Akt II – Kraina Tysiąca Tronów

Podróżujemy już od wielu dni. Łódź zabrała nas w górę Reiku, później gościńcem ruszyliśmy przez Przełęcz Czarnego Ognia, teraz przemy po tutejszych ścieżkach i drogach. Karawana wbrew moim zaleceniom porusza się powoli, a mnie nie odstępują trwoga i wątpliwości. Czy zdążymy na czas?

Przecież w tej podłej krainie, gdzie każdy bandyta mogący zebrać kilkunastu popleczników zwie się Księciem, a posiadając chorągiew jazdy zapewne Królem, jak nie Cesarzem, nasza karawana jest wystarczającą siłą, aby przeciwstawić się potencjalnym niebezpieczeństwom.

Wiem jednak, że jesteśmy coraz bliżej. Mój kryształ wskazuje drogę, mówi do mnie jej głosem, już niebawem gdzieś w kraterze odnajdę cię i ocalę…

…całe miasto. Wszak jest ta chęć w sercu każdego, mężnego rycerza, aby ocalić to co piękne i czyste, aby bronić słabszych i służyć sprawiedliwym, by walczyć ze złym, obrzydliwym i plugawym – Jean Francois zdawał sobie sprawę, że krucjata zapewne okaże się fiaskiem. W zasadzie to już niewiele z niej zostało, ale do jasnej cholery, jest bretońskim rycerzem!

Uniósł opancerzoną dłoń w geście ataku, pod przyłbicą mamrocząc modlitwę do Pani. Nic nie wiedział o mieście na wzgórzu: kto w nim żył, jakim językiem mówił i nawet jakich bogów teraz z trwogą imiona wymawiał. To nie miało dla niego żadnego znaczenia, obroni to miasto, albo zginie próbując…

…czegoś pysznego, myślała bezwiednie przeczesując srebrzysty pukiel włosów stanowiący wraz z błyszczącym kryształem wyjątkowy wisior. Karmazynowy uśmiech rozkwitł na bladej twarzy. Miała już klucz i tarczę. Starczyło ruszyć w kierunku gór, lecz najpierw miała ochotę na coś jeszcze.

Rzędy szkieletów i martwych ciał powoli brnęły naprzód ku miastu, lecz to nie miasto ją interesowało, ale słodka i aromatyczna krew Bretońskiej arystokracji. Jak rycersko z ich strony, że sami postanowili się ofiarować – myślała z rozbawieniem – gdy dobiegał do niej coraz głośniejszy tętent końskich kopyt…

…nagle zamilkł wyrywając mnie ze snu. Karawana zatrzymywała się na noc, lecz nieboskłon wciąż mienił się różem i fioletem. Zbyt wcześnie się zatrzymujemy. Spoglądam na zachód i nad tarczą słońca dostrzegam ją na nieboskłonie, ciągnącą za sobą coraz dłuższy ogon światła. Pozostając jeszcze niewidoczną dla innych, wita mnie jak utraconego kochanka, Azyr ozonem uderza w nozdrza. Mocniej ściskam kryształ w dłoni…

…z długimi pazurami, zaciskając się na stylisku topora. Tak-tak. Jeden z artefaktów po nim. Ale który najważniejszy? – Nerwowo drapie się pazurem po białym futrze tuż pod prawym rogiem, zaraz nad uchem. Pozostali patrzą i wyczekują. Głodni. Tak bardzo głodni. Przecież tak dobrze walczyli, a jedzenia tak mało, a jedzenie tak blisko. Tak-tak.

Zna już plany podziemi i wie gdzie ją znaleźć. Tak-tak. Zdobędzie resztę, ale najpierw wszyscy muszą zjeść. Świeże mięso jest tuż obok, już niemal czuje ten słodki smak, już czuje ten wspaniały zapach…

…lasu i drzew. Odwiecznym taniec natury, nakazujący śmierć i życie, zmianę i rozwój. Zawsze myślał, że największym zagrożeniem dla odwiecznego rytmu będą fałszywe nuty chaosu, chcące splugawić melodię życia. Lecz to nie fałsz był ostatecznym wrogiem, ale koniec muzyki. Wszak czyż można tańczyć bez ruchu? – Przeskoczył w piruecie na druga nogę już słysząc, że nadchodzą z podziemi. Wraz z nim cała trupa podążała w zgranym rytmie przesuwając się po leśnym runie, szeleszcząc, hałasując i śpiewając. Wszyscy wiedzieli, że ich odnajdą. Czas rozpocząć taniec śmierci…

…wszystkich towarzyszy, ich ciała spopielone w mgnieniu oka. Chcę ich uratować, uratować ją i nas wszystkich, ale musimy się śpieszyć. Czas jest wszystkim.

I kolejna rozmowa z przewodnikami. Mówię i proszę, nalegam i grożę, ale nawet moje złoto nie jest w stanie ich przekonać do nocnych podróży. Tłumaczą się potrzebującymi odpoczynku zwierzętami, niebezpieczeństwami, grasującymi bandami zielonoskórych. Za nic sobie mają, że jak się spóźnimy to całe armie staną na naszej drodze. Lecz gdy to mówię, tylko śmiech…

…roznosi się po całym obozie, wśród śpiewów i modlitw dziękczynnych. Skrupulatność, doświadczenie i dyscyplina stanowią podstawę dobrze funkcjonującej armii. Wszystkie przygotowania zakończone. Wozy pękają od zapasów, żołnierze w dobrym zdrowiu. Mają ostatni dzień wypoczynku przed czekającym ich ciężkim marszem. Wyzwań będzie sporo, dlatego dziś rozkazał rozluźnić warty. Żołnierz potrzebuje dyscypliny, ale potrzebuje też wypoczynku i pełnego żołądka, a jego ludzie z pewnością zasłużyli sobie na spokojną noc…

…na którą czekali, tak jak rozkazał Lief. A oni go słuchali, chociaż widać było, że każdy chciał się wykazać i udowodnić swoją przydatność. Z pewnością byli też tacy, którzy tylko czekali aż powinie mu się noga i sami przejmują jego tytuł. Mniejsza o to, jako nowy Jarl musi udowodnić, że potrafi zadbać o swoich ludzi, a wtedy jego wrogowie w nikim nie znajdą poparcia. Dalej, powoli zakradali się do obozu w czarną noc…

…czy to już kolejna? Spoglądam w niebo i wiem że tak. Tracę poczucie czasu, poczucie rzeczywistości. Lecz czym jest czas i rzeczywistość – zaklęte w krysztale i niezmienne? Jaki cel ma przeszłość jeżeli wydarza się teraz i potem? Dotrzemy jeszcze nad czarny brzeg, niebawem powinniśmy dostrzec lasy i góry, które nas tam zaprowadzą…

…gdzie jesteśmy im w stanie zapewnić odpowiedni opór – zagrzmiał Borsch Długobrody uderzając pięścią w stół. Nad Varn Drazh oczekują naszego wsparcia – jego głos echem odbijał się od wysokich sklepień głównej komnaty twierdzy – chociaż sami mogą tego jeszcze nie wiedzieć!

Wzdłuż sali rozległy się pomruki i chrząknięcia, zwiastujące iż ciągnąca się kolejny dzień dyskusja nie doczeka się rychłego końca. Poszczególni zebrani drapali się po brodach, oznajmiali o spisanych prawach, własnych intencjach i rozważali, czy też propozycja wysłania całej armii nie zostanie odebrana jako sugerująca brak honoru i samodzielności którejś z twierdz.

Borsch skrupulatnie balansował biel gniewu na twarzy czerwienią dodawaną przez kolejne kufle pieniącego się piwa. Nagle trzy dźwięczne uderzenia oznajmiły nadejście matriarchini.

Weszła spokojnie do sali z wysoko podniesioną głową otoczoną grubymi warkoczami misternie splecionych grubymi, jasnych włosów przyozdobionych licznymi, spinkami lśniącymi złotem i blaskiem drogocennych kamieni.

– Postanowiłam niezwłocznie wyruszyć z wizytą do matki. Ufam, że przygotujecie odpowiednią eskortę? – zabrzmiało dźwięcznie pytanie, niebędące pytaniem.

Kolejna fala pomruków przetoczyła się przez salę, ale wszyscy wiedzieli, że decyzja właśnie została podjęta…

…wiedział o tym przeżuwając kawał żylastego serca pełnego jeszcze gorącej, czarnej mazi. Spojrzał na pokryte burą sierścią ciało z rozerwanym korpusem i wiedział, że to był pierwszy ale nie ostatni z tych, którzy rzucą mu wyzwanie.

Szaman obserwował go z drugiej strony ogniska, więc wyprężył swoje mięśnie jeszcze bardziej wciąż przeżuwając. Wciąż czuł ból muskularnego karku, na którym ślady przeklętych kłów i pazurów nie goiły się tak szybko jak normalne rany. Stado nie znosi słabości wiedział o tym. Stado potrzebuje zwycięstwa. On potrzebuje zwycięstwa, inaczej skończy jak truchło leżące u jego stóp….

Powrót

Zwierzoludzie i Norska

Uderzenie w wydłużony hełm sprawiło, że czerwona posoka zalała mu oczy. Zanim zdążył zetrzeć krew z pyska, poczuł kilka razów spadających na jego prawy bok. Nie przebiły się jednak przez grube futro, albo przynajmniej nie poczuł ich pod wpływem krążącej w jego żyłach adrenaliny. Napędzany przez nią oraz przez złość ryknął potężnie zamachując się ciężkim toporem, który z trzaskiem rozbił kilka czaszek, dzięki czemu miał czas wytrzeć krew o przedramię.

Rozejrzał się dysząc. Gorąca para wypływała z nozdrzy kłębiastymi kaskadami w chłodnym, nocnym powietrzu. Wokół niego leżało kilka szkieletów, których pozbawił głów, ale nie był bezpieczny, gdyż wyrąbał sobie w ich szeregach jedynie trochę miejsca, które następne były już gotowe zająć. Wokół niego leżały roztrzaskane kości i kilka trupów jego potężnych, kozionogich braci, ale kilku z nich cały czas walczyło po jego bokach.

Spojrzał w lewo. Tam, pod ścianą wąwozu oddział Norsemanów powstrzymywał murem tarcz zbliżające się zombie. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu, powtórzyć. Ich dowódca wydawał rozkazy donośnym głosem.

Uderzenie broni kolejnego szkieletu było zakończeniem tej krótkiej chwili spokoju. Bestigor odwinął się toporem roztrzaskując kolejny szkielet.

„Slaa’ghyran!” Z ogromnej gardzieli dał się słyszeć pierwotny ryk. „Akhamshy’y!”

Pozostali przy życiu zwierzoludzie odpowiedzieli tym samym i ruszyli za wznoszącym okrzyk bojowy samcem, rozbijając rogami i toporami szeregi szkieletów. Kierowali się w stronę Norsemanów, by nie dopuścić do ich okrążenia.

Ciemność nocy przecięły purpurowe wstęgi płynące nad głowami szkieletów. Kątem oka alfa zdążył zobaczyć, jak jedna z nich dotknęła jego towarzysza, którego sierść w ułamku sekundy poszarzała, a on sam padł na ziemię. Chwilę po tym poczuł znajome ciepło rozlewające się po ciele, a wokół jego kończyn zamrugały bursztynowe iskry. To szaman przyzwał duchy opiekuńcze.

Rozpędzeni wpadli we flankę nieumarłych, roztrzaskując z impetem kilku z nich. Zza muru tarcz posypały się ciosy. Dźgnięcie, dźgnięcie, uderzenie berdyszem z góry. Krok do przodu.

„Mocniej! Chcecie żyć wiecznie?” Krzyczał dowódca. „Przebijemy się przez te kupy nieumarłego gówna i wyrwiemy tym fircykom z tyłu to, co nasze!”

Uderzenie. Tym razem była to czarna strzała, która utkwiła w lewym przedramieniu bestigora, który rozejrzał się w poszukiwaniu łucznika, który ją wypuścił. Zamiast niego zauważył, że na lekkim wzniesieniu w górze wąwozu stoi kilku jeźdźców odcinających się ostro na tle purpurowej poświaty za nimi.

„Dalej, bo sam poobcinam wam ręce!” Norsmen motywował swoich podwładnych do walki.

Na wzgórzu jeźdźcy zawrócili konie i spokojnie zniknęli za wzniesieniem. Purpurowa poświata popłynęła w dół na walczących.

Powrót

Wampiry i Skaveni

Kropla zielonej cieczy spłynęła powoli po szyjce retorty i z cichym pluskiem wpadła do znajdującego się pod nią naczynia.

„Tego szukałeś?” Karmazynowe usta baronowej wykrzywiły się w szyderczym uśmiechu znad tarczy, którą trzymała obecnie w lewej ręce zasłaniając korpus.

„Tak, tak,” wydłużony pysk szczura zadrżał z podniecenia. „Tarcza rzecz, pomoże ją zdobyć,” rogaty szczuroczłek, wyraźnie zafascynowany przedmiotem, wyciągnął lekko w jego stronę swoją łapę. Widząc ten gest baronowa odsunęła tarczę od niego.

„Nie tak szybko. Ja dotrzymałam swojej części umowy, teraz twoja kolej.”

Szary szczur odwrócił się z zadziwiającą prędkością i już po chwili stał za naprędce skleconym stołem zastawionym różnej maści naczyniami, fiolkami i retortami. Pod największą z nich płonął palnik alkoholowy smagając czarnymi smugami naczynie, w którym bulgotała brunatna maź. Znajdowali się w niewielkim laboratorium. Sądząc po nieładzie, jaki w nim panował, oraz po nieotwartych skrzyniach, jakie się w nim znajdowały, podwładni rogatego szczuroczłeka zorganizowali je dla swojego pana w Księstwach Granicznych dopiero niedawno. Najwyraźniej nie podróżował bez swoich zabawek. A może to tylko pozory, a w rzeczywistości to laboratorium zawsze tak wygląda, a on jest na własnym terenie?

Kolejna kropla skondensowała się i skapnęła do fiolki.

Szczuroczłek przekrzywił głowę i wbił wzrok w tarczę. Nie miała ona typowego kształtu, zwężała się co prawda ku dołowi, ale zakończona była czterema zębami. W pole wyraźnie wpisany był zarys czaszki, a metalowe zęby na dole stanowiły jej górną szczękę. Czaszka była podzielona pionowo na pół, a w świetle lamp i palników wyraźnie widać było, że tylko jej połowa odbija światło. Druga połowa była czarna jak smoła.

„Po co ci ten stary rupieć?” Zapytała baronowa. „Wyduś to w końcu.”

Szary zmarszczył nos wciągając w płuca opary znad retorty. Kiedy je wypuścił, widać było, że z jego nozdrzy wypływają strużki dymu.

„Tarcza rzecz ważna ważna,” powiedział jakby wolniej niż zwykle. „Należeć kiedyś do wielki wojownik, który przelać dużo akhash. Dużo krwi. Naszej krwi krwi i innej też, tak, tak. Wielki wojownik, wielki przeciwnik, tak, tak. On polować na wiernych sługów, zabijać wiernych sługów. Ale sam służyć Odrzuconemu, tak, tak. Ogień ogniem, ogień ogniem.”

W miarę jak wypowiadał te słowa, szczuroczłek ruszył zza stołu by zbliżyć się do tarczy.

„Tak, tak. Potężny. Ale później zaginąć, na wieki wieki.”

„Ale co to ma wspólnego z naszymi poszukiwaniami?” Zapytała wyraźnie już poirytowana baronowa.

„Początek jest końcem, a koniec początkiem. Tak, tak. Jego los jest spleciony z jej losem.”

Zielona kropla wpadła do naczynia.

Powrót

Bretonia i Leśne Elfy

Na osłoniętą przed wiatrem polanę wszedł smutny korowód prowadzony przez pieszego rycerza. Idący za nim ludzie nieśli na noszach kilkudziesięciu rannych. Prowadzący pochód podszedł do oczekującej go pośrodku polany postaci, a jego towarzysze zaczęli delikatnie kłaść rannych wokół nich.

„Zrobimy co w naszej mocy. Ale sami mamy wielu rannych,” powiedziała smukła elfka przełamując ciszę, jaka wyrosła pomiędzy nią, a młodym rycerzem.

„Doceniam,” odpowiedział sir Tristan. „To pierwsza grupa. Nasi felczerzy rozłożyli ręce. Bez waszej pomocy zapewne niebawem przekroczą bramy Morra.”

„Nie do końca tak miało to wyglądać, prawda?” Zwrócił się do rycerza elf, który praktycznie bezgłośnie podszedł do zajmującej centralne miejsce pary.

„Pani wszystkich nas poddaje próbie, przejdą ją tylko najwytrwalsi,” odpowiedział sir Tristan skłaniając lekko głowę. „Na mnie już czas, wrócimy po południu z drugą grupą.”

Nie czekając na odpowiedź rycerz odwrócił się i ruszył w kierunku, z którego przyszedł, pobrzękując poobijaną zbroją. Za nim ruszyli zmęczeni tragarze. Ostatni z nich, zanim zniknął w lesie, odwrócił się na chwilę i wykonał w powietrzu gest, jakby chciał odpędzić złe duchy. Nie wiadomo, czy od rannych towarzyszy, czy był on przeznaczony dla fae.

„Myślisz, że się domyślają mistrzu?” Zapytała Elessa zwracając się do stojącego obok niej Dolwena.

„Nie wiem,” odpowiedział elf odprowadzając wzrokiem uzdrowicieli, którzy weszli na polanę niosąc zioła i napary. „Ale wiem, że mamy coraz mniej czasu. I coraz mniej sił. A mrok się zbiera, ty też to widzisz.”

„Tak. Na wschodzie, linie się splatają, gęstnieją i zaciskają wokół nas. Czuję jak aethyr gęstnieje, spływa i zbiera się u podnóży gór. Shyish i ghur,” przerwała na chwilę jakby bojąc się wypowiedzieć następne słowo. „I Dhar.”

„Tak, tego się właśnie obawiałem. Jest w tej grze więcej sił niż zakładaliśmy. I wszystkie dążą do jednego.” Mag przyglądał się temu, jak jeden z uzdrowicieli przykłada krawędź niewielkiej czarki do popękanych z gorączki ust rannego. „Co gorsza, mają nad nami przewagę. Mają już tarczę i obawiam się, że niebawem zdobędą też klucz.”

„Co w takim razie zrobimy?” Zapytała Elessa.

„Pójdziemy za nimi, w ślad za gęstniejącym aethyrem. Wprost w paszczę lwa.” Odpowiedział Dolwen obserwując człowieka, który zapadał w spokojny sen, bez gorączki i bólu. „Ale nie pójdziemy sami.”

Powrót

Imperium i Krasnoludy

Z małego placu przed głównym wejściem do twierdzy rozciągał się widok na całą dolinę. Jej środkiem meandrowała rzeka, która wlewała się do niej imponującym wodospadem, by później w kilku miejscach rozlać się w szerokie baseny i kaskadami popłynąć dalej w stronę Czarnej Zatoki. Z góry wyglądała jak zielonkawa wstęga przecinająca dolinę na pół, nad którą tylko w kilku miejscach przysiadły małe wioski. Od wieży o kwadratowej podstawie niosły się w dół doliny odgłosy uderzeń ciężkich, krasnoludzkich młotów i siekier, zagłuszając delikatny stukot końskich kopyt na ścieżce prowadzącej do twierdzy.

„Ściągnąłeś mnie tutaj, żeby popodziwiać widoki?” Spytał książę zeskakując z konia. „Mamy na dole trochę inne zmartwienia.

Stary krasnolud, który nadzorował do tej pory pracę robotników fortyfikujących pozycję, odwrócił się w stronę księcia. Na jego brodatej twarzy zagościł lekki uśmiech.

„Nic z tych rzeczy,” odparł krasnolud dając ręką znak by przy nadzorowaniu pracy zastąpił go ktoś inny. „Nasi mistrzowie wiedzy dokonali pewnego przełomu. Proszę za mną książę, pokażę.”

Krasnolud ruszył przez półokrągłą bramę, a za nim podążył książę, po tym jak podał bogato zdobione lejce jednemu ze swoich ludzi, którzy wdrapali się na górę razem z nim. Weszli na dziedziniec, na którym kilkunastu rzemieślników dokonywało niezbędnych napraw.

„Dach nad tym skrzydłem był w strasznym stanie,” krasnolud wskazał ręką na ekipę kilku młodych dawi bez koszul, którzy naprawiali właśnie więźbę. „Najchętniej przebudowalibyśmy ten budynek, ale na to czasu nie mamy. Bez urazy, ale wy człeczyny, nie umiecie budować,” Thane zwrócił się do księcia, który lekko się uśmiechnął. „To tymczasowe rozwiązanie, ale konieczne, zważywszy na to, że będzie to nasza baza wypadowa.”

„Baza wypadowa?” Spytał zdziwiony książę. „Mieliśmy przecież ruszać jak najszybciej w stronę Barak Varr.”

„To prawda, tak sugerowała tamta koślawa mapa. Ale właśnie dlatego posłałem po księcia. A ufortyfikowana baza, z której będziemy mogli dostarczać zaopatrzenie, a której nie splądruje żaden zbłąkany Bretończyk ani nożouchy, bardzo się nam przyda.” Dotarli do ciężkich drewnianych drzwi, które otwarły się ze zgrzytem, gdy stary krasnolud pchnął je mocno do środka. „Zapraszam.”

Krasnolud przepuścił gościa i wszedł za nim w głąb korytarza oświetlonego latarniami.

„Zakładam, że ma to coś wspólnego z przełomem, o którym wspominałeś mości dawi.”

„Dokładnie książę. Proszę za mną,” krasnolud ruszył w głąb korytarza, a książę za nim. „Udało nam się przetłumaczyć część materiałów, jakie zdobyliśmy wcześniej,” idący z drugiej strony krasnolud z wiadrem skłonił się Thane’owi i ustąpił im drogi. „Nie było to łatwe, bo znaki tych przerośniętych szczurów nie muszą mieć jednego znaczenia, ale wysłaliśmy kopie do najlepszego specjalisty od ich plugawego języka z Karak Kaferkammaz, który w tym pomógł.” Stary krasnolud wszedł do niewielkiego pomieszczenia w głębi twierdzy, które najwyraźniej służyło za biuro. Pewnym krokiem podszedł do sekretarzyka i podniósł z niego księgę, którą przełożył na stół, otworzył i zaczął wertować jej strony. „Wygląda na to, że to rzeczywiście łączy się ze sprawą Van Leeuwena. A przynajmniej szczuroludzie pisali o jakimś amulecie, który Van Leeuwen miał wieźć na południe z Kislevu.” Palce krasnoluda zatrzymały się na karcie ewidencyjnej, w którą odręcznym pismem runicznym wpisany był meldunek. „Najwyraźniej go nie dowiózł, a przynajmniej oni stracili go z oczu. Ale wiemy za to, że, cytuję,” Thane pochylił się nad księgą. „Po tym jak nie znaleziono niczego w okolicach Barak Varr, rozesłano zwiadowców, by szukali w okolicach Czarnej Wody.”

„I chcesz mości dawi właśnie tam ruszyć?”

„Dokładnie tak. I dlatego potrzebna nam była baza wypadowa.”

Powrót

„Moment upadku” – Powtórki

Czterdziestu graczy rozgrywa kolejne bitwy w ramach naszej pierwszej, fabularnej kampanii do Total War: Warhammer. Poniżej przedstawiamy powtórki zebrane z rozmaitych kanałów na YouTube.

Jeżeli jakąś powtórkę pominęliśmy, podajcie link w komentarzu 😉

Wampiry vs Skaveny

Zwierzoludzie vs Krasnoludy

Zwierzoludzie vs Wampiry
Skaveny vs Norska

Bretonia vs Norska

Imperium vs Wampiry

Bretonia vs Norska

Powrót

Dziesięć najdziwniejszych i najciekawszych miejsc w świecie Warhammera

Podróże kształcą, rozwijają i zapewniają oddech od codziennej rutyny, dlatego dziś chcemy wam przedstawić dziesięć (a nawet trochę więcej) najdziwniejszych miejsc z tego fantastycznego uniwersum z nadzieją, że pozwolą ubarwić one wasze sesje.

🎲 Ankietę z wyborem kolejnego odcinka znajdziecie na naszym Facebooku.

🎲 Przepiękny plan Miragliano widniejący na miniaturce jest oczywiście autorstwa Planu Janusza – więcej o nim i jego planach TUTAJ.

Akt I – Nadchodząca Ciemność

Rację mają świątobliwi żebracy biczami na skórze swych pleców wypisujący modlitwy do Sigmara i swym cierpieniem prosząc o litość dla nas wszystkich.

Tak, koniec jest bliski!
Tak, ciemność nadchodzi!

Wiem, widziałem ją jak w świetle księżyców lekko stąpającą po ścieżce popiołu…

Jej jasna skóra odcina się na tle gęstwiny czarnego lasu, a suknia zwiewnie unosi z każdym krokiem, a każdy z kroków roznosi się z przyprawiającym o ciarki chrzęstem.

I chrzęst odpowiada z naprzeciwka, z początku cichy rytmiczny szybko jednak przybiera na sile, a towarzyszy mu tętent kopyt miażdżących i ścierających wszystko na pył. Potem wraz z lodowym wiatrem dołączają okrzyki i wrzaski niosąc się tą leśną drogą, tak jak niosły się nią przez stulecia.

Ciała ofiar, więźniów i najsłabszych ze stada trafiały na ścieżkę, a kopyta miażdżyły: czaszki, żebra i piszczele łamiąc je z trzaskiem na mniejsze i mniejsze kawałki, aż wreszcie ścierając wszystko na pył. Przez niezliczone lata, cierpliwie niczym cukiernik tworzący tort na pałacowy bal, kolejna warstwa trucheł dodawana była na wierzch i pod ciężarem kopyt niosących owłosione ciała tworzyła drogę niby-popiołu pośród gęstwiny lasu. Teraz niemal już biegnąc stado z dzikim skowytem dorzuca kolejne ciała, które staną się pyłem na ścieżce.

Największy z nich, o ogromnym porożu biegnie pierwszy zanosząc się dzikim skowytem. Mięśnie napinają się pod pokrytą sierścią skórą noszącą jeszcze ślady zabliźniających się ran. U szyi zaś zawieszony na puklu srebrzystych niczym Mannslieb włosów, podskakuje błyszczący kryształ.

Z potwornego gardła dobiega ryk gdy dostrzega stojącą w oddali postać w tańczącej na wietrze sukni. Niczym w baśni potwór w lesie gotów jest pożreć dziewczę w mrocznym lesie. Dziewczę jednak nie okazuje strachu. Pomimo chłodu jej oddech nie maluje się mgłą przed twarzą. Jednym ruchem zrzuca z ramienia tarczę – czaszka na niej podzielona między czerń i biel. Dziewczę rozchyla karmazynowe wargi w uśmiechu, a ścieżka z chrzęstem kości zaczyna się poruszać…

…wbrew mojej woli kręgosłup się wygina, a powieki otwierają. Jestem w sypialni, kryształ uspokajającym ciężarem spoczywa w mojej dłoni. Widok za oknem przypomina, że dzień już minął. Wspomnienie leśnej ścieżki biegnącej nad brzeg czarnej wody niknie gdzieś w podświadomości.

Czas wziąć się do pracy. Spiralnymi schodami przechodzę na szczyt wieży do obserwatorium, muszę przygotować teleskop i tablice, ręce drżą z ekscytacji dostrajam przyrządy i spoglądam w gwizdy…

Radość udziela się wszystkim, gdy toporek z trzaskiem wbija się w ścianę kilka cali od głowy przywiązanej do niej kobiety. Zapach miodu, piwa i spoconych ciał na dobre wypełnił domostwo, wraz z pieśniami i śmiechem którym najgłośniej zanosi się młody Leif, który to właśnie ściął siódmy warkocz z rzędu.

Sam wódz wstaje wznosząc zakrzywiony róg w toaście mającym zwiastować przychylność bogów. Jego potężna sylwetka wspiera się drugą dłonią o wyjątkowy topór: wyglądający niczym paszcza potwora z wielkim zębiskami potrafiącymi się nagle zatrzasnąć niczym stalowa pułapka na niedźwiedzie odcinając głowy, pożerając dusze i dodając siły swojemu właścicielowi.

Leif sam wznosi puchar w braterskim geście zastanawiając się czy już jest gotów rzucić wyzwanie i przejąć to co mu się należy: klan, topór, właścicielki siedmiu ściętych warkoczy i wszystko inne, po co zdecyduje się sięgnąć.

Miód spływa mu w dół gardła podczas gdy myśli krążące wokół wszystkiego, co powinno być jego, odbite są idealnie w lustrze innej jaźni. Obcej, sprytnej i równie nieustępliwej.

Dużo inteligentniejszej i obdarzonej nadzwyczajnym talentem. Tak-tak. Wyjątkowo błyskotliwej i potężnej. Jedynej takiej na świecie, z której żadna nie może się równać. Tak-tak. Tym bardziej jakiegoś bezwłosego powierzchniowca. Tak-tak. Jaźni o pięknym białym futrze i ogonie dłuższym niż przeciętna. Tak-tak.

Tunele są przygotowane. Starczy dać rozkaz i wszystko zawali się pod powierzchnię. Zobaczymy jak walczą bez swoich długich łodzi, otoczeni ze wszystkich stron. Zobaczymy jak smakują. Tak-tak.

Tak, tak. Tak jak przypuszczałem. Pojawiła się na niebie wedle moich przewidywań. Niebawem zapewne i inni ją dostrzegą. Ale czy zrozumieją, czy będą wiedzieli co oznacza, czy ponownie zanurzą się w przesądach i zabobonach? Czy zdadzą sobie sprawę z tego co nadchodzi? Czy też nie zważając na rozsądek i wszystkie znaki, sprowadzą na nas koniec unosząc się własną, pustą dumą?

Duma. Honor. Tradycja…

Bycie lepszym od innych jest darem, niczym szczeniak wręczany chłopcu w dzień postrzyżyn. Lecz nie jest to tylko dar radości jaką dziecko czerpie z nowego towarzysza, ale nauka odpowiedzialności. Ponieważ bycie lepszym jest zwyczajnie brzemieniem odpowiedzialności składanym przez Panią na barki jedynie tych gotowych je udźwignąć.

Odpowiedzialności za słabszych, mniejszych i zwyczajnie gorszych. A odpowiedzialność nakazuje opiekę, nakazuje nakarmić głodne zwierze, nakazuje miłość i oddanie, ale nakazuje też wychowanie, tresurę i karcenie za nieposłuszeństwo. Nakazuje też dobić zwierze zbyt chore, aby mogło być przydatne dla właściciela.

Czy czuł się lepszy – dosiadając swojego bojowego rumaka – od brodatych zastępów kulących się w strachu za rzędami tarcz z nadzieją, że plujące ogniem machiny wygrają za nie bitwę? Tak, czuł się lepszy, ale ze smutkiem tego kto wie jak ciężkie jest to brzemię.

Duma. Honor. Tradycja…

Przez niemal trzy tysiące lat każdy chcący skorzystać z przeprawy i bezpieczeństwa przełęczy zapewnianego przez klan musiał tylko opłacić przejazd i poświęcić trzy dni na kontemplację dokonań przodków.

Czymże są trzy dni i odrobina złota, aby oddać hołd za stulecia trzymania straży? Twierdza klanu niczym skała obmywana była przez morze armii: zielonoskórych, przeklętych mutantów, morderców, najemników i przodkowie wiedzą kogo jeszcze.

Tysiące lat pięknej tradycji, a oni nie potrafią nawet poświęcić marnych trzech dni, aby podziękować za wytrwałość, ochronę i za to że klan zawsze trwa na straży.

Borsch Długobrody nie myślał z radością o nadchodzącej bitwie. Szkoda mu było życia prostych ludzi, ale niechaj góry same zawalą wszystkie tunele jego klanu, a piwo skiśnie w gardłach wszystkich jego potomków! Nie pozwoli na to aby trzy tysiące lat tradycji poszło na marne z powodu śmierdzącego końskim łajnem człeczyny!

…smród wwierca się do mózgu, końskie łajno? Obawiam się, że nie. Odzyskuję przytomność w zaułku. Poranny deszcz sprowadzony łaską bogów nieudolnie próbuje oczyścić te paskudne rynsztoki ulic.

Panika wzbiera w sercu i z gardła niemal dobiega rozpaczliwy krzyk, ale dłoń zaciska się na znajomym kształcie. Zawiniątko, a w nim niewielkie, ołowiane puzderko. Wizje nadchodzą teraz częściej, czasem niespodziewanie, niemal bezwiednie je wywołuję. Czy jest jeszcze czas?

Czy jeszcze jest czas? Czy zdążymy? – Ponure myśli kłębiły się w głowie dowódcy przechodzącego się po obozie, w którym gwar nie cichł cały dzień. Kłębiąc się niczym pszczoły, żołnierze rozstawiali namioty, rozładowywali sprzęty, przygotowywali jadło i usypywali fortyfikacje.

Rytmiczne uderzenia toporów zwalały kolejne drzewa aby oczyścić przedpole, zapewnić opał oraz pozwolić na zabezpieczanie bagnistych strumieni – żartobliwie nazywanych drogami – aby nadawały się do przejazdu wozów z zaopatrzeniem.

W całym tym harmidrze słońce zdecydowanie zbyt szybko pędziło po nieboskłonie na spotkanie z horyzontem, jednak skłębiona ludzka masa kierowana wolą doświadczonych dowódców, potrafi dokonać cudów w zaledwie parę godzin. Jeśli tylko Sigmar będzie łaskawy, wyszeptał pod nosem setnik…

Las umierał. Nie naturalną śmiercią pojedynczych drzew, robiących miejsce do życia nowym korzeniom i dostęp do światła dopiero wznoszącym się koronom. Nie, las umierał od choroby chcącej pożreć od razu całe jego połacie, nie pozostawiwszy za sobą nic poza suchą ziemią.

Nawet pożar ma swoje miejsce w wiecznej pieśni odrodzenia, gdy stare staje się nawozem dla nowego, pozwalając lasowi odrodzić się jeszcze silniejszym. Lecz ci ludzie przybyli tutaj tylko zabierać i nie zostawić nic w zamian.

Duchy szepczą w szeleście liści, w blasku strumienia, w zapachu świeżej żywicy i domagają się zapłaty za zniszczenia. Domagają się zemsty za kradzież, domagają się śmierci, aby las mógł się odrodzić…

Śmierć i odrodzenie. Początek i koniec. Mówiłem do siebie – to teraz do siebie mówię? – przesypując czarny pył mieniący się zielonkawym światłem w ołowianym puzderku. Tak, tego potrzebowałem, z pewnością wzmacnia moje wizje. Zaczynam wiedzieć, zaczynam rozumieć. Ale aby jej pomóc, muszę udać się bliżej, muszę udać się do samego źródła, aby móc ocalić nas wszystkich.

Czas opuścić Altdorf.

Powrót

#77 Komunikacja, czyli semafory, listy i gołębie

Możliwość powiedzenia komuś czegoś, nie podchodząc do niego na odległość nieświeżego oddechu, jest jedną z podstawowych zdobyczy cywilizacji. Dlatego dziś zastanawiamy się jak w realiach Warhammera można komfortowo przesyłać informacje na dalekie dystanse i czy ma to znaczenie dla prowadzonych przez nas sesji 😉