowany rykiem sam siebie zagrzewał do walki, aby ruszyć na przeciwnika. Szaman milczał spoglądając na widowisko. Jeden wojownik pokonujący niby dzieci wszystkich przeciwników. Odczyta to jako omen przychylności mrocznych potęg, czy jako obelgę? Leif spojrzał w niebo oferując krew, wiedział że wiele jej jeszcze dzisiaj przeleje, Morrslieb lśnił spragnionym jej smaku blaskiem…

…na niebie, teraz już wszyscy mogli ją zobaczyć gołym okiem. Jaśniała na firmamencie wyznaczając nam drogę, każdej nocy coraz większa coraz bliższa. I kres naszej wędrówki wydawał się coraz bliższy, skończony, niemal w zasięgu ręki. Kryształ w mej dłoni u kresu wędrówki, już niebawem przedostaniem się nad brzeg…

…Czarnej Wody – oznajmił dowódca – niezależnie od wszystkiego. W namiocie zapadło milczenie. Każdy z zebranych miał świadomość co to oznacza. Wielu z obecnych to weterani, niejedną bitwę i niejedną odprawę mający za sobą, lecz żadna nie zakończyła się takim milczeniem jak ta.

Poranek był piękny i słoneczny, chociaż oddechy malowały się parą w chłodnym, górskim powietrzu przesiąkniętym zapachem lasu. Żołnierze wyprężeni na baczność, stal wypolerowana na błysk. Piszczałki zagrały, wykrzyczane rozkazy przeskakiwały przez jednostki niby błyskawice. Każdy dowódca byłby dumne z takich wojaków, każdy byłby dumny prowadząc ich do bitwy, ale nie dziś…

…dobry dzień, jak każdy inny – ryknął Borsch Długobrody przepłukując gardło po raz ostatni spienionym piwem. Sojuszników trzeba chronić, czasami nawet przed nimi samymi – pomyślał zakładając hełm.

Rozejrzał się po przełęczy od lewej do prawej, bielejące śniegiem szczyty wzbijały się ku błękitnemu niebu. Oddziały pod jego komendą już czekały rozstawione i gotowe do walki. Działa, organki i inne wynalazki Gildii Inżynierów spoczywały w gotowości, starczyło dać rozkaz.

Raz jeszcze spojrzał na góry, spoglądające na jego armię oczami przodków, przełknął ślinę, podniósł róg do ust, lecz nawet weń dmąc jedna myśl uporczywie siedziała w głowie – Jest jeszcze nadzieja. Może się cofną, może zrozumieją…

Powrót

Imperium i Krasnoludy

„W górę tego strumienia jest Varn Drazh. A na jego drugim brzegu Zhufbar,” stary krasnolud rozmarzył się na samo wspomnienie tej nazwy. „Nic, co zbudowano do tej pory w waszej Szkole Inżynierów nie może się równać z cudami techniki, jakie powstają w tej twierdzy.”

Tą uwagę książę skwitował łagodnym uśmiechem, nie chcąc burzyć dobrego samopoczucia sojusznika, wiadomo wszak, że w niektórych kwestiach nic, co kiedykolwiek zbudują „człeczyny”, nie może się równać z osiągnięciami krasnoludzkiej inżynierii. Książę nie urodził się wczoraj i wiedział, że pewnych dyskusji nie warto nawet zaczynać.

„Ale dziś nie zmierzamy do Zhufbar, prawda?” Taktycznie zmienił temat rozmowy.

„Niestety nie,” odpowiedział stary krasnolud stawiając ciężki but na kolejnym kamieniu. Obaj wspinali się po zarośniętej ścieżce wijącej się dość stromo pomiędzy skałami. W dole, po lewej stronie, płynęła porywista rzeka, o której przed chwilą wspominał krasnolud. Przed nimi, w odległości zaledwie kilku metrów, ścieżka znikała za granią. „Ale nasi zwiadowcy twierdzą, że to tutaj. Znaleźliśmy nawet stary szyb.”

Krasnolud zatrzymał się na szczycie. Chwilę później dołączył do niego lekko zasapany książę, który oparł się ręką o skałę. Jego oczom ukazała się misa krateru otoczona zębami ośnieżonych górskich szczytów. Na jego dnie znajdowało się niewielki jezioro, a jego porośnięte kosodrzewiną zbocza poprzecinane były ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę.

„Dokładnie tak, jak mówili norsmeńscy jeńcy,” stwierdził książę.

„Aha,” mruknął stary krasnolud przeciągając samogłoski. „A niedaleko stąd jest wejście do kopalni.”

Prace trwały kilka dni, ale teraz wiedzieli czego warto tu szukać. W przeciwieństwie do krasnoludów, które lata temu miały nadzieję, że w niewielkim kraterze uderzeniowym znajdą wartościowe metale. Metali nie było dużo, nikt też nie był zainteresowany specyficznymi, jakby geometrycznymi żyłkami, jakie przecinały tutejsze skały, więc kamieniołomu tu nie otworzono. Sprzymierzeni wiedzieli już jednak, że nie był to przypadek, a wszystkie te żyłki oplatają krater jak pajęczyna, do której centrum muszą dotrzeć. W końcu droga stanęła otworem, a dwóch dowódców mogło jako pierwsi, z pochodniami w dłoniach, ruszyć w stronę komory, do jakiej dotarli robotnicy.

Droga do niej była kręta, w dużej części prowadziła przez stare tunele kopalni. Nowe przejścia były wąskie, a w niektórych miejscach zarówno książę, jak i stary krasnolud, musieli się przeciskać. Ale dotarli w końcu do wysoko sklepionej komory.

Na jej środku znajdował się graniasty kryształ o idealnie równych bokach. Jego przejrzyste boki rozszczepiały symetrycznie padające na niego światło pochodni, sprawiając, że sklepienie ożyło tysiącami małych płomyków. Kryształ unosił się kilka cali nad powierzchnią. Obok niego znajdowało się jakieś nadpalone truchło zwinięte w kłębek.

Spojrzenia sojuszników skrzyżowały się.

Powrót

Bretonia i Leśne Elfy

Wokół Tristana szalała bitwa. Zwarte prostokąty piechoty i majestatyczne formacje jazdy rozsypały się już jakiś czas temu i teraz los każdego zależał od refleksu i szczęścia. Zwłaszcza szczęścia.

Szedł powoli pomiędzy zbrojnymi, którzy w błocie walczyli o swoje życie z nieumarłymi. Szybkim, mechanicznym ruchem miecza ściął głowę szkieletowi, który pobrzękując rynsztunkiem próbował zaatakować go z prawej. To nie był przeciwnik wart jego uwagi. Sir Tristan szukał rycerza w czerwonej zbroi, który przed kilkoma momentami wysadził go z siodła.

Znalazł go po chwili, wyraźna sylwetka na tle zębów górskich szczytów okraszonych burzowym niebem. Zawrócił upiornego wierzchowca, który dyszał nienaturalną mgłą.

Pomimo zamkniętej przyłbicy przeciwnika, sir Tristan wiedział, że ich spojrzenia się skrzyżowały. Czerwony rycerz ukuł ostrogami swojego konia i w nienaturalnej ciszy ruszył w stronę Bretończyka opuszczając kopię.

Tristan wiedział, że najmniejszy błąd, jeden fałszywy krok, czy choćby przypadkowe popchnięcie przez jednego z walczących obok, będzie kosztować go życie. Przystawił lewą rękę do rękojeści długiego miecza chwytając go za głowicę, by zwiększyć siłę swojego uderzenia i stanął w pozycji z klingą skierowaną w stronę szarżującego wampira.

„Co święte zachowam, co wzniosłe ochronię, co zagraża pokonam…” Czekając na swoją szansę sir Tristan powtarzał słowa przysięgi, którą tak bardzo chciał kiedyś uroczyście złożyć, a które już tyle razy dodawały mu otuchy. Ostry grot kopii zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim odgłosy uderzeń kopyt, których rytm chciał wyłowić spośród odgłosów walki. Zamknął oczy i zdał się na tą, którą powierzyła mu tę misję.

Pomiędzy dwoma uderzeniami serca Tristan odbił mieczem zbliżające się drzewce, wywinął bronią młynka nad głową, zrobił unik schodząc z trasy jeźdźca i z całych sił ciął w lewo mając nadzieję, że jego miecz dosięgnie źródła tętentu.

Za sobą usłyszał odgłos upadającego wierzchowca. Kiedy odwrócił się i otworzył oczy zobaczył, że nieumarły koń próbuje wstać bez przednich nóg odciętych na wysokości nadpęcia. Wampirzy rycerz stał kilka metrów obok z mieczem w dłoni. Wskazał nim na Tristana i ruszył biegiem w jego kierunku.

Starli się w ciszy. Szybkość, z jaką wymieniali ciosy sprawiała, że dla postronnych mogli wydawać się epicentrum szalejącej dookoła bitewnej zawieruchy, ale dla siebie samych w tym zmaganiu byli bardziej jak w oku cyklonu. Wyćwiczony cios, garda, finta. Zablokowane, sprawdzić inną sztuczkę. Wreszcie Tristanowi udało się przełamać obronę wampira i trafić w odsłoniętą na chwilę lukę pomiędzy hełmem a obojczykiem. Tak jak uczył go ojciec.

Wampir padł na kolana, z hełmu dało się usłyszeć bulgot i syczenie, po czym upadł w błoto. Nieumarły koń przestał próbować wstać i znieruchomiał.

Sir Tristan ciężko dysząc oparł się na mieczu. Za jego plecami pojawił się kolejny rycerz w czerwonej zbroi, który z mieczem w ręku zbliżał się powoli do Bretończyka.

Przez zgiełk bitwy przedarł się dziki krzyk zbliżający się w stronę Tristana, który odwrócił się by ujrzeć zarówno kolejnego wroga, jak i rycerza, którego barw nie rozpoznawał. Pęd wiatru plątał długie, siwe włosy jeźdźca oraz jego zmierzwioną brodę, a jego otoczone zmarszczkami i bliznami oczy utkwione były w wampirze. Rycerz galopował kierując koniem nogami, pancerz jego lewej ręki obijał się bezwładnie o jego bok, w prawej zaś trzymał imponujący topór. Wampir odwrócił się, ale był zbyt wolny. Błyskawica rozdarła niebo, a rycerz uderzył toporem w hełm nieumarłego. Sir Tristan przysiągłby, że w tej chwili topór wyglądał jakby stał się zębatą paszczą osadzoną na pokaźnych rozmiarów kości udowej. Topór bez najmniejszego problemu odgryzł głowę wampirowi. Stary rycerz zawrócił konia i podjechał do Tristana.

„W końcu was dogoniłem.”

Kolejna błyskawica rozświetliła niebo.

Zaklęcie Elessy rozerwało ogromnego szczura, który przewodził atakowi na prawej flance. Spodziewała się, że po nim nastąpi wyładowanie, które od kilku chwil splatał jej mistrz. Ten jednak cofnął się o krok i chwycił za głowę, pozwalając aethyrowi wypłynąć z rąk.

„Mistrzu? To jeden z tych szarych?” Zapytała kładąc Dolwenowi rękę na ramieniu.

„Gorzej. Bretończycy mają topór, widziałem to.”

Powrót

Zwierzoludzie i Norska

Aż po najdalszy skraj Mrocznego Lasu wszelka zwierzyna ukryła się w swych jaskiniach, gniazdach i norach. Było południe, ale w wierzchołkach olbrzymich, pradawnych drzew, których królestwo wciśnięte było pomiędzy Góry Czarne, a Góry Krańca Świata, huczał wicher. Pnie niezwykłej grubości trzeszczały i skrzypiały.

Sklepienie gęstego lasu otwierało się jedynie w kilku miejscach, ustępując tylko kilku rzekom przecinającym ten region oraz szerokiej drodze wyrąbanej wieki temu przez krasnoludy, którą od lat poruszały się uzbrojone po zęby karawany do Indu i Cathay’u. Teraz jednak otwarła się w nim nowa rana, wyrąbana wspólnie przez ludzi i krasnoludy, prowadząca w górę, w stronę zębów górskich szczytów. Rana krwawiła.

Po bokach przecinki rozłożyste korzenie sterczały nienaturalnie w niebo wyrwane z brunatnej gleby przez krasnoludzkie maszyny parowe, które zostawiły w błocie głębokie ślady po swoich wielkich, szerokich kołach. Maszyny karmione tymi samymi drzewami, które wyrywały z ziemi. Pomiędzy pniakami wykarczowanymi przez sprzymierzonych, by zrobić miejsce dla wozów zaopatrzenia, leżały poskręcane ciała zwierzoludzi, których posoka mieszała się z błotem.

Jarl oparł stopę o jeden ze ściętych pni, pochylił się i włożył dwa palce w kałużę krwi, jaka zebrała się pod jednym z kozionogich, którego przeszyte strzałami ciało leżało oparte o powalone drzewo. Jeszcze ciepła, nie mogli być daleko.

Jarl przykucnął i ruchem ręki nakazał swojemu oddziałowi ostrożność.

„Podejrzewasz zasadzkę?” Jeden z wojowników, którzy towarzyszyli jarlowi w drodze przez las przysunął się do dowódcy.

„Ja bym ją zastawił, gdybym się zorientował, że po piętach depczą mi zwierzoludzie. Zwłaszcza, że oni chyba wiedzą o tym, że klucz jest już niedaleko,” odparł jarl.

„To co robimy?”

„Gisli, weź dwudziestu ludzi, przejdźcie na drugą stronę i zajdźcie ich od lewej,” Jarl wydawał swoje polecenia szeptem. „My ściągniemy ich uwagę, a wy zaatakujecie z boku na nasz znak.”

Wojownik skinął głową i zaczął na migi wybierać ludzi, którzy mieli pójść za nim. Po kilku chwilach korowód lekkozbrojnych norsemanów z okrągłymi tarczami zniknął w podszycie lasu. O ich istnieniu świadczyły tylko drobne ruchy poszczególnych roślin, które niewprawne oko uznałoby za wiatr czy zwierzęta.

Ze swojej pozycji jarl obserwował te ruchy wychylony lekko ponad pień ściętego drzewa. Po pewnym czasie pierwszy zbrojny zajął miejsce po tej stronie przecinki, wychylił się i zgięty w pół przebiegł przez błotnistą drogę na drugą stronę. Chwilę po nim taki sam manewr wykonał drugi. Jarl uśmiechnął lekko się obserwując, jak trzeci z jego ludzi przebiega ten dystans. W tym momencie dosięgnęła go strzała, a biegnący upadł twarzą w błoto.

Nie było czasu miotać przekleństw.

„Mur tarcz!” Krzyknął jarl do swoich wojowników.

Powót