Imperium i Krasnoludy

„W górę tego strumienia jest Varn Drazh. A na jego drugim brzegu Zhufbar,” stary krasnolud rozmarzył się na samo wspomnienie tej nazwy. „Nic, co zbudowano do tej pory w waszej Szkole Inżynierów nie może się równać z cudami techniki, jakie powstają w tej twierdzy.”

Tą uwagę książę skwitował łagodnym uśmiechem, nie chcąc burzyć dobrego samopoczucia sojusznika, wiadomo wszak, że w niektórych kwestiach nic, co kiedykolwiek zbudują „człeczyny”, nie może się równać z osiągnięciami krasnoludzkiej inżynierii. Książę nie urodził się wczoraj i wiedział, że pewnych dyskusji nie warto nawet zaczynać.

„Ale dziś nie zmierzamy do Zhufbar, prawda?” Taktycznie zmienił temat rozmowy.

„Niestety nie,” odpowiedział stary krasnolud stawiając ciężki but na kolejnym kamieniu. Obaj wspinali się po zarośniętej ścieżce wijącej się dość stromo pomiędzy skałami. W dole, po lewej stronie, płynęła porywista rzeka, o której przed chwilą wspominał krasnolud. Przed nimi, w odległości zaledwie kilku metrów, ścieżka znikała za granią. „Ale nasi zwiadowcy twierdzą, że to tutaj. Znaleźliśmy nawet stary szyb.”

Krasnolud zatrzymał się na szczycie. Chwilę później dołączył do niego lekko zasapany książę, który oparł się ręką o skałę. Jego oczom ukazała się misa krateru otoczona zębami ośnieżonych górskich szczytów. Na jego dnie znajdowało się niewielki jezioro, a jego porośnięte kosodrzewiną zbocza poprzecinane były ścieżkami wydeptanymi przez zwierzynę.

„Dokładnie tak, jak mówili norsmeńscy jeńcy,” stwierdził książę.

„Aha,” mruknął stary krasnolud przeciągając samogłoski. „A niedaleko stąd jest wejście do kopalni.”

Prace trwały kilka dni, ale teraz wiedzieli czego warto tu szukać. W przeciwieństwie do krasnoludów, które lata temu miały nadzieję, że w niewielkim kraterze uderzeniowym znajdą wartościowe metale. Metali nie było dużo, nikt też nie był zainteresowany specyficznymi, jakby geometrycznymi żyłkami, jakie przecinały tutejsze skały, więc kamieniołomu tu nie otworzono. Sprzymierzeni wiedzieli już jednak, że nie był to przypadek, a wszystkie te żyłki oplatają krater jak pajęczyna, do której centrum muszą dotrzeć. W końcu droga stanęła otworem, a dwóch dowódców mogło jako pierwsi, z pochodniami w dłoniach, ruszyć w stronę komory, do jakiej dotarli robotnicy.

Droga do niej była kręta, w dużej części prowadziła przez stare tunele kopalni. Nowe przejścia były wąskie, a w niektórych miejscach zarówno książę, jak i stary krasnolud, musieli się przeciskać. Ale dotarli w końcu do wysoko sklepionej komory.

Na jej środku znajdował się graniasty kryształ o idealnie równych bokach. Jego przejrzyste boki rozszczepiały symetrycznie padające na niego światło pochodni, sprawiając, że sklepienie ożyło tysiącami małych płomyków. Kryształ unosił się kilka cali nad powierzchnią. Obok niego znajdowało się jakieś nadpalone truchło zwinięte w kłębek.

Spojrzenia sojuszników skrzyżowały się.

Powrót

Bretonia i Leśne Elfy

Wokół Tristana szalała bitwa. Zwarte prostokąty piechoty i majestatyczne formacje jazdy rozsypały się już jakiś czas temu i teraz los każdego zależał od refleksu i szczęścia. Zwłaszcza szczęścia.

Szedł powoli pomiędzy zbrojnymi, którzy w błocie walczyli o swoje życie z nieumarłymi. Szybkim, mechanicznym ruchem miecza ściął głowę szkieletowi, który pobrzękując rynsztunkiem próbował zaatakować go z prawej. To nie był przeciwnik wart jego uwagi. Sir Tristan szukał rycerza w czerwonej zbroi, który przed kilkoma momentami wysadził go z siodła.

Znalazł go po chwili, wyraźna sylwetka na tle zębów górskich szczytów okraszonych burzowym niebem. Zawrócił upiornego wierzchowca, który dyszał nienaturalną mgłą.

Pomimo zamkniętej przyłbicy przeciwnika, sir Tristan wiedział, że ich spojrzenia się skrzyżowały. Czerwony rycerz ukuł ostrogami swojego konia i w nienaturalnej ciszy ruszył w stronę Bretończyka opuszczając kopię.

Tristan wiedział, że najmniejszy błąd, jeden fałszywy krok, czy choćby przypadkowe popchnięcie przez jednego z walczących obok, będzie kosztować go życie. Przystawił lewą rękę do rękojeści długiego miecza chwytając go za głowicę, by zwiększyć siłę swojego uderzenia i stanął w pozycji z klingą skierowaną w stronę szarżującego wampira.

„Co święte zachowam, co wzniosłe ochronię, co zagraża pokonam…” Czekając na swoją szansę sir Tristan powtarzał słowa przysięgi, którą tak bardzo chciał kiedyś uroczyście złożyć, a które już tyle razy dodawały mu otuchy. Ostry grot kopii zbliżał się nieubłaganie, a wraz z nim odgłosy uderzeń kopyt, których rytm chciał wyłowić spośród odgłosów walki. Zamknął oczy i zdał się na tą, którą powierzyła mu tę misję.

Pomiędzy dwoma uderzeniami serca Tristan odbił mieczem zbliżające się drzewce, wywinął bronią młynka nad głową, zrobił unik schodząc z trasy jeźdźca i z całych sił ciął w lewo mając nadzieję, że jego miecz dosięgnie źródła tętentu.

Za sobą usłyszał odgłos upadającego wierzchowca. Kiedy odwrócił się i otworzył oczy zobaczył, że nieumarły koń próbuje wstać bez przednich nóg odciętych na wysokości nadpęcia. Wampirzy rycerz stał kilka metrów obok z mieczem w dłoni. Wskazał nim na Tristana i ruszył biegiem w jego kierunku.

Starli się w ciszy. Szybkość, z jaką wymieniali ciosy sprawiała, że dla postronnych mogli wydawać się epicentrum szalejącej dookoła bitewnej zawieruchy, ale dla siebie samych w tym zmaganiu byli bardziej jak w oku cyklonu. Wyćwiczony cios, garda, finta. Zablokowane, sprawdzić inną sztuczkę. Wreszcie Tristanowi udało się przełamać obronę wampira i trafić w odsłoniętą na chwilę lukę pomiędzy hełmem a obojczykiem. Tak jak uczył go ojciec.

Wampir padł na kolana, z hełmu dało się usłyszeć bulgot i syczenie, po czym upadł w błoto. Nieumarły koń przestał próbować wstać i znieruchomiał.

Sir Tristan ciężko dysząc oparł się na mieczu. Za jego plecami pojawił się kolejny rycerz w czerwonej zbroi, który z mieczem w ręku zbliżał się powoli do Bretończyka.

Przez zgiełk bitwy przedarł się dziki krzyk zbliżający się w stronę Tristana, który odwrócił się by ujrzeć zarówno kolejnego wroga, jak i rycerza, którego barw nie rozpoznawał. Pęd wiatru plątał długie, siwe włosy jeźdźca oraz jego zmierzwioną brodę, a jego otoczone zmarszczkami i bliznami oczy utkwione były w wampirze. Rycerz galopował kierując koniem nogami, pancerz jego lewej ręki obijał się bezwładnie o jego bok, w prawej zaś trzymał imponujący topór. Wampir odwrócił się, ale był zbyt wolny. Błyskawica rozdarła niebo, a rycerz uderzył toporem w hełm nieumarłego. Sir Tristan przysiągłby, że w tej chwili topór wyglądał jakby stał się zębatą paszczą osadzoną na pokaźnych rozmiarów kości udowej. Topór bez najmniejszego problemu odgryzł głowę wampirowi. Stary rycerz zawrócił konia i podjechał do Tristana.

„W końcu was dogoniłem.”

Kolejna błyskawica rozświetliła niebo.

Zaklęcie Elessy rozerwało ogromnego szczura, który przewodził atakowi na prawej flance. Spodziewała się, że po nim nastąpi wyładowanie, które od kilku chwil splatał jej mistrz. Ten jednak cofnął się o krok i chwycił za głowę, pozwalając aethyrowi wypłynąć z rąk.

„Mistrzu? To jeden z tych szarych?” Zapytała kładąc Dolwenowi rękę na ramieniu.

„Gorzej. Bretończycy mają topór, widziałem to.”

Powrót

Zwierzoludzie i Norska

Aż po najdalszy skraj Mrocznego Lasu wszelka zwierzyna ukryła się w swych jaskiniach, gniazdach i norach. Było południe, ale w wierzchołkach olbrzymich, pradawnych drzew, których królestwo wciśnięte było pomiędzy Góry Czarne, a Góry Krańca Świata, huczał wicher. Pnie niezwykłej grubości trzeszczały i skrzypiały.

Sklepienie gęstego lasu otwierało się jedynie w kilku miejscach, ustępując tylko kilku rzekom przecinającym ten region oraz szerokiej drodze wyrąbanej wieki temu przez krasnoludy, którą od lat poruszały się uzbrojone po zęby karawany do Indu i Cathay’u. Teraz jednak otwarła się w nim nowa rana, wyrąbana wspólnie przez ludzi i krasnoludy, prowadząca w górę, w stronę zębów górskich szczytów. Rana krwawiła.

Po bokach przecinki rozłożyste korzenie sterczały nienaturalnie w niebo wyrwane z brunatnej gleby przez krasnoludzkie maszyny parowe, które zostawiły w błocie głębokie ślady po swoich wielkich, szerokich kołach. Maszyny karmione tymi samymi drzewami, które wyrywały z ziemi. Pomiędzy pniakami wykarczowanymi przez sprzymierzonych, by zrobić miejsce dla wozów zaopatrzenia, leżały poskręcane ciała zwierzoludzi, których posoka mieszała się z błotem.

Jarl oparł stopę o jeden ze ściętych pni, pochylił się i włożył dwa palce w kałużę krwi, jaka zebrała się pod jednym z kozionogich, którego przeszyte strzałami ciało leżało oparte o powalone drzewo. Jeszcze ciepła, nie mogli być daleko.

Jarl przykucnął i ruchem ręki nakazał swojemu oddziałowi ostrożność.

„Podejrzewasz zasadzkę?” Jeden z wojowników, którzy towarzyszyli jarlowi w drodze przez las przysunął się do dowódcy.

„Ja bym ją zastawił, gdybym się zorientował, że po piętach depczą mi zwierzoludzie. Zwłaszcza, że oni chyba wiedzą o tym, że klucz jest już niedaleko,” odparł jarl.

„To co robimy?”

„Gisli, weź dwudziestu ludzi, przejdźcie na drugą stronę i zajdźcie ich od lewej,” Jarl wydawał swoje polecenia szeptem. „My ściągniemy ich uwagę, a wy zaatakujecie z boku na nasz znak.”

Wojownik skinął głową i zaczął na migi wybierać ludzi, którzy mieli pójść za nim. Po kilku chwilach korowód lekkozbrojnych norsemanów z okrągłymi tarczami zniknął w podszycie lasu. O ich istnieniu świadczyły tylko drobne ruchy poszczególnych roślin, które niewprawne oko uznałoby za wiatr czy zwierzęta.

Ze swojej pozycji jarl obserwował te ruchy wychylony lekko ponad pień ściętego drzewa. Po pewnym czasie pierwszy zbrojny zajął miejsce po tej stronie przecinki, wychylił się i zgięty w pół przebiegł przez błotnistą drogę na drugą stronę. Chwilę po nim taki sam manewr wykonał drugi. Jarl uśmiechnął lekko się obserwując, jak trzeci z jego ludzi przebiega ten dystans. W tym momencie dosięgnęła go strzała, a biegnący upadł twarzą w błoto.

Nie było czasu miotać przekleństw.

„Mur tarcz!” Krzyknął jarl do swoich wojowników.

Powót

Wampiry i Skaveni

Ze swojego miejsca w rogu pomieszczenia, Skreerikk obserwował uważnie jego wnętrze. Ściany z drewnianych bali przyozdobione były wypchanymi głowami zwierząt, portretami nieżyjących już właścicieli czy malowanymi porcelanowymi talerzami. Światło padające z otwartego kominka sprawiało, że pomieszczenie wyglądało niemal przytulnie, ale Szary Prorok czuł w powietrzu zagrożenie. Nie bez powodu zabrał ze sobą na spotkanie dwóch ochroniarzy, którzy nie odstępowali go ani na krok.

„Jak mogliście do tego dopuścić?”

Stukot wahadła bogato zdobionego ściennego zegara sprawiał, że cisza, jaka zapadła po zadaniu tego pytania, przedłużała się w nieskończoność. Okna położonego w lesie dworku myśliwskiego wypełnione były ciemnością nocy.

„Słucham. Ktoś ma coś do powiedzenia?” Siedząca na zdobionym fotelu baronowa wbiła wzrok w starszego mężczyznę, który stał przy drzwiach z opuszczoną głową. „Nic? Jak mogliście się tak dać podejść?”

„Moja pani, szczury miały przecież zatruć zapasy ich wody, nie mogliśmy spodziewać się, że uderzą z całą…”

„Mieliście to sprawdzić!” Karmazynowe usta wykrzywiły się w grymasie złości. „Czy wszystko muszę robić sama?” Nie czekając na odpowiedź, której raczej się nie spodziewała, przeniosła swój piorunujący wzrok na Skreerikka.

„A wy? Masz pojęcie ilu straciliśmy przez to, że nie dotrzymaliście swojej części umowy?”

„Elfy spowolnić nas, tak, tak,” Skreerikk zmarszczył pysk odsłaniając jeszcze bardziej potężne siekacze. „Oni mieć potężnego maga, przechwycić naszych agentów, agentów.”

„Tak?” Baronowa przeciągnęła sylabę akcentując pytanie. „Z tego co udało mi się ustalić, nie wyglądacie, jakby spotkanie z nim odbiło się w jakiś znaczący sposób na waszych siłach.”

„Ty nic nie widzieć, o naszych stratach, tak, tak.” Wysyczał Skreerikk.

„I właśnie to jest problemem.” Powiedziała baronowa kładąc lewą dłoń na tarczy, która cały czas stała oparta o jej fotel. Padające z kominka światło odbijało się tylko w połowie tarczy przypominającej czaszkę. „Bo zaczynam podejrzewać, że chodziło wam o to, aby nas osłabić i samemu zdobyć klucz.”

„Baronowa,” Skreerikk pochylił się w jej stronę dając gestem łapy znać obu zakapturzonym wojownikom, by byli przygotowani do ataku. „Czy to nie ja, ja, ostrzec was jeszcze w Imperium? Czy to nie ja pokazać ile warta tarcza rzecz? Razem możemy więcej, tak, tak.”

„Możliwe,” wycedziła baronowa. „Ale jeśli tak, to proponuję, aby to twoje siły poprowadziły główne uderzenie pod Czarną Wodą. A tarcza na razie zostanie ze mną.”

Powrót

Akt II – Kraina Tysiąca Tronów

Podróżujemy już od wielu dni. Łódź zabrała nas w górę Reiku, później gościńcem ruszyliśmy przez Przełęcz Czarnego Ognia, teraz przemy po tutejszych ścieżkach i drogach. Karawana wbrew moim zaleceniom porusza się powoli, a mnie nie odstępują trwoga i wątpliwości. Czy zdążymy na czas?

Przecież w tej podłej krainie, gdzie każdy bandyta mogący zebrać kilkunastu popleczników zwie się Księciem, a posiadając chorągiew jazdy zapewne Królem, jak nie Cesarzem, nasza karawana jest wystarczającą siłą, aby przeciwstawić się potencjalnym niebezpieczeństwom.

Wiem jednak, że jesteśmy coraz bliżej. Mój kryształ wskazuje drogę, mówi do mnie jej głosem, już niebawem gdzieś w kraterze odnajdę cię i ocalę…

…całe miasto. Wszak jest ta chęć w sercu każdego, mężnego rycerza, aby ocalić to co piękne i czyste, aby bronić słabszych i służyć sprawiedliwym, by walczyć ze złym, obrzydliwym i plugawym – Jean Francois zdawał sobie sprawę, że krucjata zapewne okaże się fiaskiem. W zasadzie to już niewiele z niej zostało, ale do jasnej cholery, jest bretońskim rycerzem!

Uniósł opancerzoną dłoń w geście ataku, pod przyłbicą mamrocząc modlitwę do Pani. Nic nie wiedział o mieście na wzgórzu: kto w nim żył, jakim językiem mówił i nawet jakich bogów teraz z trwogą imiona wymawiał. To nie miało dla niego żadnego znaczenia, obroni to miasto, albo zginie próbując…

…czegoś pysznego, myślała bezwiednie przeczesując srebrzysty pukiel włosów stanowiący wraz z błyszczącym kryształem wyjątkowy wisior. Karmazynowy uśmiech rozkwitł na bladej twarzy. Miała już klucz i tarczę. Starczyło ruszyć w kierunku gór, lecz najpierw miała ochotę na coś jeszcze.

Rzędy szkieletów i martwych ciał powoli brnęły naprzód ku miastu, lecz to nie miasto ją interesowało, ale słodka i aromatyczna krew Bretońskiej arystokracji. Jak rycersko z ich strony, że sami postanowili się ofiarować – myślała z rozbawieniem – gdy dobiegał do niej coraz głośniejszy tętent końskich kopyt…

…nagle zamilkł wyrywając mnie ze snu. Karawana zatrzymywała się na noc, lecz nieboskłon wciąż mienił się różem i fioletem. Zbyt wcześnie się zatrzymujemy. Spoglądam na zachód i nad tarczą słońca dostrzegam ją na nieboskłonie, ciągnącą za sobą coraz dłuższy ogon światła. Pozostając jeszcze niewidoczną dla innych, wita mnie jak utraconego kochanka, Azyr ozonem uderza w nozdrza. Mocniej ściskam kryształ w dłoni…

…z długimi pazurami, zaciskając się na stylisku topora. Tak-tak. Jeden z artefaktów po nim. Ale który najważniejszy? – Nerwowo drapie się pazurem po białym futrze tuż pod prawym rogiem, zaraz nad uchem. Pozostali patrzą i wyczekują. Głodni. Tak bardzo głodni. Przecież tak dobrze walczyli, a jedzenia tak mało, a jedzenie tak blisko. Tak-tak.

Zna już plany podziemi i wie gdzie ją znaleźć. Tak-tak. Zdobędzie resztę, ale najpierw wszyscy muszą zjeść. Świeże mięso jest tuż obok, już niemal czuje ten słodki smak, już czuje ten wspaniały zapach…

…lasu i drzew. Odwiecznym taniec natury, nakazujący śmierć i życie, zmianę i rozwój. Zawsze myślał, że największym zagrożeniem dla odwiecznego rytmu będą fałszywe nuty chaosu, chcące splugawić melodię życia. Lecz to nie fałsz był ostatecznym wrogiem, ale koniec muzyki. Wszak czyż można tańczyć bez ruchu? – Przeskoczył w piruecie na druga nogę już słysząc, że nadchodzą z podziemi. Wraz z nim cała trupa podążała w zgranym rytmie przesuwając się po leśnym runie, szeleszcząc, hałasując i śpiewając. Wszyscy wiedzieli, że ich odnajdą. Czas rozpocząć taniec śmierci…

…wszystkich towarzyszy, ich ciała spopielone w mgnieniu oka. Chcę ich uratować, uratować ją i nas wszystkich, ale musimy się śpieszyć. Czas jest wszystkim.

I kolejna rozmowa z przewodnikami. Mówię i proszę, nalegam i grożę, ale nawet moje złoto nie jest w stanie ich przekonać do nocnych podróży. Tłumaczą się potrzebującymi odpoczynku zwierzętami, niebezpieczeństwami, grasującymi bandami zielonoskórych. Za nic sobie mają, że jak się spóźnimy to całe armie staną na naszej drodze. Lecz gdy to mówię, tylko śmiech…

…roznosi się po całym obozie, wśród śpiewów i modlitw dziękczynnych. Skrupulatność, doświadczenie i dyscyplina stanowią podstawę dobrze funkcjonującej armii. Wszystkie przygotowania zakończone. Wozy pękają od zapasów, żołnierze w dobrym zdrowiu. Mają ostatni dzień wypoczynku przed czekającym ich ciężkim marszem. Wyzwań będzie sporo, dlatego dziś rozkazał rozluźnić warty. Żołnierz potrzebuje dyscypliny, ale potrzebuje też wypoczynku i pełnego żołądka, a jego ludzie z pewnością zasłużyli sobie na spokojną noc…

…na którą czekali, tak jak rozkazał Lief. A oni go słuchali, chociaż widać było, że każdy chciał się wykazać i udowodnić swoją przydatność. Z pewnością byli też tacy, którzy tylko czekali aż powinie mu się noga i sami przejmują jego tytuł. Mniejsza o to, jako nowy Jarl musi udowodnić, że potrafi zadbać o swoich ludzi, a wtedy jego wrogowie w nikim nie znajdą poparcia. Dalej, powoli zakradali się do obozu w czarną noc…

…czy to już kolejna? Spoglądam w niebo i wiem że tak. Tracę poczucie czasu, poczucie rzeczywistości. Lecz czym jest czas i rzeczywistość – zaklęte w krysztale i niezmienne? Jaki cel ma przeszłość jeżeli wydarza się teraz i potem? Dotrzemy jeszcze nad czarny brzeg, niebawem powinniśmy dostrzec lasy i góry, które nas tam zaprowadzą…

…gdzie jesteśmy im w stanie zapewnić odpowiedni opór – zagrzmiał Borsch Długobrody uderzając pięścią w stół. Nad Varn Drazh oczekują naszego wsparcia – jego głos echem odbijał się od wysokich sklepień głównej komnaty twierdzy – chociaż sami mogą tego jeszcze nie wiedzieć!

Wzdłuż sali rozległy się pomruki i chrząknięcia, zwiastujące iż ciągnąca się kolejny dzień dyskusja nie doczeka się rychłego końca. Poszczególni zebrani drapali się po brodach, oznajmiali o spisanych prawach, własnych intencjach i rozważali, czy też propozycja wysłania całej armii nie zostanie odebrana jako sugerująca brak honoru i samodzielności którejś z twierdz.

Borsch skrupulatnie balansował biel gniewu na twarzy czerwienią dodawaną przez kolejne kufle pieniącego się piwa. Nagle trzy dźwięczne uderzenia oznajmiły nadejście matriarchini.

Weszła spokojnie do sali z wysoko podniesioną głową otoczoną grubymi warkoczami misternie splecionych grubymi, jasnych włosów przyozdobionych licznymi, spinkami lśniącymi złotem i blaskiem drogocennych kamieni.

– Postanowiłam niezwłocznie wyruszyć z wizytą do matki. Ufam, że przygotujecie odpowiednią eskortę? – zabrzmiało dźwięcznie pytanie, niebędące pytaniem.

Kolejna fala pomruków przetoczyła się przez salę, ale wszyscy wiedzieli, że decyzja właśnie została podjęta…

…wiedział o tym przeżuwając kawał żylastego serca pełnego jeszcze gorącej, czarnej mazi. Spojrzał na pokryte burą sierścią ciało z rozerwanym korpusem i wiedział, że to był pierwszy ale nie ostatni z tych, którzy rzucą mu wyzwanie.

Szaman obserwował go z drugiej strony ogniska, więc wyprężył swoje mięśnie jeszcze bardziej wciąż przeżuwając. Wciąż czuł ból muskularnego karku, na którym ślady przeklętych kłów i pazurów nie goiły się tak szybko jak normalne rany. Stado nie znosi słabości wiedział o tym. Stado potrzebuje zwycięstwa. On potrzebuje zwycięstwa, inaczej skończy jak truchło leżące u jego stóp….

Powrót

Zwierzoludzie i Norska

Uderzenie w wydłużony hełm sprawiło, że czerwona posoka zalała mu oczy. Zanim zdążył zetrzeć krew z pyska, poczuł kilka razów spadających na jego prawy bok. Nie przebiły się jednak przez grube futro, albo przynajmniej nie poczuł ich pod wpływem krążącej w jego żyłach adrenaliny. Napędzany przez nią oraz przez złość ryknął potężnie zamachując się ciężkim toporem, który z trzaskiem rozbił kilka czaszek, dzięki czemu miał czas wytrzeć krew o przedramię.

Rozejrzał się dysząc. Gorąca para wypływała z nozdrzy kłębiastymi kaskadami w chłodnym, nocnym powietrzu. Wokół niego leżało kilka szkieletów, których pozbawił głów, ale nie był bezpieczny, gdyż wyrąbał sobie w ich szeregach jedynie trochę miejsca, które następne były już gotowe zająć. Wokół niego leżały roztrzaskane kości i kilka trupów jego potężnych, kozionogich braci, ale kilku z nich cały czas walczyło po jego bokach.

Spojrzał w lewo. Tam, pod ścianą wąwozu oddział Norsemanów powstrzymywał murem tarcz zbliżające się zombie. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu, powtórzyć. Ich dowódca wydawał rozkazy donośnym głosem.

Uderzenie broni kolejnego szkieletu było zakończeniem tej krótkiej chwili spokoju. Bestigor odwinął się toporem roztrzaskując kolejny szkielet.

„Slaa’ghyran!” Z ogromnej gardzieli dał się słyszeć pierwotny ryk. „Akhamshy’y!”

Pozostali przy życiu zwierzoludzie odpowiedzieli tym samym i ruszyli za wznoszącym okrzyk bojowy samcem, rozbijając rogami i toporami szeregi szkieletów. Kierowali się w stronę Norsemanów, by nie dopuścić do ich okrążenia.

Ciemność nocy przecięły purpurowe wstęgi płynące nad głowami szkieletów. Kątem oka alfa zdążył zobaczyć, jak jedna z nich dotknęła jego towarzysza, którego sierść w ułamku sekundy poszarzała, a on sam padł na ziemię. Chwilę po tym poczuł znajome ciepło rozlewające się po ciele, a wokół jego kończyn zamrugały bursztynowe iskry. To szaman przyzwał duchy opiekuńcze.

Rozpędzeni wpadli we flankę nieumarłych, roztrzaskując z impetem kilku z nich. Zza muru tarcz posypały się ciosy. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu.

„Mocniej! Chcecie żyć wiecznie?” Krzyczał dowódca. „Przebijemy się przez te kupy nieumarłego gówna i wyrwiemy tym fircykom z tyłu to, co nasze!”

Uderzenie. Tym razem była to czarna strzała, która utkwiła w lewym przedramieniu bestigora, który rozejrzał się w poszukiwaniu łucznika, który ją wypuścił. Zamiast niego zauważył, że na lekkim wzniesieniu w górze wąwozu stoi kilku jeźdźców odcinających się ostro na tle purpurowej poświaty za nimi.

„Dalej, bo sam poobcinam wam ręce!” Norsmen motywował swoich podwładnych do walki.

Na wzgórzu jeźdźcy zawrócili konie i spokojnie zniknęli za wzniesieniem. Purpurowa poświata popłynęła w dół na walczących.

Powrót

Wampiry i Skaveni

Kropla zielonej cieczy spłynęła powoli po szyjce retorty i z cichym pluskiem wpadła do znajdującego się pod nią naczynia.

„Tego szukałeś?” Karmazynowe usta baronowej wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu znad tarczy, którą trzymała obecnie w lewej ręce zasłaniając korpus.

„Tak, tak,” wydłużony pysk szczura zadrżał z podniecenia. „Tarcza rzecz, pomoże ją zdobyć,” rogaty szczuroczłek, wyraźnie zafascynowany przedmiotem, wyciągnął lekko w jego stronę swoją łapę. Widząc ten gest baronowa odsunęła tarczę od niego.

„Nie tak szybko. Ja dotrzymałam swojej części umowy, teraz twoja kolej.”

Szary szczur odwrócił się z zadziwiającą prędkością i już po chwili stał za naprędce skleconym stołem zastawionym różnej maści naczyniami, fiolkami i retortami. Pod największą z nich płonął palnik alkoholowy smagając czarnymi smugami naczynie, w którym bulgotała brunatna maź. Znajdowali się w niewielkim laboratorium. Sądząc po nieładzie, jaki w nim panował, oraz po nieotwartych skrzyniach, jakie się w nim znajdowały, podwładni rogatego szczuroczłeka zorganizowali je dla swojego pana w Księstwach Granicznych dopiero niedawno. Najwyraźniej nie podróżował bez swoich zabawek. A może to tylko pozory, a w rzeczywistości to laboratorium zawsze tak wygląda, a on jest na własnym terenie?

Kolejna kropla skondensowała się i skapnęła do fiolki.

Szczuroczłek przekrzywił głowę i wbił wzrok w tarczę. Nie miała ona typowego kształtu, zwężała się co prawda ku dołowi, ale zakończona była czterema zębami. W pole wyraźnie wpisany był zarys czaszki, a metalowe zęby na dole stanowiły jej górną szczękę. Czaszka była podzielona pionowo na pół, a w świetle lamp i palników wyraźnie widać było, że tylko jej połowa odbija światło. Druga połowa była czarna jak smoła.

„Po co ci ten stary rupieć?” Zapytała baronowa. „Wyduś to w końcu.”

Szary zmarszczył nos wciągając w płuca opary znad retorty. Kiedy je wypuścił, widać było, że z jego nozdrzy wypływają strużki dymu.

„Tarcza rzecz ważna ważna,” powiedział jakby wolniej niż zwykle. „Należeć kiedyś do wielki wojownik, który przelać dużo akhash. Dużo krwi. Naszej krwi krwi i innej też, tak, tak. Wielki wojownik, wielki przeciwnik, tak, tak. On polować na wiernych sługów, zabijać wiernych sługów. Ale sam służyć Odrzuconemu, tak, tak. Ogień ogniem, ogień ogniem.”

W miarę jak wypowiadał te słowa, szczuroczłek ruszył zza stołu by zbliżyć się do tarczy.

„Tak, tak. Potężny. Ale później zaginąć, na wieki wieki.”

„Ale co to ma wspólnego z naszymi poszukiwaniami?” Zapytała wyraźnie już poirytowana baronowa.

„Początek jest końcem, a koniec początkiem. Tak, tak. Jego los jest spleciony z jej losem.”

Zielona kropla wpadła do naczynia.

Powrót

Bretonia i Leśne Elfy

Na osłoniętą przed wiatrem polanę wszedł smutny korowód prowadzony przez pieszego rycerza. Idący za nim ludzie nieśli na noszach kilkudziesięciu rannych. Prowadzący pochód podszedł do oczekującej go pośrodku polany postaci, a jego towarzysze zaczęli delikatnie kłaść rannych wokół nich.

„Zrobimy co w naszej mocy. Ale sami mamy wielu rannych,” powiedziała smukła elfka przełamując ciszę, jaka wyrosła pomiędzy nią, a młodym rycerzem.

„Doceniam,” odpowiedział sir Tristan. „To pierwsza grupa. Nasi felczerzy rozłożyli ręce. Bez waszej pomocy zapewne niebawem przekroczą bramy Morra.”

„Nie do końca tak miało to wyglądać, prawda?” Zwrócił się do rycerza elf, który praktycznie bezgłośnie podszedł do zajmującej centralne miejsce pary.

„Pani wszystkich nas poddaje próbie, przejdą ją tylko najwytrwalsi,” odpowiedział sir Tristan skłaniając lekko głowę. „Na mnie już czas, wrócimy po południu z drugą grupą.”

Nie czekając na odpowiedź rycerz odwrócił się i ruszył w kierunku, z którego przyszedł, pobrzękując poobijaną zbroją. Za nim ruszyli zmęczeni tragarze. Ostatni z nich, zanim zniknął w lesie, odwrócił się na chwilę i wykonał w powietrzu gest, jakby chciał odpędzić złe duchy. Nie wiadomo, czy od rannych towarzyszy, czy był on przeznaczony dla fae.

„Myślisz, że się domyślają mistrzu?” Zapytała Elessa zwracając się do stojącego obok niej Dolwena.

„Nie wiem,” odpowiedział elf odprowadzając wzrokiem uzdrowicieli, którzy weszli na polanę niosąc zioła i napary. „Ale wiem, że mamy coraz mniej czasu. I coraz mniej sił. A mrok się zbiera, ty też to widzisz.”

„Tak. Na wschodzie, linie się splatają, gęstnieją i zaciskają wokół nas. Czuję jak aethyr gęstnieje, spływa i zbiera się u podnóży gór. Shyish i ghur,” przerwała na chwilę jakby bojąc się wypowiedzieć następne słowo. „I Dhar.”

„Tak, tego się właśnie obawiałem. Jest w tej grze więcej sił niż zakładaliśmy. I wszystkie dążą do jednego.” Mag przyglądał się temu, jak jeden z uzdrowicieli przykłada krawędź niewielkiej czarki do popękanych z gorączki ust rannego. „Co gorsza, mają nad nami przewagę. Mają już tarczę i obawiam się, że niebawem zdobędą też klucz.”

„Co w takim razie zrobimy?” Zapytała Elessa.

„Pójdziemy za nimi, w ślad za gęstniejącym aethyrem. Wprost w paszczę lwa.” Odpowiedział Dolwen obserwując człowieka, który zapadał w spokojny sen, bez gorączki i bólu. „Ale nie pójdziemy sami.”

Powrót

Imperium i Krasnoludy

Z małego placu przed głównym wejściem do twierdzy rozciągał się widok na całą dolinę. Jej środkiem meandrowała rzeka, która wlewała się do niej imponującym wodospadem, by później w kilku miejscach rozlać się w szerokie baseny i kaskadami popłynąć dalej w stronę Czarnej Zatoki. Z góry wyglądała jak zielonkawa wstęga przecinająca dolinę na pół, nad którą tylko w kilku miejscach przysiadły małe wioski. Od wieży o kwadratowej podstawie niosły się w dół doliny odgłosy uderzeń ciężkich, krasnoludzkich młotów i siekier, zagłuszając delikatny stukot końskich kopyt na ścieżce prowadzącej do twierdzy.

„Ściągnąłeś mnie tutaj, żeby popodziwiać widoki?” Spytał książę zeskakując z konia. „Mamy na dole trochę inne zmartwienia.

Stary krasnolud, który nadzorował do tej pory pracę robotników fortyfikujących pozycję, odwrócił się w stronę księcia. Na jego brodatej twarzy zagościł lekki uśmiech.

„Nic z tych rzeczy,” odparł krasnolud dając ręką znak by przy nadzorowaniu pracy zastąpił go ktoś inny. „Nasi mistrzowie wiedzy dokonali pewnego przełomu. Proszę za mną książę, pokażę.”

Krasnolud ruszył przez półokrągłą bramę, a za nim podążył książę, po tym jak podał bogato zdobione lejce jednemu ze swoich ludzi, którzy wdrapali się na górę razem z nim. Weszli na dziedziniec, na którym kilkunastu rzemieślników dokonywało niezbędnych napraw.

„Dach nad tym skrzydłem był w strasznym stanie,” krasnolud wskazał ręką na ekipę kilku młodych dawi bez koszul, którzy naprawiali właśnie więźbę. „Najchętniej przebudowalibyśmy ten budynek, ale na to czasu nie mamy. Bez urazy, ale wy człeczyny, nie umiecie budować,” Thane zwrócił się do księcia, który lekko się uśmiechnął. „To tymczasowe rozwiązanie, ale konieczne, zważywszy na to, że będzie to nasza baza wypadowa.”

„Baza wypadowa?” Spytał zdziwiony książę. „Mieliśmy przecież ruszać jak najszybciej w stronę Barak Varr.”

„To prawda, tak sugerowała tamta koślawa mapa. Ale właśnie dlatego posłałem po księcia. A ufortyfikowana baza, z której będziemy mogli dostarczać zaopatrzenie, a której nie splądruje żaden zbłąkany Bretończyk ani nożouchy, bardzo się nam przyda.” Dotarli do ciężkich drewnianych drzwi, które otwarły się ze zgrzytem, gdy stary krasnolud pchnął je mocno do środka. „Zapraszam.”

Krasnolud przepuścił gościa i wszedł za nim w głąb korytarza oświetlonego latarniami.

„Zakładam, że ma to coś wspólnego z przełomem, o którym wspominałeś mości dawi.”

„Dokładnie książę. Proszę za mną,” krasnolud ruszył w głąb korytarza, a książę za nim. „Udało nam się przetłumaczyć część materiałów, jakie zdobyliśmy wcześniej,” idący z drugiej strony krasnolud z wiadrem skłonił się Thane’owi i ustąpił im drogi. „Nie było to łatwe, bo znaki tych przerośniętych szczurów nie muszą mieć jednego znaczenia, ale wysłaliśmy kopie do najlepszego specjalisty od ich plugawego języka z Karak Kaferkammaz, który w tym pomógł.” Stary krasnolud wszedł do niewielkiego pomieszczenia w głębi twierdzy, które najwyraźniej służyło za biuro. Pewnym krokiem podszedł do sekretarzyka i podniósł z niego księgę, którą przełożył na stół, otworzył i zaczął wertować jej strony. „Wygląda na to, że to rzeczywiście łączy się ze sprawą Van Leeuwena. A przynajmniej szczuroludzie pisali o jakimś amulecie, który Van Leeuwen miał wieźć na południe z Kislevu.” Palce krasnoluda zatrzymały się na karcie ewidencyjnej, w którą odręcznym pismem runicznym wpisany był meldunek. „Najwyraźniej go nie dowiózł, a przynajmniej oni stracili go z oczu. Ale wiemy za to, że, cytuję,” Thane pochylił się nad księgą. „Po tym jak nie znaleziono niczego w okolicach Barak Varr, rozesłano zwiadowców, by szukali w okolicach Czarnej Wody.”

„I chcesz mości dawi właśnie tam ruszyć?”

„Dokładnie tak. I dlatego potrzebna nam była baza wypadowa.”

Powrót